Mogę odchrząkiwać, poprawiać włosy, układać się wygodnie, brać głęboki oddech, ale nic nie doda mi odwagi tak bardzo, jak kolejny łyk alkoholu. Teraz mogę zacząć jakkolwiek, ze wzrokiem zobojętniałym, skupionym na swoich własnych myślach, nie powstałych, a już zapisanych. Mogę odczekać moment, bez lęku, że przepadnie rozpęd, bez niecierpliwości wspominam słowa, tak szybko uciekające, a utworzone na poczekaniu. Tak sobie mówię, że poczekam na pewien dzień, kiedy przeczytam swoje myśli, a będę wtedy siedział już w posiadłości odizolowanej, w fotelu ze skóry, tak wygodnie usadzony, w usytuowanym miejscu naprzeciwko kominka błysków, że sam klimat powstały tego wieczoru, wytworzy we mnie spełnienie długo oczekiwane i zapełni moją głowę oklaskami uznania ze strony wyimaginowanych ludzi, co dzień towarzyszących mi, jako postacie mi bliskie, tam w mojej głowie głęboko zaszyte, wyłaniające się okazyjnie, dotrzymujące mi towarzystwa i zawsze na czas i w porę na miejscu, gdy ja tego potrzebuję. Zastanawiałem się, co bym zrobił “gdyby” i znalazłem wiele odpowiedzi, a ciekawe jest, czy to “gdyby” nastąpi - warto wierzyć, iż tak. Cztery dni idealne, jeden przeciwko, zaś dwa na odpoczynek - taki stan rzeczy zaszyfrowany zewnętrznym oczom przedstawiam, będący częścią mnie jest, od czasu jakiegoś, zaś dłuższego. Nie chciałbym się pogrążyć w uczuciu, że na siłę w konkretną stronę jestem zmuszony podążać, wolę być wolny. Wolny na zewnątrz i w sobie. Stąd różnej maści słowa, poprzez taki stan rzeczy wyłaniają się, nieuwiązane. Bez skrępowania, poplątane nieco, acz dla mnie z sensem. Najważniejsze, to by wyrzucić z siebie coś, co kiełkuje i może kiedyś wybuchnąć. Jak ogień w piecu, to w wulkan przeradza się niedoceniona siła, zlekceważona i wyśmiana. Niewyzwolona, kłębiąca się, pozostawiona na pastwę losu, trawi wszelką rzecz, postawioną na jej drodze. Trzeba wyzwalać emocje, uwalniać się od ich ciężaru, by kiedyś nie okazał się zbyt ciężki, gdy my już będziemy za starzy, by udźwignąć przeszłości ciężar odepchnięty, na później odstawiony i skumulowany z podobnymi sobie. Wiatr zimniejszy zawiał, nadciągnęły ciemne chmury, a wszyscy uciekli pod dach, lub do środka. Czekają, kiedy to nastąpi. Nieprzewidziane są natury ludzkiego zachowania, choć mylące bywają i złudne w swej prostocie. Tym razem nic się nie stało, tylko żyłka na czole z wysiłku zarysowała swój kształt. Czekają na eksplozję, której nie ma i nie zapowiada się na nią. Miast tego przeszłość bolesna powraca, kiedy dwie twarze, poprzez skrzywdzone umysły, łzami zawtórowały sobie nawzajem, na odludziu, odrzucone i w bólu połączone tamtej nocy, a dziś jedna z nich już opuściła padół ziemski, druga wciąż trwa bez nieprzerwanej wiary w słuszność wykonywanych obowiązków, względem daru życia. Uderzenia serca, jak bębny na koncercie i oddech względem gitary, podobnie rytm wygrywający. Te dwie twarze, z których jedna przyznała się do płaczu, a druga nie mogła, nie dała rady przyznać, że zapłakała - one były przeciwieństwami. Przyciągnięte do siebie, los tak karty rozdał, by spotkały się w momencie odrzucenia i sami siebie odrzucili po latach. Znienawidzili się wręcz. Mimo wszystko, tak człowiek jest ukształtowany, że wraca, wciąż wraca do tego czasu, kiedy odczuwał jakąś przyjemność, jakieś zrozumienie, akceptację przede wszystkim. Bo będąc elementem społeczeństwa, jest się uzależnionym od podobnych sobie, od rasy reprezentacyjnej, od grupy i warstwy...

















