Wylewanie dziecka z kąpielą.
Jednym z glównych tematów powyborczych dyskusji stała się zapowiedź likwidacji (wygaszania) gimnazjów. Pomysł ten, co jakiś czas, pojawiał się w mediach, ale dopiero teraz zaczęto mówić o nim tak głośno i zdecydowanie. Czy rzeczywiście gimnazja są tak złe, że jedyne, co można z nimi zrobić, to je zlikwidować? W mojej ocenie NIE!
Początki gimnazjów nie były łatwe. Tworzono je przy dużym oporze środowiska oświatowego i na kontrze do pomysłów poprzedniej władzy. Eksperci pracujący przy reformie oświaty, wprowadzonej w 1999r., zakładali m.in., że liczebność klas gimnazjalnych nie będzie przekraczać 25 uczniów/ klasę; w szkołach będą pracować specjaliści, w tym psycholodzy i pedagodzy oraz inni terapeuci; a dominującą formą nauczania będzie “nauczanie przez działanie”, czyli na wybranych przedmiotach, głównie ścisłych (chemia, fizyka, biologia, geografia), lekcje miały być zorganizowane w formie zajęć laboratoryjnych. Dzięki temu uczniowie mogliby samodzielnie wykonywać różne doświadczenia i w ten sposób zdobywać wiedzę i umiejętności oraz poznawać świat. Idea, która przyświecała twórcom refomy była piękna, ale jak się okazało, niemożliwa do zrealizowania za sprawą polityków. Oni to bowiem dołożyli swoje “cegiełki” do tej idei... Niestety, poraz kolejny poszło o kasę, a bardziej o jej brak na realizację pomysłu pod hasłem “GIMNAZJA”, które zastąpiono hasłem “DYKTA”. Szkoły gimnazjalne miały być oddzielnymi placówkiami, ewentualnie mogły być tworzone przy liceach lub na bazie likwidowanych szkół technicznych. Miały one również zostać utworzone w zlikwidowanych szkołach podstawowych. O ile w większych miastach i ośrodkach realizacja tego pomysłu nie była problemem, o tyle już w małych miejscowościach tak. Gimnazja tworzono tam przy szkołach podstawowych. Ministerstwo Edukacji Narodowej kategorycznie tego zabraniało i nakazywało, aby “skutecznie” oddzielać dzieci z “podstawówki” od tych gimnazjalnych. Zaczęto więc prowizorycznie, tanim kosztem, dzielić szkoły. A że dykta była najtańszym materiałem (regipsy wtedy dopiero się pojawiały i do tanich nie należały), toteż powszechnie ją wykorzystywano. I stąd pojawiło się hasło “dykta”, jako synonim prowizorycznych zmian i eksperymentów na młodych ludziach. Ot takie nasze rodzime “kuriozum”... Zajęć laboratoryjnych nigdy nie wprowadzono - okazały się za drogie. Małoliczne klasy też przestały istnieć - były za drogie. Stopniowo likwidowano podział na grupy na językach obcych, informatyce, wychowaniu fizycznym lub zwiększano limity uczniów, aby taki podział dokonać. Zlikwidowano zajęcia praktyczne, a technika (dawniej zpt) stała się kolejnym teoretycznym przedmiotem, podobnie z plastyką i muzyką... Wszystko było za drogie... Kolejni ministrowie, niezależnie od opcji politycznej, “próbowali” “poprawiać” reformę oświaty. Różnie im to wychodziło. Zazwyczaj kończyło się na dobrych chęciach i milionach wydanych na ekspertyzy.
Początki zawsze bywają trudne i jak wprowadza się tak dużą zmianę, to błędy są czymś normalnym. Przez 16 lat istnienia gimnazjów tych błędów było wiele, ale też wiele się w nich zmieniło na lepsze. Nasi gimnazjaliści plasują się wśród najlepszych nastolatków na świecie. Szkoły stają się nowocześniejsze, coraz częściej korzystają ze zdobyczy cywilizacyjnych. Tablice interaktywne i inne multimedia stały się czymś normalnym w edukacji, nauczyciele częściej sięgają po nowoczesne metody i formy nauczania, podnoszą swoje kwalifikacje i umiejętności. Choć oczywiście wciąż jeszcze wiele jest do zrobienia i są też szkoły, w których dzieje się źle. Niemniej jednak gimnazja wrosły w nasze otoczenie, stały się ważnym elementem tworzącym społeczności lokalne i integrującym je. Dzięki zaangażowaniu różnych środowisk skupionych wokół szkół, szczególnie rodziców i pracowników oświaty, gimnazja stają się coraz lepsze i bezpieczniejsze. Czy jest zatem sens likwidować coś, co wymaga jedynie korekt? Likwidacja gimnazjów to najgorszy z możliwych wyborów. Wygaszanie jest mniej bolesne, ale również uwsteczni polską szkołę i wyrządzi wiele szkód. Kwestie fimansowe, związane choćby z koniecznością adaptacji budynków i pomieszczeń gimnazjalnych do potrzeb małych dzieci lub doposażenie szkół podstawowych, są ważne. Ale nie tak ważne jak dzieci i młodzież ucząca się w polskich szkołach - gimnazjach również.
Kiedy teraz słyszę zapowiedzi likwidacji gimnazjów, od razu przed oczami pojawia mi się hasło “DYKTA”. Bo niestety poraz kolejny okaże się, że zwycięży nasza rodzima “prowizorka” i chęć odwetu na konkurentach politycznych, a że przy okazji kolejne roczniki uczniów trzeba będzie uznać za “stracone”... No cóż, na wojnie zawsze jakieś ofiary muszą być. Na szczęście w naszych szkołach pracuje wielu specjalistów i świetnych pedagogów, dzięki którym tych “straconych” roczników nie było i mam nadzieję że nie będzie.
I tak na koniec jeszcze jedna refleksja. Gdyby ilość patologii w polskiej polityce, była taka jaka jest w polskich gimnazjach, to mielibyśmy najlepszych i najuczciwszych polityków we wszechświecie.