Szanowny panie Marku, co to się dzieje pod pana nieobecność. Nigdy by pan nie uwierzył, gdyby dane panu było na tym (pożal się Boże) łez padole spędzić jeszcze kilka nieszczęśliwych miesięcy albo lat. Ludzie się nie kochają, skandal! Ciemne chmury obojętności się zebrały panie Marku, człowiek człowiekowi kłębem nerwów. Powiem panu, że w większości ludzi współczesnych widzę odbicie lustrzane emocji, ale nigdy emocje w czystej formie. Nieważne, czy szczęście czy gniew, ważne żeby coś czuli panie Marku. Mi się wydaje, że czas się kończy i zaczyna przynajmniej dwa razy w tygodniu, w poniedziałek i w sobotę, regularnie. Czas się kończy i świat się kończy w jednym miejscu, zaczyna w drugim. Jeden czas się urywa kiedy wsiadam do pociągu, drugi się rozpoczyna kiedy z niego wysiadam. Opowiem też panu, że ja akurat należę do tych nieszczęsnych szczęściarzy którzy i swoją zgubę i swój dom najwspanialszy i najbezpieczniejszy znaleźli. Nie sparciale materialny, ale oddychający, z cudownie bijącym sercem i tym jedynym rodzajem ciepła, który się kojarzy tylko z rozgrzanym kocurem na nasłonecznionej polanie wiosną. I jeśli mam panu wyznać, czy mnie szczerze coś jeszcze obchodzi poza najprostszym, najbardziej niewinnym i czystym rodzajem szczęścia, to powiem skrycie, że chyba nie. Mi się, od naszego ostatniego spotkania, już nie marzy ani kariera, ani plan idealny, ani tym bardziej zegarek na nadgarstku kostce i szyi. Mi się marzy oddech, panie Marku, niezakłócony niczym najwspanialszy oddech jaki może pan sobie wyobrazić. Ja już wolę swoje szczęście w nieszczęściu, swoje martwienie czy mi starczy na pociąg, noce bezsenne z troski czy z pijaństwa, moją słabą sztukę która mnie w pełni oddaje. Bo trzeba czuć, panie Marku. Trzeba czuć i się czucia przenigdy nie bać, nie ważne czy czujemy dobrze czy źle. Trzeba czuć żeby się nie stać jednym z tych posągów obrzydliwie ułożonych, na których świat się teraz opiera. I kolejne co panu powiem to to, że ja pana zawsze noszę w sercu, panie Marku. Bo pan mnie najbrudniejszym i najohydniejszym słowem nauczył, że życie jest przepiękne, miłość prawdziwa właściwa jest wspaniała, i że młodym się jest dopóki się wie, że jest się młodym. No właśnie, ja się nie czułam młoda do niedawna, a mam lat dziewiętnaście i kilka dni. Ja już wiem, że nie trzeba się wstydzić tańca i uśmiechu w tym wypranym świecie. I chociaż cały ten tekst brzmi jak denne, infantylne majaki dziecięce, to ja wiem, że pan wie i rozumie, że to nie tak. Że zawsze się zachowuje racjonalność i świadomość tego jaki świat jest, nawet w najgorszych przypadkach młodości. Ale czy ten świat, nasz prywatny, nie jest wspanialszy, jak się przez moment dajemy ponieść chwili?