Dzień -33...
...teraz wiem, bo specialnie stworzyłam zegar.
Dzisiaj jest wyjatkowy dzień, który zasługuje na wpis, bo byłam z wizytą u pana konsula USA, aby porozmawiać o tym jaką wspaniałą obywatelką Polski jestem, jak bardzo kocham mój kraj i chętnie do niego zawsze wracam, a także jak bardzo od przemocy wolę mięciusie kotki, smyrać ręką trawę i śmiać się do sałatki.
Zawsze myślałam, że jeśli pojadę do USA to na minimum miesiąc, zrobię sobie przerwę od życia, wynajmę auto i porządnie pozwiedzam. Wydawało mi się, że krótszy wyjazd się nie opłaca. Za daleko, za długi lot, za drogo, za dużo zachodu z wizą. A potem Buzz zaproponował, że mnie wyśle i zapłaci za wizę, a 540zł piechotą nie chodzi. (Ha! Widzicie? Mój wpis będzie pełen pożytecznych informacji, teraz już wiecie ile kosztuje wiza do USA. <kiwa głową z poważną miną>)
Zanim w ogóle weszłam do konsulatu to już odwaliłam manianę...
Ale potem wszystko poszło zadziwiająco łatwo. Najpierw kontrola bezpieczeństwa, potem dostajesz naklejkę na paszport od miłego pana i zostajesz skierowany do właściwej kolejki (podział na wizy emigranckie i nieemigranckie), gdzie przechodzisz kolejno przez trzy okienka - okienko, gdzie sprawdzają paszport i dokumenty, okienko do zebrania odcisków palców i okienko z konsulem.
Transmisja z mojej głowy, gdy stałam w kolejce do okienek:
Miałam na tyle dużo czasu w kolejce, żeby się skołczować: “Agata, odpowiadaj krótko na pytania. Bądź spokojna. Najlepiej nie okazuj emocji. Oddychaj.” Zastanawiam się jakby wyglądała ta wizyta, gdyby mi serio zależało na tej wizie. Może tak samo, może mam w głowie tylko dwa stany: apatia albo nerwica. (żart) (w dużej mierze żart)
W pierwszym okienku siedziała bardzo miła pani, która wzięła mój paszport i spytała się mnie w jakim celu chciałabym pojechać do Stanów. Zaczęłam tłumaczyć, że wyjeżdżam na wakacyjny staż... i tutaj pani mi przerwała, że jak jadę w ramach stażu to powinnam złożyć wniosek o wizę stażową, a nie o Bussines/Travel. UPSSSS. Żołądek miałam gdzieś w okolicy kolan. Zaczęłam tłumaczyć, że ten staż będzie w Londynie, ale główna siedziba firmy jest w Nowym Jorku, że to tylko na tydzień pod koniec stażu. Pani powiedziała, że w takim razie to dobry rodzaj wizy, a potem jeszcze dwa razy potwierdziła ze mną, że nie będę odbywała całego stażu w USA. Poradziła, żebym to dokładnie wytłumaczyła konsulowi, a wszystko będzie w porządku.
Tak się zestresowałam, że jak podeszłam do drugiego okienka, żeby zebrali odciski palców, to później pan mi dał ściereczkę i kazał wyczyścić aparaturę. Serio. :D
W trzecim okienku czekał pan konsul, wisienka na torcie. Byłam już super zestresowana i przysięgam, że ziomek się lekko uśmiechał ze mnie jak mówił mi “good morning”. Nie śmiał się ze mnie, on się uśmiechał ze mnie. Tym razem ładnie wyjaśniłam cel mojej wizyty - mówienie po angielsku czasami mi lepiej idzie niż po polsku, kto by pomyślał...
Spytał się mnie z jakiej firmy ten staż, więc mówię, że Buzz.
On: Oh, nice! And what will you be doing on your internship? Ja: I'm studying CS and will probably work on the website or implement more quizzes like "What kind of pizza are you?" and stuff like that. Fun, fun, fun! Mój mózg: Serio, Agata? Serio? FUN FUN FUN? On: (uśmiecha się) Ok then, your visa application is approved. Ja: WHEEEEEEE :D :D THANK YOU :D :D HAVE A GOOD DAY :D On: Um, you too. Mój mózg: CZY TY SERIO WŁAŚNIE RYKŁAŚ WYSOKO "WHEEEEE" NA PANA KONSULA
👆🏼 Ja i pan konsul.
A potem jak normalny człowiek poszłam do Łazienek, by zawiązać buta przy krzakach i odzyskać swoje słuchawki.









