Byłam tym przerażona i dotychczas chyba nie zdawałam sobie z tego aż tak bardzo sprawy. Chciałam czuć się w końcu zwyczajnie dobrze. Chciałam w końcu być emocjonalnie prosta i prostolinijna, taka bez drugiego i trzeciego dna. Chciałam w końcu w tym wszystkim nie grzebać. Nie drążyć. Nie zadawać trudnych pytań i nie obudowywać w górnolotne metafory. Chciałam w sobie tego wszystkiego tak nie kumulować. Chciałam przestać stawiać w końcu przeszłości ołtarze. Chciałam patrzeć na nią bez namaszczenia i grającej w tle orkiestry symfonicznej. Chciałam ją w końcu odłożyć i pójść. Chciałam, by wtopiła się wreszcie w otoczenie i zlała z codziennością. Trzęsłam się jak szczeniak, gdy widziałam jego wzrok wlepiony we mnie z dystansu. Chciałam, żeby odważył się chwycić mnie za ręce, doskonale wiedząc, że trzasnę go po tych łapach jak pięciolatka i ucieknę. Bałam się znów przyzwyczaić. Bałam się tego, że znów waham się, czy to w ogóle możliwe. To się nigdy nie odbywało za darmo. Żaden prezent do zakupów, żadne punkty na nagrody, żadne 2+1 gratis. Każde odnowienie tej subskrypcji bardzo dużo kosztowało - i najgorsze, że za każdym razem płaciło się za to wszystko w ciemno. Zbliżeniowo, tak, bez potwierdzenia, nie, dziękuję, nie trzeba, do widzenia. Znali mnie tutaj. Znali zarówno moją podeskcytowaną, jak i zrezygnowaną minę. Widzieli, jak zostawiam u nich wszystkie oszczędności i jak, ze łzami w oczach, proszę o ostatnie przyznanie kredytu, bo tym razem to na pewno ostatni raz. Człowiek wolał nie liczyć, który raz tu wraca. Przy okienku wisiała siatka centylowa samotności, która miała pomóc petentom w wyborze najbardziej korzystnej opcji - oczywiście wszystko w zależności od poziomu zaangażowania oraz stanu wiary i nadziei. Po trzydziestce dorzucali też pakiet badań ze względu na zwiększone ryzyko zawału. Proponowali najlepszy plan - płatność w ratach lub gotówką z góry. Uśmiechnięty doradca lustrował cię od góry do dołu, oceniając twoją emocjonalną zdolność finansową, a następnie wręczał potwierdzenie i życzył, by tym razem była to subskrypcja dożywotnia. Odchodziłam od okienka i od pewnego momentu nawet już nie udawałam. Niektórzy rzucali nawet ironiczne "Do zobaczenia!". Ze szczerą nadzieją przychodziło tu niewielu i najczęściej od razu było widać po nich, że są nowi. Czekając w kolejce, dla zabicia czasu, obstawiało się, czy to ich pierwszy, czy drugi raz. Czasami zdarzał się też trzeci. Od czwartego uznawało się, że mamy do czynienia z masochistą. Ci przychodzili połamani i poobijani, prezentując w okienku orzeczenie o niepełnosprawności. Wydawało mi się, że nie mają już na twarzy żadnych emocji. Oni załatwiali tu sprawy najszybciej. Nowicjuszom za to proponowano na start szeroki pakiet ubezpieczeń - przyjazd karetki, przeszczep organów, transport zwłok z zagranicy. W pakiecie premium znaleźć można było nawet prywatny ośrodek leczenia uzależnień. Lepiej było się zabezpieczyć. Przecież pytanie nie brzmiało, czy będzie boleć. Pytanie brzmiało: jak bardzo i czy było warto to wszystko znieść.