Siedziałem sobie w autobusie
na przeciwko pięknych pań.
Chwilę na nie popatrzyłem,
zmrużyłem oczy, i rozmyślałem.
Były naprawdę piękne.
Nogi do nieba, długie proste włosy.
Potem przypomniałem sobie słowa mojej kobiety.
I to, jak się smuci,
że nie wygląda jak niektóre z pań.
Zacząłem się zastanawiać,
czego Jej brakuje?
Czemu tak siebie nie lubi?
Nie minęła minuta,
a damy zaczęły poprawiać włosy,
rumienić się, i dziwnie uśmiechać.
Głupie, pewnie myślały, że szepczę o nich.
kiedy tak naprawdę, mając Ją w myśli,
zacząłem na głos wypowiadać słowa,
jak bardzo jest dla mnie
najpiękniejszą kobietą na świece.
Reakcja była całkiem śmieszna.
Pokiwałem głową i uśmiechnąłem się do siebie,
nieironicznie.
Potem spuściłem wzrok, założyłem słuchawki,
i spojrzałem na swoją tapetę.
Szkoda, że nie wie, jak bardzo Ją kocham,
jak bardzo kocham to, że jest inna,
jak bardzo akceptuje Ją całą,
z wadami, kompleksami,
i zmiennymi nastrojami co minutę.
Żadna, nawet piękna kobieta z autobusu,
która wygląda tak, jakby chciała;
przecież nie może się do Niej równać.
Nikt nie może się do Niej równać.
Stanowczo stwierdziłem, że jest najpiękniejszym,
i najlepszym co mnie w życiu spotkało.
I nie chcę innej.
Chciałbym tylko Ją.