Rozdział 1
Wydawało mi się, że jedna osoba da mi w życiu to, o czym marzyłem już od dawna. Łudziłem się, że moje szczęście zależne jest od tego, czy znów ujrzę twarz młodzieńca za zaparowaną i lekko wilgotną od deszczu szybą. Na deszcz nie miałem co dzisiaj liczyć. Wszedłem do kawiarni z drobnymi, topniejącymi już płatkami śniegu na moich ramionach. Nawet nie zdążyłem złapać za skrawek szalika, by ściągnąć go z szyi, a już usłyszałem niski i dojrzały głos Bartha. Wiedziałem, że patrzy na mnie uprzejmie. Jakakolwiek złość bądź zimno bijące z jego oczu to niemożliwość. Nigdy nie słyszałem by podniósł głos, by uniósł się na kogoś. To człowiek o stalowych nerwach, ciepłym sercu i naprawdę twardej dupie.
- Harry… - podniosłem wzrok, który jeszcze przed sekundą wbijałem w podłogę i czubki swoich butów. – Jakiś szaleniec wpadł tutaj dzisiaj zdyszany twierdząc, że potrzebuje ode mnie czegoś. Już myślałem, że to napad bo, do cholery jasnej, ty zawsze ściągasz na mnie nieszczęście… - Bartholomeo pokręcił tylko głową z dezaprobatą. Zdążyłem wytknąć czubek języka, gdy podchodziłem do lady, o której powierzchnie oparte były dłonie starca. Nie ukrywam, że moje serce podskoczyło jak głupie. Dlaczego wciąż okłamywałem się, że jeszcze kiedykolwiek uda mi się napotkać wzrokiem tamtego gnojka? Nie oszukujmy się, jest gnojkiem, bo od miesiąca nie mogę racjonalnie myśleć. Od razu do głowy wkradają się jego duże oczy i ten subtelny uśmiech niczym niesfałszowany. – Ale tym razem tylko ktoś chciał wiedzieć kim jesteś. – moje serce zapłonęło nadzieją. Znowu. – Stwierdził, że widywał cię w kącie i twoja twarz wydaje się być mu znajoma, więc… postanowiłem pomóc. Mam nadzieję, że się nie pogniewasz? – na mojej bladej twarzy rozłożył się uśmiech. Nie taki, co zwykle, gdy sytuacja tego wymaga. Nie ten kruchy, który zniknie tak prędko, jak druga osoba zdejmie ze mnie wzrok. Tym razem uśmiech wyraził coś na kształt triumfu, że to rozum był głupi, a serce miało rację.
- Dziękuję. – nie wiedziałem co mógłbym mu odpowiedzieć. Barth zawsze działał w dobry sposób, nawet jeżeli o tym nie wiedział. Nie wiem czy z każdym utrzymywał taką więź jak ze mną, ale wiedziałem, że my rozumiemy się bez słów. To on zwykle wykrywał fałszywy uśmiech. To on mówił to, co ja chciałem powiedzieć w tej samej sekundzie, ale nawet nie miałem okazji by otworzyć usta. I to jemu zawdzięczam coś, co ludzie uznaliby za przekleństwo, a ja raczej traktuję to jako cenną lekcję. Pokazał mi, że samotność to nieodzowna część w życiu człowieka, nauczył mnie jak ją tolerować. Ba, nawet jak ją polubić.
- Nie ma za co. Tak naprawdę to pomyślałem, że to jakiś psychopata i w końcu odwdzięczę ci się za to, że momentami jesteś prawdziwym wrzodem na tyłku, Harry. – jego szczery i ciepły uśmiech wydawał się palić mnie w sam środek klatki piersiowej. Jakby mimika twarzy Bartha wpływała na ruchy duszy w moim ciele. Oczywiście w ten pozytywny sposób. Czułem jak ciepło przeszyło mój kręgosłup.
Ruszyłem w stronę stolika, przy którym zawsze siedzę. Zastanawiałem się tylko jakich informacji mógł szukać perfekcyjny nieznajomy u właściciela kawiarni. Może nawet nie założył, że tak dobrze znam starca i pytał tylko jak często bywam, co zamawiam? Godziny mijały jedna po drugiej, jakby gonione przez siebie. Wciąż bazgroliłem w notatniku. Zapisywałem w każdym wolnym miejscu możliwe scenariusze. Pierwszy scenariusz:
Wszedł do kawiarni i nieuważnie pozwolił na to, by wiatr zawładnął drzwiami, które trzasnęły niedelikatnie. Jego zaczerwienione od mrozu policzki tylko podkreślały kolor jego ………(przecież nie znam jeszcze koloru) oczu. Wbił we mnie swój rządny przygód wzrok i zmierzył w kierunku mojego stolika, posyłając tylko wdzięczny uśmiech do starszego pana za ladą, który machnął do mnie głową, że to właśnie ten trzaskający drzwiami hultaj poszukiwał mnie któregoś dnia.
Jednak gdy powoli dobiegała godzina dwudziesta, stwierdziłem, że po trzech godzinach rysowania czarnych słoni na czarnej okładce notesu nie mogę się go już tutaj spodziewać. Zaraz zamykamy.
Scenariusz drugi:
Wyszedłem z kawiarni zawiedziony, że młodzieniec gnojek nie przylazł. Przy zamykaniu drzwi rzuciłem wkurwione „dobranoc” do mojego starego przyjaciela, a gdy chłód uderzył mnie w szyję, poprawiłem gruby szalik, otulając dokładniej skórę. Zapatrzyłem się na moment na moje dłonie, które sprawnie pociągały za skrawek materiału, aż w końcu poczułem jak ktoś gwałtownie delikatnie łapie mnie za ramię i odwraca w swoją stronę. - Czekałem tutaj na Ciebie.
Narobiłem sobie tylko ochoty na cudowne spotkanie w blasku lampeczek i neonów, które oświetlały ulicę. Wiedziałem jednak, że to cholernie nierealne.
Trzeci scenariusz:
-Hershel, proszę, zamykamy już. Bierz ten notes i zmykaj do domu. Miłego wieczoru! – zdążyłem tylko odpowiedzieć „wzajemnie”, a Barth złapał za mój płaszcz i brakowało kilku sekund, a sam wepchnąłby moje długie ręce w otwory w okryciu. Schowałem notatnik do całkiem sporawej kieszeni, a potem wyszedłem, zamykając za sobą drzwi tak subtelnie, jak tylko to możliwe trzaskając drzwiami za sobą, a potem spoglądając przez szybę jak staruszek krzywi się i rzuca ciche „sleazebag” pod nosem. Przechodziłem na czerwonym świetle, przemierzałem mokre od roztapiającego się śniegu ulice, wsiadłem nawet w metro, w którym pocierałem policzki, bo w końcu uwolniły się od niskiej temperatury i czuły na sobie przepełnione ludzkim ciepłem powietrze. Dotarłem do domu z ogromnym grymasem na twarzy i z dziecięcą naiwnością w duszy, że może zastanę poszukiwanego pod moimi drzwiami. Będę mógł przyjrzeć mu się i powiedzieć, że wygląda lepiej niż przez szybę, po której spływają kropelki mżawki. Jednak tak szybko, jak zbliżyłem się do drzwi, zorientowałem się, że nikt przy nich nie stał, a tym bardziej nikt nie przeszedł przez drewniane wrota. Drzwi były zamknięte. Wszedłem do środka. W domu panował całkowity mrok. Ale ludzie potrzebują w swoim życiu trochę naiwności, która przytrzyma ich zgnębioną duszę przy żywocie, huh? To właśnie dlatego wskoczyłem do łóżka po krótkim prysznicu i zasnąłem z nadzieją, że obudzi mnie dzwonek do drzwi i radosny, niczym niewymuszony uśmiech młodzieńca. Środa, czwartek, piątek, kolejna środa, czwarty piątek, ósmy czwartek… nic.
Z trzeciego scenariusza byłem najmniej zadowolony. Nie mogłem sobie wyobrazić, że ten mężczyzna o anielskich oczach (na pewno są anielskie, chociaż widziałem je jakby były rozmyte) dałby mi pomyśleć, że chce mnie znaleźć tak samo mocno, jak ja jego, a tak naprawdę potraktowałby mnie jak skarpetkę nie do pary, bo druga zniknęła gdzieś w odmętach pralki. Zerknąłem przez ramię w popłochu, kiedy usłyszałem brzdęk dzwoneczków, które Bartholomeo zawiesił już dawno przy drzwiach. Jednak to tylko Barth we własnej osobie wyrzucał paproszki ze zmiotki w róg trawnika, gdzie zwykle rosły niezapominajki. Zima była piękną porą roku. Nawet jeżeli wszystko wokół umierało. Ale to tylko po to, by zrodzić się na nowo. Każdy potrzebuje śmierci, mniejszej lub większej, żeby potem mógł wrócić do żywych wyciągnięty z ciemności za czyjąś pomocą. Wystarczy czyjś jeden uśmiech, żeby twoje serce zabiło tak naprawdę, nawet jeżeli spisałeś je już na straty. Zdjąłem płaszcz z oparcia krzesła i otuliłem się nim, po chwili na mojej szyi spoczął szalik. Notatnik zajął swoje stałe miejsce, w kieszeni. Postanowiłem, że pożegnam Bartha szybko przed drzwiami kawiarni. Nie chciałem teraz patrzeć na jego uśmiech. Nie miałem pojęcia czemu, ale nie chciałem patrzeć na żadną radość ani żadne szczęście, jeżeli nie zobaczę swojego własnego. Gdzie ono się podziewa, do cholery jasnej.
Przechodziłem na czerwonym świetle, przemierzałem mokre od roztapiającego się śniegu ulice, wsiadłem nawet w metro, w którym pocierałem policzki, bo w końcu uwolniły się od niskiej temperatury i czuły na sobie przepełnione ludzkim ciepłem powietrze. Dotarłem do domu z ogromnym grymasem na twarzy i z dziecięcą naiwnością w duszy, że może zastanę poszukiwanego pod moimi drzwiami. Tak jak wcześniej myślałem... nie mogłem przyjrzeć się mu i powiedzieć, że wygląda lepiej niż przez szybę, po której spływają kropelki mżawki. Jednak tak szybko, jak zbliżyłem się do drzwi, zorientowałem się, że na wycieraczce leżał kamyczek owinięty kartką papieru. Nie była mokra, bo daszek nad wejściem do domu spełniał swoje zadanie i chronił przed kroplami i płatkami śniegu. Odwinąłem odrobinę pożółkły skrawek, którym ktoś starannie otulił kamień i rozwinąłem go. Pismo było niedbałe, ale wyraźne. Widocznie ktoś musiał się spieszyć.
„Szukaj mnie. Alfa i omega, różowa linia&circle, miesiąc.”


















