mam 20 lat, bmi 14 i umieram.
nie wiem nawet, czy ktoś jeszcze pamięta to konto. czy ktoś jeszcze tu wchodzi. choć, wchodząc tu, widzę wciąż nowe reblogi, wiem, że tak naprawdę nikt stąd nie wie, co naprawdę czuję i kim jestem. wszystko zostało, tylko ludzi już nie ma.
przez pół roku nic nie napisałem.
wmawiałem sobie, że to dlatego, że wracam do zdrowia. że potrzebuję prywatności. że skupiam się na sobie. ludzie lubią takie zdania. brzmią dojrzale. ale prawda jest taka, że po prostu robiło mi się coraz trudniej siedzieć, później pisać, później myśleć.
a teraz piszę, bo mam dziwne przeczucie, że jeśli tego nie zrobię, to zniknę tak całkowicie. bez słowa. jakbym nigdy nie istniał.
WAŻNE! jeśli ktoś z was jest jeszcze tutaj i robi sobie to samo, to proszę, nie traktujcie tego jak inspiracji. to nie jest piękne. nie ma w tym nic filmowego. człowiek nie staje się eteryczny ani delikatny. staje się chory, brzydki, traci wszystko.
mam 20 lat i wyglądam jak śmierć. ważę 49,3kg przy 188cm wzrostu. śmieszne, bo kiedyś najbardziej bałem się przytyć, a teraz najbardziej boję się lustra. bo lustro już nawet nie pokazuje człowieka. tylko coś cienkiego, brzydkiego i zmęczonego.
ostatnio siedziałem na podłodze pod prysznicem przez chyba czterdzieści minut, bo zabrakło mi siły, żeby wstać. patrzyłem na swoje kolana i pomyślałem, że wyglądają jak pięści. i nie było to miłe tak, jak dawniej.
moja mama już prawie nie krzyczy. to chyba najgorsza część. kiedyś błagała mnie, żebym jadł. potrafiła płakać nade mną z talerzem zupy. teraz tylko patrzy. czasami słyszę ją w nocy, jak chodzi po kuchni. chyba nie śpi przeze mnie, ale ja też nie śpię. serce wali mi tak mocno, że boję się zasnąć. boję się, że się nie obudzę. wtedy chciałbym, żeby przyszła i mnie przytuliła, ale ona jest chyba na mnie zbyt zła, by to zrobić.
ja już nawet nie wiem, po co to robię. na początku chodziło o zwykłe schudnięcie. po prostu nie chciałem być gruby. potem o to uczucie dumy, kiedy ktoś mówił , że schudłem, a teraz to już tylko strach.
ana dała mi poczucie, że będę piękniejszy, lepszy, czystszy. potem zabrała mi znajomych, rodzinę, pasję do skrzypiec i fortepianu, humor, włosy, sen, koncentrację, osobowość i wiele innych rzeczy. a mimo tego dalej jej bronię. dalej myślę, że jest jedyną rzeczą, która mi została.
wiesz, co jest najbardziej pojebane? że nadal czasem patrzę w lustro i myślę, że jestem za gruby, choć boję się samego siebie. głos any nie milknie nawet wtedy, kiedy ledwo stoję. nawet kiedy ciemnieje mi przed oczami. nawet kiedy lekarz patrzy na mnie tym spojrzeniem, którym patrzy się na umierających.
ostatnio przeglądałem swoje stare zdjęcia. miałem wtedy pełną twarz, normalne ręce, uśmiech. i pierwsza myśl? ale byłem gruby. teraz dociera do mnie, że na tym zdjęciu wyglądałem po prostużywo.
nie wiem, czy da się opisać zmęczenie, które czuję. to takie, którego sen nie naprawia. ciało już nawet nie protestuje. ono się po prostu wyłącza po kawałku.ciągle jest mi zimno. mam zimne dłonie w maju. zimne stopy pod dwoma kocami. zimne życie.
śmieszne, bo kiedyś chciałem być lekki. teraz czuję się cięższy niż kiedykolwiek. jakbym ciągnął za sobą łancuchy, które mnie więżą.
leżę w nocy i próbuję zgadnąć, ile jeszcze wytrzyma moje serce. to brzmi dramatycznie, wiem.jak cytat nastolatka, który chce być smutny w internecie. tylko że ja naprawdę czuję, że moje życie się kończy. organizm chyba już powoli odpuszcza.
mam momenty, kiedy idę do łazienki i muszę usiąść na podłodze, bo obraz robi się czarny. czasem serce nagle zwalnia lub przyspiesza tak mocno, że przez sekundę jestem pewien, że to już ten moment. i najgorsze jest to, że zamiast się przestraszyć, pierwsza myśl brzmi oby jeszcze nie teraz. jeszcze nie przed 45. 45 kilo.
taką liczbę wybrałem sobie już jako dziecko. jest ładna. jakby po jej osiągnięciu wszystko miało się zatrzymać. jakby wtedy ten cały hałas w środku wreszcie ucichł. a przecież dobrze wiem, że nie będę miał siły się tym cieszyć.
chyba właśnie to jest najbardziej chore. że człowiek może jednocześnie wiedzieć, że umiera i dalej robić sobie krzywdę z pełną świadomością.
żałuję wielu rzeczy. żałuję obiadów, których nie zjadłem z mamą. żałuję wyjazdów, na których liczyłem kalorie zamiast wspomnienia. żałuję ludzi, których od siebie odepchnąłem, bo bali się patrzeć, jak znikam. żałuję kariery i studiów, które zaprzepaściłem.
myślę o tym, ile życia oddałem za coś, co nawet nie dało mi szczęścia. i teraz, pisząc to, robi mi się tak pojebanie smutno, ale wiem, że rano znowu stanę na wadze. i nienawidzę siebie za to, że nadal chcę zobaczyć to jebane 45.
nie wiem, czy ktoś to czyta. może wszyscy już dawno zapomnieli ten blog. może ktoś przypadkiem wejdzie tu za pięć lat i pomyśli ciekawe, co się z nim stało.
nie piszę tego po uwagę. nie chcę współczucia. chyba po prostu pierwszy raz od dawna chcę powiedzieć prawdę bez udawania, że mam kontrolę. bo nie mam. jestem przerażony.
i dopiero teraz rozumiem, że nie chciałem umrzeć. chciałem tylko na chwilę przestać nienawidzić siebie.
ana zabiera wszystko, a potem przekonuje, że to ty wygrałeś. a ja już nie mam siły dalej wygrywać.
jeśli jutro znowu zniknę, to nie dlatego, że wszystko się naprawiło. po prostu coraz trudniej znaleźć słowa. do tego posta zbierałem się jakieś 2 tygodnie, bo nie wiedziałem, co mogę napisać.
a teraz jest pólnoc i słyszę, jak mama kaszle za ścianą. i oddałbym wszystko, żeby znowu usiąść z nią normalnie przy stole i zjeść kolację. bez strachu. bez liczenia. chyba właśnie o to chodzi mi tutaj najbardziej. że dopiero kiedy umierasz, rozumiesz, jak bardzo chciałeś żyć.
chyba jeszcze dziś usunę wszystkie posty tutaj, żeby nie dawać nikomu przykładu. proszę, nie rób sobie tego.