Dzień 16
Nie wierzę, że ostatni tydzień tak szybko minął!!! Gdyby nie mama, całkowicie zapomniałabym, że chciałam ten wyjazd archiwizować (dzięki, mamo!).
Gdybym miała streścić ostatnie dni to byłoby krótkie streszczenie: praca, praca, praca, praca...
Praca ogólnie wygląda tak:
niby mięciusio milusio, ale jednak leżysz na boku z wytrzeszczem.
Londyn ogólnie wygląda tak:
czyli niby coś tam się świeci, ale jednak ciemno.
W niedzielę byłam w parku Hampstead Heath. Ten park jest wieeelki. Można się tam kąpać w jeziorze (nie zrobiłam) i wejść na górkę, z której widać całe miasto (zrobiłam).
W poniedziałek byliśmy z Olą i Tomkiem na Wicked, takim musicalu. Na Leicester Square jest taki wielki kiosk, nazywa się Tkts, w którym sprzedają bilety na ostatnią chwilę:
W środę widziałam się z Anią. TripAdvisor (taka aplikacja) zaprowadził nas do Cahoots - miejscówki, w której kiedyś była stacja metra. Schodzi się schodkami, a z głośników leci znajome “Nie wsiadać po sygnale”, “Proszę uważać na kieszonkowców”.
Niestety podają same koktajle, więc poszłyśmy szukać szczęścia gdzieś indziej. Ale sama knajpka była bardzo klimatyczna, polecam.
W końcu coś tam zjadłyśmy, ale stwierdziłyśmy, że po prostu kupimy sobie czipsy i cydr i pójdziemy do parku na trawę. Niestety zgubiłyśmy się drugi raz, tym razem w dzielnicy tak jakby trochę ekskluzywnej.
W końcu doszłyśmy do tego parku i widziałam wiewiórkę.
W czwartek w porze lunchu byłam z ziomkami z pracy na wystawie kolegi, który tak jak ja jest stażystą.
Dzieło wraz z z autorem (po prawej).
Moje ulubione dzieło z całej wystawy - koza z perłą. :D
Nikt normalny w czwartek o 12:00 nigdzie nie jeździ, więc wagony były prawie puste jak jechaliśmy do galerii. Musicie sobie uświadomić, że to się tutaj NIE ZDARZA. Zazwyczaj jedziesz jak sardynka i ktoś cię smyra palcami po plecach. Ugh.
Reklama w metrze. Serio ktoś robi ziemniakom marketing w Londynie, że są tanie, proste i nie mają tłuszczu. :D
Jeśli o tym mowa, w piątek jadłam jedne z NAJLEPSZYCH ZIEMNIAKÓW W ŻYCIU. O słodki Jezu. Naprawdę. Na samo wspomnienie robi mi się gorąco.
To jest ziemniaczane puree, aksamitne jak chmurka, z sosem, na który tutaj mówią “gravy” i z warzywami zapiekanymi w cieście (ang. “gourmet pie”). Nie-wegetarianie zamiast ciasta jedli dwie kiełbaski. JAKIE TO JEST DOBREEE <rozdziera szaty> Naprawdę, poszłam tam niegłodna, ale nie potrafiłam odmówić sobie ziemniaczków, a wyszłam WNIEBOWZIĘTA. W-NIEBO-WZIĘTA.
Uwaga, wyciągajcie kajety, podaję współrzędne: https://www.google.pl/maps/place/MotherMash/@51.5135729,-0.1396892,18.32z/data=!4m12!1m6!3m5!1s0x487604d50d5da51d:0x55437a36fa553944!2sMotherMash!8m2!3d51.512925!4d-0.139364!3m4!1s0x487604d50d5da51d:0x55437a36fa553944!8m2!3d51.512925!4d-0.139364
Wieczorem za to leciałam do Warszawy. Musiałam przejść przez 101 kolejek, przeżyjcie to razem ze mną:
Kolejka do samolotu.
Daalej kolejka.
Kontrola bezpieczeństwa na Okęciu trwała tylko jakieś 100 lat.
A w Polsce zimno.
Ale w domu czekał na mnie ten jegomość.
W sobotę rano miałam egzamin, który mi nie poszedł, a wieczorem miałam koncert, który mi tak bardzo poszedł, że aż później nie czułam nóg.
Zrobiłam kolaż. :D
W niedzielę wróciłam do Londynu i przez chwilę wydawało mi się, że ta podróż do Warszawy tylko mi się przyśniła. Albo może byłam tam tylko między jednym mrugnięciem oka a drugim.
Wieczorem byłam przez chwilę bezdomna. Ola i Tomek zapomnieli, że przyjeżdżam i wyjechali na cały dzień za miasto na wycieczkę (zazdro!). W takim wypadku poszłam odwiedzić Ugo, moją nową wspólokatorkę od poniedziałku, ale ona się nie wyrobiła na czas, więc godzinę czekałam na ulicy. Nawet mi się nie chce opowiadać jak bardzo straszne jest przylecieć z zakwasami po koncercie, niewyspana, zmęczona, i nie mieć co ze sobą zrobić przez 5h.
Tak wyglądała moja bezdomność w niedzielę.
W poniedziałek przenosiłam się od Oli i Tomka do Ugo. Oto co mnie powitało na mojej nowej stacji metra, Kilburn:
A dzisiaj, we wtorek, siedzę sobie właśnie przy otwartym oknie w nowym pokoju, a widok przede mną wygląda tak:





