Dzień który zaczął się marnie, marnie skończy się.
Mam zblazowaną minę skręcając w Łobzowską. Rozpiętą kurtkę i dziur w głowie tyle co na końcówce czerwca. Wyglądam mocno źle, mam podkrążone oczy i potargane włosy, torebkę rozpiętą a z kieszeni wypadają mi zużyte chusteczki, balsamy do ust i zapalniczki. Robię szybki rachunek tego mam dziś zrobić, do kogo zadzwonić.. i mało tego. Jest piątek.
Na zajęciach całkiem nie wiem co się dzieje, nawet nie słucham. Odbijam się od informacji, albo informacje ode mnie. Dziś mi nie zależy, więc sączę kawę potakuje i roztapiam się w przedostatnim rzędzie w sali numer dwieście trzydzieści siedem.
Uwielbiam planować. A dziś nikt i nic ze mną nie współgra. Postukuję paznokciem w blat i czekam, aż przemiły profesor powie żebyśmy sobie już poszli, bo mamy dwadzieścia lat i kochamy piątki.
Klasycznie po zajęciach idę do biura, przeglądam stosy papierków i pocztę. Leżę z twarzą na biurku i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Poza spotkaniem koła naukowego nie ma już nic. Czarna kilkugodzinna dziura, niezapełniona będzie mnie uwierać. Piwa? Integracje? Kluby? Nowe twarze?
Miałam chęci, żeby coś ugotować. Najlepiej coś złożonego, co będzie wymagało czasu i pracy, ale potem przypomniałam sobie, że nie ma po co, bo kanapka i szklanka soku też są w porządku, a szczególnie gdy posiłek zjem sama.
W drodze powrotnej w godzinach wieczornych rozglądam się i widzę trójki, dwójki, czwórki. Uśmiechnięte, pochylone, zamyślone. I ciężko mi ocenić czy ja ludzi lubię czy nie. Z jednej strony mogłabym biegać z talonami na szczęście a z drugiej mam ochotę wybudować jakieś getto dla tych z ograniczonym myśleniem. Chwilowo sama cierpiałam na taką przypadłość i wylądowałam na ulicy równoległej do tej na której powinnam się znaleźć.
Jak powiedziała Magda ludzie nie są stworzeni by żyć w pojedynkę. Uwiera mnie to zdanie i nie pozwala wrócić do domu. Analizuję te piątkowe przypadłości odkąd się obudziłam i wiem, że nie potrzeba mi fuksjowych serduszek i serenad pod oknem. Moje dwadzieścia jeden lat wzięło górę i odciąga mnie od piątków “na mieście” na rzecz pewnej formy stabilizacji. I choć poprzednie zdanie brzmi dość poważnie, nie oczekujcie mojego stanu gotowości do zabawy w dom.
Koniec końców piszę na blogasku. Nic się nie zmieniło od czasów licealnych jeśli chodzi o niewygodne, piątkowe wieczory.