I found it amusing how Boldon’s expressions seemed a little messed up. First he would frown at the bear, then smile at it, and then frown again. Everyone is wary of bears!
"Odkąd obudził się po stu latach snu, ciągle był w drodze. Co tydzień nowe miejsce, inni wrogowie, przygody i okolica. Nie miał zbyt wielu przyjaciół, a twarze ludzi zmieniały się jak w kalejdoskopie. Teraz jednak zdał sobie sprawę, że ktoś o nim myślał, i to sprawiło, że był szczęśliwy."
Praca znajduje się też na Wattpadzie (pod tym samym nickiem).
Beta: Dusigrosz
Dodatkowe informacje:
1. Podjęłam się tłumaczenia niektórych nazw własnych (ale Master Sword został w oryginale):
Death Mountain — Góra Śmierci
guardian — strażnik (nazwa mechanicznych przeciwników, nie określenie człowieka)
sand seal — mors piaskowy (samo seal to foka, ale wystarczy popatrzeć na kły, żeby zrozumieć, że to mors)
chief — przywódczyni
2. Słowa w języku Gerudo:
sav'aaq — powitanie
vai — kobieta
vasaaq — podziękowanie
— Brachu...
[Reader] westchnęła.
— Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się tak do mnie nie zwracał?
Przewodnik zaczynał ją denerwować. Nie miała jednak zbyt wielkiego wyboru, gdy rozpoczynała podróż. Boldon jako jedyny podążał w stronę Góry Śmierci. W dodatku miał pokaźny zapas eliksiru, który pozwalał wytrzymać żar.
— Ale...
— Nie i koniec. To rani moją damską dumę i...
Dziewczyna ze zdziwieniem zauważyła, że na jej ręce pojawiła się niebieska kropka.
Z oddali dochodziło narastające pikanie.
— To strażnik! — krzyknął przerażony Goron.
[Reader] wykonała unik.
Na szczęście laser zniszczył tylko skałę za jej plecami.
— Czemu nie powiedziałeś wcześniej?
— Próbowałem...
Zerwali się do biegu, słysząc kolejne przygotowanie do ataku.
Trasa do miasta Goronów nie była łatwa. Podróżni musieli mierzyć się z nieludzkim gorącem i uważać na odłamki skalne. W dodatku stopy łatwo ślizgały się na ciemnoczerwonym podłożu. Niejeden Hylianin stracił życie na zdradliwych szlakach.
Niespokojne czasy nie zachęcały do podróży, ale dziewczyna chciała sprzedać Ranelle drogie kamienie. Bardzo zależało jej na materiałach do biżuterii, więc płaciła za nie o wiele więcej niż przeciętny klient. Był to szybki sposób na zarobienie pokaźnej sumy.
[Reader] nie podejrzewała jednak, że droga będzie aż tak niebezpieczna.
— Ślepy zaułek! — wrzasnął Boldon w panice.
— Jesteś przewodnikiem, na świętość Hylii!
— Nie wiedziałem, że przejście będzie zasypane! — Zatrząsł się ze strachu.
Dziewczyna z niepokojem patrzyła jak mechaniczny stwór kręci głową. Gdy zorientował się, że jego ofiary nie odbiegły daleko, wyciągnął z ziemi metalowe kończyny i podążył za nimi.
Rozległo się przeciągłe pikanie. Zostało jednak przerwane przez szczęk metalu.
Goron pierwszy otworzył oczy, oczekując nowego niebezpieczeństwa. Zobaczył jednak małego Hylianina wymachującego pokaźnym mieczem.
Chłopak ciął precyzyjnie. Bezwzględnie niszczył potwora. Gdy już skończył, zaczął przeszukiwać jego resztki, wyciągając śrubki i przekładnie wprost z wnętrza.
Dziewczyna, widząc, że zagrożenie minęło, spojrzała wściekle na przewodnika. Co prawda był od niej o wiele większy i pokryty skałami, ale pod tym spojrzeniem poczuł się okropnie malutki.
— Dzięki za pomoc. — Podeszła do chłopaka.
Kiwnął głową.
— Idziesz może w stronę miasta?
Otrzymała taką samą jak poprzednio reakcję.
— Świetnie. — Klasnęła. — Dołączysz do nas. Razem bezpieczniej i weselej, panie...
— Link — dokończył blondyn.
— Jestem [Reader], najlepsza handlarka w Hyrule, a to Boldon. Aktualnie nie za bardzo mogę ci coś zaoferować, bo mam interes do zrobienia, ale masz u mnie zaklepaną zniżkę.
— Brachu... — zaczął Goron.
— Przestań z tym brachu!
***
[Reader] pocierała o siebie zziębnięte dłonie nad ogniskiem. Przejmujący chłód z każdą chwilą atakował jej ciało. Była głodna, zmęczona i zła. Miała szczęście, że właściciel gospody lubił się targować i za dwadzieścia rupee dostała od niego trochę mięsa. Nie zostało jej zbyt wiele pieniędzy, więc ten szaszłyk mógł być jednym z ostatnich porządniejszych posiłków w najbliższych dniach.
Tłuszcz głośno skwierczał, rywalizując z burczeniem brzucha.
Dziewczyna czuła, jak napływa jej ślina na samą myśl o pieczonej dziczyźnie.
— Zawsze mogło być gorzej — mruknęła.
Chwilę później poczuła na czubku nosa coś zimnego. Spojrzała w górę. Nie było wątpliwości — zanosiło się na śnieżycę.
— No chyba sobie Hylia żartuje! Za jakie grzechy?
Miała ochotę się rozpłakać.
— Można się przysiąść?
— Tak, jasne. — Pokiwała głową.
Miała nadzieję, że przybysz nie usłyszał jej wcześniej. Czułaby się zażenowana.
Postać odchyliła kaptur czarnego płaszcza. Ku jej radości, ukazała znajomą twarz.
— Pan bohater, znowu się spotykamy... a już myślałam, że ten beznadziejny dzień nigdy nie będzie lepszy. — Mrugnęła. — Szaszłyka?
Hylianin grzecznie odmówił.
Jego uwadze nie umknęły dygocące ręce właścicielki jedzenia.
Hebra była najzimniejszym regionem Hyrule. Niemądrze było wybierać się w te okolice bez cieplejszego okrycia. Szczególnie, że w niektórych miejscach śnieg nie topił się nigdy.
Wioska Rito była znana z tego, że niemiłosiernie w niej wiało. Był to główny powód, dla którego jej mieszkańcy postanowili się tu osiąść. O wiele łatwiej było w takich rejonach latać. Oznaczało to również, że chłód dawał się tam mocno we znaki, szczególnie ludziom.
Link nie namyślał się długo. Zdjął swój czarny płaszcz i założył go na ramiona [Reader].
Dziewczyna zacisnęła mocno palce na materiale. Okryła się nim szczelnie aż po sam nos, mrucząc podziękowanie.
— Pewnie się zastanawiasz czemu nie mam kubraka... — Westchnęła. — Głupia sprawa, ale musiałam się go pozbyć, żeby zarobić trochę rupee na nocleg. Kiedy się tu wybierałam, myślałam, że uda mi się sprzedać strzały w wiosce. Miałam ze sobą aż sto. Potem okazało się, że nie ma zapotrzebowania. Ktoś był tam przede mną.
— Kupię od ciebie wszystkie strzały.
— Serio? — Zdumiona oderwała wzrok od jasno płonącego ogniska.
Chłopak pokiwał głową.
— Co za ulga. Z nieba mi spadasz... Oczywiście tak jak obiecałam będzie zniżka. — Zaakcentowała ostatnie słowo.
Wstała z drewnianego stołka, przeciągnęła się i skierowała się w stronę bagaży.
Prawda była taka, że Link miał pod dostatkiem strzał. Nie wiedział, po co mu właściwie kolejne. Stwierdził jednak, że dla uśmiechu, jaki posłała mu [Reader], był gotowy kupić cały zapas za normalną cenę.
***
— Sav'aaq!
Link niepewnie rozejrzał się po miejskim placu. Głos wydawał mu się znajomy, ale nie był pewien, skąd dobiegał.
Do Gerudo przybył późnym rankiem. Od tamtej pory rozglądał się po stoiskach i zbierał informacje. Zewsząd docierały do niego nowe zapachy oraz dźwięki. Szczególnie podobał mu się język, którym posługiwano się w tych okolicach. W większości go rozumiał, ale akcenty i przywitania stanowiły coś, z czym nigdy dotąd się nie spotkał. Kultura kobiet pustyni była wyjątkowa.
Czuł się jak oszust. Nie powinno go tu być, ale założył damskie przebranie i przeszedł przez bramę. Powtarzał sobie jednak, że to w imię wyższego dobra. Tylko on mógł uspokoić Vah Naboris, a tym samym zagwarantować spokój mieszkańcom miasta.
Właśnie miał ruszyć dalej, gdy ponownie usłyszał znajomy głos.
— Przepraszam...
Poczuł drobną dłoń na ramieniu.
Odwrócił się i ku swojej radości ujrzał [Reader]. Stała przed drewnianym stoiskiem z kolorowym dachem.
Lustrowała go wzrokiem.
— My się chyba znamy...
Chłopak rozejrzał się na boki. Mijało go sporo ludzi, ale nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi.
Pochylił głowę. Złote włosy spadły kaskadą, zasłaniając twarz. Odchylił na moment niebieski woal i szybko założył z powrotem.
— Link! Nie wierzę! Przebra... — Dziewczyna urwała w pół zdania, gdy jedna z potencjalnych klientek popatrzyła w jej stronę zniesmaczona hałasem. — Jestem pod wrażeniem, że się tu dostałeś. — Zniżyła głos. — Gdybym nie wiedziała, kim jesteś, powiedziałabym, że wyglądasz na uroczą vai.
Chłopak czuł, że robi mu się gorąco. Tym razem nie z powodu mocno grzejącego słońca.
Cieszył się, że niebieski materiał zasłania mu twarz, bo inaczej rumieniec byłby widoczny jak na dłoni.
— Chciałabym ci sprzedać coś przydatnego, ale mam tylko to. — Wskazała ręką na stoisko.
Za nią piętrzyły się różnych rozmiarów kolorowe, pluszowe maskotki. Miały kształt zwierząt, które widział kilka razy, gdy podróżował przez pustynię.
— To piaskowe morsy. Przywódczyni Gerudo bardzo je lubi. Zresztą nie tylko ona. Wszyscy tutaj za nimi szaleją. Wpadłam na dobry pomysł z tym interesem. — Przytuliła jedną z zabawek. — Nie zanudzam cię moim gadaniem? Pewnie chcesz dalej robić zakupy...
Link gwałtownie pokręcił głową.
— W takim razie pójdziemy coś zjeść. Ja stawiam. Estan, popilnujesz stoiska?
Starsza vai pokiwała głową.
— Vasaaq!
[Reader] odwróciła się na chwilę by wyjąć coś zza lady.
— Miałam przeczucie, że się jeszcze spotkamy. Chciałam ci podziękować, więc zrobiłam go dla ciebie. Nosisz dużo rzeczy, stąd taki rozmiar.
Chłopak spojrzał na pluszaka. Malutki, żółty mors miał na sobie niebieską tunikę. Był przyjemny w dotyku. Dwa chabrowe guziczki zostały przyszyte jako oczy. Jego kły wykonano z odcinającego się na tle reszty białego materiału.
Bez dwóch zdań przypominał jego samego.
Na myśl o tym, że dziewczyna poświęciła czas, by zrobić zabawkę specjalnie dla niego, poczuł wdzięczność.
Odkąd obudził się po stu latach snu, ciągle był w drodze. Co tydzień nowe miejsce, inni wrogowie, przygody i okolica. Nie miał zbyt wielu przyjaciół, a twarze ludzi zmieniały się jak w kalejdoskopie. Teraz jednak zdał sobie sprawę, że ktoś o nim myślał, i to sprawiło, że był szczęśliwy.
Nie lubił mówić. Sprawiało mu to trudność, ale postanowił zrobić wyjątek.
— Dziękuję — szepnął.
[Reader] pokiwała głową i poprowadziła go krętymi uliczkami.
***
— Mamy karpie, kraby i ślimaki — wyliczała [Reader].
Link zajął się rozpalaniem ogniska. Co prawda drewno było lekko mokre, ale udało mu się wzniecić płomień przy pomocy krzemienia. Przyzwyczaił się do tego, że w krainie Zor nie sposób było uniknąć wody. Czasem nawet wlewała mu się do plecaka, choć nie miał pojęcia, jak to możliwe.
— Same owoce morza. Byłaby dobra zupa, ale jest już ciemno. Nie mamy tyle czasu. Chyba najlepiej będzie je upiec.
Blondyn pokiwał głową jak to miał w zwyczaju.
Zaczął strugać jedną z pozostałych gałązek, jednak, nie mógł się skupić na zadaniu. Jego umysł zaprzątały myśli o podróży następnego ranka.
Chwila, do której przygotowywał się po przebudzeniu, nadchodziła wielkimi krokami. Uwolnił wszystkie cztery niebiańskie bestie, ale nadal nie czuł się gotowy. Gdyby mógł, najchętniej oddałby Master Sword i zaszył się gdzieś z daleka od ludzi. Wiedział jednak, że Zelda czeka na niego w zamku. Księżniczka samotnie stawiała czoło Ganonowi przez ponad sto lat. Obowiązek wzywał. Należało pozbyć się zagrożenia raz na zawsze, nawet jeśli ogarniał go strach.
Wcale nie czuł się jak niezłomny bohater, choć wielu go za takiego uważało. Bał się. Nie chciał, by [Reader] wyczytała to z jego twarzy.
Usiadł tyłem do ogniska na skraju rzeki i zanurzył stopy w wartko płynącym nurcie.
— Wszystko w porządku? — Dołączyła do niego.
Uciekł wzrokiem.
— Martwisz się jutrem. To normalne. — Położyła głowę na jego ramieniu.
Poczuł przyjemne ciepło w miejscu, gdzie dziewczyna się oparła.
— Nie rozumiesz. Ja nie powinienem czuć strachu — powiedział cicho.
— Tylko głupi ludzie się nie boją — skwitowała.
Objął ją ramieniem.
— A ty?
— Ja też się boję... ale to nie przeszkadza mi w ciebie wierzyć.
Chłopak spojrzał na nią spod zbyt długich włosów. Światło księżyca odbijało się w jej oczach. Widział w nich ogromne zaufanie. Nachylił się i złożył na jej czole pocałunek. Był krótki i przelotny. Zupełnie jak chwile, które mieli dla siebie w przerwach od ratowania świata. Pomimo tego niósł za sobą pewien rodzaj ciepła. Nie uspokoił go, ale wystarczył, by wywołać uśmiech na twarzy [Reader].
— Ryba się dopieka, umieram z głodu. — Pociągnęła go za rękę w stronę światła.
Chłopak wiedział, że za kilka godzin dowie się, czy wiara wystarczy. Na razie jednak miał tę chwilę i modlił się do Hylii, by trwała jak najdłużej.
You might notice that while the chu chu’s action is arrested while a text box is open, its eyes are still animated. Sometimes I am pleasantly surprised when I pay attention to small details like this one!
These are a couple of reactions to rain from Gerudo travelers. Coming from the desert as they do, it makes sense that they are unaccustomed to water falling from the sky.
Oh, and Boldon looks so happy despite saying that he’s soaked. Do Gorons enjoy being wet through?
Well, it’s definitely dangerous all right! But with all the guardians swarming around the castle, I’d have to say it’s a bit more deadly over that-a-way. The intense heat, raining boulders and a rampaging divine beast aren’t exactly things to make Death Mountain a nice resort area though, that’s for sure.