"Sukcesem powinno być to, że pracujemy wspólnie nad projektem, który wart jest tego wysiłku"
Tym razem wstęp jest zbędny. Z Peją rozmawiamy nie o jego solowej karierze, a o prowadzeniu wytwórni RPS Enterteyment i problemach, jakie napotyka w swojej pracy.
Jak w kilku słowach opisałbyś swoje doświadczenia z muzykami od strony wydawcy?
Z pewnością jest to żmudny proces polegający na mediacji i kompromisach. Przede wszystkim z racji tego, że artyści mają swoje oczekiwania podyktowane chęcią zaistnienia, podbudowaniem ego, potwierdzenia własnej wartości, która często jest wysoko ceniona przez nich samych. Często jednak bywa też tak, że artyści są zmienni w swojej ocenie, jeżeli chodzi o promocję i sposób realizowania projektów. Jeżeli projekt dotyczy więcej niż 1-2 osób, to rzeczywiście czasami wynikają problemy natury technicznej. Jako wydawca służę radą i pomysłem na rozwiązywanie wszelakich problemów. Mam nadzieję, że z dobrym skutkiem. Jak wiemy, rynek wydawniczy jest mocno rozwinięty, tym nie mniej każdy na tym rynku szuka nowych rozwiązań na promocję, dystrybucję i budowanie - brzydko mówiąc - grupy docelowej. Będąc wydawcą całkowicie zmieniła mi się optyka i zasadniczo inaczej postrzegam artystów, inne wytwórnie i ludzi z branży. Kiedy inwestujesz własne środki, układ koleżeński z wykonawcą lub branżą nie gwarantuje ci, że będziesz w stu procentach usatysfakcjonowany z własnej roboty, nawet jeśli wyprujesz sobie flaki. Czasem zwykłe „dziękuję” potrafi wymazać wiele trudnych momentów. Problem w tym, że coraz rzadziej czuję się doceniany za swoją pracę, a to nie jest zbyt budujące. 
Co cię najbardziej irytuje w kontaktach z podopiecznymi?
Są rzeczy, które irytują, ale są też rzeczy, które wręcz wkurwiają i to jest największy problem. Potrafię sobie radzić w ekstremalnych warunkach, ale nie daję przyzwolenia na stwarzanie właśnie takich warunków, które skazałyby wytwórnię na pracę na tzw. “wariata”. Bez planu, z dnia na dzień, gdzie linia wydawca-artysta jest nieczytelna. Wkrada się dezinformacja, terminy to fikcja, bo każdy “sobie rzepkę…” i tak dalej. Dbam o porządek, a że z reguły rapperzy są mało uporządkowani, cały ten mój gruntowny ład rozpierdala się chwilę po tym, jak to poskładam, w zasadzie tylko dlatego, że artysta kompletnie nie przejmuje się moim brakiem czasu w danym momencie (bo akurat robię inny projekt) i zupełnie inną linią promocji. Smuci natomiast fakt, że dużo rzeczy chcą załatwiać po koleżeńsku, ale wymagania mają już tylko jak dla wydawcy, a nie kolegi. Taki już chyba los wydawcy - być traktowanym jak koleś, który zrobi wszystko za nich. Bo od tego jest.
Oczywiście część z ludzi, z którymi pracuję, kieruje się zdrowym rozsądkiem, potrafi się zdystansować i rozumie realia rynku, choć często muszę tłumaczyć po kilka razy mechanizmy, które rządzą tym wszystkim. Tak naprawdę cała pewność siebie poszczególnych wykonawców zawarta w liryce nie ma uzasadnienia w dbałości o sprawy administracyjne. Jeśli próbujesz tym wszystkim zarządzać za niego, a koleś po prostu trzyma się kurczowo undergoundowej partyzantki i wali spamy w sieci bez konsultingu, to zaczynasz się zastanawiać po co właściwie marnujesz czas i energię? I do czego jesteś tak naprawdę potrzebny? Zaraz miną trzy lata jak zajmuję się ludźmi, za których czuję się w pewnym stopniu odpowiedzialny. W pewnym stopniu, bo przecież wydanie płyty niczego nie gwarantuje - artysta musi sam pracować na swoją markę. Wydanie płyty nie jest kluczem, który otwiera wszystkie drzwi tylko dlatego, że wydaje to Rychu Peja. Ten sam Rychu, który sprzedaje najwięcej płyt w tym kraju. Tylko że zasadniczą różnicą jest marka samego Pei, a nie marka artystów wydawanych przez Peję. Cześć artystów chyba nie potrafi tego odpowiednio skorygować i wychodzi z założenia, że wydane płyty będą wiązały się bezpośrednio z sukcesami, jakie odnosi na rynku muzycznym ich własny wydawca. Dopóki niektórzy z nich nie porzucą tej iluzji, dopóty będą się zadręczać rozterkami w stylu “co ze mną jest nie tak, dlaczego nie jestem na jego miejscu, przecież jestem równie dobry jak on, a może nawet lepszy”. Brak cierpliwości i ogólnej samodyscypliny nie wróży za dobrze, dlatego przestrzegam wszystkich myślących o szybkiej karierze: przestańcie karmić się snem o wielkim sukcesie. Sukcesem powinno być to, że pracujemy wspólnie nad projektem, który wart jest tego wysiłku. Promuję płyty, które uważam za godne uwagi i rekomenduję je własną nazwą. Jeśli to za mało, to należy zadać sobie pytanie jakie są twoje oczekiwania względem premiery. Często wszystko jest ustalone z odpowiednim wyprzedzeniem. I nie oszukujmy się: sukces każdego z nich to również mój osobisty sukces. Dlatego pragnę go z całych sił. Nie mniej niż oni sami. 
Co jest najbardziej problematyczne w prowadzeniu wytwórni?
To już chyba było w poprzedniej odpowiedzi. Głównym problemem są administracja i zarządzanie, szkolenie ludzi. Wiele osób przychodzi do mnie z pytaniem o pracę, a najczęściej nie posiadają żadnych kwalifikacji lub choćby kwalifikacji przydatnych do tej roboty. Nie znają rynku, nie znają się na muzyce, mają problemy z komunikacją, co jest kluczowe przy pracy z ludźmi. Dostaję masę CV od młodych ludzi po marketingach i innych duperelach i to jest dobre, ale to zaledwie absolwenci, którzy myślą o jakimś stażu lub po prostu pełnopłatnym zajęciu.
W ramach oszczędności bardzo dużo rzeczy wykonuję sam. I nie chodzi mi tylko o oszczędności związane z finansami firmy. To raczej oszczędność czasowa. Nauczenie, odpowiednie przeszkolenie i wykształcenie kadry, która będzie za ciebie zapieprzać, to moje marzenie senne. Zwłaszcza, że ludzie którzy chcą pracować, tak naprawdę ograniczają się tylko do samego stwierdzenia “może przydałbym się w RPS, bo parę groszy zawsze się przyda”. Tylko co RPS będzie miał z takiego pracownika, który wpierw myśli o swoich potrzebach, co z reguły jest naturalne, bo podyktowane ludzkim egoizmem? Będąc takim samym egoistą zapytuję: ile jesteś w stanie z siebie dać i czy w ogóle zdajesz sobie sprawę, że to nie jest praca w wymiarze ośmiogodzinnym, bez mentalnego angażowania się w problemy firmy?
Są trzy zasadnicze działy: dział promocji, produkcji i sprzedaży. W każdym z nich mam swoich ludzi, choć zarządzam niewielką grupą osób i z reguły są to same kobiety. Powszechnie wiadomo, że gdzie diabeł nie może… i w myśl tej zasady radzimy sobie od dłuższego czasu. Największy jednak problem to terminy płatności, które skazują cię na oczekiwanie na kasę, która ci się należy. Czekasz za nią w nieskończoność, płacąc co miesiąc ZUS, dochodowy i VAT od tego, za co jeszcze nie otrzymałeś wynagrodzenia. W końcu jednak pieniądze się pojawiają, ale zamiast liczyć je w kategorii zysków, traktujesz kasę jako kolejne zaliczki na poczet produkcji i wypłaty tantiem, zwłaszcza, że koszty utrzymania firmy pochłaniają część tej kasy. Na szczęście płynność finansowa nie jest zagrożona - zawsze mogę doinwestować z własnych oszczędności, jednak pieniądze firmowe na koncie to rzecz ważna i walczę o to każdego dnia. Na koniec dodam tylko, że młody przedsiębiorca musi codziennie zmagać się z biurokracją i to na każdym szczeblu. Jest ona nieodłącznym elementem prowadzenia własnego biznesu.
Czy twoim zdaniem wytwórnia powinna pomagać artystom w organizacji koncertów?
Jeśli wytwórnia ma możliwości robienia eventów i posiada odpowiednie doświadczenie to jak najbardziej może to robić, ale uważam to jednak bardziej za przejaw dobrej woli niż obowiązek. W ramach RPS Enterteyment organizujemy cykl imprez pod szyldem „RPS Club Meeting”, na które zapraszamy artystów zagranicznych w charakterze headlinera (m.in. Masta Ace, Keith Murray). Podczas imprez artyści z RPS promują swoje krążki - imprezy organizowane są bezpośrednio po premierze 2-3 płyt i w ten sposób mamy możliwość zaprezentowania artystów w szerszym przekroju.
Kolejna akcja to tzw. release party z okazji premier poszczególnych płyt - to bardziej kameralne imprezy dla lokalnego towarzystwa hiphopowego, podczas których artyści świętują wydanie nowego albumu. Jest jeszcze doroczny festiwal TERRORYM FEVER, podczas którego niejednokrotnie koncertują artyści zrzeszeni w naszej wytwórni. Oczywiście prowadzimy booking i przekazujemy dane kontaktowe firm chcących organizować koncerty poszczególnych wykonawców. Sprawy przejmują menedżerowie zespołów i w myśl tej zasady koncerty wchodzą w życie. Często i gęsto artyści z RPS Enterteyment, tacy jak Śliwa, Kobra, Bezczel, Buczer czy Kroolik Underwood towarzyszyli nam na trasie w ramach koncertów Slums Attack jako goście z płyty lub wsparcie w postaci supportów.
Dodam, że wytwórnia, w której wydaję pyty (Fonografika) nie zajmuje się organizacją moich koncertów.
Jak w przypadku twojej wytwórni wygląda sprzedaż muzyki w formie plików? Czy dystrybucja elektronicznej jest bardziej kłopotliwa od fizycznej?
Sprzedaż elektroniczna nie kojarzy mi się na dzień dzisiejszy z dochodowym biznesem. Tym nie mniej zadbaliśmy, żeby nasze tytuły bez problemu można było znaleźć na Itunes czy w Muzodajni. Obecnie prowadzimy rozmowy mające na celu wejście na rynek elektroniczny w szerszym zakresie niż wymienione wcześniej platformy. 
Jaką część budżetu stanowią nakłady na reklamę? Czy budżet ten różni się w zależności od promowanej płyty?
Każda płyta ma inny budżet, choć nie są one ani specjalnie zawyżane czy zaniżane w stosunku do tego wzorcowego. Jeśli artysta chce więcej kasy na promocję to musi coś za tym iść. Zdarzyło mi się przeinwestować i nie było to przyjemne doświadczenie.
Ogólnie staramy się robić między 2-4 klipy na album, co jest obecnie średnią krajową. Do poszczególnych płyt robiliśmy osobne single w postaci fizycznej, co jest na dzień dzisiejszy inwestycją, która w żaden sposób się nie zwraca. Więc albo nakład jest rozdany za darmo, albo kisi się w magazynie i co kwartał sprzedajemy 100 sztuk nośnika. Jako wydawca ustalam budżet na daną produkcję, czasem coś dołożę, czasem coś odejmę - artyści nie mogą traktować mnie jak skarbonkę. W zależności od sprzedanego nakładu warunki zmieniają się na zasadzie progów procentowych - uważam, że jest to bezpieczne dla obu stron.
Dodam, że pokrywamy też udział zespołów we wszelkich działaniach promocyjnych związanych z wyjazdami, staramy się też zabezpieczyć poligrafię w postaci plakatów, wlepek - raperzy chcą tego typu gadżetów - to jakby namacalne świadectwo, że płyta wyszła. Skoro prasa, która wciąż się kurczy dzięki internetowi, nie zamieszcza recenzji, nie mówiąc już o artykułach i reklamie (chyba że płatnej), znajdujemy też sposoby na promocję właśnie w sieci. Rynek niby jest duży, ale tak naprawdę profesjonalnych serwisów i platform oraz stacji tv jest niewiele. Tam też mamy swoją niszę, o którą musimy walczyć z innymi niezależnymi wytwórniami, również hiphopowymi. Najgorszym złem są obecnie wytwórnie wydające hip-hop, które powstają jak grzyby po deszczu, działając na zasadzie „zarobiliśmy coś np. na odzieży dla hiphopowców, więc teraz wydoimy rynek z muzyką”. Kupują artystów, ubierają w ciuchy, na których zarobili i sprzedają jak towar na bazarze. To na dzień dzisiejszy jest największy potencjał reklamowy, co w połączeniu z serwisami społecznościowymi i emisją na YouTube daje według łaknącej tego gówniarzerii tzw. wysoki standard w reklamie na rynku z muzyką rap. Ja osobiście tym gardzę, bo to tylko biznes i z pewnością nie chodzi tu o muzykę. Artystom to nie przeszkadza, sprzedają dupę i biznes się kręci. Polski rap coraz częściej kojarzy się z wielką kasą niż z umiejętnościami lub zamiłowaniem do muzy.
Ostatnio szeregi twojej wytwórni zasiliły zespoły grające muzykę gitarową. To jednorazowy przypadek, czy planujesz więcej takich płyt? Jak wygląda promocja takiego wydawnictwa, skoro ma trafić do innego grona odbiorców?
Zespoły gitarowe, takie jak Ludwik, czy Nekromer będą promowane zupełnie inaczej z racji stylistyki. Oczywiście pewne platformy są elastyczne dla rapu, rocka czy metalu (patrz cgm.pl), jednak mam świadomość, że te zespoły trzeba wrzucać w świat rocka, a nie rapu. Dlatego chcę, żeby zespoły gitarowe udzielały wywiadów w prasie takiej jak „Metal Hammer”, czy „Teraz Rock”, co z powodzeniem nam się udaje. Inne grono odbiorców, sposób ich pozyskania i sprawienie, by nam zaufali. Traktuję to jako nowe wyzwanie i osobisty priorytet. Może czas postawić na samą muzykę i piekielną energię, gdyż jak mówiłem wcześniej polski rap zagrożony jest przez świat cynicznego biznesu. Dlatego szukam też prawdy w innych gatunkach. Strona wytwórni i profil na FB nie boją się promować młodych ambitnych ekip, które potrafią dać czadu, a przy tym nie celują w mainstream.
Nośniki analogowe to chwilowa moda, czy realna szansa na podratowanie spadającej sprzedaży?
Mam wrażenie, że winyl już dawno z łask wypadł. Sprzedaż na świecie to góra 3 miliony płyt rocznie. Miło oglądać półki z płytami analogowymi w polskich sieciówkach, ale moim zdaniem to o sto lat za późno [śmiech]. Polska to taki kraj, gdzie wszystko zaszczepia się masowo z odpowiednim opóźnieniem. Wspomniany Itunes jest na rynku od niespełna dwóch lat, to dobry przykład na to, co mówię. Szacunek dla didżejów, którzy uratowali winyl. To przede wszystkim hip-hop uratował ten nośnik, ale nie można pominąć też znaczenia sceny klubowej. Szacun!
Jakich rad mógłbyś udzielić komuś, kto chciałby zostać wydawcą?
Nie zostawajcie wydawcami, bo będziecie żałować [śmiech]. Jeśli masz miękkie serce to musisz mieć twardą dupę. A jeśli masz własne zdanie i jesteś asertywny, to artyści cię znienawidzą.