Opowiadanie “Koniec sezonu” w magazynie Projektor!
Projektor – kielecki magazyn kulturalny, opublikował moje opowiadanie pt. Koniec sezonu. Bardzo dziękuję, tym bardziej, że sezon wakacyjny 2019 dopiero się zbliża!
Opowiadanie przeczytacie na 18. stronie Projektora.
Jest mało surrealistyczne jak na mnie i porusza temat relacji ojciec-córka. Akcja ma miejsce w rozgrzanym śródziemnomorskim kurorcie dla średnio bogatych turystów. UWIELBIAM PISAĆ O WAKACJACH, BO NAJCZĘŚCIEJ ICH NIE MAM. Elo ☀️🌵🏖
Screeny dla leniwych:
P.S. Najnowszy numer Projektora poświęcony jest w całości twórczości czytelników.
Cześć! Jest mi bardzo miło poinformować, że moje surrealistyczne, restauracyjne opowiadanie pt. Ryba dnia znalazło się w menu najnowszego, czwartego już numeru kwartalnika KONTENT.
> Żeby je przeczytać, można KLIKNĄĆ TUTAJ (i przejść do strony 162)
> albo ŚCIĄGNĄĆ PDF-a.
Dalej, na stronie 170, znajduje się komentarz krytyczny redaktora Marcina Świątkowskiego dotyczący mojego tekstu. Wnioskuję, że opowiadanie nie stanęło mu ością w gardle, a nawet sprawiło przyjemność, ale czy zamówiłby ponownie akurat tę potrawę – tego już nie jestem taka pewna.
🐠🐟🐡a l e s p o k o 🐡🐟🐠
Kontent jest nastawiony przede wszystkim na publikację poezji. Tym bardziej cieszę się z kolejnego już zaproszenia do działu prozy ;) A Was zachęcam do przejrzenia – kwartalnik prezentuje obszerny wgląd w literackie próby z “nieoficjalnego obiegu”. pozdro KRK!
Doskonale jest zobaczyć własne nazwisko na okładce prawdziwego magazynu! Moje opowiadanie pt. Będzie pani dźgnięta nożem zostało solidnie wyprasowane (tzn. zredagowane i poddane korekcie), a następnie opublikowane w 2. numerze literackiego kwartalnika KONTENT. Prezentuje on wybór świeżej (bo młodej) poezji i prozy.
Ponieważ formuła kwartalnika przewiduje akcję i reakcję, po każdym tekście znajdziecie komentarz krytyczny. W eseju „Kobieta, która wybrała krótką formę”, który umieszczono zaraz po moim opowiadaniu, Dawid Rąpała szczegółowo rozpracowuje mój tekst i wyplątuje z niego sens...
Dawid Rąpała pisze:
„Autorce udało się mnie zaskoczyć: sparodiowany thriller, w dodatku złośliwie kąsający książki, których najwięcej w księgarniach. Nie intryga jest jednak największą niespodzianką, ale to, że krótkie opowiadanie sprowokowało mnie do refleksji na temat tego, jak można wyśmiać mody panujące w literaturze popularnej i dlaczego wybrać do tego krótką formę.”
„Jest opowiadaniem z konkretnym i, jak sądzę, dobrze wykorzystanym pomysłem. I ten właśnie pomysł, jakaś kombinacja, wielopoziomowość i ruch w obrębie wybranej formy decyduje o potencjale Będzie pani dźgnięta nożem.”
Tak! Tak! O to mi chodziło.
Link do magazynu (opowiadanie – str. 86, krytyka – 91)
Bardzo dziękuję kwartalnikowi Kontent za publikację i przemiłą premierę magazynu w Krakowie. Wszystkim bardziej piśmiennym życzę wytrwałości w pisaniu bądź redagowaniu, a od czasu do czasu pojawienia się w papierowej postaci. Aha, Kontent zaskoczył mnie jakościowo – jest nie tylko elegancko zaprojektowany, ale też – w swojej papierowej wersji – drukowany na grubym, śliskim papierze (fajnie się na tym czyta wiersze, których się nie rozumie). I ma dokładnie 228 stron 😮
Otrzymałam mikro książeczkę, w której wydrukowano moje opowiadanie pt. Pora obiadowa na Mokotowie (jestem pewna, że w zgłoszonym tekście użyłam wyrazu lanczowa, ale może majaczę).
Jestem w szoku, bo prawie zapomniałam już o konkursie Warszawa w 100 słowach, na który wiele miesięcy temu wysłałam aż trzy krótkie teksty. Chodziło o napisanie czegoś o Warszawie do 100 słów. Cieszę się, choć sądzę, że jury wybrało najgorsze z przesłanych przeze mnie opowiadań: napisałam je w kwadrans, zanudzona w pracy, byle tylko wysłać więcej zgłoszeń niż jedno.
Moim własnym faworytem było opowiadanie Nie bójmy się styropianu, które tłumaczyło fenomen nieustannego opadania styropianowych kulek na Ursynów w latach dziewięćdziesiątych. Niestety tekst tego wspaniałego surrealistycznego kawałka wpisałam na żywo w okienku formularza kontaktowego, więc nie mam backupu. Cóż, jury wybrało coś o jedzeniu. Skoro już mam to na papierze:
Opowiadanie numer 73, a w sumie wysłano 2200-2300.
Nie muszę chyba mówić, że uważam ten tekst za średni jak na mnie, a wszystkie opisane miejsca wiążą się z prawdziwymi przeżyciami w porze obiadowej w mojej poprzedniej pracy: pożeraniem ciężkich makaronów, oczekiwaniem na kotlety mielone i naleśniki, wkurzaniem się na znudzoną obsługę. Wydaje mi się też, że opowiadanie zostało dziwnie zredagowane (Sympatyczni i świetnie łączą smaki, sam lokal jest jednak obskurny: albo byłam pijana, wysyłając to, albo ktoś się do tego dorwał i na szybko starał skrócić).
Pozytywny przekaz: pomimo uwag do samej siebie i jury cieszę się z papierowej publikacji. Przede wszystkim pozdrawiam Natalię Ceterę, która włożyła wiele wysiłku w organizację konkursu, a teraz umożliwiła druk wyselekcjonowanych opowiadań! Buziulki! xD
Rano Maryla przyszła do kuchni napić się kefiru i dokonała niepokojącego odkrycia. Na różnokolorowych karteczkach typu post-it, poprzyklejanych do lodówki między magnesami, listą zakupów a telefonem do przychodni, widniały wszystkie najgorsze rzeczy, jakie członkowie rodziny Maryli, jej znajomi, czy całkiem obcy ludzie kiedykolwiek o niej pomyśleli.
Niektóre karteczki były pomięte, jakby ktoś długo trzymał je w kieszeni, do której przecieka deszcz i sos z obiadu w taniej restauracji. Inne, o prostych brzegach, posiadały ślady schludnego złożenia wpół...
Pierwsze zdanie, jakie Maryla przeczytała, było przymocowane do drzwiczek lodówki za pomocą magnesu-słoneczka. Zamaszyste, kobiece pismo roiło się od pretensjonalnych zawijasów. Maryla pokręciła nosem i spochmurniała, rozpoznając fałszywy rys charakteru swojej obecnej przełożonej.
"Te fiołkowe szmaty w ogóle do niej nie pasują. Nie ufałabym dziwce".
W rzeczy samej, Maryla uwielbiała fioletowe ubrania. Do tej pory sądziła jednak, że dobiera je w sposób umiarkowany i przyjemny dla oka.
Nad kartką wisiała kolejna, zapisana maczkiem w stylu ojca Maryli. Słowa nawciskano z furią w kwadracik post-ita.
"Mogłaby celować wyżej, ale jest zbyt leniwa. Anita, choć młodsza, bardziej nam się udała. Od lat widziałem te różnice, mówiłem: z Anity będą ludzie, a Maryla to inna sprawa. To samo z ocenami w szkole. U jednej wieczne problemy i skargi, wezwania, wstyd przed rodzicami; Anitka za to była prymuską. Czerwony pasek rok w rok, człowiek nigdy nie musiał niczego dwa razy powtarzać…”
Na kolejnym zmiętym świstku widniał tylko jeden wyraz, który dojechał na kroplach tuszu aż do granicy papieru. Tym razem Maryla nie rozpoznała charakteru pisma.
"Kluchowata".
"Szczupakowata", głosiły obłe litery z kolejnej fiszki.
– No to jaka w końcu? – wymamrotała Maryla, która byłą już poirytowana tym rozstrzałem opinii.
Dalsze notatki prezentowały zróżnicowany wybór niepochlebnych refleksji na temat Maryli.
"Widziałeś to coś?"
"Zero refleksu."
"Nie ma gustu do muzyki."
"Jedna z naszych najbiedniejszych klientek."
"Nijaka."
"Musiałem z nią skończyć, bo przypominała mi siostrę”…
Pismo jej byłych chłopaków było czytelne, kreślone eleganckimi i uważnymi ruchami piórka. Przelotnych kochanków zaś – niedbałe, o wyrazach nie dopisanych do końca, bazgranych w rozdygotanym pośpiechu.
Jeszcze tego popołudnia Maryla przyłożyła głowę do poduszki i przyśniło jej się, że idzie pod rękę ze swoją przełożoną, panią K. Sen był jasny i sztuczny. Mijały gładko przystrzyżone pagórki i niezasnute szczegółami pola. Szefowa powiedziała:
– Traktowałabym cię poważniej, ale te fiołkowe szmaty nie pozwalają mi na to.
Marylę wybudził z koszmaru dźwięk piszczącego z bólu robaczka, na którego nadepnęła pani K. Rozpołowiony robak przykleił się jej do mokasyna i pisnął:
– Ja też was nienawidzę.
Zaśliniona poduszka zsunęła się z kanapy na miękki dywan.
Oprócz wymagającego aromatu whiskey czubek języka Maryli zarejestrował też ledwo wyczuwalny posmak starego lodu; lodu, który musiał leżakować w zamrażarce całe miesiące. Alkohol i stęchła zamrażarka w zażenowaniu łączyły swoje smaki, gdy Maryla sączyła swojego cierpiętniczego drinka.
– Wypowiedzi tego typu są oczywiście niedopuszczalne. W szczególności, jeśli padają wśród osób ściśle współpracujących – powtórzył prezes. – Ale skąd wiadomo, że napisała to akurat pani K.?
– Tylko ona użyłaby określenia fiołkowy zamiast fioletowy. Poza tym mogła tego nawet nie powiedzieć, a zaledwie pomyśleć – odparła Maryla, która wciąż czuła pod nosem nieświeży zapach zleżałego lodu. – W mojej opinii już sama myśl tego typu narusza moją godność osobistą i kodeks praw pracownika. Ja i pani K. pracujemy ze sobą od trzech lat. Od razu rozpoznałam jej pismo.
– Pani Marylo, nie mogę pozwolić sobie na naganę pracownika, który ma o pani wyłącznie złe myśli – prezes pokręcił głową i pochylił się nad biurkiem. – Złe myśli to jeszcze nie mobbing. Nawiasem mówiąc, dobrze wam się razem pracuje?
– Bez rewelacji.
– Niech pani weźmie kilka dni wolnego. Oczywiście przyjrzymy się pani szefowej. Proszę jednak pamiętać, że tym, co naprawdę liczy się dla naszej spółki, jest wydajność każdego z pracowników. A to wymaga porozumienia wewnątrz zespołów.
Maryla nie lubiła „ogólnych kłopotów”. Nie uzyskawszy zrozumienia na najwyższym szczeblu firmy, po powrocie do domu natychmiast odkleiła z lodówki wszystkie karteczki ze złymi opiniami, pozgniatała je i zatrzasnęła w zamrażarce. Po chwili zastanowienia sięgnęła do kieszeni płaszcza, rozprostowała zmięty w kulkę świstek ze złym zdaniem szefowej i z powrotem przyczepiła go do drzwiczek.
W czasie, gdy niemiłe opinie mroziły się w lodówce, Maryla udała się w stronę szafy. Fioletowe akcenty były jej częstym wyborem, ale nie na tyle, żeby można było powiedzieć: „Boże, ta kobieta ubiera się ciągle na jedno kopyto!” albo „Tej to dopiero odbiło”. Tu lakierowany pasek o barwie złamanej śliwki, tam jasnofiołkowa apaszka czy bolerko – bez przesady.
A jednak, trochę później (gdy była już w całości ubrana na fioletowo):
– Halo? – ze słuchawki dobiegł zaspany głos pani K. Maryla wyprostowała się na rozchybotanym taborecie, który służył jej za stołek do wiązania butów.
– Siedź cicho i słuchaj, pogardliwa babo – powiedziała, modulując głos za pomocą szaliczka w grochy. – Mamy tu informacje, o których lepiej, żeby nie dowiedziała się twoja rodzina. Od jutra masz się całkiem zmienić. Masz być miła dla ludzi, gdziekolwiek ich nie spotkasz, w parku, w sklepie…albo w pracy. Masz nad tym pracować. Mamy cię na oku. Jak nic się nie zmieni, to znajdziemy cię gdzieś koło Pana Naleśnika…i zrobimy co trzeba. Słyszysz, głupia małpo?
Ze słuchawki dobiegała cisza, na której lekko wznosił się senny oddech pani K.
Po dłuższej chwili nadpłynęła odpowiedź.
– Może być.
Jeżeli przejęła się pogróżkami, to na pewno nie było tego po niej widać. Pani K. z kamienną twarzą porządkowała stos papierów na biurku. Maryla obserwowała ją zza półki z kaktusami.
„Jest zupełnie normalna. Taka jak zawsze”, pomyślała ze smutkiem, ponieważ powoli docierało do niej, że szefowa prawdopodobnie wzięła jej telefon za pijacki żart. Być może od razu zasnęła i rano o niczym już nie pamiętała.
– Co robisz? – szepnął Maryli do ucha kolega z drugiego pokoju. – I dlaczego jesteś dziś cała na fioletowo?
– Ale jak to się właściwie stało – spytał Robert, gryząc udko kurczaka – że ze wszystkich tych złych słów, z niemiłych rzeczy, które myślą o tobie bliscy, a o których dowiedziałaś się po czasie, najbardziej przejęłaś się jakimś...fiołkowym? Masz całą zamrażarkę złych opinii. Mogłabyś wybrać sobie jakąś naprawdę niemiłą. I zaangażować się w naprawdę fascynującą historię o dochodzeniu prawdy; z płaczem i ciężkimi rozmowami z rodziną w tle.
– Cały problem polega na tym, że ja naprawdę lubię fioletowy – odparła Maryla. – To naprawdę mnie zraniło.
– Maryla, to są tylko myśli pani K. Skąd wiesz, że dotyczą właśnie ciebie?
– Czuję to.
Przez kolejne dni obserwowała panią K. Co dziwne, jasnofioletowy kolor, w jaki codziennie się teraz ubierała, ani razu nie zwrócił uwagi przełożonej. Pod koniec tygodnia Maryla wślizgnęła się do sali konferencyjnej, w której pani K. siedziała stękając i próbując rozsupłać węzeł z kabli komputerowych.
– Jestem ubrana w kolor, którego nienawidzisz – powiedziała Maryla, zapierając się pod boki w filmowym stylu. Pani K. rzuciła na nią okiem i wróciła do rozplątywania przewodów.
– Myślałam, że mamy to już za sobą – burknęła pod nosem. – Od razu wiedziałam, że to ty dzwoniłaś. Możesz nie pamiętać, ale kiedyś zapisałam twój domowy numer. Pamiętasz? Zgubiłyśmy wtedy ładowarki do służbowych komórek.
Pani K. znajdowała się teraz pod stołem konferencyjnym. Maryla nie wiedziała, czy powinna rzucić się jej na pomoc przy rozplątywaniu gęstwiny kabli, teraz, gdy cała prowokacja z fiołkowym ubiorem okazała się nieudanym kolorystycznym falstartem.
– No i co z tym zrobimy? – powiedziała dziarskim tonem.
– A co niby miałybyśmy zrobić? W ogóle przestałam o tobie myśleć.
Litery o przesadnych zawijasach rzeczywiście wyblakły. Były powycierane, jakby ktoś usiłował zetrzeć długopis gumką. W kilku miejscach karteczki pojawiły się nawet maleńkie dziurki, oznaki zawziętego wycierania.
Żeby uczcić to wydarzenie, Maryla postanowiła przyrządzić sobie drinka.
W zamrażarce leżały pozostałe złe opinie. Karteczki pozgniatane przez Marylę w kulki zdążyły poprzymarzać do foremek na lód.
“Tak to właśnie wygląda, kiedy już uda ci się pozbyć jednego problemu”, pomyślała Maryla, przyglądając się oszronionej instalacji. “Wkrótce potem w zamrażarce i tak znajdziesz sto podobnych. Kiedyś trzeba będzie po kolei powyjmować i rozmrozić każdy z nich. Nic dziwnego, że niektórym się nie chce”.
Maryla przypomniała sobie śmierdzącego starym lodem drinka, którym poczęstował ją prezes. Za każdym razem, kiedy podnosiła do ust pękatą szklankę, na dnie stukało kilka zleżałych kostek. Zatrzasnęła lodówkę.
Ewa Szatybełko, 2016
Zdjęcia: Ania Witko. Kliknij, żeby przenieść się na jej stronę
Dorosły chłopak o poważnej twarzy szarpie kłaczki różowej waty na patyku. Obok niego sunie zatroskany ojciec – mieszczański Niemiec przy kości, który jest zafrasowany koniecznością ułożenia im idealnego planu dnia. Obydwaj są ubrani za ciepło jak na trzydzieści dwa stopnie w cieniu.
Nastolatka ze złamanym nosem (opatrunek) prowadzi około sześcioletnią dziewczynkę z włosami mokrymi po kąpieli i w narzuconym białym szlafroku kąpielowym. Materiał owija dziecko jak kokon.
Nad urwiskiem przy Cala Murta mieszka bogata staruszka, która wygląda, jakby wyszła z filmu Felliniego. Codziennie, gdy przychodzi wykąpać się na ukrytej plaży, na ostrej skale schodzącej do wody rozkłada stary ręczniczek.
Kolejna seniorka siedzi na stołku na dziecięcym festynie w Cala Ratjada. Wśród kotylionów z krepiny i brzydkich, ślisko malowanych figur imitujących stare postaci Looney Tunes przygotowuje naleśniki z Nutellą lub konfiturami.
Na plaży wyleguje się podstarzały hipster z brodą. Mężczyzna ma wyjątkowo szczęśliwy, ale i stopiony przez temperaturę wyraz twarzy. Uwił sobie obszerny tron z piasku z idealnie wyszlifowanymi brzegami. Nad zwiewnym fotelem zatknięto paskowany parasol. Mężczyzna pali krótkie cygaro.
White party w Palmie. O bar opiera się ciapowaty gej-alfons w białym garniturze i czerwonej muszce (przynajmniej takim go zapamiętałam, filmik przypomina jednak, że strój nie był aż tak wykwintny):
Wyuzdana gwiazda Burger Kinga ma na oko jedenaście lat. Wchodzi do baru tańcząc i zaczepiając mężczyzn tylko po to, żeby wynosić całymi garściami opakowania jednorazowych keczupów. Na zewnątrz jej koleżanki ocierają się z nudów o stół. Dziewczynka wyłania się ze środka z kolejnym naręczem czerwonych woreczków.
Roger de Flor – nigdy go nie widziałam, a nawet o nim nie słyszałam, ale przechodząc jego ulicą nagle zaczynam czuć się kwitnąco.
Balearski Morrissey z kawiarni w Porto Cristo robi nam niesmaczną kawę.
Widzę rzędy pojemników do przypraw, sokowirówek, młynków i nowoczesnych dziadków do orzechów; łazienkowych ściereczek i dywaników z puszystym włosiem, kubków do płukania ust i kieszonkowych mikserów. Kasę, a wraz z nią mojego dobrego kumpla Szymka, otaczają akcesoria do ogrodu. Dalej, z zapachowych obłoczków, które wydzielają dyfuzory powietrza, wynurza się Natalia. Tylną ścianę salonu ktoś kiedyś pokrył romantyczną fototapetą. Gigantyczny wydruk przedstawia taras o zachodzie słońca. Niektórych płatów nie przyklejono idealnie, chmury poprzecinane są pionowymi pasami, a linia balustrady urywa się w powietrzu.
Tam znajdują się drzwi na zaplecze.
Około osiemnastej Szymon kończy opakowywać kawiarkę w arkusze bibuły. Uśmiecha się przy tym do ostatniego klienta. Drzwi do zaplecza skrzypią i ukazuje się nam schylona postać tego nowego, Benka. Zamiast wyjść normalnie, prześlizguje się wzdłuż gablotek i ciągle o coś zahacza. Strąca solniczkę – model demonstracyjny, więc wypełniony solą – i czmycha, nie myśląc jej podnieść.
Wyszedł.
Po odprawieniu klienta zbieram sól na szufelkę i pospiesznie poprawiam z Natalią ekspozycję działu ogrodowego.
– Nie wiem, co to za jeden – mówi Natalia, chuchając w piknikową salaterkę i przecierając ją rękawem – ale na pewno siedzi w najdalszym pokoju, musiał dostać do niego klucz.
Schylam się, żeby odkleić przebrzydłą cenę, która od dawna uprzykrzała mi kroki (podpałka do grilla eco, 19,99 PLN).
Jak głosi plotka, nasze zaplecze nie kończy się na magazynku wypełnionym stosami metek. Pod jednym z kalendarzy znajdują się tam drzwi do kolejnego pomieszczenia. To tam siedzieć ma osoba odpowiedzialna za wszystkie faktury i umowy. Tam też zapewne znika Benek. Ale tak, jak obecności pomieszczenia podważyć się nie da (w rzeczy samej znajdują się tam drzwi), tak opowieść o ukrytym księgowym niekoniecznie mi się podoba. Ktoś kiedyś widział, jak nasz menedżer wychodził stamtąd z teczką pełną papierów, to wszystko.
Czasami, jeśli zdarzy mi się zajrzeć na zaplecze w poszukiwaniu lampek ogrodowych lub modelu sokowirówki, spotykam Benka. Niczym jaskrawa metka na przecenionym towarze, do jego twarzy przyklejony jest przepraszający wyraz.
– A jeśli Benek to cichy klient i pod koszulą trzyma dyktafon? – kombinuje Natalia.
– Spytałbym menedżera, ale to nie moja sprawa – mówi Szymon.
Kiedy Benek mija nas rano, za każdym razem czujemy od niego chemiczny zapach, który trąci acetonem albo terpentyną.
– Mam propozycję: niech każdy zajmie się tym, co naprawdę ma tu do zrobienia – odpowiada na moje pytanie o obowiązki Benka menedżer popołudniowej zmiany i obrzuca tęsknym wzrokiem późnopopołudniową idyllę tylnej ściany sklepu. Mam wrażenie, że jeszcze chwila, a zamiast na zaplecze, nasz menedżer wejdzie w świat arkadyjskiego tarasu z późnych lat dziewięćdziesiątych i tyle będziemy go widzieli.
Siedzę na zapleczu i rozpuszczam chińską zupkę. Gdy mieszam ołówkiem składniki: makaron, soup base, ostre oka tłuszczu i przyprawy, drzwi do najdalszego pokoju lekko uchylają się. Z pomieszczenia ukrytego za przeterminowanym kalendarzem wychodzi wściekła starsza kobieta w wysłużonych puszystych kapciach, które natychmiast zrzuca i zmienia na parę mokasynów wyjętych z pudła po solniczkach. Starowinka wciska mi pod talerz pięćdziesięciozłotowy banknot i mówi, że musi lecieć na pocztę.
– Masz to i nie mów nikomu. Przez godzinę nie wracaj na sklep, tylko siedź tu i pilnuj, co by Benon nie wyszedł. Albo dzisiaj dokończy główny szkic, albo będziemy musieli mu podziękować.
Wkładam pieniądze głębiej pod kubek z vifonem i otępiałym wzrokiem odprowadzam staruchę do drzwi. Zamierzam dla bezpieczeństwa dokończyć zupkę (babcia mogłaby sprawdzić, czy naprawdę spożyłem swój obiad) i dopiero wtedy sprawdzić, co słychać u Benka.
W NAJDALSZYM POKOJU
Na środku stoi biurko ze stertą segregatorów i starym komputerem o grubej, szarej obudowie. Przez poręcz krzesła przewieszono perłowy, rozpinany sweterek. Pod ścianą siedzi Benek w roboczych ogrodniczkach, jego codzienne ubranie wylewa się z odłożonej na bok siaty. Otaczają go tubki z farbą i kubeczki pociemniałej wody. Nasz kolega bez przekonania miesza barwy na skrawku firmowej bibuły. Oparte o ścianę obok, znajduje się płótno na wpół zakryte płachtami pergaminu.
– Ojej, ale obciach – mówi Benek, spostrzegłszy mnie. – Ale i tak bym tego nie dokończył. Nie wiem, po co w ogóle wpakowałem się w tę robotę.
– Właśnie dostałem łapówkę za popilnowanie cię. Możesz mi z tej okazji wyjaśnić, o co tu chodzi? – pytam, ale Benek tylko wstaje i prowadzi mnie do monitora z otwartym folderem plików.
– Przejrzyj obrazki – prosi.
Klikam klejącą myszą w ikony pradawnej odmiany Windowsa i odpalam pokaz słabej jakości skanów. Na niektórych obrazkach rozpoczęto malowanie serii kubków, na innych widnieją lepiej już wykończone, ale chaotyczne szkice, które w prymitywny sposób oddają istotę grabi i widełek ogrodowych. Na jednym z rysunków znalazła się staruszka. Skan zdradza pewne uszkodzenia papieru, jakby ktoś zgniótł kartkę, a następnie ponownie ją rozprostował.
– To jeszcze sprzed tygodnia, kiedy próbowałem nawiązać z nią kontakt. Lepiej nie próbować – opowiada kwaśno Benek. – A to efekt niemal miesięcznej pracy, w którą sam już nie wierzę.
Chłopak odsuwa nogą warstwy bibuły. Moim oczom ukazuje się malarskie płótno, na którym rząd po rzędzie przedstawiono najnowsze produkty z wystawy.
– Myślałem, że jak podpiszę z nią umowę, to dostanę bardziej elastyczne warunki pracy – mówi zbolałym tonem Benek, kopiąc siatkę z ubraniami. – A ja nawet nie mam solidnego wykształcenia artystycznego, nie umiem realistycznie odmalować tej starej babie całego towaru!
– Chcesz powiedzieć, że ona – pokazuję nosem na klejącego peceta – kontroluje nasze umowy?
– Nie. Zajmuje się tylko umowami o dzieło. Nie widziałeś, że menedżer z popołudniowej zmiany też tu przychodzi? Ten to dopiero nie ma talentu.
Pod drugą ścianą faktycznie znajdują się rozrzucone szkicowniki. Z niesmakiem przyglądamy się nieudanym próbom odtworzenia patelenki na naleśniki.
– Będzie tu tkwił po grób – kiwa smutno głową Benek. – Ja jeszcze jakoś się wykaraskam, ale ten niezguła nawet nie potrafi dobrać kolorów.
– Zanim tu wszedłem, baba powiedziała, że jeśli dziś nie skończysz, to cię wyrzuci. Może nie kończ i po prostu daj się wyrzucić z pracy?
– Ależ to czarownica! Nie chodzi jej o to, żebym wyszedł z tego bez szwanku.
Wyjmuje z jednego z segregatorów umowę i przedziera ją na pół wzdłuż litery „o” w „umowa o dzieło”. Z przerażeniem obserwuję, jak kartki – zanim jeszcze udaje im się opaść na ziemię, znów łączą się w jedną umowę śmieciową wypisaną pogrubioną czcionką Times New Roman.
– Teraz rozumiesz? To nie takie proste.
Dopadam do komputera, żeby jeszcze raz przyjrzeć się wszystkim szkicom. Postanawiam jeszcze dzisiaj pomóc Benkowi w pokonaniu artystycznej wiedźmy.
Rolety antywłamaniowe zdradliwie hałasują, gdy wbrew wczesnej godzinie Szymon opuszcza je, a następnie odpycha nogą jakiegoś klienta próbującego wejść.
– Sprawdź, czy drukarka załapuje! – komenderuje Natalia, która jest podniecona tym, że wreszcie dzieje się coś bardziej angażującego niż przeglądanie z klientami magazynów o dekoracji wnęk kuchennych. Drukarka działa, jak powinna, a kartek musi nam starczyć na wyklejenie całej ściany w sklepie.
– Skup się i wypisz wszystkie zachęcające do zakupów słowa, jakie przychodzą ci do głowy – mówi Benkowi Szymon, który najlepiej z nas wszystkich zna się na sztuce współczesnej. – Jedno słowo na jedną kartkę, i staraj się ustawiać jakieś fajne i nowoczesne czcionki. Szybciej!
– Ja już nie mogę szybciej – jęczy Benek i stuka w klawiaturę jednym palcem.
– Bez zastanowienia! Wtedy dzieło bardziej spodoba się starej wiedźmie.
Speszony Benek pochyla się nad komputerem i coraz szybciej wklepuje hasła, które najwyraźniej kojarzą mu się z naszymi nowymi produktami:
Drukarka pracuje szybko, jakby chciała nadrobić te wszystkie lata, podczas których drukowała umowy o dzieło. Natalia chwyta pliki ekonomicznie zadrukowanych kartek i pędzi z nimi do głównego pomieszczenia. Rozlega się walenie w rolety – czarownica wróciła. Następuje cisza, po czym ciężki, pastelowy kształt uderza z furią w okno pseudopracowni.
– Uspokój się, tu też są szyby antywłamaniowe – krzyczy Szymon do przerażonego Benka, który zbiera kartki wypluwane przez drukarkę. – Biegnij je przyczepiać! Ja zarygluję drzwi!
Pędzimy do głównego pomieszczenia. Szymon zatrzaskuje drzwi na zaplecze w momencie, gdy w najdalszym pokoju rozlega się huk rozbijanej szyby. Wspólnie zastawiamy drzwi regałem ze szlafrokami kąpielowymi.
– Co robić? – wrzeszczy przerażony Benek.
– Z grubsza skończyłam. Masz, doklej ostatnie kartki, żeby mieć większy wkład w dzieło – Natalia podaje Benkowi kartki A4 ze słowami: pot pourri wypisanymi przyjemnym, bulwiastym fontem Verdana.
Po chwili drzwi i regał wylatują w powietrze i lądują w okolicy kasy, a do środka wskakuje stara wiedźma z roztopioną siatką zakupów. Zatrzymuje wzrok na Benku, który, cały roztrzęsiony, właśnie domontowuje wyrażenie pot pourri do typograficznej instalacji. Czarownica spogląda na kartki doklejane do fototapety, a potem robi kilka kroków do tyłu, żeby ze znawstwem ocenić dzieło.
Muszę przyznać, że pomimo stresu panującego podczas wykonania dzieła, zalety produktów zostały użyte bardzo umiejętnie. Są wśród nich tak wysmakowane sprzedażowe połączenia, jak choćby kameralne parawany, elastyczne, oddychające podbicie, energooszczędność, holistyczny, czy kora.
– Dobre hasła… – mamrocze starucha i drapie się po głowie. – Od jutra wszyscy jesteście zwolnieni! Nawet ci na umowie o pracę.
Spoglądamy po sobie z niedowierzaniem. Ten nasz sposób stania, sztywny i wypatrujący, denerwuje czarownicę.
– Powiedziałam przecież, że jutro nie musicie już tu przyłazić. Ja zajmę się formalnościami. Żegnam!
Po czym rolety wędrują do góry, wpuszczając do środka światło i świeże powietrze.
Pod witryną naszej byłej pracy stoi tłum skołowanych przechodniów, którzy robią zdjęcia telefonami. Ekspozycja jarzy się jasnofioletową poświatą, cyfry okazyjnych promocji zbijają się w kolorowe obłoczki, a rozgrzane stalowe kawiarki, noże i czajniki podlatują to w górę, to w dół.
– Skąd wiedziałeś, że aż tak lubi awangardę? – pyta Benek Szymona, kiedy torujemy sobie drogę między gapiami.
– Intuicja. Współczuję tylko menedżerowi popołudniowej zmiany. On chyba ciągle wierzy, że ta fototapeta to hit.
– Sam ją wybierał – dopowiada złośliwie Natalia.
Jak na zawołanie, naprzeciwko nas pojawia się roztargniony menedżer, który pędzi do pracy. Ma na sobie hawajską koszulę w elektryzująco różowe lilie. Zauważam też, że z kieszeni spodni wystaje mu para niedużych pędzli do akwareli. Na nasz widok menedżer na chwilę przystaje i rozkłada ręce, ale widząc, że zmykamy, zaczyna przeciskać się między ludźmi w stronę rozfalowanych witryn. Znika w tłumie i tyle go widzimy.
Na pustym placu przy remizie, w pełnym słońcu i wśród pyłów, niezgułowaty mężczyzna próbuje rozniecić ogień pod grillem. Wóz strażacki stoi nieprzydatny w tle. Obraz kojarzy się niektórym pasażerom autokaru z samotnością.
Jaskrawy rowerzysta w ortalionowym dresie zatrzymuje się pod kapliczką, żeby obejrzeć maryjne dekoracje w kolorach jego ubrania (chabrowy niebieski, fiolet i biel).
Mijamy bar Bizarre z fajtłapowato wypisanymi literami szyldu.
Restaurację stylizowaną na średniowiecze.
Sklepik, do którego trzeba dojść przez morze emaliowanych krasnali.
Puste, odnowione przystanki na rozdrożach brzydkich miejsc.
Hurtownię antycznych kolumn i rzeźb udających omszałość (identyczne posągi politeistycznych bóstw rozstawiono rzędami w ogródku).
Nieświadome naszego przejazdu szczupłe konie.
Podczas postoju, w oknie na ułamek sekundy ukazuje się kobieta z przerażającą naroślą na nosie.
Dyskusja z kierowcą:
– Czemu nie zatrzymuje się pan na piętnaście, tylko zawsze na dziesięć minut?
– Bo piętnaście minut to już jest różnica, a dziesięć jeszcze nie.
Podstarzały skin o białych rzęsach, czerwonym nosie i lodowatym wzroku przez całe godziny nie zmienia wyrazu twarzy, grając w sadystyczną grę na telefonie o doskonałej rozdzielczości (obwisłe policzki i wargi wygięte w górę świadczą o jego nieznacznej dobroci).
Grzeczne babcie biorą rozbudowę autostrady za próby żłobienia basenów w środku lasu.
Pulchne dziewczynki porównują rodzaje marmolady w kanapkach, podczas gdy ja jestem tak bardzo głodna.
Monotonia krajobrazu. Czy ludzie w siedemnastym wieku patrzyli na drzewa "tak samo, jak my"?
– To jest piekło, piekło na ziemi!
(Słowa kobiety, która zobaczyła przez okno nowoczesną maszynę na gorącym polu).
Instrukcje wypisane poskręcanym, rozrastającym się w gęstwinę zawijasów pismem żony zafrasowały go, pan Bogdan liczył bowiem na to, że wszystkie kwiaty będzie mógł pielęgnować w ten sam sposób...
Opieka nad zbiorem roślin doniczkowych, w którą wpakował się z wrodzonej uprzejmości, szła mu jak po grudzie. Już po pierwszych wizytach pochmurnie skonstatował, że co najmniej jedna paprotka oklapła i lekko podsychają jej końcówki liści, a kilka dobrze zapowiadających się pąków egzotycznego kwiatu skuliło się.
Nie miał też pomysłu, w jaki sposób mógłby udostępnić roślinom więcej światła. A jednak „świetny stan wymagającej lawendy – jak powiedziała jego żona – sugerowałby, że nie jest im aż tak źle”.
Przedziwna sprawa: rozstawione w półkolu z jednej strony łóżka, rośliny puszczały swoje pędy w stronę posłania tak, jakby przyginał je w tamtą stronę wiatr. Niektóre wręcz dotykały kapy co dłuższymi łodygami. Poza tym w mieszkaniu-przybudówce nie było okien i równie niejasne było dla pana Bogdana to, w jaki sposób tyle zieleni zdołało uchować się tam w dobrym stanie.
Każdego kwiatka podlał zgodnie z instrukcjami żony. Uważnie wertował przy tym koślawe instrukcje pisane na tekturce usztywniającej z opakowania rajstop i upewniał się, że każda roślina dostanie to, co zostało polecone właśnie jej. Na chwilę zatrzymał się przy krzaczku o grubej łodydze, która była wysypana czerwonymi kulkami.
"Polać po liściach czy na spodek? Ale czy to w ogóle są liście?"
Po głębszym zastanowieniu sprawdził ziemię palcami i dolał kilka kropel.
Którą to rocznicę mieli z żoną niebawem obchodzić, dwudziestą piątą czy czwartą?
„Jakie to gody, materiałowe, perłowe, kryształowe?
…Szmaragdowe?”
Bogdan nie był specjalistą w takich sprawach. Rozglądanie się po wyciemnionym pomieszczeniu, w którym z konieczności porozmieszczano mnóstwo niewielkich świetlnych punktów i lampek LED, utwierdzało go jednak w przekonaniu, że w zamian za pomoc z podlewaniem to właśnie młody sąsiad pomoże mu dobrać prezent dla żony.
„...Albo nawet wyszukać w tych, jak to się mówi, internetach, jakie gody przypadają nam w tym roku i co to w ogóle znaczy.”
Do powrotu sąsiada zostało półtora tygodnia. Tymczasem kwiaty marniały.
– Naprawdę mnie posłuchałeś? Jakiej używasz konewki?
– A co to w ogóle ma do rzeczy!
– A ma, ma, szerokość strumienia może mieć znaczenie; jeśli lejesz im tę wodę tak bez wyczucia, jak ty potrafisz czasem polać, to niczemu się już nie dziwię.
– Podlewam wszystkie rośliny tak, jak opisałaś – jęknął rozżalony pan Bogdan. W spojrzeniu żony dostrzegł błysk groźby. Bez wątpienia odliczała dni do rocznicy.
Fikus puścił kilka liści. Bogdan znalazł je na podłodze pod kwietnikiem na większe doniczki i, zawstydzony, natychmiast zawinął w siateczkę i upchnął w największą głębię śmietnika, tak, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, że opadły. Reszta roślin też wyglądała smętnie. Choć w dalszym ciągu wygięte w stronę łóżka, co poniektóre sygnalizowały niezadowolenie, wiotczejąc i przysychając. Kilka czerwonych kulek opadło. Bogdan zebrał je i spławił w toalecie, po czym dwa razy sprawdził, czy żadna nie unosi się na powierzchni.
Żona długo przyglądała się stanowisku z doniczkami. Następnie oznajmiła:
– Musiałeś coś pokiełbasić. Nie są przelane ani wysuszone, ale coś tutaj po prostu nie gra.
Bogdan odmruknął coś. Kartonik z uwagami od żony leżał na stoliku z amarylisem.
– Dziwaczny z niego chłopak – ciągnęła żona, przemierzając pokój. Domowe tenisówki nosiła jak kapcie w taki sposób, że wystawały jej pięty. – Ale gust ma dobry. Zobacz tylko te doniczki! Czym on się zajmuje?
– Podobno fotograf. Ale mieszkanie ma takie nowoczesne, z pomysłem, nie? – pan Bogdan bardzo chciał dorównać żonie w dekoratorskiej spostrzegawczości. – Tylko radio rozklekotane.
– Młodym teraz podoba się taki styl. Ale spójrz lepiej na to – żona uniosła czubkami palców pokrowiec z grubej derki i odkryła komódkę, na której stał przyrząd w zszarzałej obudowie z plastiku. – Mamy wyjaśnienie tajemnicy. On się tu opala!
Bogdan usiadł obok żony na łóżku i przyjrzał się urządzeniu. Faktycznie – kształt, który brał za przysłonięty materiałem telewizor z lat dziewięćdziesiątych o szerokim kineskopie, był w rzeczywistości przenośnym domowym solarium.
Twarz żony, wyostrzona przenikliwym światłem lampy UV, zieleniała i wydawała się odmłodzona o co najmniej dziesięć lat. Naświetlenie trwało minutę.
– Nie chcesz dostać raka! – zagderał pan Bogdan i przekręcił gałkę na zero. – Myślisz, że kwiaty naprawdę lepiej od tego rosną?
Leżeli na łóżku, pochyleni w stronę podłużnych żarówek solarium, które wylądowało między nimi.
– Zobacz, jakie są wygięte. Masz lepsze wyjaśnienie? Nasz sąsiad prawdopodobnie opala się tu po pracy.
– Ludzie to mają pomysły!
– A dziwisz mu się? Zero okien, powietrza. Na jego miejscu też bym się naświetlała.
– Mogę zadać ci pytanie? Gdybyś miała wybrać, jakim jesteś kwiatem…
– Byłabym kaktusem.
– Dziwny pomysł. To nawet nie jest kwiat.
– No, a jak tobie się wydaje? – żona przewróciła oczami.
– Dla mnie jesteś jak elegancka, kwitnąca lilia.
– Byle nie różowa.
– Tego nie mogę obiecać.
Przez kolejne dni pan Bogdan codziennie nastawiał mini solarium na 5 minut, "żeby rośliny się poopalały". Sam unikał przesadnego naświetlania własnej osoby i spędzał ten czas w zagadkowo jego zdaniem urządzonej kuchni. Żona przychodziła i na te krótkie chwile kładła się poodpoczywać z kwiatami.
– Żona taka opalona, jakbyście już byli po urlopie! – powiedział sąsiad, podając mu rękę.
– A gdzie tam! Dobrze mi za to przychodziło podlewanie pana kwiatków.
– Jeśli mowa o roślinach, panie Bogdanie – ściszył głos młody – to musi pan coś zobaczyć.
– Bożenka ze dwa razy przyszła mi tu pomóc i była zachwycona pana zbiorem! – powiedział Bogdan, zdecydowany przejść do tematu godów, gdy już rozsiedli się na dobrze mu znanym łóżku i otworzyli po piwie.
– Doprawdy?
– Mamy w domu tylko paprotki i fikusa, ale za to jak rosną! A prawdę mówiąc, przydałby nam się jakiś nietypowy kwiatek na rocznicę, może pan by coś doradził?
– Pańska żona interesuje się sztuką? Estetka?
– Złośliwa wydra, ale ma świetne wyczucie do wnętrz.
– Zrobimy jej obraz!
Właściciel kwiatów zdjął pokrowiec z mini solarium i ostrożnie postawił je na posłaniu na kilku podstawkach, żarówkami do dołu. Następnie umieścił poniżej zamalowaną kartkę i duży, przezroczysty negatyw. Lampę włączył i przykrył starą derką. Przez chwilę siedzieli w ciszy.
– Nie jest pan szczególnie opalony jak na dostępność takich technologii – wyrwało się Bogdanowi, który pogubił się we wszystkim już na etapie podlewania kwiatów.
Urządzenie tyknęło i wyłączyło się. Sąsiad wyjął spod mikro solarium kartkę i zaniósł ją do kuchni; Bogdan podążył za nim i odkrył, że chłopak myje pod wodą z kranu powstały obrazek. Było to jaskrawoniebieskie zdjęcie przedstawiające naręcze polnych kwiatów w smukłym wazonie.
– Przejdźmy do sedna sprawy, bo obrazek musi wyschnąć – sąsiad wytarł dłonie i przyniósł z salonu roślinę o czerwonych kulkach.
– Proszę zerknąć. Ten gatunek prawie nigdy nie zakwita!
Pan Bogdan spojrzał na podsuniętą mu pod nos roślinę. Na jej trzonie, pokrytym wcześniej jedynie czerwonymi kulkami, kwitły ledwo zauważalne kwiatki o skromnych, bladoróżowych płatkach.
– Ma pan doskonały wpływ na roślinność! Podobno domowa flora posiada zdolność wyczuwania jeśli nie intencji, to chociaż ogólnej atmosfery, mgły przemyśleń ludzi przebywających w ich otoczeniu. Po prostu wychwytuje nasze najmocniejsze myśli. Dlatego, jak to się mówi, trzeba mieć nie tylko rękę do kwiatów. Trzeba też rozkwitać w dobre intencje!
– Ciekawa sprawa – odparł skromnie Bogdan i uniósł brew, a w rzeczywistości pomyślał:
„Jaki tam dobry wpływ! Elektryczność!”
(ponieważ był z natury wyjątkowo skromnym człowiekiem).
Nastąpił moment, gdy rezultaty głupiej zabawy aplikacją na telefonie (pod stołem na spotkaniu w pracy) zaczęły przypominać projekt artystyczny. W sumie mogę je tutaj opublikować; jest to jakaś opowieść.
Opowieść o dziwnych marzeniach aplikacji YouCam make-up na temat mojej twarzy...
Oryginał (ja):
15-20 minut po okryciu aplikacji (nie do końca ja):
1 h później:
Następnego dnia, kiedy przypomniałam sobie o odkryciu:
Jak widać, jestem w stanie wybrnąć z twarzą z wielu cyfrowych sytuacji.
A za zdjęcie-matkę dziękuję Aleksandrze Losce.
– Nie chwal zachodu słońca przed dniem! – pokrzykiwała ciotka Alina, której to największymi specjalnościami były ekscentryczne żarciki i przekręcanie powiedzonek.
Potrafiła najpierw podać deser, a gdy byliśmy już zasłodzeni i bolały nas brzuchy, zachwycona klaskała w dłonie:
– A teraz czas na coś tłustego! – po czym wnosiła wazę wywaru na wołowinie. Nachylałem się nad porcelanowym naczyniem i obserwowałem, jak zniecierpliwione oka tłuszczu przesuwają się po powierzchni zupy.
– Dom szaleńców – utyskiwał ojciec. Babcia siedziała na zapadniętej kozetce i milczała. W przeciwieństwie do taty, Alina nigdy nie wyniosła się z rodzinnego domu i aż do śmierci babci żyła z nią pod jednym dachem.
Pamiętam jedno szczególne wydarzenie związane z odklejonym charakterem mojej ciotki. Pewnego poranka 1996 roku spędzaliśmy całą rodziną czas na zacisznym tarasie domku na Mazurach. Właśnie wtedy nad płotkiem nachylił się nasz działkowy sąsiad – zawsze w ciemnych, lustrzanych okularach, tego dnia wyjątkowo podekscytowany:
– Rano przyjechało wesołe miasteczko! Widzieliśmy z żoną na spacerze, jak się rozstawiali.
– Słyszysz? Zabierz ciocię na spacer – zachęcał mnie tata. – Może znajdzie tam coś dla siebie.
Mama przewróciła oczami, po czym udała, że wcale tego nie zrobiła.
Komary unosiły się w powietrzu nawet wtedy, gdy opuściliśmy parującą polanę okalającą las i wyszliśmy na polny trakt. Przestały gryźć dopiero w pełnym słońcu.
– Nie powtarzaj nic rodzicom – mówiła ciotka przyglądając się ważce, która wyminęła nas i zatrzymała się na rozbujanym źdźble – ale jest to jedna z najsmutniejszych rzeczy, jakie mogły mnie teraz spotkać.
Wskazała palcem na lunapark, który najwyraźniej właśnie ożywał. Warstwy kolorowych plandek odbijały promienie słońca, a ciepłe podmuchy powietrza niosły zapach gumy i plastiku. Na ścieżce, która łączyła się z naszą, dostrzegłem grupkę dzieci z wioski, które tak, jak my szły zobaczyć, co się dzieje.
– Dlaczego? – spytałem.
– Będzie strasznie kolorowo, przyjdzie pełno dzieciaków, co tylko biegają i chcą się bawić, trzeba będzie wchodzić na karuzele.
Z przykrością uderzałem dłonią o przydrożne trawy.
– Karuzele są fajne.
Wkrótce dotarliśmy pod szyld z nazwą PERGOLAND. Ciotka podeszła do budki, obok której znajdowało się wejście na teren lunaparku i sięgnęła po portmonetkę. Banknot zamieniła na garść różowych, żółtych i pomarańczowych krążków.
– Widziałam gdzieś Kacpra z rodzicami i tego drugiego kolegę, który mieszka obok – mówiła, wciskając mi żetony z wytłoczonym wizerunkiem śmiejącego się gryzonia. – Idź się z nimi pobaw, a ja zaraz cię znajdę. Niedługo przyjdę.
Słońce wędrowało po niebie, a ja, przyklejony do hałaśliwej rodziny Kacpra, próbowałem swoich sił na zabawkowej strzelnicy, wirowałem na rozchwianej karuzeli i jeździłem małym gokartem po torze, z którego jednej strony słychać było dudniące radiowe melodie płynące z głośnika, natomiast po przejechaniu w okolice przeciwległej barierki do uszu dochodziły jedynie wrzaski innych dzieci. Kiedy zszedłem z toru i wyczułem, że w kieszeni zostały ostatnie żetony, postanowiłem odnaleźć Alinę.
Stanąłem na zapiaszczonym, kolorowym podeście do przyznawania pierwszej, drugiej i trzeciej nagrody w nie wiadomo jakiej dyscyplinie. Na terenie lunaparku znajdowało się zaledwie kilka większych atrakcji, a do tego budka z maskotkami i stoisko oferujące słodycze i kiełbaski. Pod tylnym ogrodzeniem dostrzegłem prostokątny GABINET LUSTER. Właśnie tam skierowałem się w poszukiwaniu ciotki.
Wręczyłem żeton chłopakowi w żółtych spodniach i wszedłem do pawilonu tylko po to, żeby znaleźć się w nagrzanym kontenerze wyłożonym srebrną folią aluminiową. Pachniało kurzem. Już nigdy później nie zdarzyło mi się doznać tak głębokiego zawodu wywołanego efektem prowizorki. W rogu smętnego Gabinetu siedziała na krześle zapłakana ciotka Alina. Zauważyła, że nie jest sama dopiero wtedy, gdy pod moimi stopami zaskrzypiała podłoga z desek.
Stanąłem jak wryty nie mogąc się zdecydować, która z rzeczy bardziej mnie dziwi – widok płaczącej ciotki czy sposób, w jaki urządzono Gabinet. Odklejająca się od ścianek folia nie tyle zniekształcała postaci, co raczej uniemożliwiała jakiekolwiek przejrzenie się w jej powierzchni. Ciotka Alina wyprostowała się na krześle i zajęczała:
– Chodź, przepraszam.
Podszedłem do niej, ściskając w dłoni dwa ostatnie żetony. Ciotka wstała, spróbowała przejrzeć się w jednym z pseudo luster i westchnęła, po czym nerwowo poprawiła zmierzwione włosy tak, żeby znowu ułożyły się jej za uchem.
– Czemu płaczesz? – spytałem automatycznie.
– No i co ja robię! Nie powinieneś mnie teraz widzieć, to nie twoja wina – rozklejała się Alina, ani myśląc odpowiedzieć. – Twoi rodzice mnie nienawidzą.
Patrzyłem na ciotkę głupio, po czym wcisnąłem jej w rękę przedostatni żeton. Teraz byliśmy kwita.
Wyszliśmy na słońce.
– Czasami jestem zbyt wesoła, i wtedy trzeba to odkręcić. Stąd cały ten płacz – tłumaczyła Alina, kiedy szliśmy po piachu. Z daleka machała rodzina Kacpra. – Wyobraź sobie, że cały czas jesteś taki wesoły i w końcu zaczynasz tym wszystkich wkurzać. Mamę, tatę, nawet babcię…
– Wcale nie jesteś wesoła.
– No widzisz! Dziesięć lat, a wszystko rozumie! Taki mądry chłopak.
I ucałowała mnie w czoło.
Ciotka spytała, czego jeszcze nie robiłem, po czym poszliśmy na kolejkę górską, która z terkotem przemierzyła trzy czy cztery zakręty i może ze dwa razy zmieniła kąt i wysokość jazdy. Wagoniki były niewygodne i z wysiłkiem wtaczały się na wysokość pozwalającą zerknąć ponad plastikowym ogrodzeniem. Dostrzegłem stamtąd pole, fragment naszego lasu i jedyny w okolicy sklepik. Przy zakończeniu pierwszego okrążenia minęliśmy wielki blaszany znak, na którym znajdowała się głowa gryzonia z żetonów. Ciotka spojrzała na znak, złapała się za usta i aż ją wstrząsnęło. Pomyślałem, że znowu zaczyna płakać, tymczasem był to atak śmiechu.
Podczas drugiego okrążenia nie wytrzymała i zaśmiała się na głos.
– Z czego się śmiejesz? – spytałem.
– Ten szczurek. To jest takie smutne! Ach, jakie to wszystko tutaj smutne! – ciotka zaśmiewała się do rozpuku. W momencie największego rozpędu jej policzki lekko powiewały.
Metalowy wagonik opuszczaliśmy, zataczając się ze śmiechu. Humor ciotki udzielił się i mnie. Teraz każdy detal smutnego miasteczka wydawał mi się godny wydrwienia. Dziewczyna w żółtej sukience popatrzyła na nas podejrzliwie i zajęła się dalej zapinaniem dzieci w wagonikach na niewygodne łańcuszki.
Od tamtego czasu widziałem ciotkę raz, może dwa razy. Babcia umarła, a wtedy – oczywiście z tego, co mi obecnie wiadomo, Alina została umieszczona w miejscu, w którym do tej pory na pewno wszyscy ją rozumieją, albo chociaż nadają na podobnie szalonych falach. Na pewno jednak jest jej tam miło, ponieważ, jak mi to powiedziała przez telefon, "co się odstało, to się nie stanie", a później jeszcze: "murem głowy nie przebijesz."
Kiedy wróciliśmy do działkowego domku, ani rodzice nie wypytywali mnie o nic, ani też ja sam nie miałem ochoty opowiedzieć im o przygodzie w tym raju gofrów, krepiny i dykty. Na kolację mama zrobiła naleśniki z leśnymi owocami, w których zachrzęściło kilka ziarenek piasku. Komary cięły dalej. Czułem, że ja i Alina zyskaliśmy sekret. Posiadał oblicze głupkowatej głowy gryzonia z żetonów i jak każda rzecz związana z ciotką mógł okazać się ciężki i niezrozumiały dla otoczenia.
Jestem na wycieczce survivalowej w Obwodzie Kaliningradzkim, który w tym śnie składa się ze sprzecznych klimatycznie cudów przyrody. Po wydłużonym przedzieraniu się przez dżunglę wychodzę na pustynię pełną kanionów i odkrywam na wpół zagrzebanego w piachu "DELFINA SPRZED MILIONÓW LAT". Stworzenie jest zakurzone i skamieniałe, to i owo się ukruszyło, ale na jego obliczu widnieje szeroki uśmiech.
Koszula była jasna i elegancka, świeża i przewiewna, pogodna i uniwersalna. Moja prosta, materiałowa osłona. Idealnie skrojona czysta karta mojego wyglądu.
Była idealna – do momentu, gdy zrobiłem w niej coś niewybaczalnego. Nieważne, co to było. Liczy się tylko uporczywa plama, nieuchwytna substancja, która właśnie wtedy wlała się między mikroskopijne sploty nitek. Nie do odeprania, bez szansy na skruszenie czy wybielenie.
Koszulę tę lubiłem wkładać na spotkania służbowe, czułem się w niej jak w dobrze dopasowanej zbroi. Do czasu.
Na przykład:
Na wierzchu sałatki leżą cztery kruche krewetki ociekające masłem i oliwą. Mój klient nadziewa jedną z nich na widelec o długich zębach, aż słuchać lekkie tryknięcie i mówi kąśliwie:
– Trzeba przyznać, że w tej koszuli mógłby pan wyglądać bardzo sharp.
Nakłuwam więc jeden z tych czterech kawałeczków kurczaka w cytrynowej marynacie, które wieńczą mój z kolei szczyt sałatki. Prezentowany przeze mnie uśmiech jest wzorową imitacją bezbrzeżnej wdzięczności.
"Mógłbym wyglądać. Co to w ogóle znaczy? Czyżby zauważył coś dziwnego?", myślę. Klient uśmiecha się równie bezpretensjonalnie i miło, co ja. Już do końca spotkania jest mi głupio i we wszystkim dopatruję się podstępu, a idealnie skrojona koszula jakby wytykała mi obżarstwo, bo nagle czuję, że każdy szew uwiera w napięciu, a na czoło występują mi siódme poty.
Albo weźmy ostatni spacer z babcią po śródmieściu. Prowadząc starszą panią wzdłuż jednego z bardziej uczęszczanych deptaków, cierpliwie czekam, aż przyjrzy się każdej z mijanych wystaw. Babcia jest zachwycona. Podziwia kawiarniane ekspozycje wyłożone sztucznymi kwiatami, bibułą i kryształowymi paterami pełnymi wytwornych ciast, omiata wzrokiem machające do niej manekiny i uśmiecha na widok lodziarza wyciskającego kolejną porcję waniliowej masy do cienkiego rożka. Przechodnie sunący z naprzeciwka łypią na mnie z ukosa jak na kogoś, kto właśnie uprowadził starszą osobę. Chciałbym iść szybciej. Babcia zauważyłaby chyba, gdyby coś z moim wyglądem było dziś nie tak?
Staruszka chce wejść do pijalni czekolady. Wzdycham z ulgą, gdy na chwilę zbaczamy z głównego traktu. W środku przeglądam się w kryształowym lustrze, ale wygląda na to, że z moim wyglądem jest wszystko w porządku.
Kelner kłania się w pas mojej babci wwąchanej w anielskie nuty pitnej czekolady, na mnie zaś patrzy ze zdumieniem i lekkim zażenowaniem. Po chwili informuje, że niestety wszystkie stoliczki są już zarezerwowane. Babcia nie kryje niezadowolenia.
– Zapomniałam okularów z domu. Zerknij no, czy to prawda? Czy nastawiali tabliczek z godzinami?
– Tak, wszystkie stoliki mają już rezerwację – wzdycham, omiatając wzrokiem błyszczące, puste blaty w neobarokowym stylu. Nie ma żadnych tabliczek. Wychodzimy.
Po tym wydarzeniu robię jeszcze jedną, szybką przepierkę i choć w dalszym ciągu nie widzę w koszuli nic dziwnego, na wszelki wypadek noszę ją już tylko po domu.
Zapadam się w mojej nieskazitelnie zbrukanej koszuli przed telewizorem. Mimo zapachu czystości buchającego z przewiewnego materiału czuję się tak, jakbym zagrzebał się w kłębie szmat pożyczonych z szatni zadymionego klubu. Uważnie oglądam front koszuli, mankiety, kołnierzyk, wszystko lśni. Do drzwi puka sąsiad.
– Widzę, że pan dziś na luzaku – stwierdza wesołkowato. W momencie, gdy siedzimy już przed telewizorem i następuje przerwa w meczu, nachyla się, niby przypadkiem upuszczając kilka solonych orzeszków.
– Tak naprawdę, to gdzie żeś się pan tak ufajdał? Nawet moja żona nie pozwoliłaby mi tak siedzieć samemu.
Uśmiecham się kwaśno i wzruszam ramionami.
Interes z klientem od krewetek nie wyszedł, telefon milczy. Na tym etapie jestem już pewny, że moja pozornie czysta koszula kryje w sobie niesmaczny wzór emocjonalnej plamy sprzed zaledwie kilku tygodni. Postanawiam wybrać się do profesjonalnego punktu czyszczenia.
Siedzę pod wielkim fikusem, którego liście falują pod wpływem klimatyzacyjnego wiewu tuż nad moim uchem. Cały zakład pachnie środkami piorącymi, a obsłużyć ma mnie młody chłopak o przystępnym uśmiechu męczennika, który w tej chwili wypisuje kwit małżeństwu o strapionych wyrazach twarzy. Zakład wyklejony jest lustrami i wcale nie startymi tapetami w palmy. Oprócz mnie i młodej pary nie ma tu nikogo, ale zgaduję, że wiele osób korzysta z usług tego przyjaznego punktu czystości, ponieważ wielki wieszak stojący za kontuarem wypełniony jest garniturami, eleganckimi kompletami i sukniami w pokrowcach do odbioru. Wyjmuję z siatki moją nieodżałowaną koszulę i dopiero teraz, gdy międlę ją w dłoni, zauważam, że w jednym z mankietów poszedł niewielki guzik. Chłopak woła mnie do lady.
– Co my tu mamy – śnieżnobiała koszula jest już rozpostarta przed pracownikiem obsługi, jej ramiona rozłożone jak do kapitulacji.
Długie palce chłopaka przebiegają wzdłuż ściegów, sprawdzają materiał pod światło. Pracownik sięga pod kontuar, wyjmuje okrągłe okulary o fioletowych szkłach, wkłada je i przez chwilę egzaminuje rozpłaszczoną koszulę. To przygląda się jej z bardzo bliska trzymając szkła przy oczach, to je odejmuje. Po chwili wrzuca dziwne okularki do kosza z napisem ODPADY ZAKŁADOWE i stwierdza:
– Dawno nie widziałem takiej plamy.
– Ja też nie – przyznaję mu rację, choć prawda jest taka, że do tej pory nie udało mi się dostrzec epicentrum całego tego ambarasu. Jestem klientem łatwym do oszukania, w tej chwili pracownik pralni może wmówić mi jakąkolwiek wielkość plamy.
– Spora, prawie pięć centymetrów na wysokości piersi. Kawałek kołnierzyka też upaćkany.
– Nie widzę jej, chyba muszę panu zaufać.
– Nikt nie widzi własnych plam, to normalne – chłopak macha ręką, przeżuwając gumę. Nie wygląda to zbyt profesjonalnie, ale skoro już założyłem, że będę mu wierzył na słowo, to się tego trzymam. – Można wiedzieć, od czego to? Bo widzi pan, jeśli plama jest towarzyska, spróbujemy dać ją na ogólne czyszczenie. Ale prawdę mówiąc, po chwili refleksji wygląda mi to jednak na plamę osobistą. A za doskrobywanie takich brudów odpowiedzialności nie bierzemy. Wie pan, materiał może się rozejść... Już lepiej przejść się po nową koszulę.
– Błagam, niech pan spróbuje coś z tym zrobić.
Jeszcze jedno przeżucie gumy, widzę, że chłopak już-już się przełamuje. Nagle zza plastikowego przepierzenia dzielącego punkt obsługi klienta od reszty zakładu wychyla się wielka baba z żelazkiem parowym w łapie i w ogromnych goglach z czerwonymi szkłami. Zakasuje rękawy, na chwilę staje nad koszulą, po czym bierze mojego zbawcę na bok i szepcze konfidencjonalnie:
– Ile razy mam ci tłumaczyć, że z plamami winy nie przyjmujemy? Chcesz mieć odjęte z pensji za naprawę maszyny?
Po czym obrzuca mnie nienawistnym spojrzeniem, burczy coś i z powrotem chowa się za przepierzeniem. Chłopak wzrusza ramionami.
– Zasady firmy – tłumaczy. – Od tego grudnia nie przyjmujemy już ubrań z plamami winy na tle osobistym. Bardzo mi przykro. Mogę za to polecić doskonały zestaw środków do domowej pielęgnacji.
– Miałbym sam doczyścić plamę, której nie widzę?
– To nie powinno być problemem, do każdego zestawu okularki dodajemy gratis. Powinien pan w nich dostrzec chociaż zarys swojej plamy. A jeśli to nie podziała, polecam spotkanie z szamanem. – I wciska mi jakąś ulotkę. – Na pocieszenie dodam, że z własną plamą na pewno poradzi pan sobie dużo szybciej niż my wszyscy tutaj. Może zostać lekki zarys, ale chyba lepsze to, niż taki kulfon?
– Dziękuję, wezmę zestaw w takim razie.
– Doskonale! A co z guzikiem, doszywamy?
– Taaa...doszywamy – macham ręką. Wygląda na to, że plama, która najprawdopodobniej powstała w prywatnych, domowych warunkach, usunięta musi zostać w nie mniej doborowym towarzystwie.
Miała skórę koloru sztucznej opalenizny i wydęte usta. Brwi, uformowane w cienkie kreseczki, pozostawały uniesione. Całość sugerowała wieczne zdziwienie i stłuczoną życiową złośliwość. Rozejrzałem się po tramwaju. Po wszystkich tych cmokliwych spojrzeniach spode łba od razu można było stwierdzić, że współpasażerowie sklasyfikowali dziewczynę jako jedną z tych cierpkich, błyszczących idiotek.
Byłem tego pewny.
Ale odejdźmy od spojrzeń innych mężczyzn – ja to ja! Nagle w oczy rzucił mi się nieoczekiwany gest. Choć wyzywająco przyprószona ornamentami odpryskujących dżetów, dziewczyna miała na sobie cienkie letnie rękawiczki. Poprawiła je jeszcze raz spokojnym, wręcz wytwornym gestem.
Wszystkie warstwy tłustego błyszczyka wzięły w łeb! Ja już wiedziałem, że stanowiły tylko ciężki sztafaż dla mało dociekliwych. A że zawsze byłem trochę do tyłu z podrywem, trochę obciachowy, to zamiast posłać dziewczynie dyskretny uśmiech, po prostu przejechałem jeszcze jeden przystanek i uciekłem.
Następnego dnia natknąłem się na nią gdzieś pod kinem. Czekała na nasypanie truskawek do siatki.
– Czemu nosisz rękawiczki latem? – spytałem.
Brwi-kreski uniosły się, dziewczyna już miała coś odburknąć, ale ostatecznie wymigała się od wyjaśnień i – o dziwo – zaproponowała mi zjedzenie zakupionych truskawek w pobliskim parku. Owoce umyliśmy w źródełku wody oligoceńskiej.
Czerwony sok spływał aż pod szwy rękawiczek, których najwyraźniej nie zamierzała zdjąć. Powietrze wokół buchało wonią pudrowych perfum za dziesięć złotych. Co gorsza, leginsy ledwo trzymały się kosteczek bioder, spod gumki wystawała druga – ta od majtek. Przechodnie jedli lody w wafelkach, prowadzili wózki z dziećmi i psy na skórkowych smyczach; oceniali nas surowo. Wyglądałem jak cwaniak nagabujący sierotę z dysfunkcyjnej rodziny.
Niesprawiedliwość osądów od razu rzuciła mi się w oczy. Niezrażony brakiem odpowiedzi na pytanie o intrygujący mnie element ubioru, chciałem zapytać, o co chodzi z tak specyficznym stylem noszenia się. Moja towarzyszka uprzedziła mnie.
– Nie pochodzę z żadnej tam patologii. To taki styl, dzięki niemu chronię chłopaków takich jak ty przede mną.
Moja nowa dziewczyna, lepsza od innych.
– Pokażę ci, dlaczego noszę rękawiczki, ale musisz mi przysiąc, że nikt się o tym nie dowie, i że nie będziesz się z tego śmiał. Nie zniosłabym tego.
Kiwnąłem głową trochę rozbawiony. Byliśmy już na trzeciej randce. Dogadywaliśmy się doskonale. Najwyższy czas, żeby sprawy przybrały cieplejszy obrót, tymczasem najbliższy jak dotąd kontakt miał miejsce wtedy, gdy udało mi się oberwać nitkę z rękawa jej podrabianej koszulki. Kiedy za to próbowałem chwycić moją dziewczynę za rękę albo ponownie poruszyć temat rękawiczek, natychmiast wybuchała złością. W efekcie stawałem się zazdrosny o jakiekolwiek przejawy interakcji i dotyku, a konkurencji dopatrywałem się nawet w nieożywionych elementach natury. Gdy przystawała, wyciskając okrągłe ślady szpilek w nagrzanym betonie, z wściekłością wwiercałem się butami w znienawidzoną nawierzchnię.
– To właśnie jeden z moich chłopaków – powiedziała, gdy doszliśmy na skwer otoczony ławkami. Pośrodku stał złocony posąg przedstawiający zaskoczonego mężczyznę. Statuę uformowano z zadziwiającą dbałością o szczegóły. Jeśli chodzi o twarz, artyście musiało zależeć na uwiecznieniu oszołomionej ekspresji modela. Rzeźba nie miała w sobie klasycznej symetrii dostojnych prac, raczej rozwichrzenie formy i nieregularność niespotykaną wśród tak reprezentacyjnych obiektów.
“Patryk Partycki, księgarz”, głosił napis na złotej tabliczce.
– Już od dawna sama siebie przywołuję do porządku – powiedziała moja dziewczyna – bo kto inny miałby o to zadbać? Zapomnę się, tego dotknę, tamtego musnę palcem, i kolejna rzeźba gotowa. Serio wydaje ci się, że to miasto potrzebuje jeszcze więcej nadętych posągów? – zdjęła jedną rękawiczkę i dotknęła palcem żuka podróżującego ścieżką. Chrabąszcz znieruchomiał i zamienił się w złotą figurkę.
– Może przycisk do papieru? – zaproponowała, podając mi ciężkiego, błyszczącego owada.
Podarunku nie miałem odwagi przyjąć.
Po miesiącu platonicznych spotkań upiłem się z rozpaczy i niemal straciłem przytomność na wycieraczce mojej niedostępnej dziewczyny. Ta otworzyła drzwi, załamała ręce i szybko pobiegła po rękawice kuchenne, które miały pomóc jej wtaszczyć mnie do środka.
Pamiętam, że sunąłem tak bezwładnie wśród skulonych, siedzących lub leżących męskich figur ze szczerego złota, które zasiedlały przedpokój. Charakterystyczna była pełna spontaniczności forma, w jakich zostali uwiecznieni. Mężczyźni kucali, leżeli podparci łokciami o ziemię, stali z rękoma opartymi o biodra. Jeden wygrażał pięścią – tego ustawiono najbliżej wejścia do toalety.
Jęknąłem i próbowałem chwycić za udo tej, która wytrwale taszczyła mnie na miękkie podłoże.
– Idioto – marudziła dziewczyna i trąciła mnie nogą, żebym się uspokoił. – Chcesz tak wyglądać? Naprawdę chcesz zamienić się w jakiegoś ciężkiego bałwana?
Już wtedy przeczuwałem, że nasz związek nie przetrwa wieczności.
Ale czy jest jakikolwiek sens zagłębiać się w szczegóły naszej nieskazitelnej relacji? To tylko błahe wprowadzenie we właściwą opowieść, czyli w opowieść o moim obecnym stanie. Aktualnie czuję się jak skamieniały. Nie jestem pewny, czym sobie na to zasłużyłem.
Mogłem się zapomnieć.
Może w chwili uniesienia złapałem ją za przegub i materiał odsłonił kawałeczek dłoni?
Niezależnie od tego, co naprawdę się wydarzyło, teraz stoję przyssany do podłoża i czy deszcz, czy pogoda witam na swoich ramionach wszędobylskie ptaki. W myślach nucę własne piosenki, które dodają mi otuchy. Nie to, że zostałem do tego stworzony, niemniej jednak nareszcie zyskałem trochę czasu, żeby stworzyć utwór poetycki naprawdę godny tej kobiety.
Złota dziewczyno, nie mogę cię dotknąć,
choć twoje kształty – świetna robota!
Spotkaj mnie czasem chociaż na próbę,
niespodziewana dziewczyno złota.
(Rymy przypływają same, choć nie zawsze jestem pewny ich jakości).
Bywa, że dziewczyna przebiega obok w tandetnym stroju do ćwiczeń. Widząc moją trwale zamyśloną minę, stara się nieco prymitywizować ruchy, żeby nie było mi aż tak przykro.
– Wolałam ciebie takim, jaki byłeś, kiedy się poznaliśmy – woła do mnie, kręcąc nosem. – Czemu musiałeś zmieniać się w sztywniaka?
Ale ja i tak wiem swoje.
Zatrzymałem się. Im dłużej tu tkwię, tym bardziej rozwlekły i pompatyczny staje się styl moich myśli.
Podczas ciemnych parkowych wieczorów, gdy gleba nasiąka zapachem wdeptanych, opadających liści, przypominam sobie elegancki gest poprawiania letnich rękawiczek i zastanawiam się, co działoby się ze mną teraz, gdybym tak, jak inni mężczyźni w tramwaju po prostu wygodnicko rozmył własną spostrzegawczość.
Gdyby mój wzrok prześlizgnął się po tej dziewczynie jak po mało interesującym, gładkim elemencie nie wybijającym się z przestrzeni.
Gdybym przeoczył rękawiczki, dojechał na swój przystanek i nigdy nie wpadł na jakiekolwiek romantyczne skojarzenie, rym, piosenkę; na nic.
Kiedy po raz pierwszy pożałował, że już się nad nim nie pochylają?
No cóż, można by to ująć tak: im dłużej siedział w jednej pracy, tym boleśniej było przypominać sobie wszystkie te chłopięce lata pełne budujących komplementów.
Czasami, kiedy stawał przed zniecierpliwioną osoba przygotowaną do jak najszybszego odebrania pizzy i trzaśnięcia za nim drzwiami, żałował, że ludzie nie wzdychają już na jego widok z podziwem albo nie proszą, żeby wyrecytował jakiś prosty wierszyk.
Tak bardzo chciałbym, żeby choć raz było znowu tak, jak kiedyś, czemu nikt już nie zwraca na mnie uwagi? Należy mi się napiwek za te wszystkie kursy ze stygnącymi plackami.
Podwójna hawajska
O dwudziestej wrócił do pizzerii po rozwiezieniu kolejnego zamówienia. Na zapleczu panował niespotykany spokój. Usiadł na reklamowym standzie w kształcie podwiniętego trójkąta margherity, który kurzył się tam od czasu zmiany ekspozycji przed restauracją, i przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę. Zastanawiał się, czy właśnie teraz wysoki i chudy kucharz Alvaro wyrabia kolejne owalne placki ciasta. Dziewczyn z obsługi nigdzie nie było. W tym samym momencie rozdzwonił się telefon. Przeciągnął czekanie sądząc, że dzwonek za chwilę ustanie.
Potem odebrał.
Na początku rozmowy czuł się jeszcze w miarę na równi z facetem po drugiej stronie słuchawki. Chociaż znajdował się znacznie niżej od niego w prostacko rozumianym łańcuchu zawodowym, to jednak kwestia sprawnego dogadania się co do zamówienia była przez nich rozgrywana co najmniej po męsku. Instrukcje dotyczące rodzaju i wielkości pizzy przyjął tak naturalnie, jakby zajmował się tym na co dzień: konkretnie i bez zająknięcia. Pragnął dać klientowi do zrozumienia, że jest poważnym facetem i doskonale go rozumie. Powiększona hawajska na klasycznym to idealny wybór dla głodnego mężczyzny.
Słysząc o dodatkowych składnikach, odchrząknął i na chwilę stracił rezon. Poczuł, że nieznacznie „przekręcił mu się głos”; uczucie znał dobrze z czasów dojrzewania. Zachwianie tembru charakterystyczne dla mutacji. Od pochylenia przy telefonie kołnierzyk musiał wbić się gdzieś w okolicy jabłka adama.
– Może jakiś napój do tego? – spytał automatycznie, naśladując swoją koleżankę Agatę, której pracę od czasu do czasu obserwował, siedząc na kawałku pizzy, i natychmiast się zawstydził, bo im dalej brnął w tę rozmowę, tym bardziej rozmiękczony, wydelikacony i chłopięcy był jego głos.
– A co macie do wyboru? – odparł tonem głodnego zniecierpliwienia facet o południowym, głębokim i męskim akcencie.
Powtórzył całe zamówienie zacinającym się, niewyrobionym głosem.
– Bardzo ładnie przyjął pan to zamówienie. Gratuluję.
– Będę do czterdziestu minut.
– Mam nadzieję.
Ciężka słuchawka stacjonarnego telefonu już od dłuższej chwili ciążyła mu w dłoni. Odłożył ją, pomagając sobie drugą ręką i westchnął z wysiłku.
Herbatka, pomyślał.
Czy ja powiedziałem: „herbatka”?
Cieszył się, że może pracować z profesjonalistami. Gorące pudełko pachnące świeżą hawajską i mniejszy pojemniczek z czerwonym sosem już leżały na ladzie łączącej zaplecze z kuchnią.
Napiwek
Stanął na palcach, żeby przejrzeć się w lustrze wielkiej windy, którą jechał całkiem sam doręczyć gorącą pizzę. Karton parzył go w paluszki. Na drugim piętrze do windy weszły dwie dziewczyny.
– Zobacz, jaki słodki chłopczyk! – powiedziała pierwsza z nich, blondyna w kolorowej czapce.
– Naciska guzik! Kochany – dodała z rozczuleniem ta druga, która cały czas machała słuchawkami i kręciła sobie nimi wokół palca jak zabawką.
– Dokąd jedziesz sam aż na siódme?
Trochę się zawstydził, więc nie odpowiedział nic.
Trzecie piętro.
– A gdzie twoja mama? Ona wie, że wieziesz takie wielkie pudełko i powiedziała, że musisz bardzo uważać przy wysiadaniu, żeby się nie potknąć?
– Nie wie.
– Dzielny!
Po czym bezceremonialnie wyjęła mu z rąk pudełko, oderwała soczysty kawałek hawajskiej z największymi kawałkami ananasa i zaczęła go zajadać na spółkę z koleżanką, której podawała pizzę prosto do buzi.
Czwarte piętro.
– Masz, kochany, taki jesteś fajny, że aż ci coś dorzucimy na drogę, żeby ten pan, któremu to niesiesz, nie wkurzył się, że pizzy jest za mało.
Blondyna wcisnęła mu banknot dziesięciozłotowy za gumkę od spodenek, a ta druga pogłaskała go po główce. Chciał poprawić swoją firmową czapkę z daszkiem, którą zawsze wkładał, wybierając się z zamówieniem, ale poczuł tylko, że zamiast tego na jego głowie gęstnieje szczecinka delikatnych, gładkich włosów.
Dziewczyny wysiadły, chichocząc i pochłaniając skradziony kawałek.
Dojeżdżając na górę, chłopiec położył pudełko z pizzą na wykładzinie, po czym wyjął banknot zza spodenek. rozprostował go i powąchał.
Rany, powonienie dziecka jest niesamowite, przypomniał sobie i przygotował się do wysiadki na siódmym piętrze; tam, gdzie już czekał na niego ten facet z dziwnym, obcym akcentem, który poprosił o dodanie do pizzy drugiej warstwy ciągnącego się sera.
Nadmiar czasu wolnego to szansa dla długich historii i ambitnych życiowych rozwinięć. Niestety ostatnio preferuję czas szybki; jednosekundowe spostrzeżenia i historie proste jak drut.
Kobieta na drewnianych obcasach
Na ulicy przede mną wyrasta chimeryczna postać, polska elegantka bez pretensji do paryskiego szyku. Kobieta pędzi na złamanie karku przez przystanek, przez jezdnię; samochody omijają ją nawet nie trąbiąc, bo ulica jest jednokierunkowa, w kalendarzu święto, a pośpiech kobiety na wyrost. Elementy wizerunku: spódnica z eleganckiego materiału, która mogłaby wyglądać bogato w minimalistycznym stylu i załatwić wszystko na dobre z góry, ale zamiast tego została połączona z naiwną w kroju koszulą biurową z lumpeksu w drobne kwiatki. Połączenie tworzy ckliwą i nieco pokraczną całość. Do tego szpilki: wysokie, bezlitośnie cienkie i wysmuklające, ale też mało konstrukcyjno-drogie, jakieś takie koślawe i słowiańskie w charakterze, o drewnianym obcasiku tak chwiejnym, ze lekko wygina się podczas całej tej przebieżki. Zamiast przyciągającej spojrzenia kokieterii dochodzi lekkie zażenowanie sobą z powodu domniemanej odświętnej seksualności zaprezentowanej ludziom w biały dzień. Kobieta uwielbia chwiać się i potykać, nierówny beton i wystające krawężniki są żywiołem jej cierpienia, jest to promenada poczciwości, eskalacja polskiego stylu myślenia o elegancji. Krok świadczy o pośpiechu i dumie z butów na obcasie kupionych w taniej sieciówce, mam wrażenie, że nie tylko ja boję się o życie biegnącej pani na tej pustej ulicy.
– Niedziela! Zwolnij, bo skręcisz kostkę! – kierowca z lizakiem Chupa Chups tworzącym kulkę od wewnętrznej strony policzka wychyla się z kabiny autobusu. Zaskoczona kobieta prawie się przewraca, ale udaje jej się jeszcze podeprzeć rączką o przód pojazdu, zakręcić i wbiec do środka. Nasze spojrzenia przez moment spotykają się, kiedy przyklejając czoło do szyby ocenia odległość, jaką przebiegła, aby zdążyć na najczęściej kursujący przegubowiec w tym mieście. Autobus przesypia na przystanku jeszcze z dwie minuty. Najwidoczniej przyjechał tu za szybko strasząc kobietę swoim kształtem, który za wcześnie zamajaczył na horyzoncie ulicy. Po policzku tej, która nadaremnie czeka na odjazd, spływają łzy wysiłku.
Zakończenie historii w czasie szybkim: gdyby ludzie byli roślinami, ta kobieta zamieniłaby się w skromne, odnajdujące się w mieście drzewo, coś w rodzaju jarzębiny. Gatunek drzewa, które oskubywane przez małe zwierzęta i dzieci z roku na rok sobie radzi, a odpowiednio odgrodzone od ulicy niskim płotkiem zyskuje może nie ekskluzywny, ale na pewno dość smukły wygląd.
Jerzyki
Pod spożywczym stoi wielki dres z siatami butli po piwie na wymianę. Spogląda w górę i wypowiada melancholijnym tonem:
– Jerzyki latają...będzie burza.
Mija go elegancka dziewczyna ubrana trochę zbyt poważnie jak na swoją młodą buzię. „Skądś go znam, gdzieś już widziałam ten głos”, myśli bezsensownie, ponieważ w pędzie chwyciła tylko fragment wypowiedzi faceta –ten o jerzykach, a poza tym bardzo się spieszy i słowa mylą jej się w myślach. Nie poświęca spostrzeżeniu wiele uwagi, jej czas jest zbyt szybki na takie zastanawianie. Z kolei facet już dawno zwolnił tempo dzięki częstemu popalaniu trawki. Ich czasy są obecnie już tak odległe, że dwójka ludzi prawie nie zauważa siebie nawzajem. Dziewczyna rejestruje intrygujący fragment wypowiedzi dotyczący latających przed burzą ptaków, ale nie wie, skąd dobiega głos, który wypowiedział zdanie. Mężczyzna może i zauważył mignięcie długiego trenczu, ale dziewczyna stała się dla niego migającą plamą w kącie zmrużonego oka. Wzajemne czasowe rozstrojenie nagięło prawa fizyki relacji międzyludzkich. Cząsteczki spostrzeżeń tych ludzi nie spotkają się nigdy.
Czytanie
Na podwórku bawi się dziecko.
Do tej pory spędzało w życiu czas tylko w trybie wolnym, więc nawet nie myśli o zakończeniu wakacji. Rodzice też nie poruszają z nim tego tematu, ale wszyscy wokół uśmiechają się i już wiedzą, że niedługo czas chłopca przyspieszy – dla nich zaczął toczyć się z górki już pod koniec urlopu. Dziecko nie widzi różnicy między tygodniem a miesiącem, jest dumne z tego, że nauczyło się czytać litery. Przedział czasowy, podczas którego spoglądało na niezrozumiałe, obce znaki podczas odczytywania mu ich przez matkę, jawi mu się teraz jako bardzo długi, tymczasem mama czytała mu książeczki wskazując palcem na poszczególne litery dopiero od roku.
– Nie wiem, jak możesz się nudzić. Nie chodzisz do pracy ani do szkoły, masz pełno zabawek i możesz robić, co tylko chcesz! – tłumaczy tata, któremu nie chce się zajmować dzieckiem akurat teraz, kiedy mógłby mieć wolną chwilę na otoczenie się własnymi myślami, a nie cudzymi zabawkami. Dla dziecka jest to wyjątkowo przykre, krzywi się i rzuca w kąt piaskownicy przebrzydłe foremki.
– Nigdy już się z tobą nie pobawię! – krzyczy i kopie trochę piasku w stronę innych dzieci.
– A ja zawsze będę się z tobą bawił – odpowiada tata, który sprawniej ocenia swoje możliwości czasowe.
– Będzie pani dźgnięta nożem – powtórzył dźwięcznym głosem ultrakapitalistyczny szaman, którego wzmocnione kolorowymi soczewkami oczy były teraz półprzymknięte. – Zero wizji. Sam głos. Jedno zdanie, nie mam co do tego żadnych wątpliwości!
Pomieszczenie było rozległe, szkliste i chłodne; takie, w którym mogłyby stać akwaria z rybami – ale nie stały. Klienci zajmowali miejsce na kanciastym, lustrzanym kubiku o kształcie wielkiego diamentu, a metr od nich, za stolikiem z czarnego pcv, zasiadał elegancki mężczyzna mający przepowiedzieć przyszłość z kart albo wnętrza hologramowej kuli. Tarota rozkładał pieczołowicie i wolno, a jeśli padło na kulę – nonszalancko muskał ją koniuszkiem serdecznego palca. Większość osób zwracała uwagę na staranny manicure ezoterycznego specjalisty.
– Czy ta przepowiednia...wiąże się z moją śmiercią? – spytała szeptem Edyta, zastygła jak szklana rzeźba na przymałym siedzeniu.
– Tego już nie jestem w stanie wyczuć. Niezbadane są wyroki wibracji. Rzadko kiedy mam do przekazania aż tak wyraźny znak! Ale może nie stanie się to tak szybko – dodał, łypiąc na nią szafirowym okiem. – Jest pani w końcu jeszcze całkiem, całkiem.
Spotkanie zakończył szerokim, marmurowym uśmiechem osoby, która z ekonomicznych przyczyn od lat jest zmuszona przekazywać ludziom nawiedzone i złowieszcze wiadomości.
Edyta wypadła z budynku poruszona. Z ulgą odetchnęła miejskim powietrzem pełnym światła i pyłu. Surowe, minimalistyczne wnętrza działały na nią niepokojąco. Prawie nadziała się na chłopaka w polarowym dresie sprzedającego rogaliki, kawę i tanie sensacyjne książki. Zaklęła w myślach; postanowiła zadzwonić do Emilii i nakrzyczeć na nią za polecanie usług przereklamowanych wróżbitów.
– Idź do zwykłych oblechów, takich, co reklamują się na tylnych stronach gazet – radziła jej Emilia, nie zwracając uwagi na spadające na nią telefoniczne obelgi. – Klasyczna brudna wróżka będzie miała w sobie więcej spontaniczności.
Ale przeznaczenie samo dogoniło Edytę. Tak się składa, że wczesnymi popołudniami, a w szczególności, gdy jest już o krok od pierwszego śniegu i ludzie chodzą oszołomieni zimnem, śródmieście przemierzają całe grupy pomysłowych Cyganek nastawionych na szybki zysk.
– Daj rękę, daj powróżyć.
– Ma pani pięć złotych?
Zamiast użyć łokci i uciec z zacieniającego się wokół niej kręgu kobiet, Edyta wyciągnęła z kieszeni dwa złote.
Jedna z nich przejechała palcami po jej linii życia i przeżyła coś w stylu olśnienia.
– Będzie pani dźgnięta nożem.
– Skąd to wytrzasnęłaś? – Edyta chwyciła za kolorową chustę romskiej wieszczki.
To jakiś żart? Program? Eksperyment społeczny? Czy ponad reklamą banku na rogu ulicy wisi ukryta kamera?
Nie wisiała.
Wyczuwając w powietrzu obiecującą dawkę stresu, baby wyciągnęły ręce po więcej.
– Co macie na myśli? Przez kogo i kiedy dokładnie będę zaatakowana?
– To będzie pięćdziesiątka.
– A tyle wystarczy?
– Starczy. Będzie pani dźgnięta nożem – powiedziała druga z nich.
– Nic więcej? Jakieś konkrety?
– A weź się pani odczep!
Do domu wróciła z oczyszczonym portfelem i tylko jednym zdaniem w głowie.
Od czasu, gdy została zwolniona z pracy, czas też zwolnił i umożliwiał jej skupienie się na naprawdę nieważnych sprawach. Rano z przyzwyczajenia malowała oczy. Kilka razy dziennie przyglądała im się w lustrze, gdy mydliła ręce po kolejnym zmywaniu paznokci lub przecieraniu kurzu. W miarę upływu czasu powieki robiły się roztarte i podpuchnięte od luksusów nudy. Pozwalała oszczędnościom topnieć, a umiarkowanie kosztowne miejskie przygody w stylu wizyty u nowoczesnego proroka przesunęły się wyżej na liście jej priorytetów. Nagle do listy spraw doszło to jedno jedyne zdanie, które w normalnym życiu – wśród nawału zwykłych obowiązków, nie znaczyłoby nic, ale teraz, na tle dni wypełnionych przyjemnym niczym, zaskakująco ostro wybijało się z tła.
„Tylko nie myśl, że przeznaczenie zwróci się do ciebie dosłownie”, tłumaczył profesor w koszuli w kratę, autor Oświeconego Kanału na YouTubie, który włączyła, popijając ciemne piwo. „Wróżby są jak sny, a kluczem do snów są symbole. Pokonaj kolejne bariery własnej podświadomości i zainwestuj w program odnowy mentalnej...”
Czy nóż jest symbolem fallicznym?
Znakiem kariery gastronomicznej?
Przemianą osobowości?
A może po prostu zostanę zadźgana sztyletem w biały dzień, wracając do domu z siatką pełną bułek.
Edyta zamknęła laptopa. Z okna powiało chłodem. Granatowo-czerwone cienie sygnalizujące przejazd samochodów na jej ulicy przesuwały się szybko pod sufitem. Światła były coraz zimniejsze, stalowe, o ostrych konturach. Przebiegł ją dreszcz. Pogodne tapety i miękkie materiały wyściełające jej przytulne mieszkanie; wszystkie drobne przedmioty, które tak długo gromadziła i kłaczkowate, przyjemne w dotyku ubrania przerzucone niedbale o fotele nabrały złowieszczego charakteru, zupełnie jakby nie należały już do niej, tylko do snu o niepokojącej wersji jej życia.
– Jeszcze raz, jak właściwie brzmiało to zdanie? Aha. Wiesz, oni pewnie wymieniają się tymi lipnymi pomysłami na wróżby. Mafia – pocieszała ją Emilia, gdy któregoś wieczoru z niecierpliwością zerkały na elektroniczne tablice w metrze. – Na twoim miejscu niczym bym się nie przejmowała.
Gdy przyjaciółka wbiegła do wagonu, Edyta zasiadła na chłodnej ławce, ze świstem wypuściła powietrze i rozprostowała nogi. W Emilii było coś, co ją denerwowało, ale od dawna nie umiała tego zdefiniować.
Uniosła zamszowego mokasyna. Do podeszwy przykleił się fragment kartki wyrwanej z lakierowanego pisma. Ślady butów nadszarpnęły i zadeptały większość strony, ale widać było fragment zdania. Zdania, które sprawiło, że Edyta bardzo mocno się wzdrygnęła.
BĘDZIE PANI...
W drodze do domu słowa mignęły jej jeszcze na plandece przejeżdżającego autobusu i na migającym podświetlanym plakacie. Jednak gdy próbowała skupić wzrok na konkretnych literach, proroctwo znikało.
Aż do świtu sprawdzała okna i zamki w drzwiach. W worku na śmieci znalazły się wszystkie ostre lub niebezpieczne przedmioty, potem zasnęła.
Jakkolwiek nie zabezpieczę się przed atakiem,przepowiednia i tak wykorzysta najbliższą dostępną lukę bezpieczeństwa i mnie dopadnie. Zupełnie jak w amerykańskim filmie o nastolatkach załatwi mnie najgłupsza sytuacja.
We wtorek próbowała wepchnąć do bagażnika torbę z zakupami spożywczymi na miesiąc. Mały rulon mentosów wysunął się z siatki i potoczył prosto pod nogi postaci idącej w jej stronę pustym parkingiem.
Czy był to mężczyzna o twarzy mordercy? Trudno powiedzieć. Jasnowłosy przystojniak o ostrych rysach musiał być jednak bardziej playboyem niż nieudacznikiem. Do tej pory kobiety prawiły mu same komplementy. Tego dnia na jego twarzy miał zagościć wyraz zdziwienia.
– To ty, świrze? Gdzie jest ten nóż? Pokaż mi go!
– Nie mam żadnego noża! To szpachla...aaa! – wrzeszczał.
Edyta ochłonęła dopiero, gdy chłopak wywinął się i trzasnął ją prosto w twarz. Uderzenie podziałało orzeźwiająco – zupełnie, jak powiew północnego wiatru, jak by to podsumował lekko populistyczny autor, który pragnie pozostać tajemniczy.
– Idziemy się poruszać. Nie będziesz tutaj tkwiła w nieskończoność. Farbowałaś się? – Emilia wbiła wzrok w jej włosy.
– Nic z tych rzeczy, musiały mi pojaśnieć od słońca.
– Przecież w ogóle nie wychodzisz na zewnątrz!
Tkwiła w domu już od dwóch tygodni wściekle pogryzając żelki i konserwowe ryby i popijając je na przemian ziołami na uspokojenie czy coca-colą (składniki wzajemnie znosiły swoje działanie i w rezultacie Edyta była po prostu znudzona). Emilia odsunęła firanę. „Nie zauważyłam, kiedy chmury zdążyły zrobić się tak pesymistycznie powłóczyste”, pomyślała Edyta, przyglądając się skapującym na parapet zimnym kroplom.
– Od kiedy masz obsesję tego zdania, zrobiłaś się ponura i wyglądasz, jakbyś od dziesięciu lat przedzierała się przez krzaki w śniegowej zawiei – paplała Emilia, prowadząc ją do samochodu. W aucie Edyta dyskretnie przyjrzała się sobie w lusterku bocznym, ale to, co Emilia uznawała za symbole paranoi, było w jej mniemaniu całkiem sexy – czuła się tak, jakby dopiero dzięki odseparowaniu się od świata podczas wolnych dni zyskała szansę odkrycia ostrzejszej strony siebie. Pomijając oczywiście gnębiącą ją do tej pory wpadkę na parkingu.
Może niedługo spotka mnie coś nowego? Mam większą ochotę na podróże zagraniczne. Albo jakieś śledztwo.
Śledztwo?
Spędzenie późnego popołudnia na zlocie Wielbicieli Czarnego Humoru, który z powodu złej pogody przeniesiono do wnętrza złej restauracji, nie mogło być niczym przyjemnym. W czasie, gdy Emilia oddaliła się po ciastka, Edyta stała obok tablicy z wykaligrafowanym kredą hasłem CZARNY HUMOR JEST JAK NOGI. NIE KAŻDY JE MA i przyglądała się ludziom w średnim wieku, o zróżnicowanej skali śmieszności haseł na koszulkach, którzy obsługiwali tu swoje kapryśne dzieci, krążyli między kotłami z ponczem, podkradali sobie tartinki i padali ofiarami złych spojrzeń kelnerów.
Nagle poczuła, że coś łaskocze ją w ucho. To była szczotka trzymana przez dźwiękowca ekipy telewizyjnej.
– A może to pani uda się dzisiaj wygrać? Trzy osoby już odpadły. Do wygrania czek na sto tysięcy złotych, a zdobędzie go pierwsza osoba, która poda nam poprawną odpowiedź. O ile oczywiście POSIADA PANI USTA!
Czy czarny humor musi w tych czasach oznaczać dowcipy o nie posiadaniu jakiejś części ciała?
Edyta przestąpiła z nogi na nogę, przyłapując się na tym, że dopatruje się w butonierce prezentera ostrego kształtu. Z kieszonki wystawał tylko nieduży, wykwintny fiołek.
– Pewnie – odparła – a co trzeba zrobić?
– Ach! Nic prostszego. Wystarczy, że poda pani – albo pani – dodał szczerząc się do Emilii, która nagle wyrosła obok z talerzem pełnych małych ciasteczek – prawidłową odpowiedź na pytanie: jak brzmi tytuł przełomowej szwedzkiej powieści reprezentującej alternatywną literaturę kryminalną, której premiera planowana jest już na najbliższy tydzień? Dodam, że autorem tej wyjątkowej książki jest sam Jens Larsson, legendarny autor bestsellerów, przy których Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet jawi się jako miękka propozycja dla dzieciaków.
Czas, start!
Edyta już od jakiegoś czasu odnosiła wrażenie, że Emilia nie należy do kobiet zdolnych odczuwać prawdziwie honorową solidarność z bliskimi. Wszystkie przeszłe napięcia wywołane irytującym, piskliwym ględzeniem Emilii zlały się w przeczucie nadchodzącej zdrady.
Przyjaciółka drgnęła i upuściła ciastko. Zdawało się, że ma zamiar otworzyć usta.
– Nie dam się zrobić – bardziej poczuła, niż pomyślała Edyta w trakcie błyskawicznie krótkiej chwili, jaka oddzieliła ją od trzaśnięcia przyjaciółki w twarz. – Nie dam. A potem odbiorę swój czek, spokojnie napiję się ponczu i nie będę musiała już myśleć o tym, jak bardzo zepsuła się ostatnio pogoda.
Tytułu książki krótki nie był.
Ale popularna literatura skandynawska rządzi się własnymi prawami.