Menażeria
Na początku budziła się na długo przed świtem z nieodpartym wrażeniem, że za ścianą obok chrapie wielki niedźwiedź. Miarowe powarkiwanie: jakby ktoś starał się odpalić silnik albo jakby śpiącemu w ogromnej, pustej jaskini smokowi przy każdym oddechu furkotały obwisłe policzki. Odgłos wprawiał ściany w drżenie, po kilkunastu minutach urywał się i nie powracał aż do następnej nocy.
Przytykała ucho do ściany lub lustra nad umywalką w poszukiwaniu warkotu, bezskutecznie.
– Pani słyszy te nocne hałasy? – spytała niedługo po przeprowadzce sąsiadkę z piętra niżej, gdy ta wyprowadzała na smyczy swojego kota. Kobieta popatrzyła na nią w oszołomieniu jak ryba, którą właśnie wyciągnięto z wody. – Proszę pani, w nocy to ja się nie budzę! Można było zwariować z tym kociskiem, więc zaczęłam wsadzać do uszu zatyczki.
Zwierzę dokładnie obwąchało krawężnik.
Przejęte w spadku mieszkanie było jasne i puste, a dźwięk kroków, zamiast grzęznąć w starych dywanach, rozchodził się po pokojach z charakterystycznym echem. Zgodnie z testamentem wszystkie makaty i ciężkie meble zabrała dalsza rodzina. W kuchni pozostała cukiernica z przejrzystego szkła, a nad wejściem do łazienki wisiał obrazek z haftowanym dębem. Kiedy była mała, dziadek przyjeżdżał na działkę rozklekotanym Alfa Romeo. Przywoził ze sobą wędkę i małego psa, siadał pod takim właśnie drzewem i przygotowywał sprzęt dla siebie oraz jej ojca.
Człowiek ledwie wybudzony ze snu może jeszcze przez chwilę odczuwać lekkie halucynacje lub omamy dźwiękowe. Gdy leżała na wznak po kolejnym nagłym przebudzeniu, przyszło jej do głowy, że być może to dziadek próbuje przekazać jej jakąś ważną informację. Tylko po co? Nie było między nimi więzi mocniejszej niż nitka leniwego, rodzinnego obowiązku.
Przewróciła się na bok, usiłując przywołać jakiekolwiek wspomnienie z działki. Gdy miała dziewięć lat, dziadek z ojcem zabrali ją nad strumień. Ostatecznie całe popołudnie spędziła w cieniu drzewa, bojąc się pokazać, że nie potrafi zarzucić wędki. Ratlerek patrzył spode łba na ryby zrzucane z haczyków do migotliwej wody wiaderka. W którymś momencie podkradła się i sięgnęła po jedną z rybek, żeby zanieść ją psu. Już po chwili poczuła na ramieniu uścisk grubych palców.
– Nie ma takiej możliwości, moja panno – powiedział dziadek i niezgrabnie wyjął stworzenie z jej dłoni – jeśli nie spróbujesz choć raz zarzucić. Ryba za rybę.
I podał jej wędkę.
Nigdy nie zrozumiała sensu tej krępującej sytuacji.
Po chwili działka ze wspomnienia płynnie przekształciła się w sen o trawiastej przestrzeni z nagrzaną od słońca ławką, dziadkiem i małym pieskiem leżącym u jego stóp. Postać dziadka objawiła się przejaskrawiona: siedział rozparty, grubszy niż zwykle; ćmił fajkę i poklepywał się po brzuchu niewyraźnymi ruchami. Na jej widok zapytał z żalem: – No i dlaczego nie spróbowałaś zarzucić? I tak bym mu coś dał. A teraz patrz, jaki siedzi smutny.
Pies podniósł łepek i spojrzał jej w oczy.
Następnej nocy znów obudził ją warkot. Zarzuciła szlafrok z postanowieniem, że tym razem wykryje źródło hałasu; niskie, jednostajne buczenie dochodziło gdzieś spoza drzwi mieszkania i zdawało się przenikać kamienicę. Nie zapalając światła, skradała się schodami zimnej klatki schodowej. W oknie piętro niżej kocie oczy wpatrywały się w niewidoczny punkt na podwórku.
Hałas niósł się zza głównej bramy. Skręciwszy za róg, trafiła w wielki jarzeniowy kwadrat. Jedna z witryn była rozświetlona, a stojąca tuż obok ciężarówka wydawała z siebie niskie wibracje, od których aż łaskotało w policzki. Dwaj mężczyźni wyładowywali towar. Na widok dziewczyny w szlafroku podchodzącej do szoferki jeden z nich powiedział coś drugiemu, ale warkot silnika był tak przenikliwy, że można było odnieść wrażenie, jakby bezgłośnie poruszali wargami.
– Nie może pan wyłączyć tego silnika? Nie da się spać! – krzyknęła do chłopaka, który przysypiał za kierownicą. – Robimy to w nocy właśnie, żeby mniej przeszkadzało! – odkrzyknął, ale zgasił silnik. Drżenie na policzkach ustało. – Ryby i akwaria – powiedział chłopak, wychylając się przez okno. – Transportujemy atrakcje do nowego baru. Jesz i patrzysz na falujące glony, takie tam. Oprócz tego zamawiają codziennie świeże owoce morza dla innych restauracji. – A długo jeszcze będziecie przyjeżdżać? – Jeszcze kilka nocy. Jemu to jakoś nie przeszkadza w spaniu – dodał i uchylił drzwi. – Zawsze razem jeździmy.
Na kolanach chłopaka spał ratlerek. Zwierzę drgnęło przez sen, jakby wyczuwając, że ktoś mu się przygląda. – Fajny pies. – Dzięki.
Oczywiście nie mógł to być ten sam pies! Ten co prawda też był mały, z białą, rozlaną plamą pod uchem. Nawet kolor sierści wydał się jej identyczny. Ale czy jest na świecie coś bardziej podobnego do siebie niż dwa flegmatyczne ratlerki?
Stojąc w klapkach pod oknem ciężarówki, pomyślała o absurdzie całej sytuacji i o podejrzanych życiowych symbolach, o których nigdy nie wiadomo, czy są godne zaufania. A może powinna poszukać okazji, żeby opowiedzieć chłopakowi o zbiegu okoliczności? Na wszelki wypadek postanowiła od razu zaprosić go na kolację.
Pies ukryty w szoferce smacznie spał i albo cieszył się na myśl o zapachu świeżych ryb, albo w ogóle nie przyszło mu to do głowy.
Ewa Szatybełko 2015
Ilustracja: Ania Witkowska













