Gdy Tomasz powiedział mi, że dostanę od niego nową rzecz do testów, w moich najśmielszych oczekiwaniach nie mogłem spodziewać się, że dostanę grę - wyprodukowaną przez polskie studio Kool2Play - w której będę mógł wcielić się w zegar. Tak, zegar. I w prosiaka, ale głównie w zegar. I nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać.
W swoim życiu grałem w kilka dziwnych gier. Najbardziej zapadły mi w pamięci te z czasów, gdy królował PSX i PS2 - Kensetsu Kikai Simulator - Kenki Ippai!! czyli symulator koparki i innych maszyn budowlanch, na dodatek jeszcze grany w japońskiej wersji, czy Mister Mosquito - symulator największego szkodnika latającego w przestworzach - komara. Gdzieś po drodze zahaczyłem też o sławetny symulator chirurga, na szczęście omijając te symulujące chleb i skałę. Ale żebym miał zostać zegarem? Kto to widział, panie, daj pan spokój.
Przehajpowana przez wszystkie pisma i strony branżowe drużynowa strzelanka, czy wyjątkowy tytuł, zmieniający gatunek i sprawiający, że nie będziesz przez dwa miesiące grał w nic innego? Blizzard wydał w końcu nową grę - przekonajmy się czy wypuszczony na konsole i peceta Overwatch jest aż tak dobry, by zgarniać same dyszki.
Przyznam, że nie czekałem specjalnie mocno na Overwatch. Pamiętam cinematic trailer sprzed roku czy dwóch - ot jakaś strzelanka od Blizzarda. W Internecie powstał mały szum, ale szybko ucichł. Nowa fala nadeszła miesiąc temu, gdy Blizz, firma-która-nie-robi-złych-gier, dała nam dostęp do otwartej bety. W ten sam weekend można było też na uPlayu pograć w nowe Rainbow Six: Siege. Wygrał wtedy Overwatch, który prócz tego, że akurat grali w niego znajomi i było przyjemniej strzelać razem niż osobno, zachwycił mnie też swoim kolorowym światem i sławnym na cały Internet półdupkiem Smugi.
O Stasis i strasznych grach, w które tym bardziej nie gram
Ponure, ciemne zakamarki statku Groomlake, ubazgrane krwią ściany i chodniki, izometryczny rzut na plansze oraz muzyka spod rąk człowieka, który udźwiękowił jeden z największych hitów RPG-owych wszechczasów - Fallouta. To czeka nas w Stasis, przygodówko-horrorze point-and-click, wydanej na pecety i maki, produkcji studia The Brotherhood, która w zeszłym miesiącu doczekała się polskiej premiery.
Rzadko zdarza mi się mieć do czynienia z indykami, czy też grami niezależnymi. Jest ich cholernie za dużo, by nawet próbować ogarnąć to, co wychodzi na rynek. SUPERHOT jest jedną z niewielu gier, z których wczesną wersją udało mi się zapoznać kilka lat wcześniej i zapamiętałem ją jako produkt z odświeżającą mechaniką wtłaczaną do gatunków strzelanek pierwszoosobowych. Czy produkt wypuszczony na rynek podołał swojemu hajpowi? I tak... i nie. Zapraszam poniżej po szczegóły.
O tym co robiłem, gdy mnie nie było i dlaczego było to granie w gry
Otóż tak jak rzekłem w tytule - pomijając oczywiście rzeczy tak oczywiste jak praca i praca i praca i może frilans - to grałem w gry i udało mi się nawet napisać o nich kilka tekstów dla WTSG - bloga / funpaga o ludziach trzymających w rękach głównie pady, a czasami i myszki.
Dla chętnych wrzucam wszystkie jako osobne posty, możecie przeklikać się w stronę nowszych, by je przeczytać, albo kliknąć poniżej, jak jesteście tak samo leniwi jak ja:
O SUPERHOT i indykach, w które nie gram
O Stasis i strasznych grach, w które tym bardziej nie gram
Dzisiaj w internet wypłynął pewien blog na tumblrze, blog wypełniony hejtem. Pełen pięknych słów i obrazków, które samemu trzeba zobaczyć, żeby je docenić. Ale jest pewien problem... czy hejt należy zwalczać hejtem?
Zacznijmy od początku - blog, o którym mowa to Hejty na fejsie. Z tego co można wyczytać z niego, działa od 10 lipca tego roku. Autor nieznany. Na blożku nasz memista uwiecznia kompilacje publicznych komentarzy (a może je sboie zmyśla, kto wie, wszakże nie podaje źródeł) wraz ze zdjęciami ich autorów, a komentarze te jednoznacznie odnoszą się do osób homoseksualnych. Jak możemy się domyślić raczej nie są one wypełnione miłością jak pączki. Kocham pączki.
Powyżej jeden z obrazków. Autor nie zamazuje twarzy swoim ofiarom "memifikacji", ja to zrobię, gdyż ponieważ mogę.
Jakkolwiek ta strona mnie z jednej strony śmieszy tymi kompilacjami - no bo umówmy się, są to śmieszne rzeczy, nie wiem jak można mieć takie poglądy w XXI wieku jak ludzie z tych zdjęć - tak z drugiej strony żenuje. Czy naprawdę walkę z homohejtem można wygrać poprzez hejtowanie? Bo tym właśnie jest ten blog. Jest tak samo hejterski jak te komentarze, z których się wyśmiewa.
Dzisiaj przeczytałem, ba, nawet usłyszałem bardzo dobre pytanie:
To czym w takim razie ta strona różni się od Redwatch?
O ile na pierwszy rzut oka wydaje się ono totalnie absurdalne, tak na drugi już może zacząć świtać, że nie aż tak bardzo. Co prawda autor jest na tyle łaskawy, że nie podaje imion, nazwisk i adresów zamieszkania, ale nadal jest to strona stworzona specjalnie po to, by ci "tolerancyjni" mogli wiedzieć kim są ci "patriotyczni". I cisnąć z nich bekę. Hejtować.
Innym problemem dla autora będzie też pewnie wykorzystanie wizerunku osób tam umieszczonych. Nikt wszakże osobiście nie pozwolił autorowi na zamieszczanie ich twarzy na jakimś blożku w internecie. Jak można poczytać i Wojtka Warzaka na blogu prakreacja.pl:
Kluczowym przepisem jest art. 81 ustawy o prawie autorskim.
Art. 81 1. Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. W braku wyraźnego zastrzeżenia zezwolenie nie jest wymagane, jeżeli osoba ta otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie.
2. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku:
1) osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych;
2) osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.
Z przytoczonego przepisu wypływa najważniejszy wniosek — rozpowszechnianie czyjegoś wizerunku bez zgody tej osoby jest działaniem bezprawnym.
Oczywiście są wyjątki kiedy można wykorzystać czyjś wizerunek - gdy ktoś dał zgodę na to, dostał wynagrodzenie, jest osobą publiczną wykonującą swoje obowiązki służbowe lub stanowi jedynie szczegół pewnej całości zdjęcia czy kreacji oraz... gdy nie zabrania tego regulamin. Regulamin facebooka, z którego pochodzą zdjęcia stanowi iż:
When you publish content or information using the Public setting, it means that you are allowing everyone, including people off of Facebook, to access and use that information, and to associate it with you (i.e., your name and profile picture).
Jest to teoretyczny dupochron, ale czy faktycznie coś zdziała na pewno niedługo przekonamy się w sądzie, gdy któraś z osób zapostowanych na blogu, w końcu upomni się o to, "że go szkalują w internecie bez jego zgody".
A co na to media i sami mityczni internauci? Gazeta wypowiedziała się dosyć neutralnie o wszystkim, Wyborcza rencami Łukasza Woźnickiego również. Pani z NaTemat dosyć bezpiecznie, ale już pozytywniej. Co na to szara masa społeczna?
Piękni zdrowi meszczyzni z emblematami PIS na tyłeczkach. Kwiat Pis-u.Jaruś wysoki blondyn o niebieskich oczach i aryjskich rysach twarzy jest zachwycony.
od dawna podejrzewałem, że wszelkiej maści hejterzy to głównie janusze, grażynki i ich dzieci, dżesiki i seby.. miałem tez rację, że owym rodaczkom przejaw myślenia z oczu nie bije..
Świetny pomysł, w końcu to wszyscy bardzo odważni ludzie, prawdziwi Polacy :) juz widzę ich miny, zesrają się na bank.:))))
Jak Pan Piotr niżej wspomniał za to można wytoczyć procesy prawne.Taka inicjatywa na pewno bez słowa nie pozostanie.I co to daje ? Ludzie ,jeśli uważacie ,że prawaki was już meczą to nie zachowujmy się mściwie.Nie bądźmy ,,totalnymi lemingami" a lewicą z poziomem i umiejącą bez zniżania się do poziomu takich wypowiedzi funkcjonować w społeczeństwie.Jak to boli nie czytajcie,jak denerwuje wyładujcie złość w sporcie,w rozmowie z kimś lub na grach w internecie nawet !!.
A dlaczego nie ma tam hejterów z Gówna WYborczego? Najwięcej jadu leją lewacy na katolików - pod każdym artykułem setki komentarzy obrażających Polaków i katolików - wg lewactwa to wolność słowa. Dlaczego nie ma wolności słowa w wyrażaniu poglądów o pedałach?
Homofoby do piachu kurwy jebane!!!!
To jest kurwa spektakularne!! Niech świat zobaczy te pańszczyźniane, pryszczate ryje!!
A moim zdaniem to jest fair. Dyskryminacja za dyskryminację. Uczciwy układ.
-Rozumiem, że doprowadzenie homofobicznego dziesięciolatka do bujnięcia się na sznurówce jest moralnie spoko i taki czyn nie ma zupełnie nic wspólnego z nękaniem 14-letniego grzywki?
-Od miecza wojujesz, od miecza giniesz? Czy cos ;) Albo o, chcącemu nie dzieje sie krzywda! :d
tak bardzo szanuję bekę z tych zwierząt
osoba która to stworzyła jest geniuszem, niby taka banalna i oczywista rzecz, a jednak... gimbopatrioci i konkubiny rodem z Pragi wygrywają
Po twarzach widac, ze IQ nie wieksze niz 15
Oj, chyba nie wszyscy zrozumieli i z agresorów robi się ofiary wink emoticon A pomysł boski - do tej pory nikt nie reagował, a tymczasem jest metoda, by się bronić przed chorymi ludźmi, którzy swoje frustracje wylewają na innych pod postacią obrzydliwego hejtu.
To ich trzeba się pozbyć. To oni są zniszczeniem dla społecznego ładu. Reprezentują strasznie niski poziom, naprawdę ciężko mi pisać o nich ludzie, bo czuje do nich obrzydzenie za nienawiść jaką szerzą... :/
Po nitce do kłębka, poza tym to żadna wielka sztuka jak ktoś zechce ich"dopaść". Ta akcja trąci samosądem, to w ogóle dziecinada. Poważni ludzie nie tak załatwiają tego typu sprawy.
Dobrze tak polactwu.
Dużo osób wypisuje peany na temat tego, że nareszcie hejterzy nie są anonimowi... well, nigdy nie byli, skoro pisali to na fejsie pod swoim nazwiskiem i ze swoimi zdjęciami. Stronę udostępniło też wielu blogerów, którzy miesiąc wcześniej namawiali do walki z hejtem.
Cóż, przyznam, że jestem w rozterce jak wspomniałem wcześniej. Walka z hejtem hejtem nie przekonuje mnie. To wygląda po prostu na walkę lewych z prawymi, liberalnych z konserwatywnymi, prawaków z lewakami i niestety nie ma tu nigdzie miejsca na pojednanie czy wyprostowanie poglądów. Nie bronie autorów wypowiedzi, bo naprawdę są debilne, ale nie będę też bronił autora bloga, bo nie tędy droga. Wyzwaniem jest zmiana społeczeństwa bez wystawiania ludzi na środek rynku i uskuteczniania chłosty - czy to tych po prawej, czy tych po lewej. Budowanie świadomości u podstaw, szczególnie w szkołach, że istnieją osoby o innej orientacji i nie jest to niczym złym na pewno pomoże sprawie, tak samo jak uświadamianie ludziom, że nienawiść jeszcze nic dobrego dla ludzkości nie zrodziła. Nienawiść do osób homo jak i nienawiść dla nienawidzicieli. Skąd mają brać przykład, że robią coś źle, jeśli nikt nie pokaże im lepszej ścieżki tylko zmiesza z błotem?
Nie pozostaje nic innego jak zakończyć ten wpis klasycznym no i ja się pytam człowieku dumny ty jesteś z siebie zdajesz sobie sprawę z tego co robisz?masz ty wogóle rozum i godnośc człowieka?ja nie wiem ale żałosny typek z ciebie ,chyba nie pomyślałes nawet co robisz i kogo obrażasz?
[UPDATE 2015-07-24 13:00]
Ot, blog już zniknął z tumblr. Ciekawe co się stało...
O złotych rybkach, confetti, kanibalach i playstation
W dzisiejszym odcinku ładnych rzeczy, które skumulowały się ostatnimi czasy przeczytasz o złotych rybkach i słodkim kanibalu z Kanady (bardzo niepowiązane), wielkim kutasie z Norwegii, a także o Playstation, które osiągnęło więcej niż Twój pecet kiedykolwiek da radę.
Kanada to dziwny kraj, jak wiemy całe zło i cała wina jest po jej stronie. Nie inaczej jest w tym przypadku, gdyż jeden z przedstawicieli tego zacnego kraju, niejaki Luka Magnotta założył sobie profil na portalu randkowym. Nie byłoby to nic dziwnego i złego (no chyba, że to konto na fotce, wiadomo), gdyby nie to, iż Luka jest skazanym za morderstwo, poćwiartowanie zwłok i zjedzenie swojego ówczesnego chłopaka aktorem porno, a portal randowy to Inmates Connect, gdzie więźniowie mogą poznawać nowych ludzi poza ich miejscem stałego pobytu. Jak możemy wyczytać na jego profilu, Luka poszukuje:
Seeking single white male, 28-38 years of age, white and in shape. One who is loyal, preferably educated, financially and emotionally stable for a long term committed relationship. If you think you could be my prince charming, send me a detailed letter with at least 2 photos.
Jeśli nie przeszkadza ci jego ciekawa przeszłość, możesz spotkać go w pewnym ośrodku wczasowym w Sainte-Anne-des-Plaines, w Quebecu. Miłość wszakże nie zna granic! ;)
Za to w innym miejscu Kanady, dokładniej w prowincji Alberta problemem są złote rybki. ZŁOTE RYBKI MUTANTY. Popularny zwyczaj spuszczania niechcianych rybek do klozetu odbija się negatywnie na ekosystemie Kanady. Cześć pozbytych się tak rybek przeżywa, rozmnaża, a z nieograniczonym dostępem do jedzenia rosną do niebotycznych rozmiarów, pozbywając się wszystkie na drodze swego pyszczka.
Kanadyjczycy trochę wkurwili się na taki obrót spraw i zarządzili kary w wysokości nawet 100 tys dolarów kanadyjskich za wypuszczanie rybek na wolność. Lokalni buddyści powinni mieć się na baczności i szykować portfele - rzekomo organizują "miłosierne wypuszczanie" zniewolonych rybek na masową skalę.
W innym, wspaniałym i mroźnym kraju - Norwegii - możemy za to spotkać dwumetrowego kutasa ejakulującego na przechodniów i zakochane pary.
Cała akcja to pomysł RFSU, norweskiej wersji naszej grupy Ponton, zajmującej się edukacją seksualną. Promuje oczywiście bezpieczny seks w gumiakach, a hasłem przewodnim jest “Tiss kan overraske”, co możemy przetłumaczyć jako "kutas zaskoczyć Cię może".
Pan chodzący w przebraniu raczej nie narzekał, podobno wiele osób chciało go podotykać w różnych miejscach. Kiedy w Polsce taka akcja? Dresy na Pradze czekają!
W 1997 dane ci było skończyć na niej pierwszego Metal Gear Solida czy Final Fantasy VII, a dzisiaj podbija kosmos. Playstation, a w zasadzie procesor, które je napędzał - MIPS R3000 - został wybrany przez NASA do kosmicznej misji sondy New Horizons - tej samej, o której parę dni temu było głośno w sprawie pierwszych zdjęć HD z Plutona.
Procesor został oczywiście troszeczkę zmodyfikowany, by przeżyć podróż kosmiczną, ale i tak robi to wrażenie. Sonda poleciała w kosmos w 2006 roku. Czy Twój pecet tak potrafi? Pewnie nawet nie kopał piCoinów... Nawet mi go nie żal.
PS Zrobiłem mały podział wpisów na blożku. Te zbiorcze, z krótszym komentarzem możesz znaleźć pod tagiem na skróty, a dłuższe, wręcz będące artykułem pod tagiem na długi.
Wiesz, że żyjesz w przyjemnym kraju, gdy władza stara się chociaż troszeczkę dbać o Twoje samopoczucie. Tak czują się obywatele Szwecji, gdy oddają swoją krew - placówki medyczne wysyłają takiemu dobremu obywatelowi wiadomość za każdym razem, gdy jego krew uratuje życie.
W ostatnich latach oddawalność krwi w królestwie szwedzkim spadła o kilkadziesiąt procent, zaniepokojeni tym faktem rządzący szukali magicznego sposobu na przeciwdziałanie dalszemu spadkowi i wymyślili sposób wspaniały - będą pompować Twoje charytatywne ego za każdym razem, gdy Twoja krew zostanie wykorzystana do ratowania życia innego człowieka wysyłając ci smsa z informacją, iż jesteś prawdziwym bohaterem. Pierwszy raz dawca dostaje wiadomość po oddaniu jej, a potem ilekroć ktoś jej użyje.
Jak mówi pani Karolina ze Sztokholmskiego oddziału pobieraczy krwi:
Chcemy informować dawców co dzieje się z ich darem, a ten sposób wydaje się całkiem niezły. To wspaniałe uczucie uczucie wiedzieć, że zrobiło się tak wielką różnicę, że może nawet urwatowało się czyjeś życie!
Program wystartował trzy lata temu w Sztokholmie, zbierając same pozytywne recenzje. Od tego czasu rozszerzył się na cały kraj, przy okazji tworząc krwiodawczy buzz w sieciach społecznościowych.
W niektórych placówkach Szwedzi wpadli też na genialny pomysł wyświetlania informacji o ilości pozostałej krwi danego typu, by zachęcić miejscową populację do wykrwawienia się w worek. W końcu cóż tak nie wzmaga chęci na oddanie krwi jak widok pustych zbiorniczków.
Przychodzi w życiu każdego z nas czasami taki wyjątkowy wieczór, gdy siedzisz w kuchni sącząc piwko, szykując sobie kolację i wpadają Twoi współlokatorzy, zaczynacie gadać o niczym, robicie małe jutub party, puszczacie chujowe filmiki, aż ktoś zarzuca poprzekręcani słowami piosenki "Baci Bociu Bambo" i po nitce do kłębka dochodzicie do niej - do Macareny. I to jest ten moment z dupy, gdy włącza się w was ciekawość, której nie możecie zgasić, która będzie was dręczyć, aż nie zaspokoicie jej najgłębszych żądzy. Czym tak naprawdę była Macarena i skąd się wzięła?
Zacznijmy od faktów - nie będzie ich za wiele. Wiemy, ze Macarena to piosenka dwóch starych dziadów nieznanego pochodzenia, którzy pojawili się nagle wszędzie i cały świat tańczył w charakterystycznym układzie tanecznym. W Polsce, ludzie uprawiający śmieszkizm, często przekręcali słowa kluczowe piosenki śpiewając "a margaryna ajwaj"! I to naprawdę wszystko co możesz wiedzieć o Macarenie. Mierzę Cię swoją miarką.
Zatem czy wiesz, że...
Wersja Macareny, którą znasz, tak naprawdę jest remiksem? Powstała w 1996 roku dzięki Bayside Boys, trójce producentów z Miami. Nigdy by nie poznali oryginału, gdyby w dansbudzie, w której jeden z nich didżejował, jakiś randomowy gość nie poprosił o zagranie oryginału. Oficjalna nazwa piosenki znanej na całym świecie to Macarena (Bayside Boys Remix).
Funfact - w teledysku wykorzystano sampel z filmu Absolwent - "I am not trying to seduce you!" wypowiadany przez filmowego MILFa panią Robinson - który w późniejszych wersjach wyrzucono z obawy na roszczenia ze strony właścicieli praw autorskich.
Powstał jakiś miliard remiksów Margaryny? Oczywiście najważniejszym z nich jest ten oficjalny świąteczny. Jest tak zły i bezsensowny, że aż wklejam go poniżej, ostrzegając, że wypala uszy.
Na piętnastolecie Macareny powstał jeszcze jeden oficjalny remiks - Art of Sound Group Mix, o którym nikt w naszym rejonie geograficznym nigdy nie słyszał, co też nie wyszło nikomu na złe specjalnie.
Los Del Río (a po naszemu Rzeka) - ci starsi panowie dwaj - nagrywają piosenki od 1962 roku? I nadal są uznawani za artystów jednego przeboju. Nawet wygrali nagrodę na najlepszych jednopiosenkowych artystów w 2002 roku. Ale umówmy się - One Hit Wonders to najlepsze co spotkało świat muzyczny. Do dziś wielbimy i czcimy wszakże braci Hansonów (którzy ciągle nagrywają), Spin Doctors z hitem Two Princes czy New Radicals śpiewających You Get What You Give (polecam mimo wszystko cała ich płytę, jest bardzo przyjemna).
Macarena okazała się tak wielkim przebojem, że Bill Clinton użył jej w swojej kampani prezydenckiej? Pewnie słyszał, ale się nie wsłuchiwał, parafrazując klasyka. Co gorsza 14 lutego jest w Nowym Jorku uznawany za dzień Macareny. Na ich cześć nazwano nawet Amfiteatr w ich rodzinnej miejscowości - Dos Hermanas.
Starsi panowie w swoim żywocie mieli okazję spotkać się z Matką Teresą, zaśpiewać dla największego z Polaków, Jana Pawła II, w katakumbach Watykanu, a nawet być na jednym przyjęciu z żoną prezydenta Kennedy'ego. Najsłodszą z opowieści o Los Del Rio będzie pewnie ta z Hajle Syllasje, ostatnim cesarzem Etiopii - gdzie na bankiecie w Sevilli dostali od niego dwie złote monety z podobizną cesarza, na znak wdzięczności za dobre rejwy z ich strony.
Ktoś nagrał diss na macarenę? Był to MC Rage, propagator hardkorowego techno, o którym nikt nigdy nie słyszał. Nawet po nagraniu dissu na największy przebój lat dziewięćdziesiątych. Jak bardzo można przegrać?
Powstała płyta w hołdzie Macareny? Yup, cała płyta pełna niezależnych artystów. W zasadzie ta płyta powstała jako protest-cd, jakoby rzekomo Macarena była tak naprawdę piosenką Public Domain, a Los Del Rio nie powinno dostawać z tego powodu tantiem, ale to jakieś lewackie pierdolenie, kto by się tym przejmował. Całej płyty możecie posłuchać tutaj, a także ją zassać, gdyby wam się spodobała.
Powstał też arabski cover? Wypełniony kebabowymi rytmami. Musisz posłuchać!
A nawet wersja stworzona specjalnie dla Animaniaków - Dot - Macadamia Nut. Czooołeeeeem siostro!
Że wersje angielskia i hiszpańska różnią się od siebie? Angielska wersja piosenki opowiada o miłej pani imieniem Macarena, która lubi tańczyć i uwodzić młodych chłopców, gdy jej chłopak Vittorio jest poza miastem. Wersja oryginalna, hiszpańska opowiada o Macarenie, która gdy usłyszała od swojego chłopaka Vittorio, że ten idzie do armii, zezłościła się i ruszyła w tany tany z lokalnymi mężczyznami. Niewielkie różnice, a jednak znaczące ;)
And last but not least - inspiracją dla stworzenia piosenki była wycieczka do Wenezueli? Panowie dostali zaproszenie na imprezę organizowaną przez biznesmena Gustavo Cisnerosa, gdzie poznali wspaniale ruszającą się tancerkę flamenco - Dianę Patricię Herrerę Cubillán. Antonio, jeden z dwóch starszych panów, wyrecytował dla Diany tę pieśń w podzięce za ładne widoczki. Rzekomo. Wszyscy wiemy jak to jest z legendami. Olso, recytowanie piosenki o rozwiązłej latawicy pięknej kobiecie która rzekomo stała się Twoją muzą. A jedzie mi tu czołg?
Oskary #nikogo nie obchodzą, a jednak wszyscy po ceremonii napierdalają o nich na fejsiku. W tym roku Neil Patrick Harris pokazał majtki, ale niestety zabrakło Ricky'ego Gervaisa opowiadającego skecze o grubych ludziach. Nagrodę dla największego creepa ceremonii może odebrać za to sam John Travolta, a dla polskich komentatorów sukcesu Idy mamy nagrodę specjalną. Czytajcie dalej!
Zaczniemy od polskiego akcentu - Ida wygrała i automatycznie z głębin internetu wypłynęły głosy hejtu i prawicowego pierdolenia, bo przecież nie może być tak, by cieszyć się z czyichś sukcesów. Że "Żida", jak to o niej się wyrażają, to film antypolski, a przecież Polak to człowiek święty i co sobie ci na zachodzie pomyślą. Polak nigdy Żyda palcem nie tknął, kochał wszystkich. Tylko Niemcy bili Żydów w kask, Jedwabne my ass. Oczywiście Ida wygrała głównie też dzięki pomocy lobby żydowskiego, bo kto inny chciałby oglądać takie artystyczne dzieła pełne kłamstw. Ech, gdyby chociaż był to film historyczny, a nie opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości dziejąca się w tamtych czasach. Cóż, come & complain.
Na szczęście nie samym gównem w wentylatorze żyjemy, są też pozytywy - np. John Travolta zgarniający nagrodę dla największego creepa wieczoru. Czyżby było grane wszczykiwanie maryhuaniny w żyły? A może to tylko Scjentologia? Mam nadzieję, że na oba pytania odpowiedź brzmi "tak"!
PS Bonus dla fandomu Sherlocka.
W ramach powstawania chujowych rankingów powstał ranking oskarowych fotobomb, ale przyznajmy szczerze, że nikt nie zrobi już nigdy tak przyjemnej fotobomby jak Jack Nicholson. No, może Benedykt (fandom, fandom!).
AXN pokusił się też o zlepek najdziwniejszych sytuacji jakie zdarzyły się do tej pory na oskarowych galach - m.in. twórcy South Parku przebrani za dziewuszki, zataczając się po kwasie czy dziecięcy chórek niesłyszących dzieci, które wcale nie były niesłyszące. Polecam cieplutko.
Tymczasem, gdy miliony dolarów robione są na Oskarowych reklamach, na co dzień kablówki też muszą sobie radzić. Kilka amerykańskich sieci wpadło na genialny sposób wydłużenia sobie okienka reklamowego - przyśpieszają puszczane na antenie treści. Przykładowo, na jednym odcinku Seinfelda mogą zyskać do dwóch minut pasma reklamowego. Mądry człowiek zauważył to i nagrał, a podziwiać możecie poniżej jak wygląda to na żywo.
Jak możemy przeczytać w Wyborczej na szczęście w Polsce tak zrobić (rzekomo) nie można, gdyż stacje mają limity - 12 minut reklam na godzinę. Pokłóciłbym się czy to prawda, ale ostatnio jestem w stanie oglądać tylko TTV, gdzie lecą Wojny Magazynowe, nowe odcinki Usterki czy programy o paniach zabijających własnych mężów i tam reklamy jakoś mocno nie przeszkadzają.
A w zamykającym bonusie możemy ponarzekać sobie na różnorodność muzyki puszczanej w stacjach radiowych. Dobranoc!
Dzisiaj wyszedł trailer nowego Hitmana - tym razem filmu, nie gry i o Boziu, ale złapałem ból dupy.
Najpierw obejrzyj trailer powyżej.
I przejdźmy do rzeczy: tak, Agent 47 jest łysy; tak, nosi czerwony krawat; tak, ma kod kreskowy; tak, jest sztucznie stworzonym żyjątkiem; tak, nawet przebiera się w którymś momencie trailera, ale alleeee aalleeeeeee do kurwy nędzy co prócz tego ma on wspólnego z growym Hitmanem? Tam najważniejsze było nie dać się wykryć i nikogo nie zabić, a tu dostajemy napierdalanie się na lewo i prawo.
Są nawet komandosi strzelający hakami/harpunami/czymkolwiek (!) w samochód (!!), a potem zjeżdżający na linach (!!!) by dorwać łysego. To jakieś kosmiczne żarty. Growy Hitman to przede wszystkim profesjonalizm, cisza, skradanie się, a nie zabijanie każdego napotkanego przeciwnika. Spójrz tutaj, to pierwsze zlecenie z drugiej, mojej ulubionej części przygód Agenta 47. Usypia ochroniarza, przebiera się, cichaczem przechodzi po posiadłości, zabija cel i równie cicho wychodzi. Zero cech wspólnych.
Studio wypuściło też drugi trailer, niby bardziej "z jajem" (tak zwane #heheszki), a jednak już bliższy oryginałowi niż sam film.
Oczywiście dopiero w sierpniu będziemy mogli tak naprawdę oceniać co z tego wyszło i może okazać się, że wyjdę na idiotę, ale póki co nie widzę nic dobrego w tej adaptacji. Latające flaki (a nawet ich brak, bo to pewnie kino PG13) to nie jest dobra droga. Wróżę kolejny, zmarnowany potencjał na dobre kino szpiegowsko-asasyńskie.
Nowego Hitmana zobaczymy w kinach 28 sierpnia. W obsadzie m.in. Rupert Friend, Hannah Ware, Zachary Quinto, Ciarán Hinds i Thomas Kretschmann. Będzie to debiut reżyserski Aleksandra Bacha, do scenariusza ludzi odpowiedzialnych za X-Men Geneza Wolverine, ostatniego Predatora czy Maczeta zabija.
O wegetarianach, warzywkach i drążeniu nostalgii za pieniążki
Ludzka głupota nie zna granic, szczególnie jeśli chodzi o tak zwaną medycynę alternatywną. Albo o udowadnianie, że ktoś jest lepszy w łóżku. Albo, że ma większe cycki. Ale to jeszcze nic, najgorszym z cwaniactw jest drenowanie portfeli na nostalgii.
Zaczniemy od tematu najbardziej nośnego - wegetarianie i seks. Skąd wiemy, że są najlepsi w łóżku? Bo nam o tym powiedzieli. Klasyczny żarcik znowu pasuje do grupy docelowej. Naturalnie powiedzieli nam o tym nie podając żadnych źródeł i dorzucając do kotła reklamówkę PETY. A tak naprawdę wszystko rozchodzi się o dbanie o swoje ciało, uprawianie sportu, niejedzenie gówien, niepicie alkoholu i niepalenie fajek, ale kto by się tam przejmował, powychwalać wege zawsze jest dobrze. Ponaciągać fakty jak Jerzy Urban za PRLu również ;)
Kontynuując temat warzyw - znajomy podesłał mnie ostatnio coś, co sprawiło, że zacząłem o ludziach myśleć jeszcze gorzej niż do tej pory. Wyobraźcie sobie ludzi, którzy wierzą w medycynę alternatywną. Ale tak bardzo wierzą. Jedną z metod "oczyszczania organizmu" jaką stosują jest... zrobienie sobie dziury w nodze, wysmarowanie czosnkiem, wsadzenie tam ziarna cieciorki i trzymanie tego przez dwa miesiące. I to ma działać. MAGIA KURWA. Ciekawe czy wegetarianie też stosują takie cudaczne metody, by pobudzić swoje libido.
Jakieś szarlataństwo i ciemnogród powiecie...może i racja, ale ja lubię podziałać na swój organizm jakąś tradycyjną, czyt.średniowieczną metodą ;)
Niestety, bohaterka tych wpisów (bo jest ich więcej - dzień 2, 3, 6, 11, 23, 46 i ostatni) na końcu stwierdza, że to jednak chuj i gówno, ale człowieniu, ile musiała się nanosić cieciorki w łydce. Nie odbierze jej tego nikt. Anyway, nadal warto obejrzeć pozostałe odcinki, by chociażby zobaczyć zdjęcia, którymi potem możecie straszyć swoje młodsze rodzeństwo, że tak kończą wegetarianie albo ludzie bez szkoły.
Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tej metodzie leczniczej, poczytajcie co twórca tej metody robił swojej matce.
Ale już dość tych okropieństw, czas na przyjemności! Każdy z nas pragnie czegoś związanego z Twin Peaks, najlepszym serialem wszech czasów, ubitym przez niską oglądalność (nie dziwne, gdy pewnie puszczali go o północy). Najnowszą, limitowaną rzeczą związaną z TP jest kalendarz Mathew Franklina, pełen psychodeli i pięknych ilustracji Cadaver Dogs. Wyprodukowanych zostanie niestety tylko dwadzieścia sztuk. Biednemu wiatr w oczy zawsze.
Z kolei Space Balls (Kosmiczne Jaja po naszemu) doczeka się kontynuacji. I jak Bozie kocham, tak jak Mel Brooks był śmieszny, gdy miało się trzynaście lat, tak nie wyobrażam sobie, by śmieszył nas nadal. Pojedyncze sceny owszem jak ta, czy ta, ale całość będzie posysała po całości. Takich filmów się już nie robi, teraz śmieszne jest ruchanie szarlotki i sarkastyczne komentarze cycatych kelnerek, a nie musicale podstarzałego Żyda polskiego pochodzenia. Nawet, gdy śmieje się sam ze swoich starszych braci w wierze. Chyba komuś skończyły się na starość pieniążki i chce zrobić brzydki skok na portfele nostalgicznych trzydziesto i czterdziestolatków.
Na pożegnanie zostaje nam (w miarę) stały kącik NSFW, a w nim pani, która może sama powiększać sobie cycki do kosmicznych rozmiarów. Dobranoc.
Wielu z was kojarzy Japonię głównie z chińskimi bajkami, gwałcicielami w pociągach, herbacianymi ceremoniałami i krzaczkami, których nikt nigdy nie zrozumie, ale rzekomo jest też i ładniejsza strona tego kraju, śliczny design i oprawa książek, magazynów czy architektura, której wszyscy kreatywni tego świata im zazdroszczą. Prócz internetu, ten jest brzydki jak żul po dwudziestu latach bezdomności. Design w japońskich internetach zatrzymał się gdzieś w roku 1998 i nie chce z niego wyjść.
Przeleć się po najpopularniejszych stronach (chociażby Goo, Rakuten, Yomiuri, NicoNico, OKWave czy @cosme. A tu jeszcze więcej) i spróbuj zaprzeczyć, że jedyne co widzisz to ciasno upakowane krzaczki, mikro obrazki, w pizdu kolumn, dające po oczach kolory i banery oraz flashe, których nikt nie lubi, dzięki ich zdolnością zamulania wszystkiego na czym są odpalane.
Dlaczego tak się dzieje, zapytasz. Otóż, zacznijmy od różnic językowych - japońskie krzaczki dla nas mogą wydawać dość zbite i nieczytelne, ale dla lokalsów takie zbicie jest wygodniejsze w odbiorze, da się przyswoić więcej rzeczy naraz. Inną z różnic jest też brak typograficznego zaakcentowania - w ichnim piśmie nie wystepują kursywy czy możliwość pisania capslockiem, przez co trudno wyróżnić i zhierarchizować tekst - zamiast tego mamy krzykliwe kolory i pisanie z obrazka. No i pozatym oczywiście większość internetu i samouczków jest zapisanych alfabetem łacińskim, po angielsku. Cześć rzeczy oczywiście tłumaczą sobie, ale skutecznie opóźnia to wejście nowych trendów i technologii do sieci.
Inną kwestią są uwarunkowania kulturowe. Japończycy nie lubią ryzyka, zmian czy wybijania się z tłumu, wolą tradycje i brak gwałtownych ruchów, nawet, gdy są lepsze od panującego zastoju - stąd nadal królują tam internetowe standardy z lat dziewięćdziesiątch. Idąc dalej, lokalny konsument nie poleci na wystrzałowe i jednolinijkowe hasła reklamowe - tradycja wymaga by poznał wszystkie za i przeciw danego produktu, przeczytał długaśne opisy i techniczny bełkot. Na wagę złota jest też miejsce na stronach - tak jak główne arterie Tokio zajebane są reklamami, tak i w internecie nie da się odetchnąć - white space, tak popularny u nas, praktycznie tam nie istnieje. A najważniejszym z tego wszystkiego jest system zatrudnienia - tam nadal można spotkać ogłoszenia o pracę dla webadminów czy webmasterów, którzy w pojedynkę mają opiekować się całym portalem. Komu by się chciało przy tym eksperymentować jeszcze?
Panie, a techniczne bagienko tam istniejące to dopiero. Ludność tubylcza przyzwyczaiła się przeglądać internet głównie na smartfonach. Kiedyś królowały te z klapką i małym ekranem, teraz trochę większe, ale nadal popularniejsze od komputerów - przez co trend upychania wszystkiego, by widzieć więcej, pozostał. Fontów webowych praktycznie nikt tam nie używa - byłyby za ciężkie do pobrania, jak również nikomu nie chce się ich robić - każdorazowo trzeba by projektować tysiące znaków. Idą na skróty i wciskają wszystko z obrazka. Ale najgorsza jest sprzętowa przestarzałość. Jak w Polsce, nadal pełno tam komputerów z Windowsem XP i szóstym Internet Explorerem. Tragedia.
Na szczęście wśród tony ściśniętych i brzydkich stron znajdzie się też kilka odrobinę ładniejszych, jak chociażby UNIQLO, MUJI, CookPad czy Kinokuniya. Sprawdź też to zestawienie. Oby więcej i częściej, nawet u nas nie jest tak źle jak tam.
Tekst oryginalnie pojawił się na portalu randomwire.com. Autorem jest Brytyjczyk - David - na co dzień mieszkający w Tokio.
Piękne pieśni i utwory oddalą nas dzisiaj od codzienności, zabierając w korpoświat pełen haków, marzeń i garniturów. Zniesmaczą nasze kubki smakowe i rozbudzą kreatywność malując wszystko na szaro. A wszystko przy akompaniamencie chrypiącego głosu Jeffa Bridgesa.
Po pierwsze primo - odpalasz nową płytę Jeffa "THE DUDE" Bridgesa - Sleeping Tapes. Zapadasz się w błogi, relaksujący i lekko psychodelizujący stan, mając z tyłu głowy, że te płytę można kupić za 200 dolarów na złotym winylu i słuchać na Twoich sennheiserach za 150 zł z Media Markt. Ale wracając - jesteś spokojny i gotowy na wszystko. Jutrzejszy powrót do rzeczywistości, do kubika w korpo oddala się nieskończenie daleko w czasie i przestrzeni. Jesteś tylko Ty i zachrypnięty głos Koleżki.
Jeff pokazuje ci kolorowankę z lat sześćdziesiątych, która pomoże Ci spojrzeć na siebie i Twoje tabelki w excelu z dystansem. Nie zapomnij pokolorować wszystkiego zgodnie z instrukcją! Jeszcze ktoś pomyśli, że wystajesz z szeregu i co wtedy?
Gdy już zamalujesz na szaro wszystkie strony, a Jeff zacznie szeptać Ci do ucha "Ikea, Ikea!", wiesz, że to pora, by przygotować sobie na jutro lunch, zjadany zaraz po briefie z klientem, z innej francuskiej korporacji. By zaimponować swoim kolegom w garniturach możesz skorzystać z foodhacków serwowanych przez znany skądinąd magazyn Vice. Mnie się szczególnie spodobał ten z przepłukiwaniem makaronu - to musi być niesamowity smak, coś zupełnie nowego!
Przygotowania na jutro zakończone, czas na wieczorno-niedzielne hobby. Jedni spędzają je na graniu w planszówki, inni marnują życie na facebooku czytając wynurzenia Halinek w grupach pokroju "Co Dziś Na Obiad ???", ty możesz być lepszy (przepraszam dziewczyny, ale brak wam narzędzi) i malować obrazy kutasem. Wiesz ile mogą być one warte? Sam Jeff by takie malował, gdyby tylko nie srał pieniążkami, za które mógł nagrać płytę, której właśnie słuchasz. Będziesz także mógł wtedy przyjąć ksywkę PRICASSO i malować swoje dzieła w 12 minut. Wyobraź sobie kosić chociażby tauzena za 12 minut pracy, marzenia, marzenia... Z drugiej strony, jeśli nie chcesz zmywać ze swojego Wacława farby przez 30 minut, zawsze możesz zostać kolekcjonerem tychże. Niekoniecznie takich odciętych innym mężczyznom, ale chociażby takich gumowych. Pan Jurek [ZOBACZ MEME] posiada już ich całkiem sporą kolekcję.
Czy to już zwidy? Czy to już sen? Koleżko, uśpiłeś mnie swą płytą. Nie wiem czy znaczy to, że była całkiem chujowa, czy że spełniła swoje zadanie. Niemniej, dobranoc.
2015-01-30 - o nowym facebooku, samobójstwach i małolatach oglądających świerszczyki
Czternaście groszy, tylko nie płacz proszę. Dzisiaj o Tym, nowym lepszym facebooku, gronie, które umiera, ale zmartwychwstaje, o porno (niespodzianka!) oraz o odlewach z brązu swoich ulubionych części ciała.
W świecie przeładowanych mediów społecznościowych - gdzie Facebook nie chce zdechnąć (chociaż może już niedługo, mam nadzieję przynajmniej) i jest zajebany zdjęciami dzieci Twoich koleżanek z podstawówki, które #nikogo, a Twitter to narzędzie do umawiania się na ruchanie - nadchodzi świeżość i wspaniałość, portal THIS. Z kropką. Wyobraź sobie portal społecznościowy, w którym nie ma tego całego syfu, tych foteczek dzieciaczków, tych śmiesznych obrazków z internetu, tych postów atencyjnych, chudych dupeczek, które są śliczne, a pierdolą farmazony o byciu grubymi, by zebrać lubiki, tych jebanych statusów z endomondo, które nikogo nie obchodzą, tych pseudomotywujących obrazków z funpaga tabletek na ból głowy. Tego nie będzie w This, głównie dlatego, iż dziennie użytkownik może wrzucić tylko jedną rzecz. I nie będzie tam komentarzy, by wybrać użytkownika, który najbardziej nie zna się, ale się wypowie. Będzie tylko guziczek "DZIĘKI", by wrzucający wiedział, że zszerował coś dobrego. I to jest przyszłość, WEB 1.5, koniec wolności słowa i pierdolenia 3-po-3. Tylko dobre rzeczy! Oczywiście o ile dostaniesz zaproszenie do tego zamkniętego grona. Hehe Grona *winogronka* ;)))
Jest też jeszcze inne ciekawe grono - ludzi, którzy robią sobie odlewy z brązu własnego anusa (przynajmniej nie jest to brzusio z gipsu, tu przesyłam oczko mojemu eks-koledze). Rzekomo to całkiem fajny prezent na walentynki dla ukochanego/ukochanej. Przynajmniej na zawsze go zapamiętają, a nie tam jakieś kwiatki, czekoladki czy wypad do kina na 50 twarzy Greya.
A skoro - dziwnym trafem, nie wiem jak do tego doszło - dobiliśmy do filmów porno, w Rosji smutna historia się wydarzyła. Dwunastoletnia dziewczynka rzuciła się z okna, z czternastego piętra i zginęła. Nie, nikt nie uprawiał nekrofilii, ty zboczeńcu. Wyskoczyła się po odbytej rozmowie z rodzicami, gdy ci sprawdzili jej historię odwiedzonych stron w przeglądarce. Przy okazji też sprawdzili telefon i poczytali parę sprośnych smsów. Policja nie ukrywa, że być może doszło do podżegania do samobójstwa. A gdyby tylko wiedziała czym jest tryb prywatny, ech!
Mogła też po prostu przeskoczyć od razu na wstrzykiwanie maryhuaniny. Według najnowszych badań regularne spożywanie jej nie wpływa w żaden sposób na zmiany w mózgu. W przeciwieństwie do alkoholu oczywiście. Koniec porno i wódeczki, czas na lolki.
Tymczasem na pożegnanie standardowy sucharek - Australian Open w tym roku miało wyjątkowego gracza, trochę przyciężkawy, a radę Djokovicowi dał. Do postrzelania!
2015-01-28 - o Pawle i Jarku, Ubisofcie, hejcie w sieci oraz parówkach
Trzynasty numer będzie przestrogą dla hejterów i tzw. bojowników o wolność słowa, wielki Jarek wam pokaże gdzie nienawidziciele zimują! Prócz tego kolejna wpadka Ubisoftu, który jak zwykle musi robić wokół siebie czarny pijar, Kim Kardashian, która jednak ma trochę poczucia humoru, wywijanie parówkami i bóg łucznictwa śmiejący się z Holiłudu.
Miałem wczoraj iść na hehe-debatę-hehe o hejcie w internecie, ale że choroba nie wybiera zostałem w domu. Na szczęście nic nie straciłem - w tak zwanym między czasie Jarek Kuźniar wpadł na gienialny pomysł ukrócający hejt czy też wolność słowa w sieci. Znany człowiek z TVNu pomyślał sobie, że skoro krzyczenie na hejterów nic nie daje, to naśle on na hejtera jego pracodawce. Cóż, pomysł genialny w swojej prostocie, kiedyś nasyłało się dyrektora szkoły na nastolatki obrażające papieża w internecie, dzisiaj Jarek idzie o krok dalej. Miejmy nadzieję, że mu się powiedzie, jest to o wiele śmieszniejsze niż Pawłoopydowe (pozdrawiam Pawła, sam mam u niego bana, już nie wiem nawet za co) banowanie wszystkich dookoła. Prócz Pawła banuje także Ubisoft, bez ostrzeżenia wycinając z Uplayowej biblioteki gry bogu ducha winnym graczom. Oczywiście jedynym prawidłowym wytłumaczeniem dlaczego to robią są pieniążki. Jeśli gracz legalnie kupił grę ze sklepu, który nie kupił kluczy bezpośrednio od Ubisoftu (np. znany i lubiany sklep G2A), może liczyć się z wyrzuceniem jej ze swojej biblioteki. Co nie jest złe samo w sobie, gdyby np. nie wyrzucało też gier z kluczami, które były zakupione prawidłowo, czy też chociażby ostrzegało zainteresowanych, że lecą w bambuko z Ubisoftem grając w gry z Brazylii w Polsce, kupione za ćwierć ich wartości. Francuzi zastrzegają się, że jeśli gra zostanie usunięta nieprawidłowo przywrócą ją na konto gracza, ale jak wszyscy wiemy to tylko Ubisoft, tam nic nigdy nie jest pewne. Dobrze, że przynajmniej możemy liczyć na Kim Kardashian, która potrafi śmiać się sama z siebie w najnowszej reklamie T-Mobile. Nikt się nie spodziewał poczucia humoru. A skorośmy przy nim - nadal nie rozumiem i nigdy chyba nie zrozumiem zachwytu nad Kobrą i Tigerem. Rozumiem, że bycie upośledzonym śmieszny niektórych ot tak po prostu, ale gdyby nie to, nikt by nie machnął na nich nawet ręką. Tym bardziej, gdy "śpiewają" taki szlagier jak ten ostatni - o cyckach, dupie i waginie. GET YOUR SHIT TOGETHER INTERNECIE! Nie zrozumiem też nigdy jak można robić taki food art i nie mieć za grosz poczucia żenuncji. Nawet ja jestem czasami zażenowany sobą, kim muszą być ludzie, którzy tworzą takie potworki? Dobrze za to, że istnieją ludzie, którzy mogą się czymś popisać, jak chociażby Lars Andersen strzelający z łuku jak największy zbrodniarz wojenny, dzielnie wyśmiewając hollywoodzki styl wypuszczania strzał. Zbieram szczękę z podłogi i biję pokłony do samych stópek - mam nadzieję, że kiedyś przynajmniej będę wywijał CSSami (xD xD xD) jak on łukiem. Albo chociaż parówką. No już ewentualnie mieczem, tocząc pojedynek na śmierć i życie z największym swym wrogiem.
A póki ciemna noc za oknem obejrzyj porno parodię Doktora Who na jutube (albo na Woodrocket). Razem z recenzją (SFW). Uwaga, będzie sexterminacja i River Dong. Ostrzegałem!
2015-01-26 - o szafiarkach, francuskim hiphopie i leczniczej mocy alkoholu
Odcinek apostolski, lekko opóźniony, ale nadal pyszny (jak Cezary). Terroryści porywający Japończyków, szafiarki pragnące śmierci w Kambodży, francuski rap polskich polityków i Zuckerberg z gówna. Musi być pysznie!
Gdy jesteś z Japonii, a Twoich kolegów porywają terroryści z ISIS nie możesz zrobić nic innego niż powiedzieć im, żeby spierdalali oraz... wyprodukować o tym tonę memów[2]. Wyobraźcie sobie, że porywają Polaków i ktoś robi o tym memy. Ten ból dupy... ech, rozmarzyłem się.
W Japonii robią fajne obrazki z internetu, a w Norwegii wysyłają blogerki modowe do obozów pracy w Kambodży. Oczywiście wszystko w ramach reality show, by te śliczne siedemnastki poznały trudy życia i mogły głosić piękne teksty o miłości, takie jak ten:
“I have this idea that so many people around the world are unnecessary, they are nothing and they do nothing all their life.”
Miejmy nadzieję, że ten program dotrze i do Polski - Maffashion czy Jessica Mercedes mogłyby się ładnie wylansować.
Tak jak lansuje się nasz Krul Korwin, który tym razem prócz założenia partii o swoim nazwisku, został także gwiazdą francuskiego hiphopu.
A skorośmy przy francuskich ekscesach - z filmowej adaptacji 50 twarzy Greya wyleciała scena, w której nasz główny BDSM-owiec wyciąga siłą tampon z niewinnej dziewczyny, by oddać się swym brudnym pociągom. Publiczność by tego nie zniosła, straszne rzeczy, krew, ruchanie, fuj. Na szczęście jest feminazizm wywracający cały powód wywalenia do góry nogami.
Dobrze, że można uratować się przed feminazi rakiem pijać alkohol. Według najnowszych badań pięć piw albo jedno wino spożywane codziennie nie są dla nas wcale szkodliwe. Wręcz są dla nas zdrowsze niż nie picie w ogóle! Szkoda tylko, że brzuszek rośnie równie mocno jak poziom wyluzowania. A mogłoby być tak pięknie, chlip.
Na pocieszenie można za to pooglądać Marka Zuckerberga zrobionego z gówna. KATSU - haker i artysta odpowiedzialny za to arcydzieło już wcześniej szkalował Marka Cukrogórę podbijając mu oko. No cóż, przynajmniej nie obraża największego z Polaków.
Północ wybiła, czas do łóżeczka. Życzę samych słodkich snów :))))