(poniższy post został umieszczony na FB już jakiś czas temu, przez co kapkę stracił aktualność, ale z kronikarskiego obowiązku doklejam)
Miałem nie pisać o trykotach a tym bardziej nie ruszać tematu trykotów w kinie... Jednak w drodze wyjątku dziś wyrzucam na sekundę moje żelazne postanowienie do kosza.
Zacznijmy od cytatu:
"During a conversation with Entertainment Weekly about the new changes, Affleck revealed that Whedon’s scenes allowed Batman to “play the dynamics, the sexual tension with Wonder Woman,” among other contributions."
Batman i Diana. Wiecie, widziałem to sugerowane w komiksach, widziałem to i w TV, to nie jest głupie. Jakościowo ten lekko zaznaczony wątek potrafił funkcjonować tysiąckroć lepiej niż absolutnie zbędny acz istotny motyw z Clarkiem i Dianą w ostatnich latach.
To miałoby sens, ale... nie widzę tego w łapach tak niegramotnych twórców jak Snyder i przede wszystkim Whedon. Mój sentyment do Firefly (czy dobre acz słabnące wspomnienia z Buffy) nie zmieniają jednego, Joss nie umie pisać wątków romantycznych tak żeby nie wychodzić na chłopca, który chciałby żeby pewne rzeczy z jego fikcji przydarzyły mu się w życiu. Jednocześnie nie umie pozbyć się tego obrzydliwego przedstawiania kobiecej emancypacji tylko jako motywowane doświadczeniem cierpienia. Takie połączenie nieumiejętności w pisaniu i przedstawiania swoich postaci sprawia, że ostatnią rzecz jaką chcę widzieć w jego wykonaniu to Diana i Bruce z podkładem do "Sexual Healing" Marvina Gaye'a.
Whedon ten niesamowity talent do rozpieprzania takich wątków ostatecznie doprowadził do perfekcji przy Black Widow. Postać, która ograła się w oczach widzów i przez obecność samej Scarlet wydawała się pewniakiem do poprowadzenia solowego filmu. Cóż, po Ultronie nagle stała się osobą, której wątki należałoby zamieść pod dywan. Dzięki Joss, wal się na ryj.
Dziś żeby coś takiego się wydarzyło (w sensie solowa Natasha) musiałby zająć się tym ktoś jak Waititi, odcinający się dość grubą kreską od niewygodnej spuścizny wcześniejszych filmów i z minimum możliwości kompromisu między stylem myszki miki a własnymi pomysłami.
Różne rzeczy zniechęcają mnie do filmów na podstawie komiksów DC, od skupiania się na najnudniejszej kreacji tego uniwersum (tak, Batman, jesteś najnudniejszą, najbardziej przereklamowaną i przewidywalną papką komiksową jaką wciska się gawiedzi, nudzisz mnie bardziej niż komiksowy Hulk) po twórców, którym ciężko zaufać. I Wow, dziś stawka została podbita.
Mam nadzieję, że uda mi się unikać tego tematu przez następne kilka miesięcy.