Fiołkowy (opowiadanie)
Rano Maryla przyszła do kuchni napić się kefiru i dokonała niepokojącego odkrycia. Na różnokolorowych karteczkach typu post-it, poprzyklejanych do lodówki między magnesami, listą zakupów a telefonem do przychodni, widniały wszystkie najgorsze rzeczy, jakie członkowie rodziny Maryli, jej znajomi, czy całkiem obcy ludzie kiedykolwiek o niej pomyśleli.
Niektóre karteczki były pomięte, jakby ktoś długo trzymał je w kieszeni, do której przecieka deszcz i sos z obiadu w taniej restauracji. Inne, o prostych brzegach, posiadały ślady schludnego złożenia wpół...
Pierwsze zdanie, jakie Maryla przeczytała, było przymocowane do drzwiczek lodówki za pomocą magnesu-słoneczka. Zamaszyste, kobiece pismo roiło się od pretensjonalnych zawijasów. Maryla pokręciła nosem i spochmurniała, rozpoznając fałszywy rys charakteru swojej obecnej przełożonej.
"Te fiołkowe szmaty w ogóle do niej nie pasują. Nie ufałabym dziwce".
W rzeczy samej, Maryla uwielbiała fioletowe ubrania. Do tej pory sądziła jednak, że dobiera je w sposób umiarkowany i przyjemny dla oka.
Nad kartką wisiała kolejna, zapisana maczkiem w stylu ojca Maryli. Słowa nawciskano z furią w kwadracik post-ita.
"Mogłaby celować wyżej, ale jest zbyt leniwa. Anita, choć młodsza, bardziej nam się udała. Od lat widziałem te różnice, mówiłem: z Anity będą ludzie, a Maryla to inna sprawa. To samo z ocenami w szkole. U jednej wieczne problemy i skargi, wezwania, wstyd przed rodzicami; Anitka za to była prymuską. Czerwony pasek rok w rok, człowiek nigdy nie musiał niczego dwa razy powtarzać…”
Na kolejnym zmiętym świstku widniał tylko jeden wyraz, który dojechał na kroplach tuszu aż do granicy papieru. Tym razem Maryla nie rozpoznała charakteru pisma.
"Kluchowata".
"Szczupakowata", głosiły obłe litery z kolejnej fiszki.
– No to jaka w końcu? – wymamrotała Maryla, która byłą już poirytowana tym rozstrzałem opinii.
Dalsze notatki prezentowały zróżnicowany wybór niepochlebnych refleksji na temat Maryli.
"Widziałeś to coś?"
"Zero refleksu."
"Nie ma gustu do muzyki."
"Jedna z naszych najbiedniejszych klientek."
"Nijaka."
"Musiałem z nią skończyć, bo przypominała mi siostrę”…
Pismo jej byłych chłopaków było czytelne, kreślone eleganckimi i uważnymi ruchami piórka. Przelotnych kochanków zaś – niedbałe, o wyrazach nie dopisanych do końca, bazgranych w rozdygotanym pośpiechu.
Jeszcze tego popołudnia Maryla przyłożyła głowę do poduszki i przyśniło jej się, że idzie pod rękę ze swoją przełożoną, panią K. Sen był jasny i sztuczny. Mijały gładko przystrzyżone pagórki i niezasnute szczegółami pola. Szefowa powiedziała:
– Traktowałabym cię poważniej, ale te fiołkowe szmaty nie pozwalają mi na to.
Marylę wybudził z koszmaru dźwięk piszczącego z bólu robaczka, na którego nadepnęła pani K. Rozpołowiony robak przykleił się jej do mokasyna i pisnął:
– Ja też was nienawidzę.
Zaśliniona poduszka zsunęła się z kanapy na miękki dywan.
Oprócz wymagającego aromatu whiskey czubek języka Maryli zarejestrował też ledwo wyczuwalny posmak starego lodu; lodu, który musiał leżakować w zamrażarce całe miesiące. Alkohol i stęchła zamrażarka w zażenowaniu łączyły swoje smaki, gdy Maryla sączyła swojego cierpiętniczego drinka.
– Wypowiedzi tego typu są oczywiście niedopuszczalne. W szczególności, jeśli padają wśród osób ściśle współpracujących – powtórzył prezes. – Ale skąd wiadomo, że napisała to akurat pani K.?
– Tylko ona użyłaby określenia fiołkowy zamiast fioletowy. Poza tym mogła tego nawet nie powiedzieć, a zaledwie pomyśleć – odparła Maryla, która wciąż czuła pod nosem nieświeży zapach zleżałego lodu. – W mojej opinii już sama myśl tego typu narusza moją godność osobistą i kodeks praw pracownika. Ja i pani K. pracujemy ze sobą od trzech lat. Od razu rozpoznałam jej pismo.
– Pani Marylo, nie mogę pozwolić sobie na naganę pracownika, który ma o pani wyłącznie złe myśli – prezes pokręcił głową i pochylił się nad biurkiem. – Złe myśli to jeszcze nie mobbing. Nawiasem mówiąc, dobrze wam się razem pracuje?
– Bez rewelacji.
– Niech pani weźmie kilka dni wolnego. Oczywiście przyjrzymy się pani szefowej. Proszę jednak pamiętać, że tym, co naprawdę liczy się dla naszej spółki, jest wydajność każdego z pracowników. A to wymaga porozumienia wewnątrz zespołów.
Maryla nie lubiła „ogólnych kłopotów”. Nie uzyskawszy zrozumienia na najwyższym szczeblu firmy, po powrocie do domu natychmiast odkleiła z lodówki wszystkie karteczki ze złymi opiniami, pozgniatała je i zatrzasnęła w zamrażarce. Po chwili zastanowienia sięgnęła do kieszeni płaszcza, rozprostowała zmięty w kulkę świstek ze złym zdaniem szefowej i z powrotem przyczepiła go do drzwiczek.
W czasie, gdy niemiłe opinie mroziły się w lodówce, Maryla udała się w stronę szafy. Fioletowe akcenty były jej częstym wyborem, ale nie na tyle, żeby można było powiedzieć: „Boże, ta kobieta ubiera się ciągle na jedno kopyto!” albo „Tej to dopiero odbiło”. Tu lakierowany pasek o barwie złamanej śliwki, tam jasnofiołkowa apaszka czy bolerko – bez przesady.
A jednak, trochę później (gdy była już w całości ubrana na fioletowo):
– Halo? – ze słuchawki dobiegł zaspany głos pani K. Maryla wyprostowała się na rozchybotanym taborecie, który służył jej za stołek do wiązania butów.
– Siedź cicho i słuchaj, pogardliwa babo – powiedziała, modulując głos za pomocą szaliczka w grochy. – Mamy tu informacje, o których lepiej, żeby nie dowiedziała się twoja rodzina. Od jutra masz się całkiem zmienić. Masz być miła dla ludzi, gdziekolwiek ich nie spotkasz, w parku, w sklepie…albo w pracy. Masz nad tym pracować. Mamy cię na oku. Jak nic się nie zmieni, to znajdziemy cię gdzieś koło Pana Naleśnika…i zrobimy co trzeba. Słyszysz, głupia małpo?
Ze słuchawki dobiegała cisza, na której lekko wznosił się senny oddech pani K.
Po dłuższej chwili nadpłynęła odpowiedź.
– Może być.
Jeżeli przejęła się pogróżkami, to na pewno nie było tego po niej widać. Pani K. z kamienną twarzą porządkowała stos papierów na biurku. Maryla obserwowała ją zza półki z kaktusami.
„Jest zupełnie normalna. Taka jak zawsze”, pomyślała ze smutkiem, ponieważ powoli docierało do niej, że szefowa prawdopodobnie wzięła jej telefon za pijacki żart. Być może od razu zasnęła i rano o niczym już nie pamiętała.
– Co robisz? – szepnął Maryli do ucha kolega z drugiego pokoju. – I dlaczego jesteś dziś cała na fioletowo?
– Ale jak to się właściwie stało – spytał Robert, gryząc udko kurczaka – że ze wszystkich tych złych słów, z niemiłych rzeczy, które myślą o tobie bliscy, a o których dowiedziałaś się po czasie, najbardziej przejęłaś się jakimś...fiołkowym? Masz całą zamrażarkę złych opinii. Mogłabyś wybrać sobie jakąś naprawdę niemiłą. I zaangażować się w naprawdę fascynującą historię o dochodzeniu prawdy; z płaczem i ciężkimi rozmowami z rodziną w tle.
– Cały problem polega na tym, że ja naprawdę lubię fioletowy – odparła Maryla. – To naprawdę mnie zraniło.
– Maryla, to są tylko myśli pani K. Skąd wiesz, że dotyczą właśnie ciebie?
– Czuję to.
Przez kolejne dni obserwowała panią K. Co dziwne, jasnofioletowy kolor, w jaki codziennie się teraz ubierała, ani razu nie zwrócił uwagi przełożonej. Pod koniec tygodnia Maryla wślizgnęła się do sali konferencyjnej, w której pani K. siedziała stękając i próbując rozsupłać węzeł z kabli komputerowych.
– Jestem ubrana w kolor, którego nienawidzisz – powiedziała Maryla, zapierając się pod boki w filmowym stylu. Pani K. rzuciła na nią okiem i wróciła do rozplątywania przewodów.
– Myślałam, że mamy to już za sobą – burknęła pod nosem. – Od razu wiedziałam, że to ty dzwoniłaś. Możesz nie pamiętać, ale kiedyś zapisałam twój domowy numer. Pamiętasz? Zgubiłyśmy wtedy ładowarki do służbowych komórek.
Pani K. znajdowała się teraz pod stołem konferencyjnym. Maryla nie wiedziała, czy powinna rzucić się jej na pomoc przy rozplątywaniu gęstwiny kabli, teraz, gdy cała prowokacja z fiołkowym ubiorem okazała się nieudanym kolorystycznym falstartem.
– No i co z tym zrobimy? – powiedziała dziarskim tonem.
– A co niby miałybyśmy zrobić? W ogóle przestałam o tobie myśleć.
Litery o przesadnych zawijasach rzeczywiście wyblakły. Były powycierane, jakby ktoś usiłował zetrzeć długopis gumką. W kilku miejscach karteczki pojawiły się nawet maleńkie dziurki, oznaki zawziętego wycierania.
Żeby uczcić to wydarzenie, Maryla postanowiła przyrządzić sobie drinka.
W zamrażarce leżały pozostałe złe opinie. Karteczki pozgniatane przez Marylę w kulki zdążyły poprzymarzać do foremek na lód.
“Tak to właśnie wygląda, kiedy już uda ci się pozbyć jednego problemu”, pomyślała Maryla, przyglądając się oszronionej instalacji. “Wkrótce potem w zamrażarce i tak znajdziesz sto podobnych. Kiedyś trzeba będzie po kolei powyjmować i rozmrozić każdy z nich. Nic dziwnego, że niektórym się nie chce”.
Maryla przypomniała sobie śmierdzącego starym lodem drinka, którym poczęstował ją prezes. Za każdym razem, kiedy podnosiła do ust pękatą szklankę, na dnie stukało kilka zleżałych kostek. Zatrzasnęła lodówkę.
Ewa Szatybełko, 2016 Zdjęcia: Ania Witko. Kliknij, żeby przenieść się na jej stronę













