Jeden z sympatyczniejszych jak dla mnie wypadów. Powalająca widoczność dała się we znaki szkoda tylko, że aparat nie sprostał wszystkim próbą łapania dalekich obiektów.
Początek:
Jak zawsze według mnie godzina na jednodniowe wyjście w góry, w zależności od długości trasy powinno zacząć się między wschodem słońca i maks 7.30 rano. A więc wygodnie w autobusie jechałem już o 7.25 ;] Słuchaweczki i zaspanym jeszcze wzrokiem ogarnianie rzeczywistości...Znajoma twarz kanara o 7.40 -Bileciki do kontroli.
-pięknie- myślę...dobry początek dnia. No nic wyjąłem dowodzik, wbiłem z powrotem w słuchawki, czekam na kwit. Bystra przystanek i podejście do połowy Klimczoka lepiej nie mówić. Na wpół zmrożone błoto,zimny wiatr i nie mały ukos.
W końcu śnieg i gdy tylko wspiąłem się ponad linie drzew widok zrekompensował wszystko, więc spędziłem tam około 20 min starając się oddać chociaż w połowie to uczucie na zdjęciu, ruszyłem choć nie poczułem spełnienia(pewnie to wina aparatu). Wiedziałem, że schronisko na Klimczoku jest już nie daleko więc podbiegałem po parędziesiąt metrów. By wejść z jak najlepszym wynikiem czasowym.
Szybka herbata w schronisku, garść daktyli karmelizowanych i byłem gotowy do ruszenia dalej.
Pól godziny przełajem w śniegu za kostkę dał mi się we znaki, ale po raz kolejny klimat górski mnie nie zawiódł, gdyż zobaczyłem Skrzyczne, na którym byłem z dwa tygodnie wcześniej a za nim nadzwyczaj wyraźne tatry. Przy okazji odnalazłem szlak i wyszedłem na...
i zmierzałem na Błatnią.
Po drodze ominąłem 2 jaskinie niestety ich nie odnalazłem.
Na wspomnianej już Błatniej się nie zatrzymałem za długo bo straszliwie wiało a ja zaczynałem odczuwać trochę zmęczenie. Z każda chwilą śniegu ubywało pod nogami, lecz ziemia nie zamieniała się w zmarzniete błoto jak na początku, las bardziej przypominał budzenie się do wiosny
Po dotarciu znowu do zabudowań miejskich zgarnęła mnie szofer kobitka bo to nie był jeszcze koniec przygód w dniu dzisiejszym.












