Bardzo dużo mówi się o feminizmie. Jedni go ostro krytykują, a drudzy gloryfikują. Bywa nawet tak, że same kobiety są przeciwko feminizmowi.
Chcąc nie chcąc praktycznie każdy zderza się z feminizmem. Wszechobecny w prasie, telewizji czy internecie… nie da się od niego uciec. Zwłaszcza jeśli jest się kobietą. Tak samo przyszło mi się zderzyć z tym tematem i oczywiście musiałam sobie wyrobić jakieś stanowisko w tej kwestii…
Ze mną tak to jest, że kocham kwestionować różne rzeczy. Choć w Polsce bardzo się tego nie lubi, to często po prostu nie umiem stanąć po żadnej stronie barykady. Nierzadko się zdarzało, że krytykowałam dość ostro feministki za to co głoszą czy za ich akcje. Jeśli chodzi o feminizm to mogę powiedzieć jak Wałęsa, że „jestem za, a nawet przeciw”.
Teraz pewnie pojawiłoby się pytanie przeciwko czemu jestem. Równouprawnieniu? Kobietom? Broń boże nie. Jestem jedną z nich, a kalanie własnego gniazda w tym przypadku, byłoby strzeleniem sobie w stopę.
To jak mogę być za i przeciw?
Są kobiety, które umieszczają w sieci swoje zdjęcia z deklaracją „dlaczego nie potrzebny im feminizm” w ramach akcji Women Against Feminism.
Ale to jest postrzeganie feminizmu tylko z jednej strony.
Z feminizmem niestety jest jak z polityką. Zdania są podzielone. Istnieją nienazwane, oddzielne obozy propagujące inne obrazy feminizmu.
Dla jednej kobiety feminizm to prawo do aborcji, a dla drugiej głoszenie tego, że kobieta powinna być przede wszystkim matką i gospodynią.
Z feminizmem jak z każdym poglądem, można łatwo polecieć w ekstrema, a jak wiadomo skrajności to nic dobrego.
Ja swoim zwyczajem stoję pośrodku i wyznaję tylko jeden podział feminizmu - na dobry (za) i zły (przeciw).
Zły feminizm to taki, który ma ustaloną formę i wytyczne jak powinien wyglądać. To o nim powstają żarty. Oczywiście te stereotypy, że feministki to brzydkie, obleśne lesbijki-chłopczyce to mit, ale jest wiele powodów, żeby nie znosić tej strony feminizmu.
Jest kilka złych odsłon feminizmu, a każda z nich ma określone założenia i jest określona jako jedyna właściwa, a jeśli się jej sprzeciwiasz, to jesteś przeciwko kobietom.
Złe feministki naskakują na inne kobiety. Strofują je. Dla jednego obozu zrobienie facetowi kanapki czy oddanie się macierzyństwu jest równoznaczne ze „zniewoleniem”. Dla innego popieranie gender czy skorzystanie z in-vitro to „niszczenie kobiecości”.
Złe feministki mają swój obraz co kobieta powinna, a czego nie powinna. Co popierać, a co nie. Jeśli jakaś kobieta postępuje inaczej niż głoszą, to występuje przeciwko wszystkim przedstawicielkom płci pięknej i powinna się wstydzić, że chce je pogrążyć.
Nie wiem dlaczego złe feministki biją się w cudze piersi. Moim zdaniem dręczy je fałszywe (sic!) poczucie, że płcie są nierówne. Tyle, że nie w sensie prawnym czy obyczajowym tylko biologicznym. Druga opcja to strach przed nieznanym, bo przecież „nie tak w domu uczyli”.
Tak samo jak feminizm może być dobry i zły, tak samo płcie są równe i nierówne.
Bo czy chłopak to to samo co dziewczyna? No nie. Gdyby tak było to mężczyźni nie mieli by takiego hopla na punkcie cycków, a kobiety nie śliniły by się na widok gołych klat. Każdy praktycznie ma szansę odczuć to na własnej skórze. Pamiętasz jak Twój przyjaciel, czy przyjaciółka nagle zaczęli poświęcać więcej czasu swojej dziewczynie lub swojemu chłopakowi?
Ale NIGDZIE nie jest powiedziane czy określone, że któraś płeć jest gorsza, że któraś jest głupsza, że któraś ma ściśle określone role, z których nie może wyjść. Gardzę wojną płci (zresztą już o tym pisałam). Wzbudza we mnie koszmarną odrazę.
Zły feminizm to jest też ten, który zrzesza mizoandryczki, głoszące, że kobiety są najlepsze i oczekujące, że mężczyźni będą im całować rączki oraz taszczyć walizki.
Ale czy to znaczy, że kobiecie się to z góry należy tylko za to, że jest kobietą?
W tym przypadku kłania się kultura osobista. Jesteśmy dla siebie życzliwi, więc się szanujemy i sobie pomagamy. Nie ma żadnej zabawy w „kto jest lepszy”, bo nie ma czegoś takiego jak lepsza płeć.
Często czytam posty moich znajomych typu: „weź zrozum mężczyzn”, „kobiety są nienormalne”, „zrozumcie, że my jesteśmy prości i nam trzeba to czy tamto”, „zaakceptujcie, że jesteśmy wrażliwe”, „nauczcie mnie obsługiwać drugą płeć” i moje ulubione, pełne rozpaczy „wszyscy mężczyźni/wszystkie kobiety są tacy sami/takie same”.
Co jest w tym wszystkim zabawne to to, że obie płcie mówią to samo tylko w odniesieniu do płci przeciwnej. Forma identyczna, treść różna.
Ktoś kiedyś powiedział, że „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus” i nagle ludzie naprawdę zaczęli do tego podchodzić jak do komunikacji między kosmitami z różnych planet.
Przyznaję z ręką na sercu, że są zarówno mężczyźni jak i kobiety, których nie rozumiem, a są i mężczyźni oraz kobiety, z którymi idzie się dogadać. To nie jest kwestia płci, ale tego na ile opanowało się trudną sztukę komunikacji werbalnej (niektórych naprawdę to przerasta).
Nie jestem masochistką. Nie wytrzymam z osobą, z którą nie będę się w stanie porozumieć jak cywilizowani ludzie. I myślę, że każdy normalny człowiek ma podobnie (oczywiście są miłośnicy dramatu, którzy chcą żeby ich spojrzenia wyrażały więcej niż raffaello, ale to jest już patologia).
Ale skoro już o równości płci mowa to dochodzimy do tego czym jest dobry feminizm…
Dobry feminizm ma tylko jedno założenie: WOLNY WYBÓR. Nie ma tutaj koncepcji jaka ma być kobieta. Dobry feminizm ma jedynie za zadanie dać kobiecie wolność polegającą właśnie na możliwości wyboru.
I nie chodzi o to, żeby kobiety zaraz szły pracować do kopalni, żeby dowieść tym swoją równość. Wiadomo, że są zawody gdzie pracuje więcej mężczyzn, a są takie, gdzie pracuje więcej kobiet. Chodzi o to, że jeśli jakaś kobieta będzie chciała być tym górnikiem i wydobywać węgiel to będzie mogła to robić.
Tutaj nie chodzi też o uszczęśliwianie kobiet na siłę. Są kobiety, które odnajdują się dobrze w roli, która była przez wieki tą „jedyną możliwą”. Chcą zostać w tej kuchni i zajmować się domem. Jeśli tam chcą być to po co je zmuszać do czegoś czego nie chcą?
Czy mężczyzna może być feministą? Jasne! W końcu to nie jest konkurs na lepszą płeć, ale walka o równość.
Nawet jeśli niektórym ciężko w to uwierzyć, to istnieją także tacy mężczyźni, którzy odnajdują w domu swoje miejsce. Lubią zajmować się gospodarstwem, brać dzieci na spacer czy piec chleb. Znosząc szkodliwe przekonania odnośnie ról płci, oni także zyskują wybór, a określenie „pantoflarz” zaczyna być poprawnie używane.
Niestety czasem bywa też tak, że same kobiety bombardują to co sobie wywalczyły. Tak się dzieje na przykład w przypadku zwolnień lekarskich branych z powodu ciąży.
Nie ulega wątpliwości, że takie zwolnienie to potrzebna rzecz, ponieważ bywa, że ciąża ma utrudniony przebieg, albo że praca kobiety jest dla niej szkodliwa w tym okresie. Faktem jest również, że kobiety z prawidłowo przebiegającą ciążą w zdecydowanej większości przypadków jeszcze długo mogą pracować (nawet jeśli lżej to zawsze jest łatwiej potem wrócić do pracy, a część obowiązków jest wykonana).
Niestety możliwość zdobycia tego zwolnienia spowodowała liczne nadużycia. Wiele kobiet zaraz po tym jak dostało pracę, zachodziło w ciążę (bez nieprawidłowości) i rzucało pracodawcy w pierwszych tygodniach zwolnienie na stół. Spowodowało to awersję wielu pracodawców (w tym również kobiet!) do młodych kandydatek z obawy przed tym, że będą chciały założyć rodzinę i „zwiać” na kanapę przed telewizor chociaż mogłyby jeszcze pracować (oczywiście tym, które w domu muszą zostać takie zwolnienie się po prostu należy).
I w ten sposób niektóre kobiety potrafią stanąć po drugiej stronie barykady i niszczyć to co reszta wywalczyła, żeby ułatwić kobietom życie oraz zlikwidować podziały.
Feminizm powstał z potrzeby kobiet do wyboru. Ktoś kiedyś powiedział kobiecie, że pewne drogi są dla niej zamknięte, że powinna żyć w jakiś określony sposób. Siedzieć w domu, zajmować się dziećmi, nosić określony strój, zachowywać cicho i pozostawać w cieniu męża. Te trujące przekonania odbiły się negatywnie na wielu aspektach życia kobiet takich jak akceptacja przemocy wobec nich, czy sfera seksualna, gdzie najczęściej uważano, że kobieta nie ma żadnych potrzeb w tym zakresie. Po wielu latach oraz doświadczeniach (kobiety uświadomiły sobie, że mogą robić to co było dla nich niedostępne), w końcu padło pytanie „niby czemu?”.
Jestem zwolenniczką takiego właśnie feminizmu. Odnajduję się w świecie jako kobieta, ale nie zgadzam się na przyjmowanie roli, którą przygotował dla mnie patriarchat, czy cokolwiek innego (chyba, że bym tego chciała w pełni świadoma i nie przymuszona przez nikogo). I chcę żeby było głośno o tym. Walczę o prawo wszystkich do decydowania o tym co chcemy robić.
Ktoś pewnie powie „ale po co w XXI wieku walczyć tak zaciekle skoro mamy równouprawnienie”. Chociaż robi się coraz więcej pod tym względem, to tematy takie jak np. nierówne płace są wciąż aktualne.
Ale trujące przekonania można spotkać także na ulicy. Za każdym razem kiedy patrzę na swoje spódnice czy sukienki, przypomina mi się pewien chłopak, który był niezadowolony, bo „mogłabym się zachowywać i ubierać jak dziewczyna”.
Kiedyś był taki odcinek „Pingwinów z Madagaskaru”, gdzie szef pingwinów myślał, że jest samicą. Pytał się wydry Marlenki o to, jak ma się zachowywać „bardziej dziewczyńsko”, a Marlenka powiedziała jedną z najbardziej feministycznych rzeczy jakie słyszałam czyli, że nie ma czegoś takiego jak bardziej czy mniej „dziewczyńskie”, sam fakt bycia kobietą sprawia, że to jak się zachowujemy, czy co robimy jest „dziewczyńskie”.
Bo kobietą jest się cały czas (no chyba, że czujesz inaczej i zmieniasz płeć, ale nie o tym tu piszę). Czy kobieta, która wstępuje do wojska przestaje być kobietą? Nie. Czy kobieta, która nie lubi nosić sukienek nie może być kobieca? Nie.
Możemy mówić, że jakieś rzeczy mają więcej swoich zwolenników wśród kobiet albo mężczyzn, ale nie można powiedzieć, że ktoś kto się wyłamuje z tej większości nie jest „prawdziwie męski” albo „prawdziwie kobiecy”.
Nie rozumiem jak można koegzystować, licytując się non-stop kto jest „wyżej na drabinie rozwoju”.
Feminizm przywodzi wielu osobom na myśl czystą arogancję i chęć wyniesienia się na piedestał. Tak żeby ci drudzy byli gorsi.
A tu chodzi tylko o równość, gdzie kobiety mają znacznie więcej do nadrobienia.
Wierzę, że dobry feminizm może wyrównać pozycję mężczyzn i kobiet oraz położyć kres kretyńskim przepychankom na temat tego, że „przeciwnej płci nie da się pojąć”.
Więc tak, jestem feministką. Nie ukrywam tego, ale też i nie widzę w tym nic złego. Nie będę na pokaz palić staników ani biegać z gołymi cyckami, ale będę walczyć o wolność i możliwość wyboru dla każdego człowieka.
Ponieważ o ile możemy dyskutować na temat moralności i określać coś jako dobre, albo złe, to kto dał nam prawo decydowania o czyimś losie?