Swoją drogą:
yashihimi.bsky.social <3
Monterey Bay Aquarium

tannertan36
Mike Driver
KIROKAZE
No title available
Not today Justin

Andulka
No title available
h

Kiana Khansmith
RMH
Cosimo Galluzzi

pixel skylines

Kaledo Art

Discoholic 🪩
ojovivo

⁂
sheepfilms

Product Placement
NASA

seen from Netherlands
seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from Malaysia

seen from United States
seen from Taiwan

seen from China
seen from Türkiye

seen from United States

seen from United Kingdom
seen from Brazil

seen from Oman
seen from Denmark
seen from Türkiye

seen from Türkiye
seen from United States
seen from United States
seen from Malaysia

seen from United States
@beze-mnie
Swoją drogą:
yashihimi.bsky.social <3
czwartek, 21 listopada 2024, 14:27
Nie żyjesz już 13 lat. Data śmierci i urodzin mi się myli. Przez chwilę myślałem, że dzisiaj miałbyś urodziny.
Całe życie towarzyszyła mi absolutna pewność odnośnie tego kto z mojego życia zniknie, kto jest na chwilę, a kto zostanie tak długo jak będzie bić serce. Nigdy nie miałem o to żalu, należę do grona osób, które kochają się w pożegnaniach, ekscytuje mnie sama myśl o tym ile osób do poznania jeszcze przede mną. Dlatego świdruje mnie to, że wiem, że wiem, że byłbyś tu dalej ze mną. Rozmawialibyśmy właśnie o świątecznych prezentach, cieszyli się pierwszym w tym roku śniegiem, wymieniali się zdjęciami śpiących kotów, wszystko byłoby tak jak być miało.
Nie żyjesz już 13 lat. Cała druga dusza ukształtowała mi się w tym czasie. Bardzo chciałbym ci o sobie opowiedzieć. Pokazać ile te wszystkie rzeczy, które są bliskie mojemu sercu, które zdążyłem poznać, które wtedy nawet jeszcze nie istniały.
Ekscytuje mnie sama myśl o tym ile osób do poznania jeszcze przede mną, myślę co robiły w poniedziałek tamtego 21 listopada, czy spały wtedy do południa, czy też tak jak mi skończył im się wtedy świat, czy w ogóle pamiętają taki dzień.
Nie żyjesz już 13 lat. Słucham dzisiaj naszej, ale już bardziej twojej piosenki. Dodano ją równo trzy miesiące przed, ma tylko 48 363 wyświetlenia, 26 komentarzy - przecież to nic.
niedziela, 30 czerwca 2024, 23:59
Skończyłem trzydzieści lat!
Założyłem ten dziennik mając dziewiętnaście lat, świeżo po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego.
Przeprowadziłem się wtedy do miasta i jedyne co mną kierowało to to bym był tam zupełnie sam, bo chciałem jeszcze raz posiedzieć na rzeką a potem wszystkich od siebie odgonić i się zabić.
Pamiętam tamten dzień w grudniu, wyrwałem sobie na terapii z dłoni sześć albo siedem paznokci a dla prowadzącej mnie pani psycholog największym zmartwieniem było wtedy, że mam kogoś kto mnie kocha, kiedy wyglądam "tak" - miała tu na myśli, że mam za dużo kolczyków i blizn. Wyszedłem z tej terapii i wiedziałem, że nikt mi na tym świecie nie pomoże jeśli ja sobie nie pomogę. W wieku dziewiętnastu lat miałem już za sobą kilkanaście prób samobójczych, kilka pobytów w różnych placówkach, za dużo osób, które kochały mnie bardziej niż ja kiedykolwiek bym docenił i dusiło mnie do tego stopnia, że nogi odmawiały mi posłuszeństwa i nie potrafiłem wyjść nawet z pokoju. Całe życie nienawidziłem tego, że rodzice walczyli o mnie poświęcając wszystko, nawet relacje między nimi. Ja przez lata kultywowałem niszczenie samego siebie i każdy lekarz, każdy nie-lekarz jaki ze mną rozmawiał mówił, z większym czy mniejszym przejęciem, że niektórym po prostu nie da się pomóc.
Miałem dziewiętnaście lat, byłem szczęśliwie zakochany, ludzie od rana do nocy zasypywali mnie troską a ja każdego dnia brudziłem kołdrę krwią, czekając, prawie z ekscytacją, aż znowu poczuję, że dzień jest odpowiednio przyjemny żeby był tym ostatnim.
Była kobieta, którą bardzo lubiłem, bo pięknie opowiadała o matematyce i słuchała tego co mówię o gwiazdach, jakby pierwszy raz w życiu zatrzymała się i na nie spojrzała, która napisała nawet swoją pracę doktorską o moim przypadku.
Siedzieliśmy razem godzinami i oczy jej się świeciły gdy opowiadałem jej że żyje mi się świetnie i udaje mi się wszystko za co się zabieram, ale czasami serce podchodzi mi do gardła i wiem tylko, że muszę się zabić. Źe nawet teraz od dwóch miesięcy nie biorę wieczornej porcji leków i mam kilkadziesiąt tabletek ukrytych w poszewce. Chyba myślała, że to metafora, bo bardzo mnie potem przepraszała, gdy tego samego wieczora wziąłem je wszystkie.
Myślę na ilu pogrzebach nie byłem przez te wszystkie lata, ile osób jest już w tylko w mojej pamięci, a ja ani nie lubię ani nie chcę się dzielić. Może tak będzie lepiej, moje serce pomieści ich wszystkich - gdzieś w niejasnych wspomnieniach śmiech i ciepło zachodzącego słońca tańczące po dachach budynków, do których włamywaliśmy się dla zabawy. Myślałem, że będę jedną z pierwszych osób, które umrą a teraz tylko ja mam kolejne lata i dzieli nas coraz większa przepaść. Oglądam kolejne morza, planuję jakie zasłony kupić, przekazuję dalej anegdoty z ostatnich dni i w głowie ciąży mi to co I. napisał lata temu "Jesteś dzieckiem, nie zrozumiesz". Może nawet nie byliśmy już przyjaciółmi gdyby dalej żyli, niekoniecznie nawet tęsknię, ale dusi mnie, że w końcu tylko ja będę pamiętać. Nie ma na to czasu w tym życiu, niesprawiedliwe jest tak żyć dalej i wiedzieć ile rzeczy nie wydarzyło się dla nich.
Mam tyle zdjęć z tamtych lat i nigdy na nie już nie spojrzę. Zresztą, zamykam oczy i mogę poczuć na dłoniach krew, wakacyjnymi wieczorami była chłodniejsza niż rozgrzana skóra i zawsze przychodziła z dreszczem, może to też była ekscytacja, lubiłem się bić na noże. Biegaliśmy całe noce po mieście, w którym policja zawsze udawała, że nas nie widzi. Mieliśmy nasze ulubione place zabaw i karuzele, na których kręciliśmy się nawzajem aż zrobiło nam się słabo i nogi uginały się na piachu. Krew szybciej schła od świstu i w świecie do góry nogami zawsze rozglądałem się czy w okolicy są jakieś wysokie budynki by kiedyś z nich skorzystać.
Nie mogę uczciwie powiedzieć, że chciałem wtedy żyć dalej i nie wybiegałem nigdy w przyszłość dalszą niż kilka następnych nocy ale lubiłem myśleć o tym co mogłoby być za dwadzieścia lat gdy już bym niczego nie musiał i stracił cały swój urok.
Może to jeszcze nie dwadzieścia lat, ale jest spokojniej. Zasłaniam dłonią usta, bo dalej mam przy sobie kilka osób z tamtych lat. Uśmiechają się do mnie mimo, że wiedzą jakim potworem potrafiłem być. Jest spokojniej, już nie znikam z innym z życia gdy tylko poczuję, że mogę dla nich znaczyć za wiele.
Jest spokojniej i jest tak jak zawsze słyszałem, że się nie da. Nie ma niczego strasznego i niespecjalnie muszę się kogokolwiek słuchać. Zawsze słyszałem, że jestem odważny, ale nigdy nie było to takie proste i niezobowiązujące jak teraz. Jestem szczęśliwy, a nawet więcej.
Mam dużo złości w sobie i bardzo ją lubię, nie ma już na mnie żadnego wpływu, siadam z nią czasem jak ze starym przyjacielem, od którego nigdy nie potrafię odrzucić połączenia. To niemal kojące.
Zawsze się bałem, że jeżeli wyzdrowieję, jeżeli przestanę, jeżeli cokolwiek się zmieni to przestanę czuć w mój wyjątkowy sposób i przestanę czuć tyle ile czułem. Na przestrzeni lat okazało się, że to wszystko ja. Nie chciałbym żyć gdybym nie miał widzieć świata we własny sposób.
Ale nie mogę powiedzieć, że nie tęsknię za chorobą. Myślę, że już zawsze będę. W mojej głowie jestem błaznem, którego już nie chcą na scenie, jeśli każdej części mojego ciała nie zdobią świeże rany. Ale przyzwyczaiłem się, że te myśli zawsze wiją mi się na ramionach, mam siłę je nosić, czasem w chłodniejsze dni, otulam się nimi jak szalem i myślę o dziewczynce z zapałkami.
Jestem absolutnie zakochany w moich latach, nie mogę się doczekać kolejnych, może i czułem to wcześniej, ale teraz jestem już przekonany, mam absolutną frajdę ze starzenia się i przynosi mi to i spokój i ekscytację.
Pamiętam gdy przeczytałem pierwszą książkę Plath i w swojej małoskowości przez kolejne dziesięć lat opowiadałem każdemu kto chciał słuchać o tym jak bardzo nienawidzę tego co napisała. Ale na samym końcu, jej tu nie ma, ja jestem i ja dalej myślę o jej słowach, po których cisnąłem ze złością książką w ścianę. Wtedy nie chciałem by miała rację, teraz wiem, że ją miała.
Miałem dziewiętnaście lat i stałem w rzece z wodą po kolana i słuchałem jak nieznajomy, którego twarzy nawet nie widziałem z tamtej odległości, opowiada mi o swoich troskach - nie pamiętam, nie słuchałem, myślałem, że jeśli dzisiaj się nie zabiję to wracając do akademika kupię sobie pierniki na śniadanie i nikt nie zostanie bez odpowiedzi na wiadomości.
Niewiele ponad rok później przeczytałem "Nigdy więcej nie wracaj. Jesteś teraz normalny."
Pada deszcz, wróciłem właśnie do domu, wyjąłem pudełko lodów. Żyję, i życie dalej jest dobre, zasadniczo się nie różni od moich wspomnień, jedynie teraz nie musi nikt się już o mnie bać, nie tak jak wtedy.
piątek, 21 lipca 2023, 02:51
Od twojej śmierci mija dziś jedenaście lat i 241 dni. Przez chwilę w głowie rozmyło mi się dlaczego nie chcę iść dzisiaj spać, ale skreśliłem kolejny dzień w kalendarzu i już wiem. Czasem myślę, że to wszystko zlepek scen z filmów. Krew na śniegu, dyrektorka wyprowadzająca mnie z lekcji, bardzo długie tygodnie patrzenia się w telewizor, oglądanie jak twój morderca swobodnie opowiada o swoim życiu randkowym. Myślę, że nawet teraz, gdybym zobaczył go na ulicy to bez wahania wydłubałbym mu oko. Czasem o tym fantazjuję, chociaż to bez sensu, chociaż pamiętam tylko jego imię i nic więcej, chociaż to by nic nie zmieniło.
Tęsknię dalej. Lipiec mnie zabija, bo znam nasze lipcowe rozmowy, z pogranicza nocy i świtu, na pamięć. Poznałem kolejne tysiące piosenek, które mógłbym ci przypisać, ale myślę, że poza tym niewiele się zmieniłem. Dalej mam zielone włosy i niewiele myślę o przyszłości. Bardzo chciałbym ci opowiedzieć o mojej ukochanej książce, która nie istniała jeszcze zza twojego życia. Bardzo chciałbym ci opowiedzieć o ludziach, których pokochałem. O tych którzy zostali ze mną przez te jedenaście lat, o tych, którzy przyszli. Chciałbym nie musieć chcieć ci o tym opowiedzieć, chciałbym żebyś już wiedział, żebyś mógł to wszystko po prostu widzieć.
Dwa tygodnie temu cały dzień myślałem o tym żeby rozorać sobie skórę czymś ostrym, skończyłem na wbijaniu paznokci, w miejsca, w których mam już sznyty, żeby nie było ich widać.
Latem tęsknię za czasami gdzie mogliśmy być bezkarnie okropni. Dla siebie, dla innych. Tęsknie za bieganiem po dachach szpitala, za podpalaniem, za kradzieżami, za ciężarem noża w kieszeni. Nadal nie odzyskałem mojego ulubionego noża. Pamiętam tylko zarys osoby, który mi go zabrał i dzień, w którym się to stało. Siedzieliśmy nocą w czyimś niedokończonym domu, nie mogliśmy wejść na dach po płaskich pustakach i zrobiłem z moich noży wypustki jak na ściance wspinaczkowej. Z dachu było widać autostradę, miasto, chociaż sam dom wydawał się być w środku lasu. Pamiętam odpisywanie kłamstw na telefonie i fałszywe dobranoc, gdzie znowu nie było mnie u siebie w łóżku, w domu. To był ostatni dzień, noc, kiedy widziałem tamten nóż. Straciłem go nad ranem w jakiejś, owianej alkoholem, próbie ochrony od tamtego chłopca; powiedział, że szkoda moich rąk, jak gdybym nie używał żyletki, że szkoda mnie, kiedy to on miał kuratora. Znając tamtych ludzi, pewnie do tej pory już się zaćpał, ale i tak miał siłę martwić się o mnie.
O nim bym ci nie opowiedział, bo nigdy nie musiałbym go poznawać gdybyś żył.
czwartek, 22 czerwca 2023, 12:13
I minęły moje urodziny, i dużo tego dnia myślałem o śmierci moich rodziców. Zawsze dużo myślę o tym, moje pierwsze wspomnienia mają w sobie śmierć i odnajduję w nich komfort. Jeszcze nie byłem przeznaczony by iść do szkoły i dowiedziałem się, że dzieci mogą umierać; to był dzień gdy poznałem mojego kuzyna, i gdy mama pociągnęła mnie na bok by wyjaśnić, że jest chory. Pamiętam co do milimetra jego twarzy jak wyglądał, ale nie pamiętam ani imienia ani nazwiska. Był u nas na podwórku, ze swoim bratem, bliźniakiem, ze swoją starszą siostrą. Niespecjalnie ich polubiłem, ale się razem bawiliśmy. Pod koniec wakacji już nie żył. Lata później dowiedziałem się, że mógłby, ale nie było pieniędzy, jego rodzina nie miała nawet bieżącej wody w domu, a co dopiero takich sum. Pamiętam, że poprosiłem mamę by siedzieć w pierwszym rzędzie w kościele. U nas trumny zawsze były otwarte. Nie rozumiałem czemu jego brat siedzi dalej i patrzy na własne nogi. Ja nie potrafiłbym oderwać wzroku gdybym mógł patrzeć na samego siebie w trumnie, bez konsekwencji.
U nas zwłoki zawsze leżały w centralnym pomieszczeniu danego domu. Przychodziły noce, babcia brała mnie za rękę i szliśmy się pożegnać. Najbardziej pamiętam ludzi umierających w lato, bo zapachu nie dało się pomylić z niczym innym. Świece i skóra, która wydawała się już szara, mamrotanie dookoła spersonifikowanych modlitw. Czasem potrafiłem zasnąć na siedząco, tak spokojnie mi zawsze było.
Często jeździłem na cmentarz. Kościoły mnie męczyły, ale na cmentarzach znałem każdą alejkę. Pamiętam jaką dumę czułem gdy tata zaprowadził mnie pierwszy raz na grób swojego najlepszego przyjaciela. Do tej pory to wspomnienie pachnie intymnością.
W każdym rogu cmentarza było nasze nazwisko. Pośrodku był pomnik i tak samo, zajmowaliśmy większość miejsca. Mój dziadek opowiadał mi o każdej z tych osób wielokrotnie. Jednym wyjątkiem był jego brat, którego zastrzelono gdy jeszcze był w kołysce. O nim opowiedział tylko raz.
Myślę, że nigdy nie poznałem tej wersji mojej babci, która chciała żyć. Odkąd pamiętam była udręczona fizycznymi i mentalnymi chorobami. W dobrym dniu była w stanie funkcjonować kilka godzin. W złym ręce jej się trzęsły i trzęsły, i nie widziała dalej niż na wyciągnięcie ręki. Mój drugi dziadek, jej mąż, umarł w Walentynki i zawsze strasznie mi się to podobało. On nigdy nie dbał o swoje życie, miał tyle wypadków samochodowych, że zastanawiałem się czy nie robi tego specjalnie. Ona od dawna chciała już umrzeć, ale to jak została wychowana nie pozwalało jej na to i męczyła się przez długie lata.
Gdy umierała rzuciłem studia i zerwałem kontakt z każdym kto powiedział, że to pochopna decyzja, niezależnie od tego ile razy wcześniej deklarował, że mnie kocha. Siedziałem przy jej łóżku i patrzyłem jak coraz delikatniej oddycha. Wiedziałem dokładnie, że dzisiaj umrze; lata wcześniej byłem na wolontariacie w hospicjum i trzymałem dziesiątki obcych rąk gdy próbowały odejść bez żalu. Ona też wiedziała, tak myślę. Do tej pory nie pamiętam jaka to była data, nigdy nie byłem na jej grobie, tak się podzieliliśmy obowiązkami z rodzicami. Ja byłem blisko, oni byli formalnie. Pamiętam jak dzwoniłem z informacją, że trzeba potwierdzić zgon i pamiętam ulgę. To był okres gdzie co kilka miesięcy miałem próby samobójcze i czułem dużo zazdrości. Ona zasnęła a ja zawsze budziłem się w ambulansach.
W moim drogim miejscu urodzenia nie było latarni, dzień był dyktowany słońcem i gwiazdami, porami roku. Zimowymi dniami moja mama wracała z pracy gdy było już ciemno od wielu godzin. Wyglądałem przez okna w tę ciemność, przyzwyczajałem oczy i czekałem aż kształty na podwórku zaczną być znajome. Patrzyłem na drogę i zastanawiałem się, który z ruszających się cieni jest prawdziwy. Czasem widziałem zwierzęta wychodzące z lasu, czasem widziałem coś na linii drzew, czasem kogoś.
Zimy kochałem najbardziej. Zimą zmarł mój dziadek, który kochał mnie najbardziej na świecie. Wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Latami zawsze mu tego obsesyjnie zazdrościłem; ja zawsze wracałem. Co roku myślę jakby to było zasnąć w śniegu. Ale śnieg dla mnie kojarzy się z momentami, gdzie czułem najbardziej. Śnieg kojarzy mi się z dniem gdy pierwszy raz skoczyłem z budynku i z dniem, w którym wyszedłem z domu z wszystkimi nożami. W drugim tylko krew i uginające się pode mną nogi. Pierwsze wspomnienie jest przyjemniejsze. Teraz już nie chcę skakać ale lubię wracać do tego wspomnienia. Do lekkości głowy, do bólu w klatce piersiowej tak mocnego, że nie kontrolowałem pęcherza, do drętwiejących z zimna dłoni i stóp i godzin, w których nie byłem w stanie się podnieść. Dookoła miasto żyło jak zwykle a ja z każdym oddechem łykałem igły. Dużo mgły między myślami, dużo złości, bardzo irytowała mnie myśl, że mogłem zrobić sobie coś z kręgosłupem. Czasem do tej pory boli mnie w klatce piersiowej.
Lubiłem u siebie zimowymi nocami wracać do domu. Nieustannie okłamywałem rodziców, że idę się z kimś spotkać. Biegałem po polach sam, albo z moim psem. Było jaśniej niż w dzień, nienaruszony śnieg rozciągający się na hektarach, niebo bez chmur. Widać było wszystko z wielu kilometrów i było śmiertelnie cicho. W oddali, w pojedynczych oknach tliło się światło. Było mi tak spokojnie. Czasem przedzierał się dźwięk pociągu. Czasem sarny były mniej ostrożne niż zwykle i migotały na granicy lasu wraz z trzaskiem gałęzi. Leżałem na śniegu, czasem pies dyszał obok, czasem milkł, zamykał pysk, stroszył się i nastawiał uszy wpatrując się ostro w coś czego ja nigdy nie widziałem. To były lata gdzie przeczytałem wszystko od Jacka Londona, co znalazłem w naszym domu i wiedziałem na ile sposobów zima może mnie stąd zabrać. Zawsze wracałem do domu cały przemoczony.
Minęło kilka dni od urodzin mojej mamy, za chwilę dzień ojca. Myślałem dzisiaj na ile kawałków złamałbym im serca gdyby wiedzieli o wszystkich głupich rzeczach, które zrobiłem. Może jestem tak mądry jak zawsze myśleli ale zajęło mi dwie dekady by zaczęło mi na sobie zależeć. Dwie dekady to bardzo długo dla głowy z taką wyobraźnią jak moja, dla głowy bez strachu do próbowania wszystkiego o czym pomyśli. Za każdym razem gdy do nich przyjeżdżam wszystkie moje ulubione rzeczy są na stole i moja mama uśmiecha się na każdy mój żart. Jej ręce są zawsze dla mnie otwarte i czasem zasypiam w połowie myśli. Myślałem o tym długo i nie wiem czy potrafiłbym tak kochać moje dzieci jak oni kochają mnie. Może gdyby te dzieci były normalne? Ale mnie? Gdzie nie spojrzą to blizny.
piątek, 10 lutego 2023, 02:27
W tym roku minie dziesięć lat od powstania tego miejsca.
Żyję.
Dziesięć lat temu siedziałem w akademiku w kałuży krwi na materacu lóżka. Siedziałem tak prawie każdej nocy, nie śpiąc, myśląc, ze słowami ludzi dookoła, którzy w większości mnie nie obchodzili. Mimo, że na to nie zasługiwali, nie pamiętam już imion ale życzę im jak najlepiej. Siedziałem i myślałem jak najmniej problemowo rozplanować kolejną próbę samobójczą, bo moi rodzice nie byli wtedy w dobrej sytuacji finansowej i psychicznej i mimo wszystko, chciałem jak najmniej kłopotu im sprawić. Siedziałem i myślałem, że ostatni rok pobytu w szpitalach psychiatrycznych niczego nie zmienił, przybyło mi blizn i niechcianych historii, których obiecałem powiernikom, że nie zdradzę. Siedziałem i burczało mi w brzuchu, bo nie jadłem całymi dniami, nie piłem, chodziłem nad rzekę po każdych wykładach i czekałem aż zrobi się wieczór. Poznawałem ludzi, słuchałem zachwytów nad sobą, chciałem umrzeć każdego dnia, śmiałem się do rozpuku z obcymi ludźmi, dając się prowadzić wszędzie dopóki nie ścisnęli za mocno za rękę. Przewijałem powiadomienia z grupy studenckiej i krew kapała mi z nosa na ekran. Słuchałem kolegów i koleżanek mówiących jak bardzo boją się danego zaliczenia i pytających z podziwem jak ja to wszystko rozumiem i nie boję się rozmawiać z tym i tamtym wykładowcą; uśmiechałem się i myślałem tylko o powrocie do pokoju, żeby odwinąć z ud bandaże i wbić się tak głęboko aż poczuję absolutny opór, bo tylko to sprawiało, że czułem się jakbym miał grunt pod nogami. Był wtedy chłopak, który pisał mi wiersze i wysyłał je w złotych kopertach, mówił jak bardzo się martwi, ale już nie pamiętam kto to był, kiedyś po prostu zacząłem go nie widzieć, nie słyszeć, nie reagować, a czas dopełnił resztę.
Dziesięć lat temu siedziałem po nocach i gryzłem ciało do siniaków żeby nikt na korytarzu nie usłyszał mojego spazmatycznego płaczu; ukradłem komuś z akademika miskę i wymiotowałem prawie co poranek, bo tak mój organizm reagował na myśl o kolejnym dniu, wyjściu, byciu i funkcjonowaniu.
Minęło dziesięć lat.
Ile się wydarzyło w tym czasie!
Czuję się jakby minęło mi kilka żyć.
Siedzę w moim mieszkaniu i patrzę jak króliki zasypiają mi przy nogach, do piosenki, której cicho słucham na zapętleniu. Ostatnie dwa, może trzy dni, czuję się gorzej, bo tęsknię za słońcem. To wszystko, nic innego nie zaprząta mi głowy. Jestem zmęczony, bo świat, w którym tak długo walczyłem żeby być, sypie się każdego dnia dookoła, i nie zależy to ode mnie. Przykro się na to patrzy, gdy pozwolę sobie więcej pomyśleć, ale mimo to między tymi informacjami a mną, zawsze stoi wyciszająca emocje ściana. Jest mi spokojnie i niewiele mnie tak naprawdę obchodzi poza osobami, które kocham.
To pierwsze zmęczenie, które poczułem w tym roku i nastroszyłem się na nie jak jeż do psa i teraz, gdzie usiadłem, przelałem potok myśli, to bardzo mnie to bawi i uśmiecham się nad sobą z politowaniem. Ale i z dużą ulgą.
Czasem myślę, że już za długo jestem szczęśliwy i zapomniałem o pełnej gamie uczuć, z jednego końca spektrum na drugi. Oczywiście wolę ten, gdzie nic mnie nie boli, ale są dni kiedy chodzę jak nowonarodzone cielę, gdy musną mnie nieżyczliwe emocje.
Dobranoc.
Krajobraz mroku nigdy się nie zmienia. Nie zliczę, ile razy szedłem tą ścieżką, a z każdym krokiem powracają te same rojenia.
Motojirō Kajii
Dlaczego co wieczór podczas drogi powrotnej do domu nawiedzają mnie wizje akurat najdrobniejszych i najcieńszych ze wszystkich sprzętów, które trzymam w mieszkaniu, jak na przykład ostrze żyletki?
Motojirō Kajii
Miło jest widzieć, że czujesz się lepiej.
Dziękuje, internet mnie dzisiaj poinformował, że “ O godz. 16:33 rozpoczęła się astronomiczna wiosna.”
piątek, 31 grudnia 2021 roku, 02:36
Dziś jest ostatni dzień roku, w którym minęło dziesięć lat od twojego samobójstwa.
Mogliśmy mieć rzeczywistość, w której spędzamy ten dzień razem; ostatnio usłyszałem piosenkę, którą wiem, że byś pokochał ale przecież po dziesięciu latach, zostało tylko ubranie i obnażone kości kilka metrów pod ziemią.
Ostatnio jest zimno i myślę o tych chłodnych dniach z przeszłości. Myślę jak wziąłem tyle leków, że straciłem kontakt z rzeczywistością i prawie zamarzłem na opuszczonym dworcu. To już tyle lat a ja czuję to przeszywające zimno jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Nie mogłem wstać, nie mogłem otworzyć ust i każdy ruch dawał mi wrażenie jakby żyletki tkwiły głęboko w moim ciele, ocierając się o kości, przesuwając się między mięśniami. Myślę jak pierwszy raz skoczyłem z balkonu i do tej pory przeszywa mnie ten ból, który czułem leżąc na śniegu i nie mogąc złapać powietrza. Myślę jak wychodziłem do szkoły z nożem plecaku i całe polany w lesie barwiłem swoją krwią. Myślę ile razy nie udało mi się zabić i jak tego żałuję, i jak się cieszę, i jak tęsknię, i jak mam tylko pokorne wyobrażenia, bo o zmarłych myśli się przyjemnie, a w rzeczywistości nasza miłość mogłaby się dawno wypalić.
Ale nawet wtedy bym cię nie zapomniał. Więc w ostatecznym rozrachunku tęsknota zawsze będzie ta sama.
Dziesięć lat i ani razu nie byłem na cmentarzu. Dziesięć lat i prawie już nikogo z tamtych dni nie pamiętam. Dobry boże, tylu ludzi mi kochało. Tusz tych wszystkich imion rozlał się zupełnie.
Dziesięć lat i jestem szczęśliwie zakochany, w ludziach i w życiu. Dziesięć lat i mój mózg zawsze sprowadza mnie do wyobrażeń mojego rozkładającego się ciała. Tak strasznie się cieszę, że w Warszawie jest tyle osób, że nigdy nie stoję sam na peronie, bo sobie nie ufam.
Dziesięć lat i dalej nie przyszło “z czasem” gdy wszystko miało minąć. Nawet przez sekundę w to nie uwierzyłem. Dziesięć lat i pamiętam każdą komórką swoje ciała pierwszy dzień po twoim samobójstwie gdy poszedłem do szkoły. W piżamie, nie śpiąc od kilku dni, z gulą w gardle, kończąc każdą jedną przyjaźń, którą wtedy miałem, bo nie planowałem dożyć końca tygodnia. To był ostatni dzień, w którym poszedłem do szkoły. Potem mama wezwała do mnie karetkę, bo dalej nie spałem, nie jadłem, siedziałem na podłodze pod oknem, odmawiając wszystkiego i pisałem. Lekarka w szpitalu kazała mi się uśmiechnąć i przestać płakać, więc w nocy rozdrapałem sobie skórę i odesłała mnie do domu, z zabandażowanymi nadgarstkami, polecając psychologa na NFZ.
Dziesięć lat temu moja rozpacz otworzyła mi oczy, usta i skórę.
Znowu mam plany, marzenia, postanowienia, miejsca, które chcę zobaczyć i ludzi, do których chcę się zbliżyć w tym roku. Strasznie mnie dręczy to, że chce mi się żyć, wiesz? Nie wiem jak ci to prościej powiedzieć.
Dziesięć lat. Kiedyś naprawdę dojdę do momentów, w którym nie będzie cię na świecie dłużej niż tutaj byłeś. A ja będę, i będę, i będę, i poznam kolejne piosenki, które byś pokochał.
środa, 3 listopada 2021, 14:41
W gruncie rzeczy nie potrafię udzielać się na social mediach. Taka dziś myśl przeze mnie przemknęła gdy otworzyłem instagram w przeglądarce. Nie umiem i nigdy nie poczyniłem starań przy niczym - takie jest moje wrażenie. Gdzieś, skądś, ktoś zawsze mnie znajdował i zwykle zostawał latami. A ja zwykle wszystko traktuję bez cienia myśli, bez chęci zostawienia śladu, po prostu - na teraz. Nie patrzę dwa razy. Nigdy w życiu nie przeczytałem ponownie czegoś co napisałem.
Dzisiaj swoje urodziny świętowałby ktoś bardzo dla mnie ważny, gdyby dekadę temu, nie popełnił samobójstwa i dzisiaj jestem ostatni dzień w pracy na lotnisku.
Minęło jak sen, cały ten rok, nigdy tak dobrze się ze sobą nie czułem i nigdy nie byłem tak oderwany od rzeczywistości, od czasu, od innych.
Mam dzisiaj wiele dziwnych, rozsypanych zalążków myśli. Jest przyjemnie ale wzrusza mnie nieproporcjonalnie każda mała rzecz.
Czy myslałes żeby napisać książkę?
Nie, napisanie książki nie dałoby mi satysfakcji, nie mam dużej satysfakcji z publikowania.
piątek, 9 lipca 2021 roku, 02:24
Bawię się w szkolne wakacje. Wziąłem zwolnienie z pracy na miesiąc, bo jestem zdania, że wszystko w życiu jest ważniejsze niż praca, i myślę czy nie wziąć też kolejnego miesiąca. Wspominam sobie co robiłem lata temu, nocami czekam na balkonie na obiecane burze, robię prawie codziennie ciasta i gram we wszystkie gry, na które zwykle nie mam czasu.
Ten rok, w którym zatrzymał się świat, minął mi lepiej niż mogłem oczekiwać, ale dopiero po wszystkim, zobaczyłem jak mnie samego zatrzymał w miejscu. Rozstroiłem się. Myśli uciekły. W taki sposób, który wypełnia cię automatycznymi działaniami, odruchami, odpowiedziami. Bardzo mnie to ubodło. Jakbym odrobinę zawiódł sam siebie.
Ale już jestem na innym etapie. Teraz biorę głęboki oddech i zatrzymuję się. Czas na mnie. I na nic i nikogo innego. Tęskniłem za takimi wakacjami bez planów. Moje szkice powstają z dnia na dzień, majaczą się w oddali zarysy tego, co “chciałbym, może”. Tak mi najlepiej teraz, tak najwygodniej.
Dzisiaj zapisuję się na tatuaż, sernik schładza mi się w lodówce, będziemy mieć gości i oglądać filmy przepełnione efektami specjalnymi, tego typu, który zazwyczaj mnie nie interesuje.
Dowiedziałem się też popołudniu, że znajoma z pracy choruje, wykryto u niej nowotwór. Nie mam pojęcia czemu trzyma mnie na bieżąco z tymi informacjami, nie traktuję jej jak kogoś ważnego w moim życiu, ale niesamowicie mi jej szkoda, ma ponad dekadę przewagi czasu nade mną, a nie ma nikogo bliskiego, tak naprawdę. To jeden z tych nielicznych horrorów, których faktycznie się boję, ale i tak, nie potrafię oderwać wzroku.
środa, 9 czerwca 2021 roku, 00:01
Skończyłem 27 lat! Założyłem ten dziennik mając 19 lat. Trochę się pozmieniało od tego czasu, wiecie? Głównie tyle, że nie chcę umrzeć. I mam króliki. Wtedy nie miałem. Wtedy mieszkałem w Toruniu i ręce i nogi miałem rozryte do mięsa, spodnie przyklejały mi się z krwią do ciała, bałem się wstawać w otoczeniu znajomych ze studiów, żeby nie zostawić na krześle plamy krwi za sobą, żeby nie widzieli. Mogłem się śmiać z mojej choroby, mogłem mówić o niej otwarcie, ale to zawsze jest co innego, w humorze wszystko wygląda inaczej i nic nie boli. Chodziłem pół przytomny od leków nad Wisłą nocami, zamiast wracać do akademika i poznawałem wachlarz specyficznych ludzi, których historie ze mną zostały, a imiona się zatarły. Teraz mi niedobrze, bo zjadłem dziś tyle tortu i babeczek. Nie biorę już żadnych leków i nigdy nie będę. Nie przyłożyłem niczego ostrego do skóry od czterech lat. Nie mieszkam już w Toruniu, ale uwielbiam go odwiedzać. Wspomnienia mi się rozpłynęły, zupełnie inaczej spaceruje się nad Wisłą.
Założyłem ten dziennik po najgorszej terapii, na której byłem w życiu. Pewnie już o tym pisałem. Wyszedłem z niej i zadzwoniłem do dziewczyny, która kiedyś prawie zginęła w powodzi i została jej trauma tak silna, że bała się sama chodzić gdziekolwiek by nie była woda, nawet pod prysznic; siedziałem pod kabiną i czekałem na nią aż skończy. Zadzwoniłem do niej i zrozumiałem, że ona nic nie rozumie, że jej lęk, że jej ból, że u niej jest wyraźne źródło, że ktokolwiek z nią pracuje wie od czego zacząć. Ja zawsze widziałem przed sobą tylko zagubione i zdezorientowane twarze lekarzy, bo nie wpisywałem się w żaden ich schemat, bo żadne leki na mnie nie działały, bo żaden oddział nie był dla mnie.
Zadzwoniłem do niej i to była nasza ostatnia rozmowa, nawet się nie pożegnałem, przygniotła mi świadomość, że słowami nie potrafię się wytłumaczyć ze swoich myśli i uczuć. Przygniotła mnie do tego stopnia, że wszedłem pod samochód tego dnia. Wymiotowałem z bólu gdy wróciłem do akademika, ale nic mi nie było i postanowiłem, że sam muszę sobie pomóc albo to będzie koniec. Rzuciłem tego samego dnia studia, rzuciłem praktycznie wszystkie bliskie osoby, nie odpisałem nikomu na “Co się dzieje? Dlaczego?”, nie oddzwoniłem do nikogo, w samochodzie była cisza, pamiętam jak dziś jak w radiu leciało “Let Her Go” i doprowadzała mnie do szału ta piosenka, i robiłem wszystko, żeby się uspokoić i nie widzieć jak mój tata, co chwila zerka na moją posiniaczoną twarz. Nie zamieniliśmy wtedy z sobą ani słowa. Bardzo chciałem żyć a jednocześnie nie było we mnie nic innego jak poczucie, że zmarnowałem właśnie całe życie.
Zaczęły się miesiące, które pamiętam jak przez mgłę, czas przeciekał mi przez palce, czasem budziłem się jedynie do rzeczywistości pod kroplówką w szpitalu. Obejrzałem w tamtym okresie mój ulubiony film i miałem jeszcze dwie próby samobójcze. Pamiętam jak moja mama zawsze miała przy sobie klucz od łazienki by już więcej nie wyciągać mnie z wanny pełnej krwi.
Jutro moja mama przyjeżdża popołudniu na tort urodzinowy, wyjątkowo mam dla niej kawę, nie mogę doczekać się życzeń, już wymarzyłem sobie prezent.
Na nowo planuję małe i duże podróże, oglądając zachód słońca z moją ukochaną.
Tak spokojnie.
Słyszę już powiadomienia. Wszystkiego najlepszego.
piątek, 1 stycznia 2021 roku, 05:00
W tym (w zeszłym już) roku kompletnie zapomniałem jak działa czas, a dzisiaj o czwartej rano, uderzyła mnie przypadkowa myśl, że założyłem ten dziennik osiem lat temu. 2013 rok był kilka osób temu, ja już żadnego z nich nie mam, nie poznaję, pamiętam jak przez mgłę i myślę, że ja sprzed ośmiu lat śmiałby się ze mnie głośno, może odrobinę z politowaniem. Tylko, że gdyby tamten ja nie porzucił wielu myśli, tego jak widział świat, to byłby już martwy, jedna z prób samobójczych prędzej czy później by się powiodła.
Nie mam wzniosłych przemyśleń, mój mózg kilka miesięcy temu odmówił myślenia i konsekwentnie się tego trzymał. Bardzo cicha zima. A teraz czuję jedynie ekscytację i miłość.
Mój królik spał już prawie na łóżku ale zobaczył, że wstaję do biurka i teraz patrzy na mnie z wyrzutem. I czeka.
Ja czekam na osoby, które poznam w tych ludzi, na przyjaciół, których znów spotkam, na przyjaźnie, które stworzę, na miłość, którą dostanę.
Na listy, na zdjęcia, na spacery po ulubionym parku, na nowe rośliny w rodzinie, na odwiedzanie miejsc znajomych i na odkrywanie nowych, na rozmowy, na spotkania, na wspólne gotowanie, na tworzenie,
na nieznane też czekam, nie wyczekuję, ale jestem gotowy, czuję się dobrze, spokojnie i silnie.
Ten rok zaczynam od słuchania And please do not hurt me, love, I am a fragile one, and you are the white in my eyes przez lata słyszałem “wild” w miejscu “light”. Kiedyś sprawdzenie faktycznych słów mnie rozczarowało. Teraz się tylko uśmiecham.
sobota, 24 października 2020 roku, 14:02
Ostatni mój wpis był o proteście. I ten też będzie. Dzisiaj o pierwszej w nocy wróciliśmy z protestu.
Mojej mamie lekarka zaproponowała aborcję tego samego dnia gdy dowiedziała się, że jest ze mną w ciąży. Bo była za młoda, bez ślubu, “za drobna”. Moja mama kazała jej grzecznie spierdalać. Nie dlatego, że ją to oburzyło. Dlatego, że chciała mieć dziecko. Moja mama ścięła swoje włosy, które sięgały jej do pasa, “na chłopaka”, kupiła białą garsonkę i na złość wszystkim wzięła ślub kościelny z moim tatą, którego nie planowali.
Moja mama przeszła ze mną piekło. Od ponad dekady choruję na depresję, zaburzenia lękowe i kilka innych, zmieniających się na przestrzeni lat chujostw. W Polsce to oznacza, że jestem: zupełnie sam od momentu diagnozy. Źle dobrane leki zniszczyły mi pamieć i rostroiły na lata. Kiedy byłem jeszcze niepełnoletni siłą zatrzymano mnie na oddziale dla dorosłych. Przyszedłem po receptę do mojego lekarza prowadzącego. Po nastoletniego mnie, metr sześćdziesiąt w kapeluszu, przyszło czterech rosłych pielęgniarzy, obezwładnili mnie, zapięli w kaftan bezpieczeństwa. Zostałem zostawiony na oddziale, na którym tej samej nocy umarł pacjent, łóżko naprzeciwko mojego łóżka. Moja mama musiała zostawić moją młodszą siostrę, jak najszybciej załatwiać prawnika, jak najszybciej załatwiać rozprawę sądową, szukać ośrodku.
Moja mama wkładała mi palce do gardła żeby zwymiotował leki, które połknąłem.
Moja mama jechała ze mną w karetce, buty miała całe w mojej krwi z żył.
Moja mama patrzyła jak ponad tydzień nie śpię, jak nie jem, jak już nie podnoszę się z łóżka, jak walę głową w ścianę i płaczę, że chcę umrzeć, jak mdleję próbując przejść z pokoju do łazienki, bo mam tak wyczerpany organizm, jak ubrania przesiąkają mi krwią, jak moje rany przestają się goić, bo moje ciało już nie chce się regenerować, jak nie potrafię wyjść z domu.
Moja mama wyjmowała mnie z wanny pełnej krwi.
Moja mama słuchała jak w każdym ośrodku, w którym próbowała zdobyć dla mnie miejsce, prychali oburzeni, że mi chyba nie zależy na leczeniu, skoro tak niedawno miałem próbę samobójczą, skoro dalej mam bandaże.
Moja mama słuchała jak krzyczę, że wolałbym się nie urodzić.
Moja mama przeszła ze mną piekło, i mówi, że często się zastanawiała, czy tamta lekarka nie miała racji i czy nie zrobiła mi krzywdy tym, że mnie urodziła.
Teraz, oboje tego nie żałujemy.
Moja mama, również, dałaby mi w pysk, gdyby usłyszała, że mam czelność odmawiać komuś tego wyboru.
Moja mama jest za wyborem i jest wkurwiona, że doszliśmy do momentu, że ja żyję w takich czasach, że tego wyboru się odmawia.
Zabranie tak podstawowego prawa wyboru, wolności na najbardziej intymnym szczeblu, to absolutne pogwałcenie praw człowieka.
sobota, 8 sierpnia 2020 roku, 23:37
Wróciliśmy z protestu. Jestem zmęczony, ubranie się do mnie lepi. Nie wiem co myśleć. Mijaliśmy dzieci otwarcie mówiące, że “chcą się ponapierdalać”. Mijaliśmy ludzi otwarcie pokazujących, że są tu po to by porobić nam zdjęcia i się pośmiać. Mijaliśmy ludzi, którym łamał się głos, którzy nerwowo oglądali się za siebie w tłumie, którzy śmiali się z przyjaciółmi, że będą szmuglować sobie rzeczy do więzięnia.
Jestem zmęczony, myśli mam rozpędzone na cztery strony świata, nie popieram wszystkiego za czym stoję na proteście, ale to najbliżej solidarności, wspólnoty, którą mogę osiągnąć w tym kraju. Stoję pod samą sceną, daję wodę jakimś dzieciakom, nagrywam jak najwięcej, ale czuję się jakby zupełnie mnie tam nie było. Tyle rzeczy mi się tu nie podoba, ale po drugiej stronie prędzej mnie zgnoją, upokorzą, zastraszą niż cokolwiek innego, więc stoję po tej.
Mam ogromne, rozległe poczucie beznadziejności i osamotnienia. Bliscy piszą, żebym uważał, ja chciałby czuć strach ale nie umiem, czuję otępiałe pogodzenie się z rzeczywistością. Czasami sięgam pamięcią trzynaście lat wstecz, do pierwszych marszów, protestów na jakich byłem i nie czuję różnicy. Trzynaście lat uderzam głową w ścianę i nadal za słabo by ktoś zauważył, że leci mi krew. Widzę tych samych ludzi, których widzę od lat, widzę ludzi, którzy zawsze wyglądają jak kolorowe tło.
Mój tata mówi, żebym nie dał się wciągnąć do suki, moja mama mówi, że mam uważać i że zna lekarzy, ja sam znam polityków, wystarczy że zjadę w dół kilka rozmów w messengarze i mogę znów napisać do ludzi, nad którymi internet zachwyca się od ostatnich kilkunastu godzin.
Na proteście nawet nie patrzę w ich stronę. Jestem zmęczony rozmowami. Hasła na transparentach znam na pamięć.
Uważajcie na siebie.