Dzisiaj widziałam posta na instagramie.
Podobno każde drzwi, które zamykamy za sobą jednocześnie prowadzą nas do czegoś nowego.
Jakiś czas temu, już sama nie wiem czy dawno, zamknęłam za sobą wyjątkowo ciężkie drzwi. Mahoniowe, zdobione, z rodzaju tych których nigdy nie jesteś w stanie domknąć w pełni. Nie było łatwo nie powiem - ktoś solidnie się nad nimi napracował by przetrwały największy potop i najazdy obcych wojsk. Trochę się bałam, że gdy je zamknę i odejdę nigdy już nie bede w stanie docenić tego jak piękne były.
A za drzwiami była ścieżka.
Z początku zapowiadała się dość ponuro, próżno było szukać zieleni, ubita twarda ziemia rzęziła mi pod stopami i wzniecała kurz. Wokół otaczała mnie pustka i szalała cisza, nieznośna, uporczywa męczyła moje uszy. Ale za mną nic już nie było. Musiałam iść. Musiałam brnąc w przód.
Droga była długa i męcząca, co rusz potykałam się o własne nogi i niewidzialne kłody pojawiające się znikąd. Czasem widziałam błysk złota w oddali, tak jakby w słońcu parzącym moją skórę odbijały się emblematy z mahoniowych drzwi. A każdy błysk był tylko złudzeniem. Nie wiem jak długo szlam w nieznane i skąd czerpałam siły by przeć naprzód - może napędzała mnie myśl, że skoro wiem co zostawiam za sobą, mogę liczyć na coś lepszego przede mną?
Gdzieś w trakcie wędrówki, zauważyłam skrytą ścieżkę odbijającą w lewo. Była blada, mało uczęszczana ale zaraz przy skręcie rosło jedno źdźbło zielonej trawy. Tęskniłam za zielenią. Przekonała mnie.
Ścieżka była łagodniejsza, delikatnie opadająca w dół nadawała lekkość moim krokom. Z każdym oddechem powietrze stawało się czystsze a po bokach zauważałam pojedyncze kwiaty którymi napawałam oko. Nagle poczułam ekscytacje. Nie musiałam trzymać się już wyznaczonej trasy, mogłam zacząć zrywać kwiaty i zatopić gołe stopy w miękkiej trawie. Mogłam biec bez obaw, że się potknę i słuchać wciąż dalekiego lecz wyraźnego śpiewu ptaków.
Jeszcze nie doszłam do końca.
Wciąż nie wiem co mnie tam czeka.
Ale z jakiegoś powodu cieszę się każdą chwilą na nowej drodze bo z każdym krokiem wydaje mi się ona piękniejsza. Czasem trafiam na trujące grzyby. Wyrastają po deszczu zaburzając mi obrazy.
Ale powoli zaczynam już je odróżniać. Uczę się je wymijać i sięgać tylko po te smaczne.
Czasem wspominam te stare drzwi. Myśle czy jeszcze kiedyś zajrzę do środka.
Ale wiem też, że mnie ograniczały.
Że ta ścieżka wraz z nieznanym końcem była mi pisana.
I w gruncie rzeczy się cieszę.
Jakkolwiek się nie skończy.
Podróż to najpiękniejsza strona życia.