Nie ciało jest obiektem mojego pragnienia. Chcę tej dziewczyny – jej duszy, odkrytej i otwartej, oraz tego płomienia, który pali się w jej oczach.
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
tumblr dot com
One Nice Bug Per Day
Show & Tell
Cosmic Funnies

@theartofmadeline
Fai_Ryy
official daine visual archive
occasionally subtle
todays bird
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open

tannertan36
$LAYYYTER
Doug Jones
KIROKAZE

shark vs the universe
Mike Driver

Origami Around

Game Changer & Make Some Noise
Color Me Curious

seen from Malaysia

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from United States

seen from Dominican Republic

seen from Malaysia

seen from Malaysia
seen from Spain

seen from Malaysia
seen from Türkiye
seen from United States
seen from Paraguay

seen from United States
seen from United States
seen from Italy

seen from United States
seen from South Korea
seen from United States

seen from Canada
seen from Portugal
@zalobnypastel
Nie ciało jest obiektem mojego pragnienia. Chcę tej dziewczyny – jej duszy, odkrytej i otwartej, oraz tego płomienia, który pali się w jej oczach.
Myślę o Tobie, gdy świat zasypia. To jedyna pora, kiedy pozwalam sobie na tę słabość.
Chcę o 3 nad ranem dostać wiadomość od ciebie, że nie możesz zasnąć, bo myślisz o mnie.
Ubieram uśmiech kobiecie,
Wtedy wygląda najdrożej na świecie.
Nie wiem kogo nie rozumiem bardziej, siebie czy ciebie
01.07.2025
Znowu próbuję zasnąć. Kolejna noc, w której zmęczenie aż ściska mnie za kark, oczy się zamykają, ciało woła o ulgę, ale serce… serce nie daje mi spokoju. Leżę jak głaz, ale w głowie burza. Myśli nie chcą ucichnąć, biją się o uwagę, krzyczą wewnątrz mnie. Chcę coś napisać. Chcę coś powiedzieć. Najlepiej Jej. Tyle słów się we mnie zbiera, tyle niewypowiedzianych „tęsknię”, tyle „kocham” które zostały w gardle, bo nie było okazji ich wypuścić.
Ale co z tego? Co mi po tych słowach, skoro teraz mamy mniej czasu dla siebie niż kiedykolwiek. Jakby ktoś ukradł nam te rozmowy, te codzienne drobiazgi, te minuty, które były naszym azylem. Teraz zamiast głosu w telefonie jest cisza. Taka cicha, że aż boli. Bo nawet nie chodzi o to, że nie chce – tylko że nie może. Bo sytuacja, bo okoliczności, bo życie potrafi być brutalnym złodziejem wspólnego czasu.
I to mnie właśnie rozrywa. Nie krzyk. Nie kłótnia. Ale ta cisza. Ta pieprzona, pusta cisza, która wypełnia każdą minutę, każdą próbę zaśnięcia. Patrzę w sufit i czuję, jak bardzo mi Jej brak. Nie tylko głosu, ale tego wszystkiego, co się z tym głosem niosło: spokoju, bezpieczeństwa, radości. Jej śmiechu, który był lekiem na moje smutki. Jej szeptów, które koiły nawet najgorszy dzień.
Chciałbym Ją teraz usłyszeć. Niechby nawet powiedziała tylko „dobranoc”. Albo chociaż westchnęła. Cokolwiek. Bo to byłoby więcej niż ta dziwna nocna pustka, która mnie rozbiera od środka.
Zamykam oczy. W myślach widzę Jej twarz. Wiem, że walczymy oboje. Każdy po swojemu. Ale w tych chwilach, kiedy nie możemy być razem ani słowem, ani dotykiem, jedyne co mi zostaje, to cicho szeptać do ciemności: „Proszę, nie zapomnij jak bardzo Cię kocham…”.
I może Ona to gdzieś tam słyszy. Może nawet w tej samej chwili też nie może zasnąć. Może Jej też czegoś brakuje. Może właśnie mnie.
Nie trzeba mieć miecza, żeby toczyć wojnę.
Wystarczy ciało, które się rozpada i serce, które nie chce się poddać. Ja, nie mam zbroi. Mam zmęczone oczy, bolącą głowę, wątrobę, która się buntuje, tarczycę, która działa jak chce, i białaczkę, która codziennie sprawdza, ile jeszcze wytrzymam. A do tego guz w mózgu taki nieproszony lokator, który rozgościł się jakby miał prawo. Ale wiecie co? Ja dalej tu jestem. Czasem czuję, jakbym był ruiną. Jakby moje ciało krzyczało, a ja milczę. Bo nie chcę, żeby dzieci wiedziały. Nie chcę, żeby Żona się bała. Chowam to wszystko za uśmiechem. Za „jest okej”, za „zmęczony jestem, nic mi nie jest”. Za słowami, które nic nie znaczą, ale są łatwiejsze niż prawda. Prawda byłaby jak bomba a ja mam w domu ludzi, których chcę chronić, nie ranić. Każdy dzień to bitwa. Z organizmem, który robi co chce. Z głową, która pęka od myśli, które trzeba udawać, że nie istnieją. Z sercem, które bije tylko dlatego, że jeszcze mam dla kogo. Bo mam. Mam dwóch synów. Mam Żonę, która czasem patrzy na mnie, jakby widziała tylko cień faceta, którym byłem. A ja walczę. Codziennie. Dla nich. Czasem nie mam siły mówić. Czasem nie mam siły chodzić. Ale kurwa, mam siłę kochać. I to mnie trzyma. W nocy, kiedy wszyscy śpią, ja nie śpię. Leżę i czuję, jak wątroba pulsuje jak bomba zegarowa. Czuję to coś w głowie, jakby ktoś wbijał gwoździe od środka. Czuję, jak moje ciało mówi: „Ej, stary, ile jeszcze?” I wtedy patrzę na telefon. Na zdjęcie Żony. Na dzieci śpiące obok niej, gdzieś daleko, ale blisko w myślach. I mówię: „Jeszcze nie dzisiaj.” Jeszcze nie. Nie płaczę. Nie dlatego, że nie umiem. Po prostu nie mam na to siły. Muszę wyglądać jak facet. Jak opoka. A tak naprawdę jestem kurwa oceanem emocji, które tłumię, bo nie chcę, żeby ktoś się bał. Może kiedyś ktoś zauważy. Może popatrzy w moje oczy i zapyta: „Ej Bartek, jak się naprawdę czujesz?” I wtedy może powiem. Może. Ale dziś… jeszcze walczę. Z tym guzem, z tą białaczką, z wątrobą, z tarczycą, z ciszą. Bo choć jestem cichy, jestem wojownikiem. To nie jest opowieść o chorobie. To opowieść o miłości. O tym, że mimo bólu, zmęczenia, lęku jeszcze mam dla kogo żyć. I dopóki moje serce bije, dopóki choć jeden dzień mogę przytulić dzieci, spojrzeć Żonie w oczy i powiedzieć "Kocham" to znaczy, że jeszcze nie przegrałem.
Nie wiem, jak to napisać, żebyście to poczuli.
Bo białaczka nie przychodzi z fanfarami. Nie wali drzwiami. Ona wchodzi cicho. Na palcach. Jak złodziej. I zabiera Cię po kawałku. Najpierw siadasz na łóżku i nie masz siły wstać. Potem zjadasz zupę i czujesz, jakbyś przebiegł maraton. Potem zaczynasz się bać. bo widzisz, że z każdym dniem jesteś coraz mniej sobą.
Nie wiesz, jak boli białaczka. I nie chodzi o szpik, o igły, o kroplówki co lecą jak pieprzona godzina śmierci. Chodzi o to, że boli. milczenie. Boli, że ludzie nie rozumieją. Że patrzą jak na trupa, który jeszcze chodzi. Boli to spojrzenie: „Ojej, Bartek, trzymaj się.” A ja nie chcę się trzymać. Ja chcę się wykrzyczeć, wypłakać, wyjść z siebie. Chcę żyć, kurwa. Nie przetrwać. Nie egzystować.
Najgorsze są noce. W dzień się jeszcze oszukujesz że jakoś to będzie. Że może cud, może chemia zadziała, może jutro będzie lepiej. Ale w nocy. wszystko się z Ciebie zdziera. Zostajesz sam z głową pełną strachu, i ciałem, które nie słucha. Leżysz i liczysz oddechy. Bo boisz się, że któryś będzie ostatni. Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz spojrzałem w lustro i się nie poznałem. Włosy siwieją, oczy zapadnięte, skóra jak papier. Ale w środku. jeszcze biło. Jeszcze tam był ja. I choć białaczka darła mnie na kawałki coś mnie trzymało. Miłość. Do moich dzieci. Do mojej Żony. Do samego życia choć tak kurewsko boli. Nie piszę tego, żebyście mnie żałowali. Nie chcę litości. Gardzę nią. Chcę tylko, żebyście zrozumieli, że są tacy jak ja. Którzy codziennie umierają po cichu, ale rano znowu wstają. Znowu zakładają kaptur, choć nie mają sił. Znowu piszą „będzie dobrze” choć nie wierzą. Ale żyją. Bo dopóki boli to znaczy, że jeszcze jestem. I może białaczka mnie zabierze. Może któregoś dnia nie dam rady wstać, odpisać, pocałować. Ale dzisiaj jeszcze tu jestem. I chcę, żebyście to wiedzieli. Bo milczenie zabija szybciej niż rak. Więc krzyczę. Tak jak umiem. Tak jak mogę. Między wierszami. Między zastrzykami. Między nadzieją a bezsilnością.
Nie czekajcie, ja nie wrócę.
Nie spieszcie się, ja poczekam.
Chce się w Ciebie wtulić i poczuć, że mnie nie puścisz
Niektórych historii nie kończymy bo nie chcemy,
Pragniemy by trwała wiecznie
,,Ktoś Cię kiedyś znajdzie i będzie wdzięczny, że inni Cię stracili.”
Patrzysz na tą jedną osobę i wiesz, że już zawsze będziesz miał do niej słabość, bo ma w sobie to coś, czego nikt inny nie posiada.
Jesteś czymś więcej niż wszystkim.
Kiedy musisz się przypominać, to już nie jesteś priorytetem – jesteś opcją.
Po prostu bądź to tyle