Jak przetrwać pierwszą randkę w kinie.
https://dawidbzdega.pl/jak-przetrwac-pierwsza-randke-w-kinie/
Show & Tell

ellievsbear
cherry valley forever
Game of Thrones Daily
One Nice Bug Per Day
ojovivo
sheepfilms
Cosmic Funnies
art blog(derogatory)
Sweet Seals For You, Always
I'd rather be in outer space 🛸
Xuebing Du
todays bird
🩵 avery cochrane 🩵
The Bowery Presents
No title available
The Stonewall Inn
"I'm Dorothy Gale from Kansas"
Claire Keane
Misplaced Lens Cap
seen from United States

seen from Singapore
seen from United States
seen from Türkiye
seen from India
seen from United States

seen from Indonesia

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from Italy

seen from United States

seen from United Kingdom
seen from United States

seen from United Kingdom
seen from Finland

seen from Austria
seen from Canada

seen from United States
seen from United States
@dawidbzdega
Jak przetrwać pierwszą randkę w kinie.
https://dawidbzdega.pl/jak-przetrwac-pierwsza-randke-w-kinie/
O to co się wydarzy jak włożysz policjantowi palec w dupę.
https://dawidbzdega.pl/o-to-co-sie-wydarzy-jak-wlozysz-policjantowi-palec-w-dupe/
Rzuciliśmy robotę z dnia na dzień i zbieraliśmy kiepy z pod śmietnika.
https://dawidbzdega.pl/rzucilismy-robote-z-dnia-na-dzien-i-zbieralismy-kiepy-z-pod-smietnika/
Dr. Martens. Czyli bąble na girach, które trzeba przebić igłą do szycia.
https://dawidbzdega.pl/dr-martens-czyli-bable-na-girach-ktore-trzeba-przebic-igla-do-szycia/
Rok 2020 – kocham cię.
https://dawidbzdega.pl/rok-2020-kocham-cie/
Wynajęcie mieszkania w barterze. Czy to się w ogóle opłaca?
https://dawidbzdega.pl/wynajecie-mieszkania-w-barterze-czy-to-sie-w-ogole-oplaca/
W jaki sposób kostka do gry może wpłynąć na twoje życie.
https://dawidbzdega.pl/w-jaki-sposob-kostka-do-gry-moze-wplynac-na-twoje-zycie/
Znacie się kilka dni a ona mówi, że jest z tobą w ciąży? Jak sobie z tym poradzić.
https://dawidbzdega.pl/znacie-sie-kilka-dni-a-ona-mowi-ze-jest-z-toba-w-ciazy-jak-sobie-z-tym-poradzic/
Patryk Swayze vs Van Damme.
- Patryk Swayze to miał, ale ciałko – westchnęła rozmarzona Dorota. - Zobacz jak on się rusza. Te muskuły. To spojrzenie. Ta uwodzicielska aura. Od samego patrzenia robię się mokra.
- Dla mnie to on się rusza jak zwykła kurwa na rurze – odparł znudzony Antek. W ręce trzymał pilot i tylko czekał aż Dorota go bardziej wkurwi. Wtedy albo ją trzepnie pilotem, albo przełączy na inny kanał.
- Mówisz tak bo zwyczajnie jesteś zazdrosny. Popatrz na siebie. Co ty osiągnąłeś w życiu? Masz trzydzieści jeden lat i jesteś chuja wart.
- Znowu zaczynasz?
- Jedyne w czym jesteś dobry, to w przełączaniu kanałów w telewizorze.
- Jeszcze słowo i do ciebie podejdę.
- I co mi zrobisz?
Antek wstał. Podszedł do Doroty. Siedziała na fotelu i patrzyła na niego z dołu.
- No i co?! - wrzasnęła.
Antek bez słowa wydarł jej butelkę żubra i wyrzucił przez zamknięte balkonowe okno.
- Jeszcze słowo i skończysz jak ta butelka – rzekł szorstko.
Jego oczy płonęły. Nie żartował. Wolny krokiem przeciął środek pokoju. Otrzepał spodnie i z gracją usiadł na fotelu. W telewizji grali Dirty Dancing. Wziął pilot. Zaczął skakać po kanałach. Zatrzymał się na „Krwawym sporcie”.
- Z deszczu pod rynnę – rzekła Dorota. Najwyraźniej zaczepianie Antka sprawiało jej radość. - Van Damme jest całkiem niezły, ale czy lepszy od Patryka? Nie wydaje mi się. Za bardzo umięśniony.
- Chyba coś ci powiedziałem – odparł wpatrując się w ekran telewizora.
- I co mi zrobisz? Wyrzucisz mnie przez okno?
- Nie zmuszaj mnie do tego – odparł jakby zmęczony, ale gotów to zrobić jeśli zostanie do tego zmuszony.
- Po prostu sobie mówię. Nie mogę mówić?
- Głupot słuchać nie będę.
- Zwyczajnie jesteś zazdrosny. Wziąłbyś się za siebie. Tylko siedzisz i oglądasz telewizor.
- Po ciężkim dniu pracy należy się odpoczynek. Zresztą, w życiu trzeba być dobrym w jednej rzeczy. Od nadmiaru, człowiekowi mózg się przegrzewa.
- Nie wydaje mi się żeby skakanie po kanałach było jakimś wielkim wyczynem. Tak swoją drogą, co ty niby takiego ciężkiego w tej pracy robisz co? No powiedz mi co? Co robisz? - Dorota pochyliła się na fotelu. Oparła łokciem o podłokietnik i wpatrywała się wyzywająco w Antka.
- Przymknij się. Proszę cię – powiedział nie patrząc na nią. Ciągle spokojny. Ale w gotowości.
Dorota wstała. Poszła do lodówki. Wyciągnęła zimnego żubra. Wróciła i zatrzymała się w progu. Włożyła szyjkę butelki do ust i zębami otworzyła kapsel. Po czym wypluła go na stół. Antek rzucił jej pogardliwe spojrzenie.
- Zaraz to posprzątasz.
- Bo co?
Dorota usiadła na fotelu. Jedną nogę włożyła pod pośladki, a drugą miała na podłodze. Piła piwo i spoglądała na Antka.
- A tobie jaka się podoba aktorka co? Powiedz mi. Pękam z ciekawości. No mów. Śmiało Antoś. Nic nie powiesz? A może tobie się podoba jakaś dupa z instagrama? Że ja na to wcześniej nie wpadłam. Przecież ty jesteś dobry w dwóch rzeczach. Wiesz w jakich? W oglądaniu tv i skrolowaniu instagrama – zaśmiała się. - Przepraszam cię Antoś. Zapomniałam o tym. No to powiedz mi proszę. Jaka dziwka z instagrama tobie się podoba? Co? Głuchy jesteś?
Antek wolnym ruchem okręcił głowę. Znudzonymi oczami spojrzał na Dorotę.
- Przymknij się – warknął groźnie.
- Przymknij się! I przymknij się! Siedzisz nieporuszony i aby mnie wkurwiasz. Chcę cię zobaczyć wkurwionego. No pokaż mi. Pokaż jakim jesteś kurwa agresywnym skurwysynem.
- Zaraz wyrzucę cię przez to okno jak butelkę.
- Zaraz to ty będziesz zapierdalał do szklarza wprawić nową szybę. Nie mam zamiaru w nocy spać przy wybitym oknie. Chcesz żeby sobie odmroziła nogi jebańcu?
Antek spojrzał na zegarek. Wskazówka pokazywała dwudziestą. Na dwudziestą drugą musiał być w pracy. Więc wstał i poszedł do łazienki. Rozebrał się i wszedł spod prysznic. Namydlił całe ciało. A potem spłukał porządnie. Wyszedł spod prysznica, włożył szlafrok. Otworzył łazienkę. W progu stanęła Dorota.
- Wyłaź muszę się wysrać.
- Tylko po sobie posprzątaj.
- A ty po sobie sprzątasz?! - darła się siedząc już na sedesie.
Wyciągnął z górnej szafki żytni chleb. Posmarował jedną kanapkę. Zjadł. Posmarował kolejną. Tym razem z masłem i żółtym serem. Kiedy nadgryzał w kuchni pojawiła się Dorota. Palec miała od gówna i przejechała nim niespodziewanie pod nosem Antka. Zaczęła uciekać śmiejąc się jak wariatka. Antek gwałtownie rzucił kanapkę na podłogę i ruszył w jej stronę. Gonili się wokół fotelów i ławy.
- Zabiję cię! – wrzeszczał Antek ujebany od gówna. - Naprawdę cię kurwa zabiję!
Dorota tylko się śmiała. Kiedy niesfornie zahaczyła o nogę od ławy upadła na podłogę. Antek rzucił się na nią całym ciałem. Oboje leżeli. Antek silniejszy od niej, podniósł ją do góry i zaczął iść w stronę okna przez które przed chwilą wyrzucił butelkę żubra.
- Chyba tego kurwa nie zrobisz?! – wrzeszczała Dorota.
- Właśnie, że to kurwa zrobię!
Położył ją na podłogę i przytrzymał za włosy jak psa na smyczy. Dorota próbowała się uwolnić, ale Antek trzymał ją tak mocno, że musiałaby wyrwać sobie wszystkie włosy aby się uwolnić. Starannie otworzył okno. Przyciągnął ją bliżej siebie. Zaczął ją wkładać na parapet.
- Ty jebany świrze! – krzyczała.
- Nikt mnie nie będzie wkurwiał! A już na pewno nie taka mumia jak ty!
Z trudem umieścił ją na parapecie. Zaczął wypychać ją na zewnątrz. W końcu zawisła po drugiej stronie. Nieudolnie trzymała się obiema rękami za parapet. Antek nie mając zamiaru się z nią więcej szarpać. Podszedł do dwumetrowej rozsuwanej szafy i wyciągnął z niej prostokątną drewnianą skrzynkę. Wyciągnął mały młotek i wrócił do Doroty. Doroty już nie było. Wyjrzał za okno znajdujące się na drugim piętrze. Dorota leżała na parkingu. Chyba nie żyła. Zamknął okno. Schował młotek. Z komody stojącej przy łóżku wyciągnął zeszyt i długopis. Wydarł kartkę papieru. Z kartką papieru i długopisem usiadł przy kuchennym stole. Napisał wielkimi literami: NIKT MNIE NIE BĘDZIE WKURWIAŁ.
Podszedł do dwumetrowej rozsuwanej szafy i wyciągnął sznur średniej grubości. Sznur zawiązał na klamce od drzwi i się powiesił.
Antek zbudził się w szpitalu. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w jego głowie brzmiała: co jest do licha? Jestem w niebie, czy w piekle. Był w szpitalu. Na łóżku obok leżała Dorota. Patrzyła na niego. Wyszczerzyła zęby i powiedziała głośno i stanowczo:
- JESTM KURWA NIEZNISZCZALNA!
Korpo szczurki. Jesteś jednym z nich?
Kinga pracowała w dziale projektowym na dwie zmiany. Tego dnia pracę zaczęła o czternastej. Jak pozostali pracownicy zaczynający pracę o czternastej, stanęła przy expresie do kawy i rozmawiała z przyjaciółmi z pracy. Rozmawiali o minionym weekendzie. Jedni opowiadali o tym jak się schlali do odcięta i nic nie pamiętają. Inni opowiadali o obejrzanych serialach. Inny o zakupach. A jeszcze inni o pierdołach jeszcze większych niż pozostałe. Kinga stojąc wśród znajomych poczuła, że chce jej się pierdnąć. Wiedziała czym to się skończy jeśli ten diabeł opuści jej ciało. Dlatego też z całej siły zacisnęła swe zgrabne, wyćwiczone na siłowi pośladki i czekała w napięciu aż diabeł przestanie napierać.
- Kinga, wszystko w porządku? - zapytała Karolina. Karolina miała czarne włosy i duże usta. Faceci na nią lecieli, a ona o tym doskonale wiedziała. Uchodziła za najładniejszą kobietę w firmie.
- Tak – odparła prawie luzując pośladki.
- Strasznie zbladłaś – powiedziała Karolina przyglądając się jej twarzy.
- Zaraz wracam.
Zręcznie wyminęła znajomych. Otworzyła drzwi i pobiegła sprintem do toalety. Kiedy usiadła na sedesie o mało go nie rozerwała. Weekendowe spaghetti jeszcze pracowało w jej kiszkach. Spłukała wodę. Podtarła tyłek. Znowu spłukała wodę. Umyła ręce i wróciła do biura.
Gdy weszła zaczepił ją manager.
- Kinga zajmij proszę komputer obok Waldka. Twój jest zepsuty.
- W porządku.
- Dobrze się czujesz? Niewyraźnie wyglądasz.
- Miałam ciężki weekend. Powoli wracam do siebie – uśmiechnęła się szeroko.
Manager zmierzył ją wzrokiem i odszedł.
- Cześć Waldek – powiedziała siadając.
- Cześć Kinga – odparł obgryzając pazury.
Waldek był bardzo wysokim brunetem i był z tego powodu bardzo dumny. Twierdził, że laski lecą na wysokich brunetów. Nieudolnie podrywał kobiety z pracy i generalnie uchodził za faceta który ma nierówno pod sufitem.
- Jak ci minął weekend? - zapytała Kinga.
- Byłem na policji.
- Coś się stało?
- I tak i nie.
- Mów jaśniej – Kinga okręciła się na krześle i patrzyła na Waldka z ciekawością.
- Podobno ukradłem obraz z galerii warty trzydzieści tysięcy euro.
- Cooo?! Jaja sobie robisz? - zaśmiała się Kinga.
- Nie. Mówię prawdę.
- Zrobiłeś to, czy nie? - dopytywała płonąc z ciekawości.
- Nie wiem. W piątek byłem tak naćpany, że nic nie pamiętam.
- Jak cię złapali?
- Jestem na kamerach.
- Czyli rzeczywiście to zrobiłeś – zarechotała.
- To nie jest śmieszne. Grozi mi pięć lat.
- O kurwa – Kinga z przerażenia zakryła usta dłońmi. - Nie możesz po prostu zwrócić obraz i wytłumaczyć się, że byłeś pod wpływem narkotyków?
- Problem w tym, że nie pamiętam gdzie schowałem obraz.
- Manager coś wie?
- Nie. Nikt nie wie. Tylko tobie o tym powiedziałem.
- I nie nabierasz mnie?
- Mówię prawdę.
- Mogę ci jakoś pomóc?
- Obawiam się, że nie możesz.
Waldek pracował na jedną zmianę. Pracę kończył o szesnastej. Zegarek wskazywał piętnastą trzydzieści.
- Jak jest na dworze? - zapytał.
- Straszny upał.
- Tak myślałem – westchnął ciężko. Klikał myszką i nie odrywał oczu od monitora.
- Dzisiaj piątek. Jakie plany na weekend? - zapytała z udawaną ciekawością, chcąc podtrzymać rozmowę.
- Nie mam planów – spojrzał na Kingę. - Ale w tak upalne dni, jedynie na co mam ochotę do zimne piwo i ostry seks.
Zaskoczył ją tą odpowiedzią, ale nie stłamsił.
- Doceniam twoją szczerość, ale nie pójdę z tobą do łóżka – odparła z zdecydowaniem w głosie.
- Dlaczego?
- Nie jesteś w moim typie. Nie pociągasz mnie.
- Nie mogę was kurwa zrozumieć. Jak może wam się nie podobać wysoki brunet? - twarz Waldka przybrała waleczny wyraz. Najwyraźniej miał dość ciągłych odmów od koleżanek z pracy.
- Może jesteś zbyt nachalny? - odpowiedziała, próbując załagodzić sytuację.
- Jestem szczery i bezpośredni. Przecież kobiety to lubią.
- Aha.
- Aha? Tylko to masz do powiedzenia?
- Wiesz co? Nie wiem. Próbuj dalej. Ale mnie nie przelecisz. Nie przelecisz mnie choćbyś był ostatnim facetem na tej planecie. Wolałabym w swoją małą wcisnąć zielonego ogórka.
- Mówisz tak bo nie widziałaś mojego ptaka. Dziwki mówią, że jest piękny.
Kinga się zaśmiała.
- A co mają powiedzieć? Jesteś ich klientem. Będą ci wciskać każde gówno. A ty je łykasz jak pelikan.
Waldek chwilę się zastanowił. Po czym wybuchnął:
- ZAMKNIJ SIĘ!
W biurze zapanowała cisza jak makiem zasiał. Wszystkie oczy w biurze zostały skierowane w stronę Kingi i Waldka.
- Co tam się dzieję?! - warknął manager.
Wstał i z oddali się im przyglądał. Ruszył w ich stronę. Poprawił okulary na nosie. Przejechał dłonią po czarnej bródce. Zatrzymał się między Kingą i Waldkiem.
- Co się tutaj dzieje – powiedział z rękami założonymi z tyłu.
- Nic – rzekł natychmiast Waldek.
- To czego drzesz ryja? - zapytał manager. - Zachowujesz się jak dzikus. Waldek, rozmawialiśmy już o tym. Chce mieć w zespole spokojnych ludzi. Opanowanych. Twardo stąpających po ziemi. Nie dających się wyprowadzić z równowagi.
- Dobrze panie kierowniku.
- Kinga wszystko gra? - manager zwrócił się do Kingi.
- Ten porąbaniec właśnie proponował mi piwo i ostry seks.
Po twarzy managera przemknęło przerażenie. Szybko jednak wrócił na swoje tory. Opanował się. Przywołał do porządku.
- Waldek, czy to prawda? - zapytał ściszając głos.
Waldek jedynie wzruszył ramionami.
- Odpowiedz – manager podniósł nieznacznie głos, ale nie na tyle by mógł ich usłyszeć ktoś jeszcze.
Waldek znowu wzruszył ramionami.
- Waldek, ja chce ci pomóc.
Waldek spojrzał na managera psimi oczami.
- Zrobiłem to – odparł w końcu.
- Kinga – zwrócił się manager do Kingi.
- Tak?
- Mogę cię prosić na słówko?
- Jasne.
Oboje odeszli kilka metrów dalej. Tak by nikt nie mógł ich usłyszeć.
- Dlaczego? - zapytał manager.
- Co dlaczego?
- Dlaczego nie chcesz iść z nim do łóżka.
- Nie pociąga mnie. Po za tym przypomina mojego byłego.
- To dobry projektant.
- Co ma jedno z drugim?
- Facet po dłuższym braku seksu zaczyna wariować. Może jednak?
- Mowy nie ma – odparła i skrzyżowała ręce nie piersiach.
- Tylko jeden raz.
- Nie – pokręciła przecząco głową.
- Zwolnię cię wcześniej z pracy. Dostaniesz wolne w poniedziałek. I na dodatek dam co dodatkową premię.
Wahała się.
- Ile?
- Tysiąc.
- Nie wiem.
- On zaraz kończy pracę.
Kinga spojrzała w jego stronę.
- Nie, nie, nie. Mowy nie ma.
- Wiesz, że będę cię musiał zwolnić?
- Co?! Dlaczego?!
- Za nie wykonywanie poleceń przełożonego.
- Co?!
- Zwalniam cię!
Telefon od nieznajomej. Rozmowa, która doprowadzała mnie do szału.
Siedziałem przy stole i właśnie skończyłem jeść spaghetti. Odsunąłem talerz od siebie. Popiłem winem. Na żołądku zrobiło mi się jakoś ciepło. Nagle zaczął dzwonić telefon. Leżał na komodzie i nie chciało mi się po niego podejść. Dzwonił i dzwonił. Bez przerwy. Połączenie się zerwało. I po chwili znowu dzwonił. Tak przez dziesięć minut. Nie mogąc dłużej słuchać tego cholernego jazgotu, wstałem i podszedłem do komody. Nie miałem okularów na nosie i nie widziałem kto dzwoni. Odebrałem.
- Aleksander? - odezwał się kobiecy głos.
- Przy telefonie.
- Z kim rozmawiam? - zapytała kobieta.
- Co?
- Z kim mówię?
- Już mówiłem. Aleksander przy telefonie.
- To chyba pomyłka – odezwała się kobieta. Nie mówiła do telefonu. Słyszałem ją jakby z oddali.
Połączenie się zerwało. Odłożyłem telefon na komodę i wróciłem do stolika. Popijałem wino naturalne i obserwowałem goniące się muchy wokół żyrandola z ikei. Po niespełna pięciu minutach telefon znowu zdzwonił. Powiedziałem sobie, że choćby nie wiem co, nie wstaje. Może sobie dzwonić i dzwonić. Na pewno nie odbiorę. Choćby się miał świat zawalić. Długo nie wytrzymałem. Wstałem i energicznie ruszyłem w stronę komody.
- Halo! - ryknąłem ściskając telefon.
- Aleksander? - zapytał kobiecy głos.
- Przy telefonie.
- Z kim rozmawiam?
- A ja z kim? - zapytałem poirytowany.
- To ja pytam pana. Nie odwrotnie.
- Ale teraz ja pytam panią. Z kim rozmawiam zatem?
Rozłączyła się. Wściekły założyłem okulary. Odebrane połączenia. Wybrałem numer. Dzwonie. Telefon trzymam przy uchu. Sygnał. Ktoś odebrał. Słysze szum. Nikt nic nie mówi.
- Halo! - ryczę do telefonu.
- Aleksander?
- Tak, to kurwa ja! - wrzeszczę.
- Dzwoniłam do ciebie. Dlaczego się nie odzywasz?
Zamknąłem oczy. Usiadłem na łóżku. Wziąłem kilka głębokim wdechów.
- Aleksander? Jesteś tam?
- Jestem – odparłem zrezygnowany. Położyłem się na łóżku. Nogi miałem na podłodze.
- Co robisz?
- Leże na łóżku i rozmawiam z tobą prze telefon.
- Wiesz kto mówi?
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Powiedzieć ci?
- Obojętne mi to.
- Ale wiesz, że się znamy?
- Domyślam się.
- Śniłeś mi się dzisiaj.
- Tak?
- Tak. I stwierdziłam, że do ciebie przedzwonię.
- Cieszę się.
- Zaczynasz podejrzewać kim jestem?
- Ani trochę.
Rozłączyła się. Wstałem. Podszedłem do stołu. Opróżniłem kieliszek i spojrzałem w stronę żyrandola. Dwie muchy siedziały obok siebie. Nie ruszały się. Wziąłem klapkę i je załatwiłem. Wtedy zaczął dzwonić telefon. Odłożyłem klapkę na zimny grzejnik. Odebrałem.
- Halo.
- Aleksander?
- Przy telefonie.
- Bateria mi się rozładowała. Przepraszam.
- Nie szkodzi.
- Nie gniewasz się?
- Ani trochę.
- A wiesz z kim rozmawiasz?
- Nie wiem.
- Może to i nawet dobrze. Jesteś zdenerwowany?
- Nie.
- Na twoim miejscu byłabym zdenerwowana.
- Aha.
- Wiesz z kim rozmawiasz?
- Nie wiem.
- Powiedzieć ci?
- Już mówiłem. Jest mi to obojętne.
- Kłamiesz. Powiedz, że kłamiesz.
- Kłamie.
- Wiedziałam. Tylko udajesz. Jak wszyscy.
- Nie udajemy tylko wtedy, gdy jesteśmy ze sobą sam na sam.
- Jesteś tego pewny?
- Tak.
- Ja chyba udaje nawet jak jestem sama ze sobą.
Nie odpowiedziałem. Nalałem sobie kolejny kieliszek. Usiadłem na krześle. W słuchawce usłyszałem westchnienie.
- Śniłeś mi się dzisiaj.
- Mówiłaś.
- Ale nie mówiłam co mi się śniło.
- Nie mówiłaś.
- Powiedzieć ci?
- Jest mi to obojętne.
- Przestań mnie tak traktować. Okaż mi trochę uwagi. Powiedz, że chcesz usłyszeć co mi się śniło.
Nie odpowiedziałem.
- Halo? Jesteś tam?
- Jestem.
- Dlaczego nic nie mówisz? Nie chcesz ze mną rozmawiać? - dopytywała drżącym głosem.
- Sam nie wiem czego chce.
- Rozumiem.
- Yhm – mruknąłem.
- Co masz na sobie?
- Szlafrok i skarpetki.
- Tylko to?
- Tak.
- Nie jest ci zimno?
- Jak cholera.
- Włącz sobie ogrzewanie.
- Nie mogę. Odcięli mi grzejniki.
Zaśmiała się do telefonu.
- Nie kłam. Wiem, że żartujesz.
- Nie kłamię. Naprawdę odcięli mi grzejniki.
- Jesteś zabawny.
- Po matce.
- Po matce? Zwykle to ojcowie są zabawni.
- U mnie było na odwrót. Matka zarabiała na życie opowiadając kawały.
- Już tego nie robi?
- Nie żyje.
- Przykro mi. Co się stało?
- Przejechała ją śmieciarka.
- O boże. Tak mi przykro – powiedziała bez udawanego współczucia.
Chwilę milczeliśmy. Ręka zaczęła mi cierpnąć. Ucho się trochę spociło.
- Chcesz się spotkać? - zapytała.
- Nie.
- Dlaczego?
- Wole pobyć sam na sam ze sobą.
- I co robisz całymi dniami sam?
- Pije wino, pale papierosy, czytam książki i podglądam sąsiadów.
Napiłem się wina. Zapaliłem papierosa i poszedłem położyć się na łóżku. Głowę położyłem na miękkiej poduszce. Nogi wyciągnąłem przed siebie.
- Nie zapytasz co ja robię?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie obchodzi mnie to.
- Dlaczego jesteś taki chłodny?
- Chyba gram twardego drania.
- Tak mi się właśnie wydaje. W głębi serca jesteś potulny jak baranek.
- Otóż to.
Telefon położyłem na łóżku i włączyłem tryb głośnomówiący. Patrzyłem w sufit, gdzie dym papierosowy sterczał tam i się nie ruszał.
- Chcesz porozmawiać z moją koleżanką? - zapytała.
- Jest mi to obojętne.
- Aleksander? - odezwał się inny kobiecy głos w słuchawce. - Jesteś tam?
- Jestem.
- Nudzi się nam.
- Domyślam się.
- Nudzi się nam i dzwonimy do wszystkich facetów o imieniu Aleksander.
- Aha.
- Ciebie wybrałyśmy jako pierwszego. Spodobało nam się twoje nazwisko.
- Mam się czuć zaszczycony?
- Aleksander, może do nas wpadniesz?
- Wolałbym dzisiaj pobyć sam na sam ze sobą.
- Nie daj się prosić.
- Nawet się nie znamy.
- Znamy się.
- Nie wydaje mi się.
- Znamy się. Ale z widzenia – powiedziała ze śmiechem. - To jak? Wpadniesz?
- Podaj adres – mruknąłem.
- Wilczyńska 20
- Będę za pół godziny.
Chciałem się rozłączyć, ale kobieta po drugiej stronie słuchawki mnie zatrzymała.
- Aleksander! - krzyknęła do słuchawki. W uszach mi zabrzęczało.
- Tak?
- Zabierz ze sobą czyste prześcieradło i kilogram truskawek.
Rozłączyła się. Czyste prześcieradło i kilo truskawek? Wstałem. Poszedłem do szafki zajrzeć, czy mam czyste prześcieradło. Nie było. Nie mam. I co teraz? Nie jadę. Jadę. Podchodzę do łóżka. Zrywam prześcieradło. Wącham. Pakuję do bezbarwnej siatki. Z zamrażalnika wyciągam truskawki. Na wadze odmierzam kilogram. Pakuje do siatki. Innej niż tej w której jest prześcieradło. Ubieram płaszcz. Wychodzę. Po drodze zahaczam o drzwi Pitera – sąsiada z naprzeciwka.
- Cześć – mówi po otwarciu drzwi.
- Cześć.
- Co jest? - pyta i patrzy na siatki. Widzę, że go intrygują, ale nie pyta o co chodzi.
- Wychodzę.
- W porządku.
Więcej słów do siebie nie wypowiadamy. Odchodzę. Słyszę jak zamyka drzwi. Zbiegam po schodach. W rękach trzymam siatki. W jednej prześcieradło. W drugiej truskawki.
Magda straciła pracę i czuła się gówno warta. Słynęła z tego, że lubi odbijać żonatych facetów. A jeszcze lepiej gdyby byli starsi od niej o dwadzieścia lat. Wtedy tam na dole robiła się strasznie mokra. A jej myśli sprowadzały się jedynie do potencjalnej zdobyczy. Mimo swych wad, należała do kobiet odważnych i kreatywnych. Jak niewielu zdecydowała się wywrócić swe życie do góry nogami. Zadzwoniła do znajomej mieszkającej w Holandii. Zapytała, czy mogłaby zamieszkać u nich kilka tygodni. Do czasu aż znajdzie sobie jakąś pracę. Nie znając ciemnej strony Magdy, znajoma się zgodziła. Nie wiedziała, że lada chwila jej życie zamieni się w piekło.
Po dwóch tygodniach Magda wprowadziła się do typowego jednorodzinnego domku w Amsterdamie. Przyjechała późnym wieczorem i po całym dniu podróży strasznie śmierdziały jej stopy.
- Mogę nie ściągać butów? – zapytała stojąc w progu z klejącymi stopami.
- Jasne, nie ściągaj. Mieszkamy tutaj od roku i ani razu nie myliśmy podłogi. Nawet jak byś miała gówno pod butem nic to nie zmieni – odparła Klaudia.
- Zapraszam – odezwał się mężczyzna po pięćdziesiątce. Na imię miał Charles.
Charles miał czarne włosy na głowie i w nosie. Mierzył niespełna sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i był wyższy od Magdy tylko o trzy centymetry. Natomiast od swojej żony był niższy o dziesięć centymetrów. Generalnie w związku Klaudii i Charlesa spodnie nosiła Klaudia. Dlatego też, gdy Charlesa bolały nogi podczas długich spacerów, Klaudia brała go na ręce i przez resztę drogi go niosła. Mimo tych plusów albo minusów. W zależności kto co woli. Magdzie Charles wpadł w oko.
Magda postawiła dwie ciężkie torby przy drzwiach do toalety, które były lekko uchylone. Poczuła, że chwilę temu ktoś w niej postawił solidnego klocka. Klaudia zauważając niesmak na twarzy Magdy, energicznie zamknęła drzwi, po czym powiedziała stanowczo:
- Tam nie wchodź.
Poszli do salonu gdzie znajdował się ogromny stół na dwanaście osób. Jedli, pili i rozmawiali bardzo długo. Tak długo, że ich pyski bolały od mówienia. Zgodnie stwierdzili, że czas iść spać.
- Chodź na górę – odezwała się Klaudia. - Pokażę ci twój pokój.
- Pękam z ciekawości – odparła Magda. Wzięła ostatni łyk wina i poszła za Klaudią.
- Jak wrócę, ma tutaj błyszczeć – zwróciła się Klaudia do Charlesa.
Charles tylko potulnie skinął głową. Wiedział, że jakakolwiek negatywna reakcja, tylko wyprowadzi z równowagi jego nerwową żonę. A że był od niej znacznie słabszy, wolał z nią nie zaczynać.
Kobiety zatrzymały się przed schodami prowadzącymi do pokoi na piętrze.
- Co prawda na dole nie musiałaś ściągać butów, ale na górze panują inne warunki. Mogę cię prosić żebyś jednak ściągnęła buty?
- Jesteś tego pewna?
- Tak – odparła Klaudia. Jednocześnie rzucając Magdzie harde spojrzenie.
Magda zrobiła co kazała Klaudia. Okazało się, że nogi jej śmierdziały, ale nie tak bardzo jak przewidywała. Mając nie małe doświadczenie w tych sprawach, liczyła się z tym, że trzeba będzie wzywać pogotowie. Na całe szczęście Klaudii i Charlesa nie trzeba było tego robić.
Kobiety wdrapały się na górę.
- Tu jest łazienka. Tu pokój chłopców. Tutaj jest nasza sypialnia. Niestety tylko w niej śpimy. Seksu już nie uprawiamy. Charles już mnie nie pociąga. Ja jego też nie. Generalnie bierzemy pod uwagę rozwód, ale nie możemy się zdecydować. To znaczy ja biorę. On się nie wypowiada. Co strasznie mnie irytuje. Nie ważne. To są nasze problemy i lepiej gdybyś się w nie nie wpierdalała. Zrozumiana?
- Tak. Jasne. Oczywiście.
- Ty żyjesz swoim życiem. My swoim.
- Dobrze.
Magda odpowiadała potulnie. Nie znała Klaudii z tej strony. Po długim niesatysfakcjonującym związku człowiek się zmienia. Gorzknieje. Mizernieje. Dziczeje. Najgorzej, że mimo tego nieszczęścia tkwi w nim do ostatnich swoich chwil. Do ostatniego oddechu. Do ostatniej kupy w toalecie. Ostatniego obcinania paznokci. I tak dalej.
Magda zbudziła się o czwartej dziesięć nad ranem. Za oknem było jeszcze ciemno. Trzęsła się cała z zimna. To chłód ją wybudził. Poza kołdrą nie miała nic innego do przykrycia. Wygramoliła się z łóżka. Wyszła z pokoju i zbiegała schodami na dół. Z torby wyciągnęła grubą kurtkę. Włożyła ją na siebie. Gdy szła schodami usłyszała szepty.
- Nie bij. Nie bij. Nie bij.
Szept wychodziły z ust Charlesa. Magda schowała się do pokoju. Ubrana w kurtkę weszła do łóżka. Przykryła się kołdrą i znowu zasnęła. Śniło się jej, że jest w Afryce i poznaje czarnoskórego mężczyznę, który zamiast majtek nosi firankę. Zakochuje się w nim. Mają mleczno czekoladowe dzieci. Są szczęśliwi. Z czasem Magda jak reszta kobiet chodzi z obnażonymi piersiami. Na głowie nosi wielki koszyk i śpiewa piosenki w ich nieznanym języku.
Kiedy zbudziła się drugi raz w domu panowała kompletna cisza. Zerknęła na zegarek. Dochodziła dziesiąta rano. Wczoraj Charles i Klaudia wspominali, że o dziewiątej jadą z chłopcami do zoo. Wyszła z łóżka. Ściągnęła kurtkę i udała się do łazienki. Wysikała się. Zrobiła kupę. Wzięła prysznic. Włosy owinęła białym ręcznikiem. Ciało owinęła kremowym ręcznikiem. Stopy wsunęła w domowe kapcie i zeszła na dół. W kuchni i salonie na podłodze walało się mnóstwo zabawek. Zrobiła kawę i uciekła na górę. Resztę dnia przeleżała w łóżku. Wychodziła jedynie do toalety. Po czym wracała i znowu kładła się do łóżka. Myślała nad swoim życiem. Co dalej? Znajdzie prace w obcym kraju? Czy może z podkulonym ogonem będzie musiała wrócić do rodziców na pokój? A może pozna bogatego holendra? I do końca życia jedyne co będzie musiała robić, to malować paznokcie i pić piwo? Tego nie wiedział nikt.
Charles pracował z domu. Był z niego niezły obibok i więcej surfował po internecie niż pracował. Miał grzybice stóp. Rzadko się kąpał. Twierdził, że nie musi skoro nie jeździ do biura. Jego ciało styczność z wodą miało jedynie w niedziele, kiedy to jeździł pograć w golfa ze swoimi holenderskimi kolegami którym sięgał do pasa. Śmiali się z niego, że mógłby im obciągnąć na stojąco.
W przypadku Klaudii wyglądało to trochę inaczej. Do biura jeździła tylko dwa razy w tygodniu. I tylko dwa razy w tygodniu brała kąpiel. Uważała, że tyle wystarczy. Twierdziła, że nie ma szyszek między pośladkami. Magda spędzając całe dnie w domu, znała rytm dnia ich obojga. Nie mogła się nadziwić jak ci ludzie żyją. Pewnego dnia, zmierzając do łazienki z ręcznikiem zawieszonym na ramieniu i golarką w dłoni, zatrzymała ją Klaudia.
- Nie masz facet, a golisz i myjesz się codziennie? - zapytała ze złością.
- Robię to dla siebie – odparła i weszła do łazienki. Twarz Klaudii pokryła warstwa zazdrości.
Z czasem kobieta przestaje o siebie dbać. Trochę z lenistwa. Trochę z obojętności. Przestaje jej zależeć. Z czasem stawała się coraz bardziej zazdrosna o Magdę. Gdy tylko przyłapała Charlesa i Magdę na pogaduszkach, rzucała jemu wredne spojrzenie, a Magdę ignorowała. Gdy Magda się do nie odezwała, Klaudia jej nie odpowiadała. Kłótnie Charlesa i Klaudia przerodziły się w kompletny kocioł. Wojnę. Ona płakała. On chodził z podbitymi oczami.
Z kolejnymi dniami i tygodniami doszło do tego, że Magda i Charles wylądowali w łóżku. Poszli na całego. I było im bardzo dobrze. Gdy Klaudia jechała do biura, oni wkradali się do sypialni i się pieprzyli jak króliki. Klaudia przez wiele tygodni nic nie podejrzewała. Pewnego dnia, gdy wróciła z pracy zauważyła mokrą plamę na pościeli. Wzięła pościel do ręki i powąchała. Poczuła zapach cipki.
- Charles! - wydarła się z sypialni.
- Tak kochanie!?
- Chodź na górę.
Po kilku minutach Charles pojawił się na górze.
- Co to jest do cholery?!
- Plama?
- Śmierdzi cipą.
- Nie wiem o czym mówisz.
Wtedy z pokoju obok wyszła Magda. Chwyciła Charlesa za rękę i ścisnęła mocno. Charles odwzajemnił uścisk.
- Co jest do cholery?! - wycharczała Klaudia. Poczerwieniała na twarzy. - Charles możesz mi wytłumaczyć o co tutaj kurwa chodzi?! - darła się na cały dom.
- Tak – odpowiedział. - Jesteśmy razem.
- Błagam cię! Nie rób mi tego! - Klaudia padła na kolana. Zaczęła płakać. - Proszę cię Charles, nie rób mi tego.
- Zamknij się! - ryknął Charles.
Klaudia na kolanach posuwała się w ich stronę. Gdy zbliżyła się na odpowiedni dystans, Charles zdzielił ją w twarz. Klaudia padła na podłogę. Leżała trzymając się za policzek.
- Z nami koniec – rzekł stanowczo. - Dosyć mnie w życiu wymęczyłaś. Dom jest mój. Możesz zamieszkać w pokoju Magdy, albo się wyprowadzić. Klaudia się nie odzywała. Leżała i płakała.
Klaudia wprowadziła się do pokoju Magdy. A Magda zajęła dotychczasowe miejsce Klaudii. Po kilku tygodniach Magda wyprowadziła się z domu. Wróciła do Polski. Zamieszkała u rodziców w swoim różowym pokoju.
Kurs: jak wyjść ze swojej strefy komfortu. Co się stanie jeśli usiądę w kawiarni bez gaci?
Zapisałem się na kurs – jak wyjść ze swojej strefy komfortu. Nic mnie nie kosztował. Ale był jeden haczyk. Podczas kursu trzeba było siedzieć bez gaci. A że w mieszkaniu które wynajmowałem za niepłacenie rachunków odcięli mi internet, udałem się do kawiarni z wi-fi. Miałem na to pewien plan. Po prostu skłamię, że siedzę bez gaci i tyle w temacie. Przecież prowadzący kurs nie będzie mi kazał wywijać kutasem przed ekranem laptopa.
Wszedłem do kawiarni pełnej kolorowych ludzi. W sensie wszyscy biali, ale kolorowo ubrani. W oczy rzucały się ich za krótkie szerokie spodnie, odsłaniające kolorowe skarpetki. Ich ręce pokryte były tatuażami. Nosy, usta, uszy, brwi, policzki przyozdobione kolczykami. Natomiast oczy odzwierciedlały inteligencje jakiej nigdy nie zaznam.
- Co to ma znaczyć! – ryknąłem zatrzymując się na środku kawiarni.
- Proszę się uspokoić – odezwał się brodaty barista.
- Szukam wolnego stolika!
- Łysy! - krzyknął ktoś z gości. - Czekaj na swoją kolej!
- Kto to powiedział!
Rozejrzałem się na wszystkie strony, ale nikt się nie odważył potwierdzić swoich słów. Atmosfera zgęstniała. I niewiele brakowało żeby ktoś dostał w ryja. Nerwowo przebierałem palcami gotów je w każdej chwili zacisnąć.
- Potrzebuje stolika na teraz! - ryknąłem jak lew na sawannie.
- Właśnie wychodzimy – odezwała się dziewczyna z włosami przyciętymi do ucha.
Zająłem zwolnione miejsce. Otworzyłem laptopa. Hasło do wi-fi. Wstałem i poszedłem do baristy. Na sobie miałem płaszcz, sweter, dresowe spodnie i trampki. Nie myłem się od trzech dni. I przez kolejne trzy nie miałem takiego zamiaru. Gdy przechodziłem ludzie zatykali nosy.
- Ale on śmierdzi – słyszałem szepty.
- Ty! Bródka – odezwałem się do brodatego baristy. - Jakie jest hasło do wi-fi?
- 1n15ndd15sd5ddf2sdassaa1258896aa5788524aassasaassas117755622vniewa984aana12369.
- Dłuższego nie było?
Całość zapamiętałem za pierwszym razem. Wpisałem. Połączyłem się. Wszedłem na pocztę. Stamtąd kliknąłem link, który przekierował mnie do strony z kursem. Na ekranie ukazała się morda prowadzącego kurs. Łysy w czarnym swetrze. Wory pod oczami. Zmęczone spojrzenie. Powieki opadające do połowy oczu. Trochę wyglądał jakby go ktoś w życiu oszukał.
- Czy wszyscy są bez gaci? - zapytał łysy wpatrując w środek ekranu swymi zmęczonymi oczyma.
Wszyscy zgodnie napisali na czacie „tak”. Ja również napisałem „tak”. Mój wpis na czacie widniał jako ostatni.
- Chciałbym przypomnieć, że jesteśmy na kursie „jak wyjść ze swojej strefy komfortu” i siedzenie bez gaci jest jednym z wielu zadań jakie ten kurs posiada. Nie przedłużając. Losowo sprawdzę, czy jesteście bez gaci. Sprawdzę na przykład. O na przykład sprawdzę ostatnią osobę, która napisała „tak”.
- Jasna cholera – mruknąłem pod nosem. Wiedziałem, że to mnie wybierze. Czułem to. Przyciągnąłem to. Widziałem, że tak będzie. I po raz kolejny będę świecił jajami na ekranie monitorów.
- Dawidzie - rozległ się głos w słuchawkach. - Chciałbym nawiązać z tobą rozmowę. Sprawdzę, czy jesteś bez gaci.
Na ekranie wyświetliło się połączenie od tego łysego świra. W sekundę zdjąłem gacie. W kawiarni rozległ się nieprzyzwoity szum. Zapomniałem się ogolić. I tam na dole było wesoło. Odebrałem połączenie.
- Witaj Dawidzie.
- Witaj nauczycielu.
- Czy mogę cie prosić żebyś skierował kamerkę na swoje krocze?
Zrobiłem co kazał.
- Jasna cholera! - wydarł się łysy.
- Co jest? - zapytałem.
- Nie wygląda to zbyt dobrze.
- Możemy zając się kursem?
- Jasne. Wracamy do kursu. Mam nadzieje, że tak jak Dawid, każdy z was siedzi przed monitorem bez gaci.
Kiedy tak siedziałem bez gaci w kawiarni przy stoliku i słuchając tego świra podszedł do mnie barista.
- Proszę się ubrać. Jeśli pan tego nie zrobi dzwonię po policję – zagroził barista.
- Ale ja wychodzę ze swojej strefy komfortu.
- Proszę pana, to jest miejsce publiczne. Goście skarżą się na pana. Grożą, że jeśli nie spełni pan mojej prośby wyjdą stąd.
- No to niech wypierdalają w podskokach! Mam dość! Mam dość ciągłego bycia pokurczem w tym cholernym społeczeństwie gdzie każdy ma na mordze maskę. Gdzie każdy się pilnuje na każdym kroku, słowie, czynie. MAM KURWA TEGO SERDZECZNIE DOŚĆ!
- Dzwoń na policję i w ogolę się nie ciaćkaj z tym świrem – mówił koleś w koszulce w biało czarne paski.
- Ty tam! Nie wtrącaj się! Ja tu wychodzę ze strefy komfortu! - pogroziłem mu pięścią.
- WYNOCHA! WYNOCHA! WYNOCHA! - darła się cała kawiarnia.
- Ludzie kurwa! Zrozumcie mnie! - wstałem. Kobiety piszczały. Mężczyźni gwizdali złowieszczo. - Nie mam internetu w domu! Muszę wyjść ze swojej strefy komfortu!
Do kawiarni wpadło dwóch barczystych policjantów.
- Gdzie ten ekshibicjonista? - zapytał policjant o kwadratowej szczęce.
- Proszę za mną – powiedział brodaty barista.
Zatrzymali się przy moim stolika. W czasie gdy do mnie szyli zdążyłem podciągnąć gacie.
- To ten – wskazał barista.
- Aha – odpowiedział policjant o kwadratowej szczęce.
- Pan jest ubrany – stwierdził drugi policjant. Miał niesamowicie wysunięte zęby do przodu. Jak królik. Z twarzy kogoś przypominał, ale za diabła nie mogłem sobie przypomnieć kogo. Siedział mi w głowie jak kleszcz w skórze.
- Rzeczywiście – odparł ten o kwadratowej szczęce. Upewniając się zajrzał pod stół.
- Jak boga kocham. Ten pan siedział przy stole bez spodni i majtek – tłumaczył barista. - Wszyscy goście mogą panom potwierdzić, że mówię prawdę.
- Królik?! - wydarłem się. Ciągle wpatrywałem się w twarz policjanta z zębami wysuniętymi do przodu. Najpierw rzucił mi pogardliwe spojrzenie. Potem zmrużył oczy. Mrużył i mrużył. W końcu twarz mu rozjaśniała.
- Dawid?
- Jasna cholera i sto diabłów! To ty Królik?
- To ty Dawid?
- Żebyś cholera wiedział! Króliczku zasrany.
Wstałem. Uścisnęliśmy się. Klepaliśmy się po plecach. Ogólnie było wesolutko. Mało brakowało a byśmy się zaczęli lizać po chujach.
- Ile to my się nie widzieliśmy? - zapytał Królik.
- Z piętnaście lat?
- Jak nie więcej – zaśmiał się Królik. Z ust buchnął mu nieprzyjemny zapach, niczym się nie różniący od czasów szkoły średniej.
- Ciągle masz zęby jak królik. I pozbyłeś się kolczyków z uszu – złapałem go za uszy i wytargałem jak burą sukę.
- A ty masz ciągle te białe plamy na szyi – zacharczał ze śmiechem.
- A tak! I nawet zacząłem je leczyć.
- Poważnie? Myślałem, że tego gówna nigdy się nie pozbędziesz.
- A widzisz!
- Pamiętasz jak cię przezywali krowa?
- Stare czasy.
- Co tutaj robisz?
- Przyszedłem napić się kawy. Te dranie się na mnie uwzięli.
- Wynośmy się stąd.
- Masz rację Królik.
- Hej! Przemysław! - krzyknąłem Królik do partnera .
- Co jest Andrzej?!
- Wychodzimy.
Zabrałem laptopa. Wyszliśmy na zewnątrz.
- Palisz jeszcze Królik?
- Na służbie staram się tego nie robić.
- Odwieziecie mnie do domu?
- Jasne – odparł Królik.
Wsiedliśmy do radiowozu.
- Odpalisz koguty? - zapytałem. - Jeszcze nigdy nie jechałem na sygnale.
Policjant o szerokiej szczęce odpalił koguty. Odjechaliśmy. Spojrzałem w tylną szybę. Na sygnalizacji zapaliło się czerwone światło. Grupka ludzie ruszyła przejściem dla pieszych. Kobieta w zielonej kurtce grzebała paznokciem w zepsutym zębie. Jej myśli krążyły wokół dzisiejszego obiadu. Czy warto wychodzić ze swojej strefy komfortu? Nie wiem, ale wydaje mi się, że warto robić to czego się boimy. Módlmy się. Amen. Dobranoc. Pchły na noc. Karaluchy pod po duchy. O kurde. Hihihihihi.
Nie rób tego w Amsterdamie.
Włóczyliśmy się Amsterdamską ulicą. Nie znałem jej nazwy. Odznaczała się dużą ilością turystów, coffee shopów i sklepów z akcesoriami do palenia. Ludzie sprawiali wrażenie bycia na ciągłym haju. Mężczyzna sporych rozmiarów jak czołg szedł z naprzeciwka. Jego blada karnacja, czarne okulary na nosie i sztywne powolne ruchy sprawiały, że rzucał się w oczy. Przystanęliśmy i zapaliliśmy papierosy. Gdy jasny jak mąka mężczyzna nas mijał Robert zwrócił się do mnie. Jego głos aż kipiał z ciekawości.
- Myślisz, że jest naćpany?
- Całkiem możliwe – odparłem bacznie przyglądając się facetowi.
- A może ma jakiś paraliż?
- Możliwe – odpowiedziałem zaciągając się ćmikiem. Oblizałem się i splunąłem odrobiną tytoniu, który jakimś cudem znalazł się w moich ustach.
- Ciekawe czym się tak porobił – rzekł jakby mówił do siebie.
- Myślę, że jest kompletnie upalony.
Stojąc na rogu ceglastej kamienicy obserwowaliśmy ludzi i paliliśmy w milczeniu. Słońce świeciło nad naszymi głowami. Temperatura wynosiła dwadzieścia dwa stopnie. Kilka kroków dalej na chodniku stały cztery małe okrągłe stoliki. Jeden zajmowała para kochanków. Usiedliśmy tuż obok. Zamówiliśmy po zimnym piwie. Para kochanków okazała się być Polakami. Rozmawiali bez skrępowania. Skrępowania, które schodzi z człowieka w momencie gdy znajdzie się w zupełnie obcym miejscu. W miejscu w którym są anonimowi. Rozsiadłem się wygodnie i słuchałem o czym mówią.
- Podczas tych złych chwil zawsze byłaś ze mną – mówił mężczyzna. - Kiedy straciłem robotę. Byłaś ze mną. Kiedy straciłem wszystkie swoje oszczędności. Byłaś ze mną. Kiedy rozjebała się moja firma. Byłaś ze mną.
- Tak kochanie – kobieta chwyciła go za dłoń i ścisnęła mocno. Utkwiło w nim wzrok pełen miłości. Czułem się jak w kinie z romantycznym filmem.
- Kiedy straciłem dom. Byłaś ze mną. Byłaś zawsze kiedy przytrafiło mi się jakieś nieszczęście. Mimo wszystko z każdego niepowodzenia wyszedłem. Poradziłem sobie. I wiesz co?
- Zawsze będę przy tobie najdroższy – wymamrotała. Ręce jej się trzęsły. Do oczu napłynęły łzy.
- Nie – odpowiedział szorstko.
Spojrzała na niego przerażona.
- To ty przynosisz mi pecha! - warknął. - Żegnaj!
Uniósł swe cielsko. Zgarnął ze stolika dwa ciastka z trawą. Wepchnął je do ust i odszedł. Kobieta się rozpłakała. Schowała twarz w dłoniach i szlochała.
- O kurde – odezwał się Robert. - Potraktowałbyś tak kobietę?
- Nigdy w życiu.
Przechyliłem kufel do ust. Wypiłem połowę za jednym razem. Zamówiliśmy po kolejnym piwie i kolejnym. Potem po jeszcze jednym. Kobieta cały czas szlochała. Minęły jakieś dwie godziny, a ona ciągle tam była i beczała. Kiedy już mieliśmy nieźle w czubie Robert wstał. Podszedł do stolika przy którym siedziała płacząca kobieta. Stał tak przez krótką chwilę milcząc. Lekko się chwiał. Nagle otwartą dłonią walnął w stolik. Filiżanka z kawą podskoczyła kilka razy na talerzyku. Wszyscy siedzący w pobliżu niepewnie zerkali na Roberta. Na pewno sobie myśleli, że kolejnym pijany Polak robi zadymy w ich porządnym kraju. A jak zachowują się nachlani Holendrzy w Polskich dyskotekach? Tego nie wiem. I się nie wypowiem. Choć zdanie jakieś mam. Kobieta wynurzyła głowę z rąk. A Robert rzekł twardo i zdecydowanie:
- STARCZY.
Zwykłe słowo starczy spowodowało, że kobieta przestała szlochać.
- Słyszałem jak została Pani potraktowana. Pójdziemy tam gdzie mieszkacie i sprawie, że ten koleś Panią przeprosi. Jeśli nie, postawie mu klocka na klatce piersiowej. I obiecuję, że nie podetrę tyłka. Ja i mój przyjaciel – wskazał na mnie – obrócimy go jak manekina. Położymy na brzuchu. Wtedy na nim usiądę i przejdę tyłkiem po jego plecach. I obiecuje Pani, że ani razu się nie zawaham. Ani razu nie zwątpię. Proszę tylko panią żeby mnie pani do niego zaprowadziła.
Kobieta słuchała uważnie. Wyjęła chusteczkę z małej czarnej torebki i otarła wilgotne oczy. Robert wyjął paczkę papierosów. Poczęstował panią. Zapalili. Potem rzucił paczkę w moją stronę. Wyjąłem dwa. Jedno schowałem za ucho a drugiego zapaliłem.
- To jak? - zapytał wypuszczając dym z ust.
- W porządku – odpowiedziała. - Chcę żeby ten gnój zapłacił za to co mi zrobił. Chcę żeby skurwiel cierpiał tak jak ja teraz cierpię. Chcę żeby nasrał mu pan na jego zwiotczałą klatkę piersiową. A potem chcę żeby pan swój tyłek wytarł o jego wąskie plecy.
No i poszliśmy. My lekko pijani. Kobieta zapłakana. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie, gdzie kupiliśmy sześciopak zimnego heinekena. Potem zatrzymaliśmy się w coffee shopie. Kupiliśmy jednego jointa o nazwie „diabeł tasmański”. Szliśmy jeszcze jakieś piętnaście minut. Nagle się zatrzymaliśmy.
- To tutaj – rzekła kobieta.
Spojrzałem w górę. Hotel miał jakieś dwadzieścia pięter i prowadzony był przez chińską rodzinę. Na zewnątrz zrobiło się ciemno. Latarnie zaczęły oświetlać ulice.
- Chodźmy do środka – znowu odezwała się kobieta.
Kobieta weszła do hotelu. Zatrzymałem Roberta.
- Na pewno chcesz tam iść? - zapytałem.
- Na pewno.
- I naprawdę chcesz mu nasrać na klatę?
- Chcę – odparł bez wahania.
- W porządku, ale ja na to nie patrze.
- Do niczego cię nie zmuszam.
Już mieliśmy iść, ale jeszcze na chwilę zatrzymałem Roberta.
- Co jest – zapytał Robert, gdy ponownie chwyciłem go za nadgarstek.
- Chce ci się w ogóle srać?
- Posłuchaj mnie uważnie. Mam dziwną przypadłość. Gdy tylko wybieram się w nowe miejsce nie mogę się rano wysrać. Nie wiem czemu, ale tak po prostu mam. Zawsze rano robię kupę. Codziennie od trzydziestu jeden lat. Wyjątkiem są wyjazdy.
Weszliśmy do hotelu. W recepcji stał tęgi chińczyk i głupio się uśmiechał. Przeszliśmy obok niego. Mruknął coś wesoło pod nosem ciągle się głupkowato uśmiechając. Zmierzyłem go zimny wzrokiem. Na moment przestał się uśmiechać. Zeszliśmy schodami na dół. Potem wąskim korytarzem zmierzaliśmy do pokoju 303. Kobieta wyciągnęła z torebki plastikową kartę. Upadła jej na podłogę wyłożoną niebieską wykładziną. Podniosła ją. Gdy się schylała krótka sukienka powędrowała go góry. Nie miała na sobie majtek. Za to miała niesamowicie owłosioną pipę. Wymieniliśmy z Robertem porozumiewawczym spojrzeniem. Przyłożyła kartę do drzwi. Coś strzyknęło. Weszliśmy do środka. W pokoju było ciemno. Kobieta zapaliła światło. Pusto.
- Nie ma go – powiedziała. - Na pewno poszedł na dziwki – dodała.
- Co robimy? - zapytałem.
- Jest pani pewna?
- Robi to za każdym razem, gdy tutaj przyjeżdżamy. Jestem w stu procentach o tym przekonana.
- Idę zapalić – powiedziałem.
Wyszedłem na zewnątrz. Usiadłem na tarasie znajdującym się przed wejściem do hotelu. Z prostokątnego papierowego opakowania wyjąłem jointa. Zapaliłem.
- Hej, koleś – usłyszałem.
Spojrzałem przed siebie. Nikogo nie widziałem.
- Dobrze? Dobrze? – usłyszałem ponownie.
W ciemny kącie siedział czarny mężczyzna. Ledwo widoczny siedział na krześle. Na sobie miał pikowaną kamizelkę.
- Dobrze – odparłem zaciągając się jointem.
- Kokaina? - zapytał.
- Nie dzięki.
Zaczął nerwowo pogwizdywać. W powietrzu czuło się coś niepokojącego. Twardo siedziałem przy stoliku i paliłem. Co robi Robert i dlaczego do cholery tutaj nie przychodzi? Czarny facet podniósł się z krzesła. Szedł za moimi plecami. Potem stanął przed wejściem do hotelu. Zaczepiał gości hotelowych proponując im kokę. Minęła jakaś godzina. Roberta nadal nie było. Upalony jak bombowiec. Uniosłem swe lekkie ciało i poszedł sprawdzić co dzieje się w pokoju 303. w holu ponownie mijałem chińczyka stojącego w recepcji. Głupkowato się uśmiechał. Tym razem wyglądaliśmy bardzo podobnie. Zatrzymałem się i również się uśmiechnąłem.
- Marihuana. Marihuana – powiedział.
- Zamknij japę! - ryknąłem.
Zlazłem schodami na dół. Potem wąskim korytarzem przed siebie. Zatrzymałem się przed drzwiami chwilę nasłuchując. Cisza. Wszedłem do środka. Nagi Robert leżał na nagiej kobiecie. Zakleszczyli się.
- Pomóż – wycharczał Robert. Był cały spocony. Patrzył na mnie psim wzrokiem.
- Niby kurwa jak? - warknąłem.
- Nie wiem. Wymyśl coś.
- Trzeba was zawieść na pogotowie.
- Tylko nie to – odezwała się przerażona kobieta.
- Masz jakiś inny sposób? – zwrócił się do kobiety Robert. Pot z jego czoła skapywał na jej twarz.
- Po chuj we mnie wlazłeś?
- Sama tego chciałaś! - darł się Robert.
- Zamknijcie ryje! - ryknąłem. - Trzeba coś do cholery wymyślić.
Usiadłem na sąsiednim łóżku.
- Karetka nie wchodzi w grę – odezwała się ponownie kobieta.
- Dobra. Pójdę do tego chińczyka na górze.
- A co on kurwa? Doktor Quinn? - warknął Robert.
- Chuj go wie, ale na pewno nie raz spotkał się z podobną sytuacją.
- Jaki wstyd – odezwała się kobieta. - Wszystko przez ciebie! Namówiłeś mnie na to!
- Zamknij się - syczał nad nią Robert.
Poszedłem na górę. Jestem bardzo, ale to bardzo słaby z angielskiego i zajęło mi chwilę za nim wpadłem na to jak wytłumaczyć chińczykowi zaistniała sytuację. Postanowiłem całkowicie posłużyć się mową ciała.
- Hej! – ryknąłem do Chińczyka.
- Hej! - odkrzyknął i stanął na baczność.
Pokazałem ręką na dół. Potem zrobiłem z palca wskazującego i kciuka kółko. Następnie wciskałem palec wskazujący z drugiej ręki w kółko. Dla mnie wszystko było jasne. Ale dla chinola chyba nie koniecznie. Chichotał tylko pod nosem. Znowu pokazałem na dół. Odsunąłem się od recepcji kilka kroków. Ruchem bioder pokazywałem jakbym grzmocił kobietę od tyłu. Ten czubek nadal nie rozumiał. Rozejrzałem się na boki. Z rozbiegu wpadłem na kanapę.
- Hej! - ryknąłem. - Look! - dodałem.
Położyłem się brzuchem na kanapie. I całą siłą bioder pieprzyłem kanapę. Chińczyk spoważniał. Chyba byłem na dobrej drodze.
- Understand?
- Yes.
- Come.
Zeszliśmy na dół. Weszliśmy do pokoju 303. Chińczyk podszedł do Roberta. Z otwartej dłoni trzepnął go w gołe pośladki.
- Co jest kurwa?! - wydarł się Robert.
Chińczyk chwycił Roberta pod pachy. Próbował go oderwać od kobiety, ale się nie dało.
- Dawid powiedz mu coś! Tak się tego kurwa nie da zrobić! - wrzeszczał Robert.
- Stop!
Chińczyk nie reagował.
- STOP!
Nie reagował.
- Kurwa puści go ty jebany żółtku!
Zacisnąłem pięść i walnąłem go prawy sierpowym w szczękę. Nie przytomny upadł na podłogę.
- I co zrobiłeś?! - wydarła się kobieta.
- Zamknij się!
- Właśnie zamknij się! - dodał Robert.
- Dzwonie na pogotowie.
- NIE! - krzyczała.
- Nie słuchaj jej Dawidku. Dzwoń.
Łamaną i skromną angielszczyzną udało mi się załatwić karetkę. Przyjechała po piętnastu minutach. Roberta i kobietę wynieśli na noszach. Niestety. Nie mieli przy sobie odpowiedniego zastrzyku. Musieli ich zabrać ze sobą. Odprowadziłem ich i wróciłem do pokoju. Rozebrałem się do gaci i wykończony wgramoliłem się do łóżka. Za nim zgasiłem światło spojrzałem na chińczyka leżącego na podłodze. Zatrzymałem wzrok na klatce piersiowej. Unosiła się i opadała. Żył. Zasnąłem.
Obudziłem się około piątej rano. Poszedłem się wysikać. Zapaliłem światło. Odlałem się. Spłukałem wodę. Kiedy wracałem do pokoju. Światło z łazienki rzucało blask na sąsiednie łóżko. Leżało na nim dwóch facetów. Chińczyk i ten od kobiety. Ubrałem się i poszedłem na górę. Przyrządziłem sobie śniadanie. Nalałem kawy i usiadłem przy stole stojącym przy oknie. I co teraz?
Na emigracji sikam z parapetu.
Zbudził mnie trzask ściąganych naczyń. Zupełnie jak by ktoś je wrzucał do szafki. To już któryś raz w tym tygodniu - pomyślałem. Od zmęczenia w głowie pulsował uporczywy ból. Zdrętwiałą rękę wyciągnąłem w stronę nocnego stolika. Wcisnąłem któryś z przycisków na telefonie, by po chwili na ekranie wyświetliła się godzina: osiem po dwudziestej pierwszej. Przekręciłem się na prawy bok, podciągając kołdrę pod samą szyję. Chciałem ponownie zasnąć. W pokoju panowała kompletna ciemność, jedynie z pod drzwi w których znajdowała się dwucentymetrowa szpara wdzierało się niewinnie światło zapalone w kuchni. Leżąc naprzeciwko Marika smacznie spała, jej usta były lekko uchylone, a z wnętrza jej ciała wydostawał się nieświeży oddech. Westchnąłem głęboko obracając się na lewy bok. Leżąc tak, zastanawiałem się o co właściwie suce może chodzić? Stara, gruba jędza, wciskająca swoje stare, śmierdzące paluchy w świeżą ranę. To lubiła. Tfu. Miałem ochotę wyjść i napluć jej prosto w twarz. Tyle razy jej powtarzałem: Pani Marto, siedem dni w tygodniu pracujemy w nocy. Kładziemy się spać o SIEDEMNASTEJ i wstajemy o DWUDZIESTEJ TRZECIEJ! Nic nie odpowiadała. Jej odpowiedzią było zachowanie jak by była pępkiem tego świata. Innym razem zaczepiłem jej męża. Mówiąc wprost o co chodzi.
- Panie Stanisławie.
- Tak?
- Musimy porozmawiać.
- Noo? - Zaciągnął się czerwonym marlboro, po czym pomacał świeżo przystrzyżony wąsik.
- Pracujemy siedem dni w tygodniu. W NOCY. Chodzimy spać o SIEDEMNASTEJ. SIE DE MNA STEJ - powtórzyłem.
- A co mi do tego? - Odpowiedział nie patrząc na mnie. Zupełnie jak by tylko on się liczył na tym świecie. Spłynęło to po nim jak kropla potu po tyłku.
- Czy w tych godzinach moglibyście zachowywać się trochę ciszej? - Kontynuowałem mimo wszystko. - Spojrzał na mnie, wyłupiastymi oczami - dodając.
- Kolego, my jakoś musimy funkcjonować w tym domu. - Zdanie to ciągle pobrzmiewało w moich uszach, a przed oczami miałem jego świeżo przystrzyżony wąsik i obfite wargi. Nie bez powodu z Mariką nazwaliśmy go Wargas. – jego wargi wyglądały jak naszprycowane botoksem.
Nie dyskutując dłużej obróciłem się na pięcie. Co za świry - pomyślałem. Wróciwszy do pokoju opowiedziałem wszystko Marice. Oboje stwierdziliśmy, że trzeba stąd jak najszybciej się wyprowadzić.
Usiadłem na brzegu łóżka spoglądając na gwieździste granatowe niebo. O nie! Krzyknąłem w myślach. Czując ścisk w pęcherzu. Mimo wszystko nie chciałem korzystać z toalety. Dobrze wiedziałem, że gdy tylko wyjdę z pokoju na jej obwisłej mordzie pojawi się uśmiech. Przyglądając się gwiazdom wstałem i otworzyłem okno. Wdrapałem się na parapet i stojąc tak zupełnie nagi zacząłem się odlewać. Złocisty mocz popłynął silnym strumieniem. Gdyby wybuchł pożar ugasił bym go bez problemu. Czując niesamowite ukojenie uniosłem lekko głowę i zamknąłem oczy czekając aż wydalę ostatnią kroplę.
- HEY! - Wrzasnął mężczyzna znajdujący się na dole.
Natychmiast otworzyłem oczy, które wielkością przypominały pięć złoty. Nie patrząc w dół wstrzymałem mocz, zamknąłem okno i zsunąłem się z parapetu. Stałem kilka sekund nie ruszając się. Wytężyłem słuch czekając na dalszy ciąg wydażeń. Fiut szczypał niemiłosiernie. Serce waliło jak młot. Miałem wrażenie, że bicie serca jest tak głośne, że słychać je w sąsiednim pokoju. Po chwili usłyszałem agresywne walenie do drzwi wejściowych. Nikt z naszych współlokatorów nie kwapił się by je otworzyć. Walenie powtórzyło się. Ktoś za drzwiami walił mocniej i dłużej. Przerażony wskoczyłem do łóżka chowając się pod kołdrę jak małe dziecko. Może to nie facet, który przed chwilą dostał sikami po twarzy? Gdy po raz trzeci ktoś próbował dobić się do drzwi, usłyszałem skrzypnięcie podłogi. Stachu albo Marta powlekli się otworzyć. Pstryk, pstryk. Usłyszałem dźwięk przekręcanego zamka, a wraz z nim wydzierającego się faceta na całą klatkę schodową. Nie rozumiałem go. Wrzeszczał, a jego duńskie wyrazy były dla mnie nie zrozumiałe. Marta weszła mu w słowo, tłumacząc coś w języku angielskim. Jedyne co zrozumiałem to, że nie rozumie po duńsku. Mówili coraz ciszej i ciszej. Ostatecznie przechodząc do szeptu. Z pod kołdry wystawiłem głowę, jednocześnie nastawiając ucha, ale mówili tak cicho, że nic nie mogłem zrozumieć. Nagle aż się wzdrygnąłem. Przypomniałem sobie, czy aby na pewno drzwi od naszego pokoju są zakluczone. Nie miałem najmniejszego zamiaru oglądać tego świra z obsikaną głową w swoim pokoju. Natychmiast wyskoczyłem z łóżka kierując się w stronę drzwi. Najciszej jak się dało przekręciłem zamek w drzwiach. Przystawiłem ucho do drzwi nasłuchując co się dzieje. Usłyszałem zbliżające się kroki. Szybkim, ale cichym krokiem szedłem w stronę łóżka. Po drodze zahaczając najmniejszym palcem u stopy o nogę od krzesła - kurwa. Syknąłem przez zaciśnięte zęby. Padłem na łóżko trzymając jedną nogę w powietrzu. Obiema rękami chwyciłem stopę z bolącym palcem. Ściskałem z całej siły powstrzymując się od krzyku. Usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Rzuciłem wściekłe spojrzenie w ich stronę. Miałem ochotę ryknąć - WYPIERDALAĆ MI STĄD! Gdy pukanie ucichło, ktoś chwycił za klamkę. Drzwi się otworzyły - przed chwilą je zakluczyłem do jasnej cholery. Światło zapalone w korytarzu wypełniło wnętrze całego pokoju. Leżałem tam na pierwszym planie. Z nogą podniesioną ku górze, ściskając stopę z czarnym palcem przeznaczonym do amputacji. W progu stały dwie osoby. Jedną z nich była Marta nasza współlokatorka. Druga to nieznany mi facet o okrągłej twarzy i wydatnym brzuchu. Patrzyli na mnie, a ja na nich. Marta wycedziła po chwili ze zdziwieniem w głosie.
- Michał?