Glut w piecu. Cud, że aparat się nie zjarał. :D
"I'm Dorothy Gale from Kansas"

No title available

Kiana Khansmith
𓃗
Sweet Seals For You, Always
Keni
Fai_Ryy

roma★

No title available
The Bright Sessions
Mike Driver
taylor price
art blog(derogatory)

blake kathryn
tumblr dot com
The Stonewall Inn
Cosimo Galluzzi
The Bowery Presents
h
noise dept.
seen from Nepal
seen from Ukraine

seen from United States
seen from Costa Rica

seen from United States

seen from Malaysia
seen from India
seen from United States
seen from Malaysia

seen from Ecuador
seen from Argentina
seen from T1
seen from United States
seen from United States
seen from Bangladesh
seen from Spain

seen from Malaysia

seen from Bangladesh

seen from Malaysia
seen from United States
@awarotka-blog
Glut w piecu. Cud, że aparat się nie zjarał. :D
My favorite word in the Dutch language, the first one that I learned, and, at the time of this writing, one of the few that I understand is the word “iets,” which, when translated into English, literally means “something.” The belief in something would be called, in Dutch, Ietsisme (Ietsism in...
"Słownik" Jenny Erpenbeck - recenzja
Trudno w kilku słowach określić tak wybitne dzieło, które jednocześnie traktuje o dziecięcych lękach, dorastaniu, totalitaryzmie i najogólniej pojętym złu w krótkiej formie, rozszczepionej dodatkowo na mniejsze elementy.
„Słownik” Jenny Erpenbeck przede wszystkim jednak obrazuje proces (na wpół świadomego) dążenia do prawdy – rozumianej jako właściwe tłumaczenie słów-sensów świata przedstawionego. Przy minimalnej znajomości leksyki tego, co prawdziwe („Ojciec i matka. Piłka. Auto”) bohaterka-narratorka stara się rozpoznać, co jest zniekształcone. Większość pojęć przychodzi jednak prawie nieświadomie, pojawia się stopniowo poprzez oniryczne, brutalne ślady-skojarzenia wraz z dorastaniem bohaterki. Słowa niewinnego, delikatnego świata dziecięcego mają swoje odpowiedniki totalitarystyczne, przywołują ciąg znaczeń z obszaru nieustannego strachu i cierpienia; goździki to tak naprawdę gwoździki, którymi matka chce przybić córkę do łóżka, a na ziemię upaść mogą zarówno lody, jak i karton z uciętymi dłońmi. Z perspektywy zagubionej dziewczynki poznajemy podwójną rzeczywistość. Dziecięce wyliczanki („Kosi, kosi łapci, pojedziem do babci”) przeplatają się z utartymi schematami przekształconymi tak, by dotyczyły cierpienia („W zdrowym ciele zdrowy ból”). W świecie zła ludzie znikają, marzenia dzieci oscylują wokół okoliczności śmierci rodziny, bez przerwy słychać strzały, panuje ostra cenzura, nieustannie pilnuje się porządku, a nieprzestrzeganie reguł i ceremonii prowadzi do okaleczenia lub śmierci. Wszelkie wartości są umowne: „Ważne jest, o czym chcemy pamiętać i jak często”. W tle: powolny rozkład systemu. Wszystko to oświetlane przez wieczne, męczące słońce – symbol totalitaryzmu.
Jednocześnie jest gdzieś jeszcze miejsce, w którym da się zobaczyć śnieg, jedyne pragnienie bohaterki. Z tym właśnie związane są podstawowe pytania, których czytelnik może się chwycić przy próbie zmierzenia się ze „Słownikiem”: czy narratorka odnajdzie miejsce, gdzie nie zawsze świeci słońce? Czy „przetłumaczy” pojęcia zakłamanego świata na te prawdziwe?
W mistrzowskim punkcie kulminacyjnym dzieła Erpenbeck wywraca sensy, które zdawaliśmy się rozumieć; w końcu pierwotne, prawdziwe słowa zostały wcześniej „wydarte (…) i użyte w odwrotnym znaczeniu”. Do rozwiązań, których mogliśmy się spodziewać, dodaje nowe, zwielokrotniając efekt odbioru: niepokój, napięcie, niemal psychoza towarzyszyć będzie czytelnikowi aż do niszczącego zakończenia.
„Słownik” jest trudnym, wielowarstwowym utworem. Na pewno nie spodoba się wielbicielom taniej, masowej rozrywki. Polecam więc – ale nie wszystkim.
Analiza i interpretacja wiersza „*** Przynieśli mnie do trupiarni…” Kazimierza Ratonia
O Kazimierzu Ratoniu ostatnimi czasy szczęśliwie sobie przypomniano. Pojawiły się rozważania o jego życiu, częściej jednak – i bardziej ulotnie – w internecie, niż w druku, ale nawet jeśli (w zasadzie przy okazji) próbowano analizować jego twórczość, to najczęściej w kontekście biograficznym. Wspominano choroby Ratonia, jego cierpienia, pragnienie śmierci, „przeklętość” itp., wiersze traktując jak formy zapisu pamiętnikarskiego lub autoterapii. Nieliczne były próby interpretowania tekstów poety bez odwoływania się do jego życiorysu.
Tymczasem poezja Ratonia broni się sama, jest wielowymiarowa i daje możliwości twórczych interpretacji, także nie-biograficznych, co postaram się udowodnić poprzez analizę wiersza „*** Przynieśli mnie to trupiarni…”.
Przyjrzyjmy się dokładnie pierwszym słowom utworu. Zarysowuje się sytuacja i bohaterowie: bliżej nieokreśleni „oni” przynieśli pierwszoosobowy podmiot liryczny. Przy-nieśli, a więc nieistotne jak na razie wydaje się (dla porównania: prze-nieśli) – skąd; ‘przy-’ wymaga dookreślenia ‘gdzie’. Według podmiotu lirycznego: „Do trupiarni”. Według tych, którzy go tam przynieśli, miejsce to nie jest trupiarnią, lecz „miejscem życia”, gdzie „są ludzie żywi”. Zatrzymajmy się na chwilę na konsekwentnie budowanym paralelizmie: „Przynieśli mnie do trupiarni / powiedzieli oto miejsce życia / powiedzieli oto są ludzie żywi”. Najpierw wskazuje się na czynność przynoszenia, później – mowy, objaśniania tego, co zaszło. To, czego dowiaduje się podmiot liryczny już po fakcie przyniesienia, jest zupełnie przeciwne do tego, co uznaje on z założenia za prawdę. Na tej niezgodności opierają się wszystkie sensy utworu.
„Miejsce życia” to miejsce, gdzie się żyje, istnieje, jest żywym lub miejsce, gdzie po prostu jest życie. Uściśla i pogłębia znaczenie trzeci wers. „Oto są ludzie żywi” brzmiałoby zupełnie inaczej, gdyby usunąć czasownik, który podkreśla samo istnienie. Trupiarnia może oznaczać kostnicę lub w pospolitym rozumieniu miejsce, w którym przebywają starzy ludzie. Wobec dalszych rozważań istotniejsze wydaje się pierwsze znaczenie: obszar, na którym przechowuje się zwłoki. Możemy wnioskować, że podmiot liryczny musiał wcześniej doświadczyć, czym są oba miejsca, lub też ta wiedza została mu dana odgórnie. Nie wie, kto przywiózł go do trupiarni i nazwał ją miejscem życia, ale skoro nie zrobił tego podmiot liryczny, „ktoś to musiał uczynić”. Między nim a jego – jak dowiemy się później – oprawcami buduje się bariera komunikacyjna. Jak stwierdza podmiot liryczny: „Moja myśl nie miała już znaczenia / mój język nie istniał”. Świadomość równa jest wolnej woli, wyzwoleniu podmiotu lirycznego i pod względem semantycznym zbliża się do języka. Język zaś jako jedyny reprezentant woli „ja” lirycznego w społeczeństwie – zawodzi. Porozumienie z ludźmi-trupami jest niemożliwe.
Przeniesienie podmiotu lirycznego do trupiarni to, być może, jedynie zmiana postrzegania tego samego miejsca. W rezultacie takiego przeniesienia świadomości trupiarnia stałaby się życiem, a życie trupiarnią – ale tylko według oprawców. „Ja” liryczne tego procesu nie rozumie, ale wszelkie próby skomunikowania się z ludźmi („trupami które udają żywych”) kończą się wyśmianiem podmiotu. Jego walka – w gruncie rzeczy tylko o to, by nazwać rzeczy po imieniu – sprowadza się początkowo do mowy ciała: min i błagalnego patrzenia, „ale oni nie widzą tego”. Wszelkie próby komunikacji, także te pozajęzykowe, kończą się fiaskiem. Ich jedynym rezultatem jest pogłębiająca się pogarda wobec podmiotu lirycznego, wyrażana poprzez śmiech, który sprawia osobie mówiącej fizyczne cierpienie („moje ciało zwija się / w kłębek jak po uderzeniu ogniem”). Jej sytuacja pogarsza się stopniowo wraz z ciągłym podejmowaniem prób nawiązania kontaktu z oprawcami, które najpierw „wywoływały śmiech”, później „śmiech […] potworny”, „nieprzerwany śmiech”, „skowyt tego śmiechu”, który „staje się coraz głośniejszy”, wreszcie „śmiech przemienia się powoli w nienawiść”. Dochodzimy do momentu, w którym podmiot liryczny znajduje się właśnie teraz, czas wydarzeń przedstawionych łączy się z czasem odbioru przez czytelnika. Stosunkowo dawno (zdążył słyszeć śmiech codziennie) przyniesiono podmiot liryczny do trupiarni, dłuższy czas musiały też zająć nieefektywne starania o nawiązanie kontaktu. Naocznie odbiorca przygląda się temu, co w bliskiej perspektywie opisywane jest w ostatniej strofie. Odbiorca będący jednocześnie widzem, uczestnikiem spektaklu. Bo rzecz cała dzieje się w cyrku.
Na prawdziwą lokalizację (w porządku nadrzędnym, niejako poza rozważaniami o trupiarni i miejscu życia) wskazuje sama postać podmiotu lirycznego. Osoba mówiąca w wierszu to wieszcz i mędrzec (zna prawdy, o których nie mają pojęcia inni) zamknięty w ciele (może lepiej: w funkcji) klauna reprezentującego świat odwrócony. Traktowanie mądrych słów błazna jako żartu to typowa konwencja zachowania, ale w tym utworze podmiot liryczny nie chce odgrywać roli, jaką narzuciło mu społeczeństwo („wszystko rozstrzygnięto poza mną / mój język nie istniał”). Odgórnie ustalona tożsamość jest dla podmiotu lirycznego źródłem cierpienia. Gardzi zarówno sobą, nie potrafiąc uwolnić się od maski klauna, jak i prześmiewcami, którzy go w ten kostium przebrali (przynieśli do trupiarni). Jednocześnie jednak pełen jest miłosierdzia – czego, oczywiście, oprawcy nie zauważają – które wytwarzając reakcję w postaci śmiechu tworzy nienawiść. Nie wiemy, kto ją odczuwa i wobec kogo, możemy się jedynie domyślać, że to podmiot liryczny jest zmienny i raczej jemu przypisać nową emocję, niż ludziom, którzy potrafią tylko pusto się śmiać.
Podmiot liryczny zatraca się w swojej funkcji, kumulując w sobie litość i nienawiść. Kim jednak jest naprawdę? Po wydobyciu z tekstu takich jego cech jak uwięzienie w błazeńskim kostiumie niezależnie od swej woli, niezrozumienie, wyśmianie i skazanie na cierpienie, podmiot liryczny wydaje się obrazem przedrzeźnianego Chrystusa. Jest to błazeńsko wykrzywiony człowiek, który uważa się za Boga, który nie ma absolutnie żadnych zwolenników, którego słowa i gesty są tak bardzo nie z tego świata, że nikt ich nie rozumie, i którego poświęcenie odbywa się na arenie cyrkowej wśród ludzi nie pojmujących zupełnie, że ich świat – jest światem martwych. Ukrzyżowanie ustąpiło miejsca śmiechowi, który „wgłębia się […] tysiącami rozpalonych gwoździ”. Boga Ojca w ogóle nie ma, przybywa jedynie nienawiść. Nieśmiertelność równa jest odczuwaniu bólu i pogardy w martwym świecie. Drugi, boski plan, niebo – miejsce prawdziwego życia – pozostaje pustym, najprawdopodobniej urojonym, wspomnieniem. Podmiot liryczny to Chrystus bez wiary i bez prawdy, głoszący o litości, która rodzi nienawiść. O duszy się nie mówi nic, wciąż tylko o ciele odczuwającym ból, które „zwija się / w kłębek jak po uderzeniu ogniem”. Nie ma dobrego zakończenia, nadziei, nie ma zmartwychwstania, „ja” liryczne cierpi na próżno i bez końca – istnieje tylko trupiarnia.
Przez wykrzywienie i wyolbrzymienie ofiary Chrystusa podmiot literacki zaprzecza podstawowym zasadom religii chrześcijańskiej. W takim rozumieniu utwór mówi o kryzysie wiary jako przeniesieniu całej świadomości z jednego pola ideologicznego na drugie i o skutkach tej zmiany.
„*** Przynieśli mnie do trupiarni” Kazimierza Ratonia to utwór pełen sensów, które można odkryć bez odwoływania się do życiorysu autora. Potwierdzenia tez można szukać w pozostałych tekstach poety, które tworzą zwartą całość ideologiczną, lecz nawet to nie jest konieczne, by ukazać bogactwo znaczeniowe utworu.
Moczarnia
Jako mała dziewczynka bez przerwy chorowałam na nerki, jednak gdy wczoraj rano obudziłam się ze znajomym pieczeniem i swędzeniem, nie od razu dotarło do mnie, że najbliższe dni będą uciążliwe. Na początku pomyślałam z niepokojem, że może to intuicja podpowiada mi, że jestem w ciąży, ale czy intuicja to zjawisko fizyczne? Wtedy wróciło nagle narastające uczucie upokorzenia, niemocy i wściekłości, towarzyszące mi w dzieciństwie.
Za poranną potrzebą poszłam do łazienki. Próbowałam oddać mocz, skuliłam się, uciskając dłońmi brzuch, ale nic z tego. Zrezygnowana, podciągnęłam majtki i wróciłam do pokoju. Jak poradził google, zrobiłam sobie gorącej herbaty z cytryną, próbując wynaleźć pozytywne strony sytuacji. W końcu doszłam do wniosku, że lepiej dostać zapalenia pęcherza moczowego po orgiastycznej nocy, niż wilka po siedzeniu na zimnym. No i zawsze lepiej mieć parę dni problemy z oddaniem moczu, niż dziewięć miesięcy z ciążą. O ile nie jestem w ciąży.
Poza tym, to całkiem niezłe usprawiedliwienie z kolejnych zamęczanych nocy. Może będę mogła w końcu się wyspać.
Meeky Story 3
Próba
Tym razem trzeba było przygotować opowiadanko zbudowane z samych tylko dialogów. Proszę bardzo:
– Dlaczego nie? – wymamrotał, wciąż klęcząc przed nią.
– Jeszcze za wcześnie – westchnęła, uśmiechając się. – Zachowujesz się jak bachor, cały czas chlejesz i palisz te swoje fajki. Już o tym mówiliśmy.
– Przepraszam – powiedział, siadając obok niej na łóżku.
– Weź to. Chociaż nie, w sumie nawet nie otworzyłam, daj zobaczyć.
– Białe złoto, żółte złoto i brylant – powiedział, otwierając puzderko.
– Ja nie mogę, pierścionek z brylantem. Musiałeś się zadłużyć, co? – zachichotała. – A to złoto to pewnie podrabiane. Ciekawe, czy tam choć mała próbka złota jest.
– Ciekawe – powtórzył smutno. – To może lepiej ja już pójdę.
– Nie, no co ty, żartowałam. Dalej mnie kochasz? Chcesz za mnie wyjść?
– Tak, kurwa! – wrzasnął przez łzy i skulił się na łóżku. – Ale to wcale nie jest brylant!
Uwolnienie (pastisz Kereta)
Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice postanowili zapisać mnie do szkoły baletowej. Wieloletnie ćwiczenia wiązały się z długotrwałym bólem nadwyrężanych stawów, wiązań i połączeń mojego ciała. Często zdarzały mi się przykre wypadki.
W przeddzień ważnego przedstawienia w teatrze miejskim mama weszła do pokoju, by sprawdzić moje postępy. W cieniu jej stukilogramowego ciała, strasznie zestresowana, wyprężyłam nogę tak bardzo, że kość piszczelowa złamała mi się, przebijając skórę. Lekarze, przyzwyczajeni do moich kontuzji, szybko mnie poskładali, ale rodzice denerwowali się coraz bardziej, a mnie trudniej było sprostać ich wymaganiom. Na jednej z wyjątkowo męczących prób napięłam mięśnie karku odrobinę za mocno, przez co pękły mi wszystkie zęby. Później, po ujrzeniu mojej twarzy, trzech dentystów zmieniło profesję, a jeden nawet popełnił samobójstwo.
Największe nieszczęście spotkało mnie podczas przesłuchania na primabalerinę naszego teatru. W najtrudniejszym momencie coś musiało pójść nie tak, bo moje ciało wywróciło się na drugą stronę. Wnętrzności znalazły się na wierzchu, a to, co do tej pory było na zewnątrz, przenicowało do środka.
Nie wiem, co się teraz ze mną dzieje, ale jestem szczęśliwa – nie muszę tańczyć.
Kolejna próba webkomiksowa. W sumie jak tak teraz patrzę, to kurde, jak można bohatera nazwać Meeky? Tak wypompowane, że ja nie mogę. No ale dobra.
Święty Mikołaj
Kolejne z cyklu mikroopowiadań.Tym razem pisało się z tzw. perspektywy kinderystycznej. Oczywiście przesadziłam, ale może tak miało być, co? może mój dzieciak miał ADHD albo inne gówno w głowie.
Na początku cały czas to mi mówili, że trzeba pomagać biednym i można im dać dwa złote, jeśli tylko nie śmierdzi wódką, bo jak śmierdzi, to wiadomo, że wyda na wódkę, ale to nie ich wina, że są biedni. Pytałem się, dlaczego oni są, a rodzice nie są, dlaczego tamci nie mają co jeść, a my tak, no każdym razie nie ich wina i trzeba im pomóc. No i jak usłyszałem w szkole historię o prawdziwym świętym Mikołaju, tym prawdziwym, to postanowiłem też zostać świętym i porozdawać jak święci pieniądze rodziców. I mieć własne święto, że ludzie by wtedy dawali biednym prezenty, a bogatym nie, bo skoro to nie wina biednych, że są biedni, to pewnie wina bogatych, że są bogaci, a skoro to wina, to źle. Więc zabrałem z torebki mamy i od taty wziąłem, i rozdałem, i nawet patrzyłem, żeby nie śmierdzieli wódką. A potem tata na mnie strasznie krzyczał w ogóle bez powodu, jakby nie rozumiał, że to było dobre, chociaż mu wszystko wyjaśniłem. Ale mama się na niego tak źle spojrzała raz i przestał, ale był zły dalej, i kazał mi iść do pokoju, i ja też byłem zły, więc postanowiłem nie być świętym na złość, żeby za późno zrozumieli, o co mi chodziło. Ale pomyślałem, że wtedy wyjdzie na to, że to oni byli fajni, a ja nie, bo oni wygrali. Ale jak tak myślałem, to przyszła mama i powiedziała, że jestem już duży, więc powinienem wiedzieć, że święty Mikołaj nie istnieje, i zrobiło mi się smutno.
Kiedyś (jeszcze przed pełnolęctwem) zachciało mi się robić komiks internetowy, ze skutkiem jak widać; oto część pierwsza tegoż.
Palce. Ogranie i ograniczenie
Stare mikroopowiadanie, mieliśmy na zajęcia pisać. To akurat, ponoć niemożliwe do zrealizowania, miało być ekspozycją, czy coś takiego.
Trochę podobnych tu walnę, enjoy.
Na klawiaturze była krew.
N. zdjęła okulary i zbliżyła twarz do e dwukreślnego, by przyjrzeć się małym plamkom. Ogarnęła ją nie do końca normalna myśl, by polizać klawisz, zanim kropelki zaschną, przeobrażając miłą dla oka czerwień w niesmaczny, ciemny brud. Więcej jednak poczułaby potu, niż krwi, a gdyby zlizała cały klawisz od góry do dołu – posmakowałaby także starego kurzu. Zaciągnęła rękaw bluzy i starła plamki.
Pozostało jeszcze wykrycie źródła. Obejrzała dokładnie palce. Miejsce obok opuszka trzeciego palca lewej ręki, poprzedniego dnia dokładnie poogryzane z niepotrzebnych, a może też nie do końca niepotrzebnych skórek i wypukłości, zalśniło ładnie. Oczywiście nie czuła bólu, było to chyba niemożliwe po tyluletniej walce opuszków z nerwami N. i ciężką klawiaturą jej mizernego fortepianu. Głuchy Petrof to rzęził jak schorowany Chopin, to znów bębnił jak kościelne kawałki Borkowskiego.
Co dla N. było jednak najważniejsze, to sama istota fortepianowości Petrofa. Pianina by nie zniosła, choć pewnie byłoby łatwiej. Ale miałaby wyrzuty sumienia. Gdyby nie ciężar i ogólna ułomność fortepianu, palce N. do tej pory byłyby śliczne, delikatne i nie wyćwiczone godzinami męczarni. Nie znałyby tego bólu i zmęczenia, a więc nie byłyby w stanie się na całe to biedne życie uodpornić. A wraz z nimi tej umiejętności nie posiadłaby N.