święta święta i po świętach
Nie wiem od czego zacząć tyle się wydarzyło przez ten ostatni tydzień.
Biotechnologię po raz pierwszy mieliśmy z prawdziwym wirusologiem! Bardzo przeżywał, że studenci leją na ten przedmiot i większość czasu byliśmy we troje + Virusolog. Całe ćwiczenia okey, jak zwykle wychodziła ze mnie Hermiona przy pytaniach... Od dawna już czekałam na zajęcia z Virusologiem, dlatego że chciałam z min współpracować w ramach pisania międzynarodowej magisterki. Ale czekałam na dobry moment, żeby go zapytać o współpracę, najlepiej po kilku zajęciach, jak już się poznamy, takie tam. Ale nie poszło po mojemu, w pewnym momencie zaczął po koleji pytać w jakiej dziedzinie się specjalizujemy na naszych studiach. Odsuwałam się jak mogłam, chciałam się schować w niewielkim tłumie 4 osób... nie udało się. Przyszła moja kolej, to opowiadam, że no w Polsce właśnei piszę jedną pracę bla bla... ale, ze drugą chciałabym z wirusologii. Virusolog popatrzył i mówi no to co u was tam na genetyce chcesz pisać tak? no a ja, że no nie. I tłumaczę, że chciałabym tutaj swoją pracę napisać, i czy no ewentualnie mógłby mi pozwolić z sobą pracować (tak, w przełożeniu takie zdanie udało mi się z siebie wykrztusić). Nie byłam pewna odpowiedzi, bo pierwszy ułamek sekundy reakcja Virusologa to było lekkie zdziwienie wymieszane z pewną dozą nieufności. Ale w końcu pokiwał głową z miną no jak najbardziej nie jest to zły pomysł “sure”. Pomyślę nad tematami konsultacje za tydzień.
MAM MĘSKIEGO VIRUSOLOGICZNEGO PROMO
Ogarnęła mnie nieokiełznana radość, tydzień później poszłam na moje pierwsze konsultacje, dostałam dwa tematy do wyboru, wstępnie dogadane. Teraz kwestia papierologi jak Polka może się załapać na pisanie pracy w Czechach. Ta kwestia jest w trakcie ogarniania
Wybrałam się z tej okazji pierwszy raz do Polski po 6 tygodniach życia w Czechach. Pokochałam moment przejeżdżania granicy kiedy wszyscy dostają sms’y z ramingowymi taryfami. :D W domu czekał na mnie nowy pieseł rodziców, uroczy szczeniak owczarka szwajcarskiego, który dostał wdzięczne imię Cirilla. Tak właśnie, zostało wybrane ze względu na przeważającą w domu liczbę fanów Wiedźmina. Nażarłam się ciasta, szynek i sałat, było pysznie, jak zwykle z resztą. Stosunkowo krótko byłam w domu, ale uważam to za bardzo udane święta :) Powrót do rzeczywistości nie był najgorszy, najgorsze było wstanie na 5 rano na PolskiegoBusa z powrotem do Czech, ale przeżyłam.
Wczoraj, tj. czwartek mieliśmy pierwsze zajęcia z Sone Fruits w sadzie, poszliśmy ciąć brzoskwinie. Pogoda była piękna ponad 20 st C. Słoneczko prażyło. Ale jak to ja szłam cały czas jedną stroną rządka przycinając gałęzie, poskutkowało to tym, że jak już wróciliśmy okazało się, iż opaliłam się na jednorękiego farmera. Na lewej ręce mam wypalony krótki rękawek i zegarek na nadgarstku xD. Do tego jeszcze trzeba zaznaczyć, już po skończonej robocie wkładając sekator do kieszeni tak się skaleczyłam, że całą drogę na wydział tamowałam krwotok z palca. Jak najgorsza ciapa, na sam koniec musiałam, no musiałam, inaczej nie byłabym sobą. Całe to cięcie ma jednak też dobre strony zabraliśmy sobie gałęzie z kwiatami do pokoju i teraz pięknie kwitną mi brzoskwinie w pokoju! Flakon zrobiony z butelki po Coli daje wiele do życzenia ale nie ma co wybrzydzać, poniekąd mam tu warunki polowe. :D