Podchodziłam do „Ostatniej godziny” bardzo pozytywnie. Muszę przyznać, że znałam historię przynajmniej w zarysie już wcześniej i bardzo chciałam zobaczyć, jak wypada po udoskonaleniu.
Pozostawia słodko – gorzki posmak.
W pierwszej kolejności chcę zaznaczyć, że podziwiam każdego, kto pisze książkę w parze. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś chce poprowadzić moich bohaterów lub fabułę w inny sposób, niż ja. Taka ze mnie Zosia Samosia. Na pewno było to wyzwaniem. Ponadto styl narracji jest bardzo dobry. Naprawdę słychać głos postaci. Podobały mi się również wolniejsze momenty lektury, jak np. wizyta Alexa w Anglii. Te sceny rozwijały go jako bohatera i dawały go czytelnikowi lepiej poznać od wrażliwszej strony. Brakło mi jednak takich scen. Uważam, że powinno ich być więcej w kontekście Mercy i Everetta na początku i, że to właśnie tam był czas na powolne rozwijanie akcji, budowanie napięcia, „normalności” końca świata i tego jak sytuacja na świecie się rozwija. Niestety tempo powieści właściwie ciągle pozostaje takie samo. I niestety nie jest to spowodowane istotnymi scenami w moim odczuciu. Uważam, że wymienianie rodziny Gilesa w tak późnym momencie opowieści, opowiadanie historii pani pracującej w muzeum i cały wątek TESSY właściwie są zbędne. Finał mi szczególnie nie przeszkadzał. Może i TESSA nie byłaby zbędna, gdyby wątek agencji był bardziej rozwinięty. Wydaje mi się, że jakby pójść z ą historią w taki totalny slow burn i wielowątkową historię to „Ostatnia Godzina” zyskałaby wiele. Pojawiło się wiele głosów, że powieść jest za wolna i na akcję trzeba czekać – to mi nie wadzi. Dla mnie im więcej takich przystanków, rozwijających postacie, tym lepiej. Ale jestem typem, który lubuje się w 'character driven stories' aniżeli tych 'plot driven'.
Teraz przejdę do spoilerów, gdyż muszę omówić pewne konkretne sytuacje, a nie chcę nikomu zepsuć zabawy. Zatem ostrzegam.
Finał mnie nie rozczarował ogólnie, poza tym, że po całej pogadance rozwiązało się wszystko w taki sposób, w jaki się rozwiązało. Nie oczekiwałam pogoni i wyścigów, zwrotów akcji. To bardzo spokojna lektura. Ale miałam nadzieję na zakończenie ostateczne. Świata. Oczekiwałam tego wręcz. Chyba wtedy ten cały spokój jeszcze bardziej by mi się wbił do głowy. Ten brak wielkiej kulminacji i napięcia byłby taki... Prawdziwy. Kojarzy mi się to w ogóle z takim wierszem, który omawialiśmy w liceum, a którego tytułu ani autora nie pamiętam. Opowiadał o pielęgnacji ogrodu chyba, lub byciu w ogrodzie generalnie, podmiot liryczny malował przed odbiorcą sielski obrazek, po czym okazywało się, że to świat po apokalipsie.
Druga sprawa to śmierć Everetta. Pokochałam tego bohatera. Przez co jeszcze bardziej dobiło mnie, gdy Mercy ostatecznie skończyła z Alexem. Liczyłam na wątek męsko – damskiej przyjaźni i porozumienia po przejściu czegoś wyjątkowego wspólnie, ale nie odczuwałam w tym potencjału romantycznego.
Jeszcze znalazło się trochę błędów stylstycznych lub logicznych (bohater zapala papierosa akapit po tym, jak przeszkadzał mu dym kierowcy w taksówce), ale uważam, że nawet jeśli autorki tego nie wychwyciły – korekta powinna. Z drugiej strony niech rzuci kamieniem, kto nie zwracał uwagi komuś albo nie odchodził na bok, jak dym mu leciał w twarz, a później na imprezce nie miał żadnych oporów przed zapaleniem... Także, może to było ukazanie takiej „hipokryzji”, to możliwe. Jednak jakoś tak to jednoznacznie nie wybrzmiało. I, żeby nie było, to nie jest ogromna wada całej książki. Litości, to dosłownie jeden akapit wśród 700 stron. Czepiam się tylko teraz tak dla zasady, ale to naprawdę ma małe znaczenie.
Niezwykle mocną stroną tej lektury są bohaterowie (chociaż po Mercy na początku spodziewałabym się większego sceptycyzmu i naukowego podejścia) oraz miejsce akcji. Nie mogę nie porównywać „Ostatniej godziny” do „Miniaturzystki” przez ten nieszczęsny Amsterdam. Co prawda, w obu powieściach przedstawione są inne czasy, ale mimo świetnego researchu do książki, brakowało mi takiej plastyczności w opisach. Nie mogłam poczuć tych miejsc. Z kolei małe, angielskie miasteczko było mi niezwykle łatwo naprawdę zobaczyć i poczuć, że jest unikatowym miejscem. W Amsterdamie, gdyby nie wstawki językowe, nazwy ulic i miejsc to bym mogła spokojnie sobie wyobrazić, że bohaterowie są w Londynie, Berlinie, czy gdziekolwiek indziej. To podkreślanie języka, jakim posługują się postacie i wtrącanie nazw miejsc jest oczywiście bardzo poprawne, jednak brakowało mi takiej niepowtarzalnej aury miasta.
Za ogromny plus uważam też relację Alexa i Mercy w momencie, kiedy uświadamiają sobie ostateczność całej sytuacji. Może nie odpowiada mi wątek romantyczny między tymi dwoma postaciami, ale poza nim ich relacja została dobrze zbudowana jako więź zupełnie innych, dopełniających się jednostek.
Bardzo szanuję autorki za napisanie książki, bo naprawdę wiem sama jakie to trudne w pojedynkę, a co dopiero jak można mieć inne poglądy na temat projektu. To nie jest też tak, że uważam, że książka jest zła. Jak wspomniałam – bohaterowie są prawidłowo wykreowani, pomysł na apokalipsę świetny, pewne spowolnienia fabularne (pozwalające na rozwój postaci) były moimi ulubionymi momentami, podczas gdy te mniej wnoszące już niekoniecznie. Potencjał był ogromny i mam wrażenie, że historia by zyskała, gdyby miała np. dwa tomy. Wydaje mi się, że wiele wątków personalnych i społecznych można by było rozwinąć, TESSA też stanowiłaby bardziej pasujące tło, przejście z jednej relacji do drugiej w przypadku Mercy byłoby powolniejsze i bardziej organiczne... Generalnie, jeśli ktoś kazałby mi wybrać jeden zarzut, powiedziałabym, że przeszkadzało mi najbardziej tempo. Nieścisłości malutkie w stylistyce raz na kilkaset stron czy papieros to naprawdę błahostki i nie wiem, czy gdybym nie czytała tej pozycji stricte w celu recenzji to czy bym je w ogóle wyłapała. Za to tempo lekko kuleje.
Mam nadzieję, że jeszcze dostanę w swoje ręce coś autorstwa Anny Bartłomiejczyk i Marty Gajewskiej. Uważam, że „Ostatnia Godzina” posiada ogromny potencjał i świetne postacie. Podobało mi się też zróżnicowanie językowe, zwrócenie uwagi na tę barierę i akcenty.
Reasumując, polecam przeczytać tak, czy inaczej. Warto wyrobić własną opinię, poza tym każde doświadczenie jest dodatnie, jeśli chcemy się z niego czegoś nauczyć.













