Zimą nie można płakać
Z Dominiką Gęsicką rozmawia Krzysztof Pacholak
Krzysztof Pacholak: Poznaliśmy się chyba w grudniu 2012 roku przy okazji premiery publikacji "Ja nie zabiłem", którą zrobiłaś w ramach Fotoprezentacji Towarzystwa Inicjatyw Twórczych "ę" z pomocą Agnieszki Rayss i Anny Nałęckiej. Co się u Ciebie wydarzyło przez te ponad 3 lata?
Dominika Gęsicka: Bardzo miło wspominam „Fotoprezentacje”, było to pierwsze wyróżnienie fotograficzne jakie otrzymałam i pierwsza taka praca nad projektem od momentu powstania idei do efektu końcowego, w tym przypadku publikacji. Od tamtego czasu wydarzyło się całkiem sporo: uczestniczyłam w Programie Mentorskim organizowanym przez Sputnik Photos, dostałam się na ShowOFFa i w związku z tym miałam pierwszą indywidualną wystawę podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie, zaczęłam studia w Instytucie Twórczej Fotografii w Opawie, uczestniczyłam w kilku wystawach zbiorowych, a ostatnio dostałam grant fundacji Ideas Tap i Magnum Photos na dokończenie mojego najnowszego projektu.
W sierpniu 2015 r. pierwszy raz pojechałaś do Longyearbyen, czyli najdalej wysuniętej osady ludzkiej na świecie. Co chciałaś tam zobaczyć?
Przeczytałam książkę “Białe” Ilony Wiśniewskiej, w której opisane jest takie codzienne, normalne życie miasteczka. Mnie - i myślę że większości osób - Arktyka kojarzy się z takimi poważnymi wyprawami polarnymi, żywnością liofilizowaną, odmrożeniami i niedźwiedziami polarnymi. Zafascynowało mnie to, że jest tam miasteczko praktycznie odcięte od reszty świata, gdzie ludzie postanawiają - z różnych powodów - się przeprowadzić. Czasami są to przyczyny zawodowe, czy też finansowe, ale często też chęć przeżycia przygody lub ucieczka przed czymś. Chciałam doświadczyć na własnej skórze, jak to jest być prawie na końcu świata.
Longyearbyen oprócz tego, że jest miasteczkiem górniczym, jest również popularnym celem turystycznym. Pewnie mnóstwo tam ludzi, którzy przyjechali na chwilę przeżyć przygodę, poczuć dreszczyk emocji związany z ekstremalnymi warunkami atmosferycznymi, nocą lub dniem polarnym albo bliskością niedźwiedzi. Z tego, co mówisz, Twoją ambicją było sprawdzenie, jak tam wygląda codzienne życie. Jak przestać być turystą w miasteczku, które ma dwa tysiące mieszkańców?
Ja chyba nie przestałam tam być turystą. Byłam tam dwa razy za każdym razem dwa tygodnie. Za tydzień lecę kolejny raz, tym razem na miesiąc. Podobno poziom wtajemniczenia liczy się tam w ilości przebytych nocy polarnych. Jak już masz dwie-trzy za sobą, to chyba przestajesz być turystą. Z drugiej strony wszyscy są tam przyjezdni - średni okres zamieszkiwania wynosi dwa-trzy lata, a co roku jedna trzecia populacji się wymienia, więc w sumie ciężko określić, kto jest tutejszy, a kto jest turystą. Na pewno staram się nie kierować „niezdrową ciekawością” i respektować zasady zachowania, które tam obowiązują. Byłam świadkiem jak turyści pozowali tam do zdjęcia z nabitą bronią skierowaną w stronę budynków mieszkalnych. Pan z wypożyczalni broni mocno się zdenerwował. Ze względu na obecność niedźwiedzi, jeśli wyruszasz poza miasteczko, to musisz mieć broń, ale to nie znaczy, że możesz sobie strzelać do kamieni. Dostajesz dziesięć nabojów i jeśli oddasz mniej, musisz się z tego tłumaczyć, a jeśli już się zdarzy, że zastrzelisz niedźwiedzia, to jest prowadzone śledztwo, czy na pewno działałeś w obronie własnej. Ja nie cierpię broni, boję się jej i jeśli chcę wyruszyć poza miasteczko, zawsze znajduję kogoś z bronią, kto ze mną pójdzie.
Kogo tam poznałaś? Czy w ogóle interesowały Cię pojedyncze historie? Pojedynczy bohaterowie?
Poznałam wiele osób, zarówno takich, co przyjechały podobnie jak ja tylko na chwilę, ale też takich, które mieszkają tam ponad dziesięć lat. Na jednym z moich zdjęć jest Julia - dwunastoletnia Tajka, która tam przyjechała z rodzicami. Zaprzyjaźniłyśmy się. Chodzimy razem na gorącą czekoladę i opowiada mi o problemach w szkole, prosi o porady w sprawach sercowych. W pamięci mi utkwiło jak powiedziała, że zimą nie można płakać, bo łzy zamarzają w oczach. Każda z poznanych przeze mnie osób to osobna, ciekawa historia, ale nie chcę żeby to była suma pojedynczych historii. Bardziej interesuje mnie magia tego miejsca: dlaczego tak przyciąga? Dlaczego się je kocha, pomimo że bywa tak nieprzyjazne?
Rozterki sercowe, płacz, przyjaźń, rodzina, chodzenie na gorącą czekoladę, mieszkanie tam przez dziesięć lat - brzmi zupełnie jak prawdziwe życie. Skąd tytuł projektu "This is not real life"?
Jedna z bohaterek książki Ilony Wiśniewskiej powiedziała: „prawdziwe życie to to nie jest”. Jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy. Pomimo, że jest tam szpital, szkoła, przedszkola, kościół, dom kultury, kilka naprawdę dobrych restauracji, to wszystko wygląda trochę jakby było zbudowane z klocków Lego. Na początku, kiedy zakładano Longyerabyen, była to tylko osada górnicza. Później postanowiono ściągnąć tam rodziny górników i stworzyć społeczność. Jednak nie jest to pełny przekrój społeczeństwa - wszyscy mają tam pracę, nie ma biedy, nie ma osób starszych, ponieważ nie mają zapewnionych żadnych świadczeń socjalnych. Możesz tam być, jeśli jesteś w stanie zapewnić sobie byt. Jeśli nie dajesz rady, musisz wrócić na kontynent. Jedna ze dziewczyn które tam poznałam mówi, że to jest bańka mydlana.
Co z konfliktami? Są widoczne na zewnątrz? Ze studiów antropologicznych pamiętam, że w takich niewielkich społecznościach żyjących w ekstremalnych warunkach, istnieją mechanizmy redukujące wyrażanie emocji. Pewnie z obawy, żeby ta bańka nie pękła?
Tak, też mnie fascynuje ten temat. Każdy ma tam broń, a w ogóle nie ma tam przestępczości. Największy skandal o jakim tam słyszałam to śladowe ilości marihuany w moczu kilku nastolatków, którzy właśnie wrócili z Amsterdamu. Między słowami dotarły do mnie opowieści o jakiś sprzeczkach sąsiedzkich, że ktoś jest za głośno, albo że ktoś naśmiecił na klatce schodowej. Raz też słyszałam, że ktoś komuś zarysował auto. Może jeszcze za mało wiem, a może sama świadomość, że jesteś na końcu świata sprawia, że nie przywiązuje się do pewnych spraw takiej wagi, że jest się bardziej wyrozumiałym, nie wiem…
Twoje zdjęcia z Longyearbyen mają wymiar nie tylko dokumentalny. Dużo masz abstrakcyjnych, surrealistycznych kadrów. Skąd ta potrzeba?
Tak jak wspomniałam wcześniej, najbardziej interesuje mnie magia tego miejsca, nie chcę opowiadać wprost, o tym jak wygląda codzienne życie miasteczka. Z drugiej strony to nie był do końca zamierzony zabieg - tam po prostu jest surrealistycznie, a przynajmniej ja się tam tak czuję. Ostatecznie to będzie również opowieść o mnie.
Portfolio: http://dominikagesicka.com
***
Rozmowa przeprowadzona 30 stycznia 2016 r.









