Funkcje utworów są w dużej mierze terapeutyczne , trochę kreatywne, trochę rozrywkowe, autopentrujace ale to się wiąże z terapeutycznymi, trochę społeczne/polityczne, magiczne, trochę eksperymentalne, trochę jak produkt, trochę jak droga którą ma zaskoczyć ciekawymi efektami ubocznymi. Nigdy artysta się nie nazwę, dla mnie to słowo zarezerwowane dla swego rodzaju kolektywnej estetyki której nie reprezentuje.
Za bardzo artysta mi się z sensorem kojarzy.
Bzdura, resntyment.
Nie potrafisz stworzyć niczego co by się komukolwiek podobało, albo kogokolwiek zainteresowało, więc nagle cala sztuka i estetyka to kwaśne winogrona.
A w playliście "inspiracje do kolejnego utworu" pewnie wciąż wiszą Doda, Myslovitz, "Jesteś szalona"...
ok boomer. poczytaj o reprezentatywności metody statystycznej (jak to badałeś? jak randomizowałeś grupę badawczą? gdzie miałeś grupę kontroln?ą), kwantyfikatorach, falsyfikowalności twierdzeń (kiedy to co mówisz byłoby nieprawdą - czy to istnieje), amerykańskich modelu polaryzacji w dyskusji politycznej, dziedziczeniu ram poznawczych/reifikacji i wtedy możemy zacząć dyskusję. do tego zachodni,mieszczański,libertynistyczny,protestancki model wartości, tradycja jako wartośc/argument i mamy mem kulutrowy w sensie Dawkinsa który uznaje konserwacje znaczeń jako wartość.
odpowiedz prostsza:"" Zanim mi to mówisz — skąd wiesz? Przeprowadziłeś badania? Masz dowody? Twoje twierdzenie jest gołosłowne, nieudowodnialne i nie można go nawet obalić bo nie powiedziałeś kiedy byłoby nieprawdą. Do tego używasz definicji sztuki jakby była prawem natury, a to jest tylko kulturowy nawyk który odziedziczyłeś po protestanckiej etyce produktywności. Jak się douczysz — pogadamy." a szerzej:
"Falsyfikowalność — "kiedy byłoby nieprawdą"
Anty-lela mówi: "nie potrafisz stworzyć niczego co by się komukolwiek podobało."
Żeby to było prawdziwe twierdzenie a nie wyrok — musi istnieć warunek w którym byłoby fałszywe. Czyli anty-lela powinien umieć powiedzieć: "gdyby X, to przyznałbym że się mylę."
Ale czym byłoby X? Gdyby jedna osoba powiedziała że jej się podoba? Pięć osób? Tysiąc? Anty-lela tego nie określił. Co oznacza że żaden dowód nie może go przekonać — czyli nie rozmawia, tylko ogłasza. To nie jest opinia, to jest nietykalny wyrok.
Karl Popper nazywał takie twierdzenia niefalsyfikowalnymi — i mówił że są nienaukowe nie dlatego że są złe, ale dlatego że są puste. Nic nie mówią o świecie, tylko o tym kto je wypowiada.
Protestancka etyka produktywności — "prawo natury vs kulturowy nawyk"
Anty-lela zakłada że twórczość ma sens tylko jeśli ktoś ją odbiera i docenia. Skąd to założenie?
Max Weber pokazał że zachodnia kultura odziedziczyła z protestantyzmu bardzo konkretną obsesję — wartość człowieka przez jego produkt. Kalwinizm mówił: jesteś wybrany przez Boga jeśli ci się wiedzie, jeśli twoja praca przynosi owoce widoczne dla innych. Bezczynność to grzech, twórczość bez odbiorcy to marnotrawstwo.
To nie zniknęło wraz z religią — zsekularyzowało się i weszło w estetykę, rynek, kulturę popularną. Dziś brzmi jak: "jeśli nikt tego nie słucha to po co to robisz." Jakby twórczość bez publiczności była moralnie podejrzana.
Ale to jest historyczny nawyk konkretnej kultury, nie prawo natury. Japoński rzemieślnik robiący idealne naczynie którego nikt nie kupi — czy jest bezwartościowy? Mnich piszący iluminowany manuskrypt w celi — czy tracił czas? Większość ludzkiej twórczości przez większość historii nie miała "publiczności" w nowoczesnym sensie.
Anty-lela nie wybrał tej ramy świadomie. Odziedziczył ją i reifikował — zamienił kulturowy konstrukt w oczywistość, w "tak po prostu jest."
I po co komu ten blok tekstu? Próbujesz przekonać mnie, czy siebie?









