STATUS
wzrost: 188cm
hw: 88kg
sw: 71kg
cw: 47,2kg
ugw: 45kg
obecne bmi: 13,4
TMBGareOK. The Official They Might Be Giants tumblr
NASA
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open
RMH
Not today Justin
Mike Driver

No title available

No title available

tannertan36
No title available
occasionally subtle

Love Begins
taylor price
EXPECTATIONS
Cosimo Galluzzi
noise dept.

roma★

pixel skylines

Game Changer & Make Some Noise

oozey mess

seen from Germany

seen from Türkiye

seen from Malaysia

seen from United Kingdom
seen from Ecuador
seen from Italy

seen from United States

seen from United States
seen from Singapore
seen from Italy

seen from United States
seen from Iraq
seen from United States
seen from Sweden
seen from Mexico

seen from Australia

seen from Brazil
seen from Thailand

seen from Argentina
seen from United States
@motylekk-anyy
STATUS
wzrost: 188cm
hw: 88kg
sw: 71kg
cw: 47,2kg
ugw: 45kg
obecne bmi: 13,4
26.05.2026r.
mam 20 lat, bmi 14 i umieram.
nie wiem nawet, czy ktoś jeszcze pamięta to konto. czy ktoś jeszcze tu wchodzi. choć, wchodząc tu, widzę wciąż nowe reblogi, wiem, że tak naprawdę nikt stąd nie wie, co naprawdę czuję i kim jestem. wszystko zostało, tylko ludzi już nie ma.
przez pół roku nic nie napisałem.
wmawiałem sobie, że to dlatego, że wracam do zdrowia. że potrzebuję prywatności. że skupiam się na sobie. ludzie lubią takie zdania. brzmią dojrzale. ale prawda jest taka, że po prostu robiło mi się coraz trudniej siedzieć, później pisać, później myśleć.
a teraz piszę, bo mam dziwne przeczucie, że jeśli tego nie zrobię, to zniknę tak całkowicie. bez słowa. jakbym nigdy nie istniał.
WAŻNE! jeśli ktoś z was jest jeszcze tutaj i robi sobie to samo, to proszę, nie traktujcie tego jak inspiracji. to nie jest piękne. nie ma w tym nic filmowego. człowiek nie staje się eteryczny ani delikatny. staje się chory, brzydki, traci wszystko.
mam 20 lat i wyglądam jak śmierć. ważę 49,3kg przy 188cm wzrostu. śmieszne, bo kiedyś najbardziej bałem się przytyć, a teraz najbardziej boję się lustra. bo lustro już nawet nie pokazuje człowieka. tylko coś cienkiego, brzydkiego i zmęczonego.
ostatnio siedziałem na podłodze pod prysznicem przez chyba czterdzieści minut, bo zabrakło mi siły, żeby wstać. patrzyłem na swoje kolana i pomyślałem, że wyglądają jak pięści. i nie było to miłe tak, jak dawniej.
moja mama już prawie nie krzyczy. to chyba najgorsza część. kiedyś błagała mnie, żebym jadł. potrafiła płakać nade mną z talerzem zupy. teraz tylko patrzy. czasami słyszę ją w nocy, jak chodzi po kuchni. chyba nie śpi przeze mnie, ale ja też nie śpię. serce wali mi tak mocno, że boję się zasnąć. boję się, że się nie obudzę. wtedy chciałbym, żeby przyszła i mnie przytuliła, ale ona jest chyba na mnie zbyt zła, by to zrobić.
ja już nawet nie wiem, po co to robię. na początku chodziło o zwykłe schudnięcie. po prostu nie chciałem być gruby. potem o to uczucie dumy, kiedy ktoś mówił , że schudłem, a teraz to już tylko strach.
ana dała mi poczucie, że będę piękniejszy, lepszy, czystszy. potem zabrała mi znajomych, rodzinę, pasję do skrzypiec i fortepianu, humor, włosy, sen, koncentrację, osobowość i wiele innych rzeczy. a mimo tego dalej jej bronię. dalej myślę, że jest jedyną rzeczą, która mi została.
wiesz, co jest najbardziej pojebane? że nadal czasem patrzę w lustro i myślę, że jestem za gruby, choć boję się samego siebie. głos any nie milknie nawet wtedy, kiedy ledwo stoję. nawet kiedy ciemnieje mi przed oczami. nawet kiedy lekarz patrzy na mnie tym spojrzeniem, którym patrzy się na umierających.
ostatnio przeglądałem swoje stare zdjęcia. miałem wtedy pełną twarz, normalne ręce, uśmiech. i pierwsza myśl? ale byłem gruby. teraz dociera do mnie, że na tym zdjęciu wyglądałem po prostużywo.
nie wiem, czy da się opisać zmęczenie, które czuję. to takie, którego sen nie naprawia. ciało już nawet nie protestuje. ono się po prostu wyłącza po kawałku.ciągle jest mi zimno. mam zimne dłonie w maju. zimne stopy pod dwoma kocami. zimne życie.
śmieszne, bo kiedyś chciałem być lekki. teraz czuję się cięższy niż kiedykolwiek. jakbym ciągnął za sobą łancuchy, które mnie więżą.
leżę w nocy i próbuję zgadnąć, ile jeszcze wytrzyma moje serce. to brzmi dramatycznie, wiem.jak cytat nastolatka, który chce być smutny w internecie. tylko że ja naprawdę czuję, że moje życie się kończy. organizm chyba już powoli odpuszcza.
mam momenty, kiedy idę do łazienki i muszę usiąść na podłodze, bo obraz robi się czarny. czasem serce nagle zwalnia lub przyspiesza tak mocno, że przez sekundę jestem pewien, że to już ten moment. i najgorsze jest to, że zamiast się przestraszyć, pierwsza myśl brzmi oby jeszcze nie teraz. jeszcze nie przed 45. 45 kilo.
taką liczbę wybrałem sobie już jako dziecko. jest ładna. jakby po jej osiągnięciu wszystko miało się zatrzymać. jakby wtedy ten cały hałas w środku wreszcie ucichł. a przecież dobrze wiem, że nie będę miał siły się tym cieszyć.
chyba właśnie to jest najbardziej chore. że człowiek może jednocześnie wiedzieć, że umiera i dalej robić sobie krzywdę z pełną świadomością.
żałuję wielu rzeczy. żałuję obiadów, których nie zjadłem z mamą. żałuję wyjazdów, na których liczyłem kalorie zamiast wspomnienia. żałuję ludzi, których od siebie odepchnąłem, bo bali się patrzeć, jak znikam. żałuję kariery i studiów, które zaprzepaściłem.
myślę o tym, ile życia oddałem za coś, co nawet nie dało mi szczęścia. i teraz, pisząc to, robi mi się tak pojebanie smutno, ale wiem, że rano znowu stanę na wadze. i nienawidzę siebie za to, że nadal chcę zobaczyć to jebane 45.
nie wiem, czy ktoś to czyta. może wszyscy już dawno zapomnieli ten blog. może ktoś przypadkiem wejdzie tu za pięć lat i pomyśli ciekawe, co się z nim stało.
sam chciałbym wiedzieć.
nie piszę tego po uwagę. nie chcę współczucia. chyba po prostu pierwszy raz od dawna chcę powiedzieć prawdę bez udawania, że mam kontrolę. bo nie mam. jestem przerażony.
i dopiero teraz rozumiem, że nie chciałem umrzeć. chciałem tylko na chwilę przestać nienawidzić siebie.
ana zabiera wszystko, a potem przekonuje, że to ty wygrałeś. a ja już nie mam siły dalej wygrywać.
jeśli jutro znowu zniknę, to nie dlatego, że wszystko się naprawiło. po prostu coraz trudniej znaleźć słowa. do tego posta zbierałem się jakieś 2 tygodnie, bo nie wiedziałem, co mogę napisać.
a teraz jest pólnoc i słyszę, jak mama kaszle za ścianą. i oddałbym wszystko, żeby znowu usiąść z nią normalnie przy stole i zjeść kolację. bez strachu. bez liczenia. chyba właśnie o to chodzi mi tutaj najbardziej. że dopiero kiedy umierasz, rozumiesz, jak bardzo chciałeś żyć.
chyba jeszcze dziś usunę wszystkie posty tutaj, żeby nie dawać nikomu przykładu. proszę, nie rób sobie tego.
to koniec, dziękuję
Dwa dni temu znowu się to stało - zostałam hospitalizowana przez zaburzenia odżywiania
Hej. Mam na imię Antonia, mam 14 lat. Nigdy nie udzielałam się w żadnych "ed spaces", byłam tylko bierną obserwatorką, pomimo że z anoreksją zmagam się od ponad 3 lat.
Tym postem chcę przestrzec każdą dziewczynę która pierwszy raz wchodzi na tumblra, twittera albo tiktoka i wyszukuje anę i motylki. Bo ana nie jest twoją przyjaciółką i szybkim sposobem na schudnięcie. To śmiertelna choroba która niszczy twoje życie i życie twoich bliskich
Po raz pierwszy do szpitala trafiłam w wieku 12 lat przez komplikacje związane z nadużywaniem środków przeczyszczających. Po tym, moi rodzice zdecydowali się na dłuższą hospitalizację
Kłóciłam się z nimi ogromnie, obwiniałam ich, wytykałam że nie zauważyli mojego problemu wcześniej. Teraz ogromnie tego żałuję. Wiem, że oni też się obwiniają i bardzo siebie za to nienawidzą
W szpitalu zaczęło się karmienie przez rurkę. A ja stałam się potworem. Krzyczałam na lekarzy, na pielęgniarki, na każdą osobę która się do mnie odezwała, bo nie wiedziałam ile kalorii mi podają. Panikowałam. Zaparłam się i nie współpracowałam z żadną zaproponowaną formą leczenia. Wkrótce mieli mnie dosyć. Ten program jest dla tych którzy chcą wyzdrowieć. Na jej miejsce czeka kilkanaście innych dziewczyn które wykorzystają tą szansę
Więc mnie wypisali. A ja się cieszyłam. Bo znowu nareszcie mogłam chudnąć.
Minął rok, a ja całkowicie zniszczyłam moją relację z rodzicami. Nigdy nie zapomnę słów mojej mamy. Chesz zniszczyć sobie życie, bardzo proszę. Ale nie niszcz przy tym mojego życia
Długa rozmowa z tatą, i słowa które z pamięci również nigdy mi nie wypadną. Kocham cię Tonia ale mama nie może patrzeć jak się zabijasz
Rodzice wysłali mnie do cioci
Ale ja nadal żyłam tak jak zawsze. Widziałam że ciocę to męczy. Że też już nie daje rady, podobnie jak moja mama
Teraz spowrotem jestem w szpitalu. To był pomysł mojej cioci. Spróboj jeszcze raz Toni
Ona ma nadzieję że coś się zmieni, że się ogarnę, że będzie lepiej. Ale ja wiem że nie będzie. Bo anoreksja jest w całej mnie. Ja jestem anoreksją. Kim miałabym być bez niej?
Zniszczyłam wszystko co w życiu ważne. I dla mnie jest za późno. Ale dla tej dziewczyny która dopiero próbuje zaprzyjaźnić się z aną nie jest. Jeśli właśnie ty nią jesteś i czytasz teraz te słowa - proszę, przemyśl to. Usuń tą aplikację. Nie otaczaj się ludźmi którzy promują zaburzenie odżywiania. Zadbaj o siebie, o swoją rodzinę i przyjaciół. I pamiętaj że nie jesteś sama. A ana nie da ci odpowiedzi której szukasz. Mi nie dała
Jeśli masz jakiekolwiek pytania odnośnie sposobu leczenia zaburzeń odżywiania w Wielkiej Brytanii (o Polsce niestety nie wiem) chcesz się wyżalić, wygadać albo po prostu porozmawiać, pisz śmiało. Mam teraz dużo wolnego czasu
Kładę się spać jako dziecko.
Siedem lat, włosy pachną jeszcze szamponem truskawkowym, w dłoni lizak, czerwony jak serce. Mama pochyla się nade mną, całuje w czoło i mówi, że jestem mądry jak na swój wiek. Wierzę jej. Wierzę, że jutro znów wstanę tak dziecinny i niewinny. W pokoju słychać tylko oddech, równy i spokojny. Pluszowy miś siedzi obok, pilnuje, żebym się nie bał.
Rano budzę się kimś innym.
Lizak sczerniał i zamienił się w papierosa, którym duszę się przy oknie. Zamiast cukierków, blister tabletek przeczyszczających, które połykam w pośpiechu. Pluszowy miś leży w kącie z wykręconą szyją, jakby widział więcej, niż powinien. Mama patrzy, ale w jej oczach nie ma już dumy. Jest tylko strach, że patrzy na dziecko, które dorosło za szybko i w stronę, której nie da się zatrzymać. Już nie jestem mądry jak na swój wiek. Wiek mnie przegonił. Zostało naiwne, głupiutkie dziecko uwięzione w ciele nastolatka.
W lustrze nie ma już tego samego mnie.
Są kości, które sterczą spod skóry jak ostrza. Ramiona cienkie, jakby mogły złamać się pod ciężarem własnego oddechu. Mogłoby być lepiej, mógłbym być chudszy. Oczy zapadnięte, siny cień pod nimi rozlewa się jak siniak od wewnątrz. Włosy odchodzą garściami, w wannie zostaje z nich czarna pajęczyna. Każdy krok to wysiłek, jakby stopy tonęły w ruchomych piaskach. Każdy kęs chleba to zdrada, każdy łyk wody to lęk.
Płaczę w milczeniu.
Byłem kiedyś dzieckiem, które śmiało się do sera i prosiło o jeszcze jednego cukierka. Teraz jestem cieniem, który uczy się kalkulować kalorie szybciej niż dawniej tabliczki mnożenia. Byłem synem, z którego mama była dumna. Teraz jestem synem, którego boi się dotknąć, bo czuje same kości.
Noc zmieniła mnie w ruinę.
Siedmiolatek zasnął, a rano wstał ktoś zniszczony, wychudzony, nienawidzący siebie. Choroba przyszła jak złodziej. Stopniowo ukradła policzki, uśmiech, skórę, włosy, aż w końcu zabrała całe dziecko.
Pluszowy miś milczy.
Patrzy na mnie swoimi szklanymi oczami. Widzi, że dziecko, które zasnęło z lizakiem, nigdy już się nie obudzi.
Tego dziecka już nie ma, coś w nim umarło.