Myślałam, że nie jestem w stanie 'zdrowo kochać'. Bardzo ciężko jest ubrać w słowa to jak czułam się wtedy. Trochę jak piesek, który czeka na swojego właściciela pomimo tego, że on nie wykazuje żadnego zainteresowania i zapewne wychodzenie na spacer znudziło mu się po pierwszym miesiącu. Byłam na tyle głupia, żeby czekać na coś, co nie ma prawa się wydarzyć, popełniając przy tym ciągle te same błędy, przy czym najgorsza była nieświadomość tego, że krzywdzę tym siebie. Czułam, że jeśli zdeptałby mnie jak szmatę i zostawił to i tak byłabym szczęśliwa, jeśli to dałoby mu jakąś satysfakcję. Teraz sobie uświadamiam, że w sumie on to zrobił i nie byłam ani trochę szczęśliwa. Zawsze miłość dla mnie równa była z cierpieniem. Nie doświadczałam jej poza cierpieniem. W cierpieniu jej szukałam. Z perspektywy dzisiejszego dnia widzę, że to uczucie nie miało nic wspólnego z miłością. Romantycznie jest powiedzieć, że miłość jest cierpieniem, ale w tym momencie bliżej mi do biblijnej definicji tego uczucia. To co wywołuje w tobie cierpienie, smutek i cię krzywdzi, nie jest miłością. Jest niezdrowym przywiązaniem. Więc 'zdrowo kochać' to tak na prawdę, po prostu kochać i być kochanym. Nie cierpieć i nie wyżywać się na sobie. Dać sobie czas, na zrozumienie.












