No elo, dawno mnie nie było, część 1
Zgubiłam się w liczeniu dni. A TYLE SIĘ WYDARZYŁO. Zgubiłam ciągłość opowieści, ale postaram się ją znowu podjąć tam, gdzie ostatnio skończyłam.
Dzisiaj nie będzie obrazków, bo mam słaby internet.
Pozwólcie, że opowiem Wam jak płakałam w pracy w toalecie w Nowym Jorku.
Pierwsze dni w Nowym Jorku były ciężkie. Byłam zmęczona po 8h podróży samolotem i stresem z tym związanym. Zmiana czasu powodowała, że o 16 czasu lokalnego robiłam się zmęczona (22 czasu polskiego). Nowe biuro, gdzie nawet nie wiesz gdzie toaleta, nowi ludzie... zamiast podejść do tego jakoś z luzem i humorem to wszystko mnie stresowało.
Zaczęło się kiepsko. Przyszłam do biura i nikogo jeszcze z mojego zespołu nie było, więc siedziałam na podłodze przy windach przez 20 minut i czekałam aż ktoś mnie wpuści do przestrzeni biurowej.
Zawsze w poniedziałki i środy są serwowane obiady w każdym biurze w buzzfeedzie. W poniedziałek nikt mi nie powiedział, że jest gotowy lunch, a że nie jest to moje normalne biuro to nie dostałam powiadomienia na maila. Dopiero jak zobaczyłam, że inni jedzą przy biurkach to się zorientowałam, że trzeba zejść na doł do stołówki. Było mi przykro, że nikt w mój pierwszy dzień nie chciał ze mną zjeść lunchu. Sama nikogo nie znałam, więc było mi głupio wyjść z inicjatywą. Potem wróciłam przygnębiona do domu i Ben (drugi stażysta, pamiętacie jeszcze?) ratował mnie jedzeniem na wynos, bo nawet mi się nie chciało nigdzie wychodzić i zwiedzać.
Drugiego dnia rano rozmawiałam z Olą z Londynu o moim pierwszym dniu i tak mi się przykro zrobiło, że to tak wszystko beznadziejnie wygląda, że się czuję taka mała, że nie umiem się odnaleźć, że aż trochę mi łezka poleciała i starym dobrym zwyczajem poszłam się schować do toalety. Dobrze mi to zrobiło. Wzięłam się potem w garść i zapytałam innych stażystów z NYC czy nie chcą zjeść wspólnie lunch. Chcieli. :) Było potem trochę lepiej. :)
Trzeciego dnia rozmawiałam z Rowan, koleżanką Oli, która się okazała fantastycznym rozgadanym heheszkiem. :) Jeśli kiedyś oglądaliście film z bohaterem, który jest mega pewny siebie, zagaduje do przechodniów, śmieje się sam z siebie, ale też z innych - to jest Rowan. Jest głośna, nie przeprasza za to kim jest i nie sposób jej nie polubić. Właśnie takiej energii mi brakowało. Dała mi takiego energetycznego kopa, że po spotkaniu z nią stwierdziłam CO MI SZKODZI i ustawiłam sobie osobne spotkania z Jamesem i Chrisem - dwoma bardzo doświadczonymi inżynierami na kierowniczych stanowiskach. Takimi szyszuniami.
W czwartek rano miałam rozmowę z Chrisem, podczas której mówiliśmy o tym w jaki sposób budować społeczność internetową, co przyciąga ludzi do danej platformy, dlaczego ludzie spędzają więcej czasu na Facebooku a nie gdzie indziej. Bardzo fajna rozmowa. Największa rzecz, którą wyniosłam to że trzeba próbować różnych rzeczy, badać rezultaty i wyciągać wnioski. Nikt na świecie nie wie jak budować firmę taką jak BF, bo nie ma takiej drugiej firmy.
Potem wieczorem rozmawiałam z Jamesem i już byłam mega zmęczona, więc nie rozmawialiśmy na jakieś super głębokie tematy, bardziej taki small talk, żeby się poznać. Mam wrażenie, że wszystkie techniczne osoby są bardzo wyluzowane i mają czas na rozmowy z ludźmi. James się mnie spytał z kim chciałabym najbardziej porozmawiać, a nie miałam jeszcze okazji. Bez chwili zastanowienia (a mogłam jednak przewidzieć co się wydarzy potem) powiedziałam Dao, na co on powiedział, że zobaczy co się da zrobić.
O SŁODKI JEZU. Teraz chwila przerwy, bo musicie zrozumieć kim jest Dao. Dao jest Szychą. Dao odpowiada bezpośrednio pod CEO i ma wpływ na wszystko co się dzieje w firmie. Na każdym najważniejszym spotkaniu jest Dao.
No więęęęęęc... w czwartek wieczorem James mi pisze, że zagadał do Dao i że ona chętnie się ze mną spotka, więc mam do niej napisać. Drżącymi paluszkami piszę do Dao, że hej, jestem tą stażystką, o której wspomniał ci James. Chętnie się spotkam. Widzę, że masz w kalendarzu wieczorne spotkanie dla stażystów, więc jeśli nie uda nam się spotkać 1:1 to chętnie porozmawiam z tobą podczas tego spotkania. Mniej więcej coś takiego. Bo wieczorem było w firmie takie biletowane spotkanie dla stażystów, z prelekcjami jak wyciągnąć najwięcej ze swojego stażu, itepe, itede. Ale to było po północy czasu polskiego, ja zużyłam swoje baterie na poprzednie spotkania, więc słaniałam się na nogach. Rozejrzałam się po sali, ale nigdzie nie widziałam Dao, więc napisałam jej wiadomość, że źle się czuję i że muszę wyjść wcześniej z tego spotkania.
Wróciłam do mieszkania, żeby trochę odpocząć, ale oczywiście jet lag jest wrednym skurczybykiem, więc nie mogłam zasnąć. Leżałam bezsennie aż wrócił Ben, więc mu podekscytowana mówię, że chyyyba będę miała spotkanie jutro (w piątek) z Dao i że omg omg omg (mamo, “omg” to skrót od “oh my god” czyli “o mój boże”), na co on: “OLAŁAŚ DAO?”
Ja: “Co?” Ben: “Powiedziałaś Dao, że jesteś zmęczona i poszłaś sobie do domu? Hahahaha” Ja: “Co...? Nie... Ej...”
Bo dla mnie większą oznaką braku szacunku jest pójście na spotkanie i bycie nieżywym niż odwołanie go.
Ale oczywiście jak to usłyszałam to się zestresowałam razy milion, że obraziłam drugą najważniejszą osobę w firmie. :D
Po nieprzespanej nocy przyturlałam się do biura. W piątki zawsze jest śniadanie w każdym biurze. Zjadłam bajgla i ledwo usiadłam przy biurku, a tam wiadomość od Dao. Przysięgam, jakby miała kamerę i dokładnie widziała kiedy siadam. Wiadomość brzmiała czy mam teraz czas. Wiadomka, że mam, Dao, dla pani wszystko. Druga wiadomość od niej - ok, to widzimy się w stołówce.
W skrócie - AAAAA MIAŁAM SZANSĘ POROZMAWIAĆ Z DAO, GDY JADŁA SWOJEGO ŚNIADANIOWEGO BAJGLA! I TO SPOTKANIE BYŁO NAWET LEPSZE NIŻ OCZEKIWAŁAM.
Chyba nigdy nie spotkałam osoby, która potrafiłaby w jednym zdaniu powiedzieć to, na co ja potrzebuję zazwyczaj całego paragrafu. Ta kobieta jest jak laser. Nie bawi się w small talk i rozmowy o pogodzie. Po dwóch pierwszych zdaniach wiedziałam, że rozmawiam z mega inteligentną kobietą.
Na samym początku Dao wypytała mnie kim jestem, co studiuję, kiedy kończę studia itd. Potem porozmawiałyśmy trochę o byciu dobrym liderem. Dao powiedziała, że młodzi ludzie mają takie przeświadczenie, że lider to jest osoba, która powinna być nad zespołem, powinna być mądrzejsza niż reszta, powinna być wzorem i niezachwianie kierować. Że jeśli chcesz być liderem to musisz być (i tutaj użyję polskiego kolokwializmu, bo Dao to powiedziała ładniej) mega ogarnięty życiowo. A wcale tak nie jest. Ona się sama uczy od swojego zespołu.
Ja: “Dao, rozmowa z tobą jest totalnie poza strefą mojego komfortu.“ Dao: “Ok, a dlaczego ze mną rozmawiasz?“ Ja: “Bo stwierdziłam, że najgorsza opcja jest taka, że zrobię z siebie głupka, ale wtedy trudno, za miesiąc mnie tu nie będzie.“ Dao: “No właśnie. To jest właśnie oszacowanie ryzyka. Możesz wiele zyskać z tej konwersacji, a tak naprawdę niewiele stracić.“
!!!
Nigdy w życiu świadomie nie myślałam o ryzyku decyzji jakie podejmuję. Że może faktycznie czasami nie ma czego się bać? :D
Rozmawiałyśmy też o podejmowaniu decyzji. Dao podzieliła decyzje na “one door” (jednokierunkowe) i “two door” (dwukierunkowe). Jednokierunkowe to takie, które podejmujesz i, jakbyśmy to po polsku powiedzieli, klamka zapadła. Sprzedaż domu. Adopcja dziecka. Będzie ci bardzo trudno odkupić dom albo oddać dziecko, jeśli zmienisz zdanie. Na szczęście większość decyzji w życiu jest dwukierunkowa - możesz sprawdzić czy dana decyzja była dobra i potem się z niej wycofać, jeśli wynik ci się nie spodoba. Możesz podjąć nową pracę. Możesz wyjechać z kraju. Możesz zmienić kierunek studiów. Wszystko to są poważne decyzje, ale dwukierunkowe.
Serio, to było 20 minut rozmowy, a mam wrażenie, że Dao tam zmieściła przynajmniej trzy lekcje.
Potem o 12:00 było spotkanie całego technologicznego zespołu (wszystkich programistów, ludzi zajmujących się danymi, managerów projektów itd.), na którym była serwowana pizza i jest to ważna informacja, ponieważ to był mój ostatni posiłek tego dnia. Potem do 15:00 programowałam, bo miałam jedną ważną rzecz do skończenia. Której i tak nie skończyłam, trolololo. W każdym razie potem musiałam iść na pociąg, który zabierze mnie na kolejkę na lotnisko.
Po wyjściu z biura stwierdziłam, że przejdę się 20min na stację i tym samym zrobię sobie ostatni spacer po Nowym Jorku. Jakoś 5 minut po podjęciu tej decyzji zaczęło lać. Momentalnie byłam cała przemoczona. Nie było sensu szukać schronienia, więc w ulewie dreptałam na pociag. Nowy Jork nie był dla mnie łaskawy podczas mojego pobytu, a potem na koniec pożegnał mnie klapsem w tyłek.
Jak dotarłam na stację po 35minutach to potem przez kolejne 25min szukałam dobrego pociągu, bo oczywiście jest kilku przewoźników i każdy musi mieć swoją tablicę odjazdów i przyjazdów - tylko że schowaną. Zaczęłam już nieźle panikować. Jak w końcu (wciąż cała mokra) wsiadłam do pociągu to ten jakoś dziwnie nie chciał odjechać. Dostałam powiadomienia na telefon, że mam na siebie uważać, bo w moim rejonie jest powódź. XD Hahaha. Serio, Nowy Jorku. SERIO?! Wypuść mnie, nie możemy być razem, ta relacja jest toksyczna.
W końcu pociąg ruszył. Ja już nie jestem pewna czy zdążę na swój samolot. Nie jestem pewna czy stać mnie, żeby samej sobie kupić kolejny bilet do Europy. TROLOLOLO. W pociągu tłok. Jestem zestresowana tak samo bardzo jak mokra. Przychodzi pani konduktorka i sprawdza bilety. Pokazuję jej swój bilet na metro.
Konduktorka: To nie jest dobry bilet. Ja: (obraz nędzy i rozpaczy) Jak to...? Pani na stacji mi powiedziała, że dobry.
(Mniejsza z tym, że to była zaczepiona pani na stacji jak szukałam pociągu, a nie żadna pracownica kolei)
Konduktorka: To nie jest dobry bilet.
Po czym sprawdziła bilety innym i sobie poszła.
Ohoooo... no to albo wróci z jakąś strażą kolei, albo mi się upiekło.
Nie wróciła, a ja na następnej stacji wysiadłam.
Na lotnisko jakoś udało mi się dojechać bez przygód. Ale zostały tylko dwie godziny do planowanego odlotu mojego samolotu.
Najpierw czekam w kolejce do maszyny, która wydaje bilety lotnicze. Potem czekam w jeszcze dłuższej kolejce na zarejestrowanie i oddanie bagażu. W kolejce czytam na bilecie, że została mi godzina do wejścia na pokład samolotu. A ja jeszcze nie oddałam bagażu i nie przeszłam przez kontrolę. I nie mam pojęcia jak wielkie jest lotnisko JFK i czy daleko mam do bramki. Stres. Stres stres stres stres. Jakoś oddaję bagaż, jakoś przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa, potem bezproblemowo wchodzę do samolotu.
Samolot jest w 2/3 pusty, z czego dużo osób dostało “upgrade” do klasy premium, więc rozsiadam się jak dama i zajmuję dwa miejsca przy oknie w klasie ekonomicznej. Nawet mi nie jest przykro.
Jest 19:00 czasu lokalnego. Siedzę, emocje opadły, zaczynam czuć głód. Na szczęście na lotach długodystansowych są dwa darmowe posiłki.
Nagle znowu zaczyna lać deszcz. Tak jakby ta sama wielka chmura przywędrowała ze mną ze stacji Penn Station, tylko że działa na przycisk on/off. Pilot mówi, że nie możemy wystartować w taką pogodę. No nic, nic na to nie poradzę. Włączam sobie odcinek The Office na monitorku przede mną i staram się ignorować burzę i burczący brzuch.
Po dwóch odcinkach The Office wciąż jesteśmy na ziemi. Włączam sobie film “Love, Simon”.
Cały czas pada, ale już nie grzmi i nie widać błyskawic. Ustawiamy się w kolejce do startu. Pan pilot mówi, że trzeba będzie poczekać, bo się zrobiły opóźnienia, ale że postara się jak najszybciej wystartować. Dalej leci “Love, Simon”.
Minęły dwie godziny w samolocie. Startujemy. Jesteśmy cały czas w fazie wznoszenia się, aż nagle zaczynają się turbulencje. Nawet nie wiem czy mogę to nazwać turbulencjami. Trzęsie nami okropnie, a potem zaczynamy przez kilka bolesnych sekund SPADAĆ. Jak na kolejce górskiej - czuję, że bezwiednie spadam w dół. Potem znowu trzęsie i znowu spadamy. Myślę sobie: “Jesteśmy zbyt nisko, żeby sobie tak spadać... Czy my zaraz w coś nie walniemy?” I zaczynam cicho płakać. Jestem zmęczona, niewyspana, wciąż trochę mokra, od tygodnia nie miałam dnia bez stresu... Myślę, że serio jest szansa, że niedługo umrę. Jest mi smutno, że ani razu nie zadzwoniłam do rodziców albo Dorki z Nowego Jorku.
Ale - niespodzianka! - nie umarłam. W końcu wszystko się uspokaja i stewardessy serwują jedzenie. Otwieram swój makaron z pomidorami i szpinakiem. Zapach jest tak intensywny, że mnie mdli. Biegnę, zamykam drzwi i wymiotuję na ścianę łazienki resztki czegoś, co miałam w żołądku. Na szczęście nie było tego dużo. Niech będzie to świadectwem jak dobrze mnie rodzice wychowali, bo biorę ręczniki papierowe i zmywam najpierw na mokro, a potem na sucho, co nabrudziłam. Nie mogłabym się czuć bardziej Glamour niż podczas tego powrotu z Nju-Jork-Sity. Heh.
Nie jestem w stanie nic zjeść, ale stewardessa poi mnie na przemian ciepłą herbatą i zimnym gazowanym napojem imbirowym. Oba pomagają. Stewardessa proponowała alkohol, ale jakoś nie byłam chętna.
Robi się północ. Nie jestem w stanie zasnąć z głodu. Nie jestem w stanie jeść z mdłości. Najchętniej katapultowałabym się stamtąd prosto do oceanu. Dawno skończyłam “Love, Simon” (porządnie zrobiony film dla nastolatków, polecam), więc odpalam “The Disaster Artist”. Film się kończy, bolą mnie oczy, więc leżę i dogorywam, popijając napój imbirowy. HAJ LAJF. A wy co, dalej jeździcie na wakacje do Mielna? Bo ja ostatnio spędziłam tydzień w ju-es-ej i świetnie się bawiłam.












