Parenting, czyli jak w dwa tygodnie nie zepsułam dziecka
Od 13 dni jestem matką i nie mogę powiedzieć, że całe życie wywróciło mi się do góry nogami. Życie mi leży i kwiczy i to dosłownie, zwłaszcza kiedy to życie jest głodne, albo potrzebuje zmiany pampersa. Zaliczyłam od tego czasu jedną randkę z mężem w macu, z okazji ściągnięcia szwów, 1 sklepową paranoję kiedy udało mi się zbiec z domu na 2h po stanik do karmienia i coś w co powinnam się zmieścić, co by z gołą pupą po ulicach nie chodzić, 100 napadów depresji, bo jestem złą matką i wszystko robię nie tak i 13 cudownych dni, w których nie wiem jak się nazywam, która jest godzina (chyba że jest godzina karmienia), jaki jest dzień tygodnia, miesiąca, rok pamiętam.
Czuję się źle. Nie doszłam do siebie po cesarce jak te wszystkie piękne łanie opowiadały, że dwa dni i po bólu. Po dwóch tygodniach nadal mnie boli, a nawet i momentami napierdala. Mój niegdyś płaski brzuch wygląda jak obwisła galareta zaorana kombajnem, uda i ramiona sflaczały do reszty, jedyne co imponujaco wygląda to cycki, dopóki nie wybuchają nawałem mleka. Nie wiem ile schudłam, jaki mam rozmiar, wiem, że na pewno jem mniej i że nagle można żyć bez snu. Sen jest dla słabych, albo bezdzietnych.
Czy chciałabym to wszystko rzucić w pizdu i wyjść po papierosy?
Momentami. Szczerze licząc się z ukamieniowaniem mówię, że momentami tak, ale zaraz potem przypominam sobie, że to mój syn. Patrzę jak śpi zawinięty w swój ulubiony kocyk i wybucha nieskończona miłość do tego małego naleśnika. Miłość, która jako jedyna jest chyba czysto-bezinteresowna, bo czego możesz chcieć od kogoś, kto za miłość daje kolejną kupę? i jeszcze więcej miłości...
Róbcie dzieci, polecam, 10/10 :)











