Patrzyłeś na mnie najpiękniej ze wszystkich. Naprawdę uwielbiałam twoje oczy i gdyby to tylko wystarczyło to mielibyśmy wszystko. Niestety to nie wystarczy. Problem jest w tym że ja od początku widziałam wiele twoich słabych miejsc czy wad ale je wszystkie akceptowałam ale mam wrażenie że ty patrzyłeś zupełnie inaczej. Moment w którym się otworzyłam ze swoimi słabościami okazał się jednym wielkim rozczarowaniem. Moje przemyślenia i uzewnętrznienia nie zrobiły na tobie ani wrażenia ani chyba cię nawet nie obeszły, a to bolało. Bo jednak w relacji chcesz żeby ta druga osoba była powiernikiem. I wtedy przestałam mówić. Albo nie. Przestałam dużo wcześniej. Kiedy pierwszy raz powiedziałam ci że coś mi nie odpowiada a ty powiedziałeś że rozumiesz i obiecałeś poprawę. Kłamałeś. Kłamałeś na pewno ale czy w kwestii rozumienia czy w kwestii poprawy nie wiem. I nie wiem która opcja jest gorsza nawet. Bo jeśli nie zrozumiałeś to był to moment na pierwszą poważną rozmowę ale ty postanowiłeś jej uniknąć. I tak unikałeś wszystkich rozmów które z założenia mają budować. Jak coś zbudować unikając tej pracy ? No właśnie. I coś się zbudowało jednak ale był to mur. Mur u ciebie jak twierdzisz nie wiesz dlaczego i co z nim zrobić. Mogłabym spekulować kiedy zaczął powstawać i co było początkiem. Ba mogłabym nawet dojść do rozwiązania ale byłoby ono niemożliwe. Właśnie dlatego że doszłabym do tego ja a nie ty. Bo gdybyś chciał to zacząłbyś już wcześniej przynajmniej próbować albo coś powiedział. Ale właśnie ty nie chciałeś bo było wygodne. Rozwój nie rodzi się z komfortu. Ale ty swój komfort traktowałeś ponad naszą relacje. Im wyższy był ten mur tym wyżej ja skakałam żeby cię zobaczyć. I to było złe z mojej strony. Bo może gdybyś przestał mnie na chwilę widzieć póki mur był mały to zorientowałbyś się że coś się dzieje albo i nie bo mój widok nie był dla ciebie tak istotny jak wygoda twojej strefy komfortu. Przykro mi że tak było że tak jest ale w momencie kiedy się ocknęłam uświadomiłam sobie cały ten przebieg już nie ma mowy o tym że wrócę w to miejsce. Mnie tam już nie ma ale mury dalej stoją. W dodatku bronione tarczą dumy. Jeśli ta tarcza ci pomaga proszę bardzo. Ale te zabudowania będą twoim więzieniem. Komfortowym przytulnym ale jednoosobowym. I klucz do tego więzienia masz tylko i wyłącznie ty. Nie wiem czy kiedykolwiek go użyjesz i postanowisz wystawić się na ten okrutny postęp. Mam szczerą nadzieję że zgnijesz w tych ścianach za to wszystko. Za to że pozwoliłeś mi wierzyć że naprawdę coś do mnie czujesz. Za te kłamstwa świadome i nieświadomie. Za to że mnie zepsułeś. I nie wiem czy teraz ja byłabym w stanie spojrzeć na ciebie. Chyba jest za wcześnie. Chyba te pieprzone oczy dalej potrafią mnie tak pięknie okłamać. A ja jestem współwinna temu kłamstwu. Bo one patrzyły na mnie tak że uwierzyłam albo chciałam wierzyć. Zaufałam oczom a powinnam czynom. A czyny przestały się strać bardzo szybko. I zostały oczy. Gdybym patrzyła szerzej to może dostrzegłabym dużo wcześniej. Może zachowałabym się inaczej. Ludzkim jest przecież że kiedy kochasz oddajesz serce na dłoni ale trzeba jednak patrzyć czy nie wystawia się go w ciemność. Ja tak zrobiłam i jedyne co to przewiało mi serce. Ono dojdzie do siebie ale ślady tej infekcji pozostaną w nim na zawsze. Ten ślad nie zostanie bez efektu ale jaki to będzie efekt jeszcze nie wiem. Narazie się zbieram. Układam na nowo. Idę przed siebie. Bo cofać się nie wolno.





















