Kajakowe przypadki roku 2024. Przypadki własne. Część druga.
Następna wycieczka miała miejsce dopiero po jakimś czasie. Naszym celem stały się najwyższe klify nad Zalewem Szczecińskim znajdujące się w Lubiniu. Wydawało mi się, że klify na półwyspie Gnitz nad Achterwaaer są najwyższe, ale nie … tylko mi się wydawało. Być może to z powodu szlaku biegnącego znad samej plaży i powoli wspinającego się do góry, to znów opadającego w dół i tak aż do małej polanki, na skraju klifu, z którego rozpościera się piekny widok. I pewnie stąd ten mój zafałszowany obraz sytuacji. Zresztą cały szlak przebiega na skraju klifu, więc całą drogę można się zachwycać widokami.
Wracając jednak do Lubińskich klifów… Można wybrać wiele miejsc by zwodować kajak. Od przystani na Małym Wicku, Przytani Żeglarskiej w Wapnicy ( nowy obiekt powstały w ramach Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego w miejsce „Sekwanki”, która była portem wyłączonym z eksploatacji, chętnie odwiedzanym przez żeglarzy i wędkarzy), plaży znajdującej się obok przystani, poprzez keje przy Porcie Rybackim a skończywszy na miejscu, które my wybraliśmy. Była to niewielka plaża znajdująca się na końcu ulicy Skarpowej. Sama nazwa świetnie oddaje charakter tej ulicy - idzie się jak po skarpie. Cały nasz ekwipunek, załadowaliśmy na kajak i się zaczęło… Kiedyś ta droga mimo, że jest dość stroma nie nastręczała większych problemów, ale teraz stała się (co okazało się na jej końcu) dojazdem do budowy i utwardzono ją różnego rodzaju luźnym i twardym gruzem.A ja ją zapamiętałem jako błotną, nieco śliską, ale łatwą do poruszania się dróżkę… my w butach neoprenowych i klapkach obciążeni kajakiem pełnym sprzętu stanęliśmy w szranki z drobnymi i nie tak drobnymi kamieniami, które okazały się niemałym utrudnieniem. Jedynym pocieszeniem i obietnicą nagrody był przebijający się zza drzew widok na okoliczną zieleń pośród, której meandrowały niebieskie wody skąpane w promieniach słońca.
Z wielką radością i nie mniejszym bólem stóp powitaliśmy brzeg jeziora. Resztki małego pomostu wystawały tu i ówdzie z wody a śladów po sprawianiu ryb było bez liku. Leżące do góry dnem łódki i blaszany barak świadczyły o przeznaczeniu tego miejsca. Nie zabawiliśmy tu dłużej aniżeli trzeba było i po chwili wypłynęliśmy z tej otoczonej drzewami zatoczki na jezioro Wicko Wielkie. Niespiesznie powiosłowaliśmy w stronę wyjścia na Zalew.
Tego dnia pogoda była wręcz wymarzona, ciepłe powietrze nas otulało, nie było czuć wiatru na skórze a ponad nami rozpościerało się błękitne niebo na którym wysoko świeciło słońce. Na horyzoncie widać było chmury… które mogły przynieść ze sobą letni deszcz i nie można było się oprzeć wrażeniu, że niespiesznie zbliżają się do nas. Należy pamiętać, że Woliński Park Narodowy ma swoją granicę również na obszarze wody, można przyjąć, że znajduje się ona na linii : wieża lubińskiego kościoła – boja bezpiecznej wody MZ ( to pierwsza, widoczna spod klifów, biało-czerwona boja) i wiedzie kilkadziesiąt metrów w głąb Zalewu Szczecińskiego. Innym znakiem rozpoznawczym są rozstawiane na tej granicy, prostopadle do lądu, żaki (rybackie sieci rozpięte na tyczkach wbitych w dno). Wzdłuż brzegu jest wyznaczony szlak kajakowy aż do Wolina (na niektórych mapach go nie ma… a na niektórych jest). Udaliśmy się więc wzdłuż brzegu, pod tarasami Grodziska… dalej minęliśmy kamienistą plażę poniżej starego sadu. Dawno - dawno temu spędziłem tam zimną majową noc pod namiotem. Niesamowicie malowniczy widok z tego miejsca… wynagrodził moje zmarznięcie tamtej nocy. Siedząc przed namiotem rozpościerały się po horyzont wody Zalewu Szczecińskiego, a za sobą niemalże pionową ścianę gęsto porośniętą krzewami oraz drzewami. Cała ta, otaczająca mnie przestrzeń wypełniona była dźwiękami lasu przeplatanym z dźwiękami wody obmywającej ląd. Płynąc dalej mijamy ruiny starych betonowych pomostów, do których kiedyś przybijały niewielkie kutry pracujące na tych wodach. My oddaliliśmy się nieco od brzegu, by podziwiać wysokie klify, wystające z wody kamienie, krążące ponad nimi stada kormoranów oraz dzika wędrującego w górę stromego klifu. Płyneliśmy się niespiesznie słuchając dźwięków otaczającej nas natury w stronę Karnocic, czasem przestawaliśmy wiosłować całkowicie by nie zakłócać tego koncertu życia na styku lądu i wody.
W pobliżu boi M2 wskoczyliśmy do wody, niekoniecznie by się ochłodzić bo… woda była bardzo ciepła i przejrzysta, dno było piaszczyste, choć zdarzały się kamienie (czasem były to konkretne okaz). Póki klify górują nad wodą dno składa się głównie z piasku i niewielkiej ilości glonów porastających kamienie. Nie polecam kąpieli bliżej Karnocic … tam, gdzie kończą się klify a brzegi zaczyna porastać bujna roślinność i różnego rodzaju trzciny, dno staje się muliste i woda dużo mniej klarowna, może też dojść do naszych nozdrzy nieprzyjemny zapach tejże a myśl o zanurzeniu się w niej wydaje się mało przyjemna. Po kąpieli i małym kajakowym pikniku zdecydowaliśmy się wracać. Pierwsze chmury zdążyły napłynąć nad nasze głowy, promienie słońca było widać już tylko nad Przytorem i Łunowem.
Woda i niebo nad Zalewem były ciemne, zlały się ze sobą w jedną całość, trudno było określić gdzie się łączą… Nastawała coraz większą cisza a ptaki obniżyły swój lot… Był to piękny obrazek, trudny do opisania za to przyjemny do podziwiania… Rozsądek jednak mówił, że należy wracać, więc pióra naszych wioseł zaczęły intensywnie ciąć gładką taflę wody. Pamiętając znoszenie kajaka po ulicy Skarpowej, nie mieliśmy najmniejszej ochoty na powtórkę i to pod górkę… Podzieliśmy więc rzeczy między sobą, poskładaliśmy kajak, z cum zrobiliśmy prowizoryczne szelki i w ten sposób stał się kajak wybitnie niewygodnym plecakiem (po tym wypadzie odpowiedni plecak na kajak kupiliśmy). Nieco zmoknięci ale bardzo zadowoleni dotarliśmy do auta. Jak wiadomo … prócz kocyka (jak nawijał Łona) w aucie trzeba mieć kawałek grubej folii na kajak. To była świetna przygoda.
Jednak to jeszcze nie koniec bo niedaleko, też na kajaku dmuchanym tego dnia pływał nasz kolega Piotr. Na wodzie się nie spotkaliśmy, ale zostaliśmy zaproszeni przez niego i Justynę na herbatę. Kim jest Piotr? Jak sam napisał kiedyś łączy nas wzajemna sympatia i odrobina podobnych zainteresowań oraz grono znajomych. A co różni? O tym też napisał. Jeśli kogoś to interesuje, to odsyłam do książki: “Odłamki Gwiazd. Podróż do latarni morskich” autorstwa Piotra. I jest tam znacznie więcej ciekawych tematów niż to który z nas ma więcej a który mniej liter w nazwisku.









