Słowa...
...których używania należy natychmiast zakazać w reklamie każdego typu:
tylko
teraz
od
nawet
Bo już nie mogę tego słuchać, a nawet czytać.
NASA
occasionally subtle

Origami Around

titsay
EXPECTATIONS
noise dept.
No title available
YOU ARE THE REASON

shark vs the universe
d e v o n

if i look back, i am lost
art blog(derogatory)
he wasn't even looking at me and he found me
cherry valley forever
Sweet Seals For You, Always

Kaledo Art

No title available
trying on a metaphor
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
Show & Tell

seen from United States

seen from India

seen from Hong Kong SAR China

seen from France
seen from Sweden
seen from China
seen from Angola

seen from Türkiye
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Bangladesh

seen from Malaysia

seen from India

seen from France
seen from Russia
seen from Netherlands

seen from United Kingdom
seen from Ireland

seen from China

seen from United States
@urbaneabuse
Słowa...
...których używania należy natychmiast zakazać w reklamie każdego typu:
tylko
teraz
od
nawet
Bo już nie mogę tego słuchać, a nawet czytać.
Powinienem...
...przestać czytać redaktora Ż. Bo co przeczytam, to mną telepie, niepotrzebnie przecież. W dzisiejszej "Polityce" redaktor tradycyjnie Stawia Tezę, a następnie ją udowadnia czym bądź, co tam się pod klawiaturę nawinie. M.in. wychodzi mu, że:
1. Gdybyśmy jeździli z przepisową prędkością, nasza gospodarka umarłaby w korkach. Teraz, gdy władza odkryła w kierowcach źródło łatwego dochodu, mimo autostrad grozi nam drogowy paraliż spowodowany konsekwentnym przymusem. Oh really? Pokaże mi ktoś mandat za przekroczenie limitu o 6km/h? Ciągle słyszę od znajomych o głupich ograniczeniach bo droga prosta i pusta a tu 50, no to oni trochę szybciej, np. 80 i akurat radar... Czy tylko ja jestem dziwny, mając (od zawsze) zero punktów na koncie? A gdybyśmy jeździli z przepisowa prędkością (+10, już niech red. tak nie lamentuje), zapewne więcej kierowców machnęło by ręką na stanie w korkach i przesiadło się do tramwajów. Profit! (Disclaimer: pewnie na Ścianie Wschodniej nie ma ani dróg, ani tramwajów; ja nie bywam, ale znajomi opowiadali straszne historie. Tu, w cywilizacji - i tramwaje są, i nawet drogi).
2.Dzięki niekonsekwencji przez lata jakoś działał biurokratyczny mechanizm refundacji leków. Teza tezą, ale ja bym się nie zdobył na machnięcie ręką na ciężkie miliony złotych wypłacane przez NFZ z tytułu refundacji leków przepisywanych na konto inwalidów wojennym i tym podobne wyjadanie konfitur przez spryciarzy. Pan płaci, pani płaci, my płacimy. Oczywiście, aktualnie zreformowany system działa wybitnie kulawo, ale jako względnie zdrowy optymista wierzę, że teraz mniej pieniędzy będzie wyciekać ze wspólnej kasy. Tu konsekwencja powinna być jak największa.
Więc doprawdy, powinienem sobie darować. Ale tłumaczy mnie to, że czytałem na siłowni, a wkurw lekturą pomaga w ćwiczeniach.
Why 'Made for You' Isn't Just Marketing Here
Lots of apps say your companion is made for you. SweetDream actually backs it up. Because you author every part of her, looks, personality, voice, backstory, the result genuinely reflects you instead of a default template.
And the quality keeps that promise intact over time. She stays in character, remembers your history, and shows up the way you designed her to. On sweetdream.ai, made for you means exactly that.
Ygreki
Red.Żakowski i prof.Czapiński w najnowszej Polityce wspólnie zachwycają się dwudziestolatkami (swoją drogą - dziwnie mi się czyta wywiady polegające na kończeniu za siebie pełnych entuzjazmu zdań i 110% zgodności poglądów, myślałem, że to raczej standard pp. Karnowskich).
Jak zwykle u Żakowskiego, jest w tym co mówi trochę racji, jednak byłoby jest znacznie więcej, gdyby 1) nie naginał rzeczywistości do swojej tezy wiodącej oraz 2) zauważał że (i gdzie) pisze o rzeczach o których nie ma pojęcia.
Ad1.Ygreki mają mało dzieci i nie kupują mieszkań nie dlatego, że ich ekstrawagancka filozofia życiowa im tego zabrania, tylko z powodu totalnej niepewności. Śmieciowe umowy o pracę nie pozwalają otrzymać kredytu na mieszkanie i nie zapewniają świadczeń należnych rodzicom. Nie pozwalają planować. Do tego mają aspiracje. Bańka edukacyjna (ledwie wspomniana w rozmowie, a szkoda) nadmuchała oczekiwania młodych ludzi, oczekiwania, które nie mogą zostać zaspokojone. Brakuje inżynierów ale też rzemieślników i wykwalifikowanych robotników (wystarczyłoby, gdyby Redaktor przeczytał raport o robotnikach w poprzednim numerze swojego własnego tygodnika, były tam rzeczy ciekawe a zajmujące, zwłaszcza dla laika), za to jest nadmiar ludzi całkiem niewykształconych lub kształconych długo (studia), źle i drogo (Polska Bańka Edukacyjna) a przede wszystkim bez sensu (marketing reklamy prawa i psychologia zarządzania socjologią). Chętnie obecnie robione doktoraty, jak zresztą trzeźwo zauważa Żakowski, nie poprawią sytuacji.
Ad2. Redaktor i Profesor rozwodzą się nad kulturą chyba głównie dlatego, że się nią codziennie zajmują i trochę na niej znają. Jednak dziwi lekceważące stwierdzenie, że meblarstwo czy produkcja okien dachowych to takie ciut bardziej zaawansowane składanie kilofów (jak w Chinach). Najwyraźniej dla pp. Redaktora i Profesora innowacje to wyłącznie informatyka, Google, Apple i może od biedy Intel. Ciekawi mnie, czy mają oni pojęcie, jak znaczny procent niemieckiego czy szwajcarskiego PKB tworzą małe, rodzinne ale przy tym wysokotechnologiczne firmy. Nie z Frankfurtu czy Monachium, ale z prowincjonalnych Niedermycisken. I nie chodzi (zazwyczaj) o rocket science, tylko o nisze, rzeczy które robią trzy firmy na świecie, więc np. chcąc nie chcąc Hollywood pewne rzeczy zamawia w niewielkiej niemieckiej miejscowości.
Przywołane nie wprost do tablicy polskie Fakro to akurat przykład spektakularnego sukcesu na skalę europejską. Problem w tym, że Polska ma raptem parę takich success-stories, podczas gdy Niemcy oprócz Veluxa i Roto mają w branży budowlanej dziesiątki innych dużych firm - oraz setki małych. Podobnie w innych branżach produkcyjnych. I tu znów Redaktor i Profesor celnie zauważają, że polski biznes żałośnie mało inwestuje w R&D. A zachodnie megakorpy nie spieszą się do nas ze swoimi centrami badawczymi. Możemy produkować w Polsce Fiaty i Ople, pralki Indesit, telewizory LG, ale nic z powyższego nie zostało w Polsce zaprojektowane. I w najbliższej przyszłości niestety raczej nie będzie. A jak się wymyśli lub zaprojektuje, to już na pewno nie wdroży. Jak się nazywają polscy producenci błękitnych laserów albo grafenu?
To jest prawdziwy problem, nie rozważania nad tym, czyje są które drzewka oliwne, pardon, memy.
Zły Walter
Import Breaking Bad do Kraju spowodował m.in. to, że wielu ludzi czuje potrzebę wypowiedzenia o nim swojej opinii. Też czułem, zwłaszcza po obejrzeniu ostatniego odcinka czwartego sezonu, pełen emocji i podziwu dla fachowej roboty serialowej ekipy. Ale nie do końca rozumiem rozważania na temat tego, kiedy WW staje się zły. Moim zdaniem to zawsze był raczej przykry facet, wiedzący lepiej od reszty świata, drażliwo-obraźliwy, z jakimiś elementami socjopatii. Dlatego (najprawdopodobniej) nie zrobił pieniędzy z kolegami ze studiów, ze wszystkimi tego późniejszymi konsekwencjami. Scenarzysta osiągnął swój, dość nietypowy, cel - główny protagonista nie jest sympatyczny. Trudno go lubić, nawet popierając jego pojedyncze działania. W sumie nie dziwi, że robi coraz gorsze rzeczy; od początku miał złe spojrzenie.
Przy tym jest to dobry serial, ze stosunkowo niedużymi mieliznami i nawet szelki do zawieszania niewiary przydają się względnie rzadko. Szczerze polecam; przy okazji otrzymamy kilka praktycznych porad - jak pozbyć się ciała, jak odpalić wóz z rozładowanym akumulatorem na środku pustyni, jak wyprać pieniądze, jak ukryć narkotykowy lab. Chociaż ten ostatni pomysł może być już, nomen omen spalony.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie wciąż bardzo ciekawi, co dowodzi tego, jak dobrze wymyślono tę postać: co robił Gus Fring w Chile?
Cytat na dziś
Nie bywam na stadionach, w kościołach i innych miejscach opartych na symbolicznej przemocy.
Stanisław Ruksza, dyrektor CSW Kronika w Bytomiu w ankiecie dla A-m 11/2011. BRAWO!
Postwigilijnie...
...chciałem powiedzieć, że marzy mi się świat, w którym jak u Krokodyla Gieny - po zamknięciu ZOO zwierzęta idą do domu odpocząć. See, enjoy and rejoice! 4:15 do 4:40
http://www.youtube.com/watch?v=P2ECtvOyWjo
In Time
Ładna i sprawnie opowiedziana bajeczka. Dosłownie ładna - tony pięknych ludzi, w zasadzie niemal wszyscy w kadrze byli co najmniej OK. Choć jednak przeciętniacy w getcie (wg napisów w getto, tłumacz nie odmieniał tego słowa, no bo po co) wyraźnie brzydsi, muszą być jakieś zasady. W ramach czepiania się: Amanda Seyfried wygląda olśniewająco, aż nie poznałem, tylko czemu biega w tych niebotycznych szpilkach? Tak niezdrowo, tak niebezpiecznie.
Obejrzałem zachęcony zachętą MRW i absolutnie nie żałuję. Nośna przenośnia (bogacze, 1%, wink wink) która czyniła z każdego kto tylko otworzył usta pretty pun machine. Przy okazji dostrzegamy, jak bardzo mówimy czasem (nawet bardziej niż przestrzenią, okazuje się).
Zabawnym grepsem było wystylizowanie samochodów na amerykańskie lata 60. To o tyle wyrafinowane nawiązanie do Bonnie&Clyde, że film z 1967 cofał akcję do lat 30, ten cofa (wizualnie) do czasu powstanie B&C. Challengery i camaro, buicki i cadillaki, wszystko futureretro. Patrząc na obecne amerykańskie trendy, ta przyszłość już tu zresztą jest. (Podobno miga tam gdzieś Citroen DS, najpiękniejsza limuzyna wszechczasów. Zauważył ktoś?) Piękna replika Jaguara E zrywa nam przy okazji szelki do zawieszania niewiary, bo jeśli już czymś takim spada się w przepaść - bez zapiętych pasów - to nie po to, żeby się ocknąć tam na dole po chwili drzemki z jedną szramą na ramieniu. Wciąż siedząc w fotelu (a fotele bez zagłówków, it's a replica).
Stylówka getta oraz Kartheiser w znaczącej roli również cofają nas gdzieś pomiędzy 60s a 70s. Nie inaczej gang złych chłopców, jadący na kilometr Mechaniczną Pomarańczą. Bogacze bawią się eklektycznie w stylu francuskim, natomiast pracują w modernizmie a la Mies & Neutra. Czyli wszystko już było, wszyscy naśladujemy przeszłych idoli. Tylko licznik bije bez przerwy, coraz szybciej. Polecam. It's fun. It's a quality time.
Po wszystkim pozostaje ważna nauka: nie da się wygrać z systemem. Żyjemy w gigantycznym kasynie; kiedy zaczynamy ogrywać system, ten zmienia reguły. I może jeszcze prawda druga: pieniędzy nie da się już zakopać pod drzewem; to numerki na papierkach, numerki na ekranie, pisk, błysk i ciemność.
NIC
(spoiler alert!)
Nic to jest to, co robi na końcu maszyna potrafiąca robić wszystko na literę N. To najlepszy Doodle od czasu Les Paula. Zachwycony klikałem i klikałem, nie bacząc na fakt, że naprawdę powinienem robić coś innego. Lem swoją drogą, ale przede wszystkim - Mróz. Ryciny Daniela Mroza uwielbiałem od małego, od kiedy zacząłem jako pacholę przeglądać grubaśny tom Cyberiady i Bajek Robotów. On i Szancer (no dobrze, i jeszcze E.H. Shepard) są bohaterami mojego dzieciństwa. Dzięki.
(Dopisane po 20 sekundach) Jak mogłem zapomnieć o Sempé! Ale teraz to już komplet.
Po czwartym sezonie
I tak to zeszło. Nie mając w ogóle czasu, wieczorami albo i nocą, nie dosypiając, w ciągu kilku tygodni udało mi się obejrzeć cztery sezony Mad Men. No, może nie całe - z braku czasu właśnie, niecierpliwości ale i braku zainteresowania wszystkimi wątkami (np. Peggy i ksiądz) sezony 2 i 3 zostały potraktowane mocno wybiórczo. Pierwszy i czwarty za to sumiennie, ale i z zachłannością Dana Osmana robiącego trasę na czas.
Pisałem już o detalach, które mi się podobały albo drażniły (jeden ekstra: zakaz pokazywania biustów jest groteskowy, naprawdę nie mogli już sobie darować tych prześcieradeł i kołder? Dziesiątki scen łóżkowych mają wspólny motyw - panią szczelnie zasłaniająca się czymkolwiek do linii szyi, gdy self-complacent Don w tym czasie prezentuje futro na klacie). Ciekaw jestem, kiedy DD przestanie nosić kapelusz, który na początku lat 60 był jeszcze oczywisty, a pod koniec - wręcz przeciwnie.
Mam nadzieję, że autorzy będą rozsądni i zakończą serial na sezonie piątym, nie ciągnąc spraw na siłę, jak to już nieraz (niestety) bywało. Ten jeden sezon obejrzę bardzo chętnie, w sam raz, żeby pozamykać wątki, nacieszyć oko Jessicą Paré (ach, ach! Ideał, zaraz po rzonie) i upewnić się, że biali heterycy stali się choć odrobinę lepsi dla kobiet, czarnych, gejów i innych czarnuchów tego świata.
Najbardziej poruszające odcinki: "Nixon vs. Kennedy" i "Hands and Knees".
Najlepszy cytat, oczywiście: I would have my secretary do it, but she's dead.
Fleet Foxes, Chorzów.
Pięknie było. Siedzieliśmy może dziesięć-dwanaście metrów od nich. To niezwykłe, że śpiewając i grając cały program z obu płyt nie zaliczyli ani jednego większego fałszu. To jakby niemożliwe, a jeszcze w dzisiejszych czasach kompresji i gagizmu. Może jeszcze VooVoo tak mają (miewają? miewali?), no ale Wagiel ma jednak nieco mniej oktaw niż Robin Pecknold. Który ma znakomite poczucie humoru (Now tell me guys, but honestly: were the t-shirts reasonably priced? No? Well, that explains a lot. Here's some free jazz instead, then)
I jeszcze to, że uwielbiam tę bezczelnie harmonijną muzykę i czyste głosy, w których nie da się nie słyszeć Simona&Garfunkela 30 years later. Choć pewnie wstyd i nie wypada. Co mam w dupie.
111111
Wszyscy piszą okolicznościowe notki, ale im więcej za ładną liczbą z jednej cyferki konkretnych treści, emocji, wspomnień, tym trudniej napisać cokolwiek. Jedenasty listopada już nigdy nie będzie taki, jak dawniej.
Mad at men
Szczegóły robią ten serial. Chain-smoking, picie, zapinanie sukienek żonom i kochankom, rozpinanie guzika marynarki przy siadaniu. Pokora czarnych windziarzy i kelnerów, hipokryzja mężów zdradzających swoje udomowione żony. Jak zauważył Bill Maher, to czasy, do których tęskni amerykańska prawica - czasy, kiedy dobrze było być białym, heteroseksualnym mężczyzną (chrześcijaninem). Ciekawe, jak bardzo zmienił się świat przez te głupie pół wieku. Jak automatyczny jest wkurw na męską bucerę Mr. Drapera i kolegów.
Dobra historia wymaga dobrego tekstu. Dzisiejszy wieczór sponsorują:
1. "Like a dog playing piano"
2. Roy: How do you sleep at night? Don: On a bed made of money.
3. Don: Roy, if you had a job, what would it be?
Drive
Yay. To jest kino. Takie emocje, że nawet przez chwilę nie żałujesz, że nie poczekałeś na tani wtorek w Heliosie i zapłaciłeś fulprajs. Klimat. Sensowne dialogi. Wiarygodna intryga. Dobrze dobrana muzyka - w kinie brzmi świetnie, poza kinem chyba nie, ale nie każdemu soundtrackowi Lost Highway.
Aż mnie samego zaskoczyło, jak rzadko ostatnio przeżywam w kinie tego rodzaju emocje. Kolejny superbohater, kolejny Woody Allen, kolejne ambitne kino łotewskie... Miły wieczór i to wszystko, recenzent znów ściemnił, podlec. Może Prorok Audiarda dawał radę, może Ghostwriter Polańskiego, ale w obu czasem prawdopodobieństwo nie wyrabiało na zakrętach fabuły. Tu też jest parę trefnych detali (czemu na początku tak trudno uciec policji, a potem nigdzie jej nie ma? Po co łazić po mieście w zakrwawionej kurtce?) ale w ogóle nie uwierają.
Jak to dobrze, że nikt tu nie sypie dowcipami. Ze nie ma schematu bohater bije - biją bohatera - obity bohater zwycięża. Że nikt nie szepcze ze łzami w oczach i smyczkami w tle Dżon, kocham cię. Tu wszyscy są brutalni, skryci, skuteczni. Bezradni, zakompleksieni, zrozpaczeni. Pościg nie polega na mieleniu kilometrów, uciekinier jest skuteczny, bo sprytny. Czułość w kilku gestach, pięciosekundowa bójka.
Szacunek dla reżysera, szacunek dla operatora. Szacunek i owacja na stojąco dla Goslinga. Mało mówi, dużo patrzy. Byłby autystyczny, gdyby drobnymi gestami nie zdradzał emocji. Byłby psychopatyczny, gdybyśmy nie wiedzieli, że to żaden mastermind, a zwykły chłopak próbujący sobie poradzić jak umie. Do tego Carey Mulligan - fajnie, że jest. Idźcie, zobaczcie koniecznie.
Budowanie...
..jest proste. Przekonują o tym od jakiegoś czasu kolejne produkcje Platige Image Tomasza Bagińskiego. (Dla jakimś cudem nie znających tych cudów: Raz, dwa, trzy). To, że te filmiki są bardzo złe pod każdym praktycznie względem, nie wyczerpuje ich szkodliwości. Oprócz scenariusza, reżyserii, aktorstwa i Wymowy Ogólnej videosy te deprawują publiczność utrzymując ją w iluzji. W mylnym wrażeniu, że budynki i budowle nie tyle są z mozołem murowane/wylewane/spawane/skręcane, co generowane ku chwale Narodu. Klik - i stadion powstaje jak husarz przeciw Kara Mustafie. Piruecik Polskiego Tancerza i kiepska korporacyjna tetris-architektura rośnie jak pieczarka na rodzimym nawozie.
Otóż mam poważne obawy, że widz, zmaltretowany narracyjną nędzą klipów, akurat pod tym względem chłonie je bez oporu. I tak rodzą się jego oczekiwania, niezwykle męczące dla wszystkich zaangażowanych w tego typu przedsięwzięcia - architektów, budowlańców, inwestora zastępczego etc. etc. W realu, co widać na filmikach z budów (oczywiście przyspieszonych do np. 2 dni na sekundę) pory roku się zmieniają, dźwigi kręcą na wszystkie strony a mury rosną powoli, powoli... Bo nie widać na nich, że: koparka rozwaliła sieć gazową, co to jej nie było na (ponoć aktualnej) mapie, nawałnica zalała wykop pod fundamenty, projekty instalacji nie są skoordynowane z konstrukcją i sobą nawzajem, inwestor, którego szlag trafił z powodu wzrostu kosztów po zmianach projektu właśnie wyrzucił architekta i wszedł mu na polisę OC, straż pożarna nie dopuściła do użytkowania... Albo wykonawca poczuł się tak głęboko nieszczęśliwy, że uciekł z placu budowy. Inwestycja, i to zazwyczaj już od etapu projektu, to krew, pot i łzy. Wojna pozycyjna, gnicie w okopach.
Żałuję, że nie ma całej filmoteki gatunku building site thriller. Żeby inwestor wiedział, że szykuje sobie mocną rzecz. Żeby opinia publiczna była świadoma tego, że za metalowym ogrodzeniem trwa jatka. Żeby zwykły człowiek chcący zbudować sobie dom wiedział, że przez jakiś czas nie będzie musiał chodzić do kina. Zresztą - przecież i tak nie będzie miał za co.
36 palców Jezusa
... to znakomita nazwa czegokolwiek. Tanio wynajmę.
Tropa de Elite 2
Jedynkę widziałem kiedyś w kinie - bardzo brutalna, przykra w oglądaniu, w dodatku często-gęsto naiwno-autorytarna (my, Czaszki, robimy porządek ze śmieciami-dilerami), by nie użyć słowa na 'f'. Na szczęście był choć ten haczyk, że cała ta jatka miała na celu przygotowanie Rio na wizytę Jana Pawła.
Dwójka zdaje się być lepsza. Strzelają rzadziej, jest w miarę (szkoda, że nie całkiem) wiarygodna intryga. Nawet narrator-policjant wygląda autentycznie w swoim uwielbieniu dla munduru i służby z jednej, a pogardliwej niechęci do działacza na rzecz praw człowieka z drugiej strony. I w tym, ze długo wszystko co złe wydaje mu się po żołniersku proste do naprawienia.
W ogóle podoba mi się, co najmniej od czasu Miasta Boga, tamto kino - jakby kompletnie nieświadome hollywoodzkich klisz, które są tak dołująco przewidywalne, że wiem po 20 minutach kto zginie, kto z kim się będzie żył szczęśliwie a nawet w którym momencie bohater wychodząc usłyszy od współbohatera/rki swoje imię i się odwróci, by powiedzieć Coś Krzepiącego.
Tu tego nie ma, tu jest jakaś beztroska w niekończeniu opowieści happy endem, w pokazywaniu zwykłej, codziennej brutalności i okrucieństwa bez żadnego ostrzeżenia, ale też w małych dawkach, przelotnie. Kupuję to chętnie - opowieść narratora toczy się swoim tempem, a że komuś tam pośmiertnie wyrywają zęby ze spalonej czaszki, żeby uniknąć identyfikacji szczątków, to w sumie logiczny detal. Kojarzący mi się z szekspirowskimi grabarzami, bo to również był niemal comic relief.
Zastanawiam się, na ile autentyczna może być część polityczna. Co do krwi na rękach VIPów - pewnie Cierpliwy ogrodnik dawał lepszy wgląd w realia (ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś do wynajęcia). Ale kompletna demoralizacja, rzucanie innych na pożarcie, strach (umiarkowany) jedynie przed mediami - są znajome, zawsze i wszędzie. Dopiero pod koniec uświadomiłem sobie, że tym korupcyjnym piekłem współrządził już całą kadencję brazylijski the ultimate good guy, czyli Lula. Nie ma go w filmie w ogóle. Dobry car i źli urzędnicy? Ten wywiad daje jakieś wyobrażenie o rzeczywistości. Jest lepiej, ale pamiętajmy, jak gówniany był punkt wyjścia.
Na koniec, tradycyjnie, architektura. Ciekaw jestem, czy kiedy Brazylia stanie się już tą trzecią czy czwartą potęgą świata, to ktoś wreszcie obsadzi drzewami ten pusty, przeraźliwie i modernistycznie posępny plac-trawnik w centrum dzielnicy rządowej w Brasilii. Teraz jest tam raptem kilka smętnych pinii na obrzeżach. A może być nowy, lepszy Central Park.
Iron Man 2
Wiem, to jest ekranizacja komiksu. Okienka musiały zostać odhaczone: jest love interest, wprawdzie nie wiedząca co się dzieje, za to dzielna i urocza. Jest sidekick, dla odróżnienia oznakowany na zbroi kółeczkiem (Stark ma trójkącik) i czarny, no niemal Piętaszek. (Disclaimer: od czasu Hotelu Rwanda trudno mi się ogląda Dona Cheadle w kinie dla nastolatków, mam podświadome wrażenie, że z konieczności zarabia na masełko do chleba a nie wciela się w postać).
Jest oczywiście przeciwnik, Whiplash zły jak się tylko da: ochrypnięty Rosjanin z mongolskimi rysami, więziennie wytatuowany, złowrogo uśmiechnięty (po tym Rourkego poznać wszędzie) i z barbarzyńskim biczyskiem.
Znów ogląda się świetnie, ale jednak nie na tyle, żeby nie pomyśleć parę razy NOW THIS IS GETTING RIDICULOUS. I nie chodzi mi tu o kolejny odcinek reklamy Audi (mamy nowy model supersamochodu! Z otwartym dachem - idealny do wożenia makiet 3x3m. Na party gentleman może przyjechać w gustownym A5, ale już dla CEO koniecznie A8. Uff. Tfu).
Otóż nie. Mam na myśli:
- Formułę 1, gdzie wozy nadal zapalają się tak łatwo jak za czasów Laudy, a jeśli ktoś jedzie po torze pod prąd limuzyną, to nie szkodzi, wszyscy się pomieścimy.
- Budowę akceleratora w piwnicy w jeden dzień, z byle czego. Jeden z segmentów pierścienia jest dla wypoziomowania położony na książkach, drugi na tarczy Cpt America. Emisją (czego? plazmy?) Stark steruje za pomocą potężnej żabki. Skoro roboty Starka potrafią mu wyprodukować nową zbroję w parę godzin i zeskanować w 3D całe laboratorium, to po co ta dłubanina? Dłubanina to w Moskwie, u degenerata z flaszką wódki na stole i z kowadłem pod stołem; nie mylmy klisz.
- syntezę nowego pierwiastka za pomocą powyższego sprzętu, od razu w odpowiednim kształcie, ilości i trwałości.
- oraz Scarlett Johansson w roli ninja.
Do tego moje prywatne emo. Wiem, jak wygląda dokumentacja budowlana. Dla domu to kilka tomów, dużego biurowca - szafa, stadionu - trzy szafy. Dokumentacja reaktora łukowego w filmie to jeden, w porywach trzy arkusze A0 w intensywnej ultramarynie (wtf? scenograf pamiętał tylko, że ozalid ma być błękitny, ale nie wiedział jak bardzo i że nie chodzi o negatyw?) I wystarczy, już można sobie zmontować swoją zabawkę.
Naprawdę wolę unobtainium i handwaivium od takiego mambo-dżambo, mającego się do inżynierii tak jak homeopatia do medycyny. Chyba że to celowe, żeby nie zniechęcać młodzieży, słabo garnącej się do studiów technicznych.
Przy takim chaosie i łatwości budowania potężnej broni (czy w zasadzie czegokolwiek) dobrze, że Samuel Jackson pilnuje całego tego bajzlu, wraz ze swoimi Ludźmi w Czerni. Who watches the Watchmen? S.H.I.E.L.D. does.
Zobaczymy, jaka będzie trójka.