Ostatnio gdy pokazywałem zdjęcia spytała się mnie pani co czułem gdy je robiłem, i gdy odpowiedziałem że nie wiem, że rzadko mam świadomość co czuję w danej chwili a pani nie odpuszczała i ponawiała pytanie opowiedziałem o historii gdy poszedłem do spowiedzi po pierwszej próbie 'S' wplatając w nią goździk ze zdjęcia…. Dopiero po sesji doszło do mnie że to było niemożliwe… zdjęcie na pewno zrobiłem aparatem, a w katedrze byłem tylko z telefonem… że tak naprawdę to zdjęcie wykonałem na jakiś wakacjach latem, a u spowiedzi byłem późną jesienią…
I teraz tak, bo czemu tak to opowiedziałem:
Chciałem panią zadowolić i odpowiedzieć na pytanie, bo chcę dobrze wypaść jako pacjent, chcę być dobrym pacjentem, takim książkowym, nie sprawiającym trudności… rozmawialiśmy wcześniej o budowaniu relacji terapeutycznej więc chcę zbudować dobrą relację
Często zmyślam, w sensie że sam nie jestem pewien czy to co pamiętam jest prawdą czy tylko mi się tak zdaje… często czuję że potrzebuję jakiegoś potwierdzenia, dowodu na realność rzeczywistości:
a) Gdy nie znam odpowiedzi na zadane mi pytanie czuję wstyd i zawsze później szukam tej odpowiedzi nawet jeśli nigdy więcej nikt mnie o to nie zapyta
b) Z drugiej strony nawet gdy wydaje mi się że wiem, odpowiadam że nie wiem, bo łatwiej mi poczuć wstyd że czegoś nie wiem niż żyć ze świadomością że kogoś wprowadziłem w błąd gdy potem wyjdzie że się pomyliłem
c) gdy nie mogę skontrolować prawdziwości danych bo np. dotyczą one moich własnych wspomnień czuję największy niepokój, tak jakby ktoś miał odkryć że coś pamiętam nie tak jak było i mnie odrzuci
d) Czuję się pewniej, robiąc zdjęcia codziennych miejsc, by w chwilach niepewności móc się przekonać że sobie tego nie wymyśliłem
e) Boję się że opowiedziane przeze mnie historie nie są prawdziwe, choć nigdy nie zdarzyło się by ktoś kto był ich świadkiem zaprzeczył że się nie wydarzyły
Hm co tu zrobić dlaczego miły gest najpierw wywołuje uśmiech na twarzy a później smutek dlaczego mam głębokie poczucie że nie zasługuje
Że oszukuje i ich i siebie myśląc że jest inaczej
Dlaczego myślę że nie powinienem się cieszyć że nie powinno się dawać mi powodów do szczęścia
Dlaczego pobożne życzenia dotyczące tego że się zmienię że będzie lepiej mieszają się a wręcz zalewane są przeświadczeniem że mi się nie uda że jestem naiwnym myśląc że cokolwiek może mi się udać
Czuję się jakbym sam wewnętrznie się z siebie śmiał sam siebie wyśmiewał…
-Co dla pana oznacza metamorfoza? Czy nie ważna jest droga, a nie sam cel?
-Owszem chyba ważniejsza jest droga a nie cel, ale dobrze by było widzieć dokąd się idzie, a nie tylko przed czym się ucieka… gdybym och gdybym miał taką wewnętrzną świadomość, że to co wybieram jest tym czego naprawdę chcę… że to nie jest wybór kogoś z boku, nie jest to próba wklejenia sobie czyjś wyborów we własne życie implementacji jakiegoś wzorca we własny byt….
Skąd u mnie przekonanie że inni ludzie wiedzą co robią dokąd zmierzają i co jest dla nich dobre?
Nie wiem chyba tak jest łatwiej - założyć, że to tylko ja jestem zepsuty….
Chciałbym nauczyć się empatii do siebie, wiary w siebie, miłości do siebie, chciałbym w końcu przestać uciekać nie tylko przed możliwościami ale przestać uciekać przed samym sobą chciałbym nauczyć się ufać sobie ufać swoim osądom swojej pamięci swojej wiedzy przestać tak ciągle kwestionować wszystko wybielać innych i wybierać innych zamiast siebie….
A tak w ogóle chciałem zadzwonić… chciałem zadzwonić w dobrej sprawie… chciałem zrobić komuś… wiedziałem że… że tak się powinno zachować… że ten telefon może dla tej drugiej osoby dużo znaczyć… znaczyć tyle że nie jest sam, nie zostaję sam ktoś o mnie myśli i troszczy się o mnie…
Myślę, że też bym chciał w podobnej sytuacji uzyskać taki telefon od kogoś dlatego chciałem zadzwonić…
Chciałem zadzwonić w poniedziałek po pracy ale coś mnie rozproszyło, we wtorek po pracy ale coś mnie rozproszyło we środę po pracy i…
I prawdopodobnie gdyby nie to, że mam dzisiaj rozmowę z dzikich i to że głupio by mi było przyznać się, że nie pamiętałem, nie nie, doskonale pamiętałem tylko znajdowałem sobie kolejne wymówki by nie dzwonić, nie teraz, teraz mi ktoś może przerwać, teraz ktoś może podsłuchać, ktoś wejdzie coś powie a ja będę w trakcie trudnej rozmowy, będzie widać po mnie, że jest to trudna rozmowa i powiem coś głupiego… tak powodów powodów jest bez liku powodów jest więcej niż liści na drzewach nawet latem…bo teraz w ogóle nie ma liści na drzewach…
Ale skoro idę na dzikie - zadzwoniłem…. zadzwoniłem powiedzieć że wybieram się na pogrzeb i dostałem wolne i że jakby chciał to mógłbym go podwieźć…
wiem że nie ma samochodu i że jeszcze niedawno był chory…
I zadał mi, znaczy podziękował, tak, powiedział że to miły gest ale już się z kimś umówił ale… ale oprócz tego spytał się mnie bo zdziwił się, że wybieram się na ten pogrzeb i zapytał się czy naprawdę znałem tą osobę…
I ja coś tam się wykręciłem że bardziej jako jego znajomego i w sumie no to jak się widzieliśmy to faktycznie był na spotkaniach gdzie ja byłem zaproszony przez J i tamten był zaproszony przez J…
czy ja go znałem czy jest ktokolwiek kogo znam?... jestem tak bardzo wyobcowanym tak bardzo z boku wszystkiego nie angażującym się w nic tak bardzo bojący się odezwać czy mógłbym kogoś poznać naprawdę poznać?....
Jak mówię o sobie, że nie mam gadki ale jestem bardziej zadaniowy to wymówka?
Chciałbym powiedzieć że mogę zdobyć jakąś relację tym że potrafię być przydatny że potrafię wykonać jakieś zadanie pomóc w przeprowadzce doradzić w sprawie zdrowotnej czy właśnie podwieźć gdzieś ale czy… czy wtedy kogoś poznam?... co to znaczy poznać kogoś? znać kogoś? czy ja tak właściwie znam J?
Może faktycznie nie mam nie mam prawa iść na ten pogrzeb ciekawe czy gdyby zginęło J to bym miał takie prawo…..
byłem tam, stałem z boku, cały czas myślałem o tym czy mam prawo do tego by tu stać… czy ktoś uzna że zawłaszczyłem sobie ten przywilej… że żeruję na tej śmierci… oddałem kwiaty grabarzom i uciekłem…..