09; dreptanie
09; dreptanie
wyjaśnienia słów parę: czas leczy rany, ale czasem nie trzeba na niego czekać
...
Nigdy nie ceniłem sobie długich pryszniców. W domu rodzinnym wychowywano mnie wraz z zasadą oszczędności, a w dormie trainees nie było dostępu do momentów dla siebie. W czasach mojego debiutu, wraz z członkami często myliśmy się na spółkę, żeby zaoszczędzić nie tylko czas, ale i ciepłą wodę, na której dostatek nie mogliśmy sobie pozwolić.
Z upływem lat jednak powód się zmienił, kąpiele nie były już brane w pośpiechu, a obecność drugiego człowieka stała się raczej pocieszeniem niż niedogodnością.
Wraz ze wzrostem naszej popularności, przestaliśmy obawiać się o to, czy nasza wytwórnia dysponowała wystarczającą liczbą pieniędzy, by zapewnić nam wysoką temperaturę wody. Kilkukrotnie zmienialiśmy w swojej karierze miejsce zamieszkania, a z każdym budynkiem ilość i luksusy łazienek wzrastały. Mimo, że zaczynało brakować wymówek do wspólnej kąpieli, więc i powoli zaprzestawaliśmy tych wybryków, nadal zdarzało się, że czyjeś ciało dołączyło się do strumienia wody.
Członkowie zaczęli korzystać z przyjemności i cieszyć się z komfortu - czas spędzany w łaźniach stopniowo się wydłużał, aż w końcu niektórzy nawet wytypowali wybrane przez siebie okresy w tygodniu, jako pory tylko dla nich. Wypełniali wanny parzącą wodą, wrzucali do nich musujące bomby lub wlewali olejki, a na ich twarzach gościły regenerujące maseczki.
Obserwowanie chłopaków dbających o siebie przynosiło komfort. Po latach niekończącej się pracy, w końcu uczyli się przekładać własne potrzeby na pierwszy plan. Zasługiwali na to pod każdym aspektem.
Jedyną osobą, która nie uległa transformacji byłem ja. Moje prysznice nadal trwały tylko parę minut, a balię zapełniałem co kilka miesięcy. Grzanie się pod strumieniem, było dla mnie marnowaniem cennych chwil, które mogłem wykorzystać na inne sposoby. Wiele razy widziałem markotne miny reszty, kiedy po wyjątkowo potliwym treningu, zamiast jak reszta pozwalać swoim mięśniom na rozluźnienie, w mgnieniu oka byłem gotowy do dalszej pracy.
Ale to nie tak, że nie dopieszczałem samego siebie. Wybierałem po prostu odmienne sposoby na relaks. Nie przemawiała do mnie wizja ciepłej kąpieli, gdzie duszność osiadająca w pokoju, wydobywałaby ze mnie ponadprzeciętny pot i czerwoność na twarzy, a dłonie i stopy przekształciłyby się z czasem w pomarszczoną breje. Dla mnie regeneracją była książką w dłoni i kawą na stoliku, godzinami zmarnowanymi przed grą, cichym spacerem nad rzeką Han, wędrówką górską. Także nie, nie widziałem potrzeby moczenia się pod gorącą wodą.
Teraz jednak występowałem naprzeciw wszystkiemu, co wyniosłem z domu i uparcie siedziałem w łazience. Koło uszu przelatywały mi stukania w drzwi i wołania mojego imienia. Prysznic był aktualnie jedynym miejscem w całym domu, w którym istniała możliwość na zdobycie chwili samotności. Chłopcy nadal z jakiegoś powodu skakali nade mną jak nad basenem z krokodylami, a mnie coraz bardziej męczyło ich zachowanie. Trzymałem w sobie jednak uparcie te niszczycielskie emocje, na których wypływ z mojego ciała pozwalałem jedynie w samotni za drzwiami prysznica.
Po raz pierwszy od mojego dołączenia do zespołu, zamykałem drzwi do łazienki na klucz. Nie chciałem, aby ktokolwiek wszedł do pokoju jak na imprezę i widział mnie, kiedy albo wypłakiwałem smutki, albo zeskrobywałem ze swojej skóry złość, albo usuwałem frustracje z ciała kilkoma wyćwiczonymi ruchami nadgarstka.
Spędziłem pod wodą już dobre trzydzieści minut, tak odstające od moich wcześniej najdłuższych dziesięciu. Mimo to, nie wykonywałem żadnej z powyższych czynności. Najzwyczajniej w świecie, stałem jak słup soli z uniesioną w stronę wody twarzą i chociaż nie rozpuszczałem się, miałem skrytą nadzieję, że mogłoby się to wydarzyć. Czułem, jakby wraz z cieczą ociekającą po mojej głowie, a następnie klatce piersiowej i nogach, spływały wszelkie moje dylematy. Mój umysł był wyciszony, ciało zrelaksowane. Byłem pusty.
Może jednak widziałem plusy tych długich kąpieli.
— Yong! Wychodzisz w końcu?
I spokój się zakończył. Typowe, pomyślałem. Próbowałem powstrzymać wykluwającą się, duszącą pierś irytacje na dźwięk głosu Namjoona. Jako lider często był wysyłany, żeby sprawdzać mój stan.
Tłumiąc westchnienie w głębi gardła, po prostu wyłączyłem wodę, uznając, że mógłbym obdarować resztę minutą spokojnego oddechu. Wiedziałem, że odkąd wyszedłem ze szpitala, nie przepadali za spuszczaniem mnie ze swoich linii wzorku, a mój brak obecności wyłaniał ich pokłady opiekuńczości. Zazwyczaj pomimo wszystkiego co we mnie buzowało, równałem się wraz z ich potrzebami i zawsze przy sobie kogoś trzymałem, ale czasem musiałem pozwolić sobie na chwilę samolubności. W tych momentach właśnie zaszywałem się w łazience i wymywałem ze swojej duszy cierpienia.
Chłopcy zapewne już stawali się niespokojni. Po treningu, cały spocony, zdecydowałem się nie czekać do swojej typowej, nocnej pory na kąpiel i zmyć z siebie brudy dnia jeszcze przed kolacją. Wszyscy byli zbyt wymęczeni by gotować, więc postanowiliśmy zamówić jedzenie na wynos z ulubionej restauracji Taehyunga, jako że trwała właśnie jego kolej wyboru.
— Yong, wszystko okej? Jedzenie już przyjechało. — dotarł do mnie zniekształcony przez drzwi głos Namjoona.
— Ta, zaraz do was dołączę.
Raper burknął coś na znak, że przyjął moje słowa i odszedł.
Kiedy usiadłem na swoim stałym miejscu przy stole i chwyciłem pomiędzy palce pałeczki, Jungkook już wgryzał się w kawałek mięsa, a parę innych członków także nakładało sobie pożywienie na talerze. Seokjin, zanim zabrał się za nabieranie, jak zwykle czekał, aż wszyscy byli obecni.
Na stoliku stały styropianowe pojemniki z żywnością, ale to na środku stało najważniejsze z nich - jedno z ulubionych dań Taehyunga, japchae.
Wszyscy gustowaliśmy w innych smakach, więc w konsekwencji każdy z nas co jakiś czas miał przyjemność wyboru menu kolacji. Kiedy nadchodziła moja kolej, zazwyczaj zamawiałem drogie, europejskie jedzenie, gdyż odświeżały w pamięci wspomnienia tras koncertowych odbytych w tamtych rejonach. Hiszpańska Paella, Francuskie pot-au-feu, Angielski rostbef i pudding Yorkshire. Każdy smak przypominał o jakimś miejscu, jakimś zdarzeniu, jakiś osobach. Lecz dobrze czasem było zagryźć głód smakami dzieciństwa.
Podekscytowany Tae nie potrafił usiedzieć nieruchomo na swoim miejscu. Sprawnymi ruchami nurkował między masy warzyw, pałeczkami wyciągał wybrane kawałki pożywienia i zajadał się nimi z trzęsącymi uszami.
Pomiędzy nami przelewały się niezobowiązujące rozmowy. Nikt słowem nie wspomniał o moim prysznicowym odcięciu się, a odkąd usiadłem przy stole, ani jeden nawet nie spojrzał na mnie gorzkim wzrokiem. Jak gdyby świat zrobił niespodziewany przewrót o kilka miesięcy w przeszłość - Jimin skulony ze śmiechu opierał się o moje ramię, Jungkook kradł z mojej miski kawałki mięsa, Seokjin, po wyjątkowo udanej pyskówce, uderzył zadziornie w ramię.
I Hoseok. Hoseok z którym od zeszłego tygodnia nie potrafiłem znaleźć wspólnego języka. Z którym odmawiałem kontaktu wzrokowego ze wstydu.
Bo właśnie to czułem - wstyd. Ale nie za swoje emocje, bo już dawno, z pomocą moich członków, nauczyłem się nie przepraszać za to co czuje. Byłem zażenowany tym, jak przebiegła tamta rozmowa, jak uciekłem od konfrontacji, zostawiając zrozpaczonego Hobiego za sobą. Zdawałem sobie sprawę, że to ja stałem przy winie i to właśnie sprowokowało mnie do jeszcze większego unikania rapera. A kiedy on, mimo początkowego zdecydowania w udawaniu, jakoby nic się nie wydarzyło, zauważył moje zachowanie, sam zaczął oddalać się ode mnie. Brązowe oczy samoistnie zaczęły unikać tych moich. Jego głośny, radosny śmiech rzadko skierowany był na mnie.
Wiedziałem, że nasze zwady przeszkadzały chłopakom, z resztą, mnie również. Wybujała duma i brak chęci do kolizji myśli, ale także skrępowanie, sprawiały jednak, że nie potrafiłem wydobyć z siebie pokładów odwagi do porozmawiania z Hoseokiem.
A mimo to, ten Hobi siedzący razem ze mną przy stole, podjął wysiłek. Zza grzywki rzucał mi nieobligatoryjne spojrzenia wypełnione czułością, a jego uśmiech w końcu jaśniał w moją stronę.
Z rozumiejącym ruchem brwi i łypnięciem w stronę Kooka, bez słowa raz po raz dokładał mi dokładki pysznego japchae.
I nagle wszystko wydawało się być wspaniałe, a ja nawet nie wiedziałem jak bardzo brakowało słońca w moim niedawnym życiu.
Mój umysł błogo pusty po prysznicu i nie zmartwiony dziwacznym zachowaniem pozostałych, tkwił w ekstazie. Zniknęło całe zmęczenie wcześniej rozchodzące się falami po moim ciele. Niespodziewanie zacząłem rozweselać się na widok dziąseł Yoongiego, płakać ze śmiechu przez żarty Seokjina, przekomarzać się z Taehyungiem i wykonywać malutkie tańce z Hoseokiem, nawet nie wstając od stołu. Od dawna nie istniałem tak beztrosko, po burzy wyszło słońce.
Pomyślałem wtedy, że w końcu musiało być lepiej. (bardzo ich kocham)
…
W przeciągu całego koncertu, tylko jedna, jedyna chwila wypleniona była ciszą.
Na arenie panowała ciemność, rozświetlana jedynie nikłym blaskiem lightsticów, a sceniczne windy, które właśnie poruszyły się do życia, unosiły nas na scenę. Każdy z nas pewnym krokiem ruszył na przód, aby trafić na ustalone miejsce i przygotować się do rozpoczęcia wyćwiczonego tańca.
Parę sekund przed rozpoczęciem muzyki, nastawała zawsze cisza, przerwana jedynie przez wiatr przelewający się między uczestnikami koncertu. Księżyc migotał nad naszymi sercami, a my przeradzaliśmy się z niepewnych, zmartwionych chłopaków, w płomienne bestie rzucające flirtujące spojrzenia w stronę kamery.
W nasze ciała w końcu uderzyła melodia, za jej ponagleniem zaczęły poruszać się w jej tempo. Arenę wypełniły światła reflektorów, a kojący szum wiatru skonał pod ciężarem krzyków naszych fanów. Chwilę kołysaliśmy się jedynie do melodii, wsłuchując się w akompaniament zdzierających głosów dziewcząt.
Stałem z tyłu formacji, na lewym boku. Wyczekując dalszych dźwięków, wymieniłem ze stojącym obok mnie Hoseokiem piątkę powodzenia. Jedną dłonią dyskretnie poprawiłem słuchawkę w moim prawym uchu i chwyciłem mocniej mikrofon znajdujący się w delikatnie spoconej odpowiedniczce.
Do rozczulającego serca podkładu dołączył melodyjny głos Jimina. Wraz z jego nadejściem, nasze ciała zmieniły swój charakter na ostry i kontrolowany. Dynamiczne ruchy rąk i podskoki, w parę chwil zostawiły mnie z głośno bijącym, trzepoczącym sercem.
Tańczyłem ten układ od tak wielu miesięcy, że nawet nie musiałem zastanawiać się nad poprawną kolejnością - moje ciało samo wiedziało, jak się poruszać, aby było perfekcyjnie. Z tego właśnie powodu, po przeminięciu kilku następnych etapów tańca i wybrzmieniu kolejno głosów Jungkooka, Yoongiego i mojego, pozwoliłem sobie na nieznaczne wyłączenie uwagi. Zamiast tego skupiłem się na fanach skaczących w rytm muzyki pośród tłumu.
Kilka z nich uparcie krzyczało w moją stronę, a kiedy zauważyły, że spoglądam w ich stronę, ich wrzaski przybrały na sile. Więc podczas gdy przeminęła moja partia, a ja miałem chwilę na oddech, wyciągnąłem z ucha słuchawkę, aby spróbować dosłyszeć piski. Powróciłem na swoją oryginalną pozycję z tyłu, po lewej. Byłem wystarczająco blisko krawędzi, żeby skierować moją uwagę na tłum.
— Nie zbliżaj się do Taehyunga, ty chuju!
— Nikt z nas cię tu nie chce!
— Jebane ścierwo! Może byś tak łaskawie wypierdalał, dopóki jesteśmy mili?!
Danie po sobie poznać, że pozwoliłem tym słowom zadomowić się w moim umyśle, nie znajdowało swojego miejsca na mej liście postanowień na ten koncert. Pomachałem w stronę tłumu, nie zerkając nawet na dziewczęta krzyczące w moją stronę obelgi. Na powrót włożyłem w ucho słuchawkę i w podskokach przeniosłem się do następnej formacji, by wznowić taniec. Cały czas na twarzy utrzymywałem nieszczery uśmiech i akt profesjonalizmu, pokładając nadzieje, że nikt nie zauważył moich prawdziwych emocji.
Ale oczywiście ktoś zauważył. Tylko parę osób na świecie potrafiło dostrzec moje napięcie, nieważne jak skutecznie udawało mi się oszukiwać resztę świata. Czasem przerażające było jak bardzo nie potrafiłem skryć się przed moimi braćmi. Niezależnie co bym zrobił, za każdym razem, w jednej chwili ktoś dostrzegał najmniejsze niespokojne drgnięcie palcem, a w następnej na moich ramionach osiadała już czyjaś pocieszająca dłoń, kocyk zostawał okręcany wokół mojej osoby, a ja sam podczas pracy byłem zmuszany do przesiedzenia przerwy.
Mimo, że każdy z nich z biegiem czasu spostrzegł, że coś ze mną nie grało, to zważając na ich własną kompetentność nie podeszli do mnie wprost. Nie stworzyli wielkiej dramatycznej sceny, gdzie swoim zmartwieniem i domaganiem się wyjaśnień, zagrzaliby do paniki cały stadion. Zamiast tego ukradkiem wplatali między nasze standardowe interakcje, jakieś bonusy, które mimo niezauważalności przez fanów, dla nas były znakami komunikacji.
Hoseok podbiegł do mnie podczas “Dope” i do połączenia naszych zwariowanych tańców dołożył małe szturchnięcie łokciem i zatroskane pytanie w oczach.
Taehyung robiący coś bezwstydnego przed kamerą już nikogo nie dziwił. Nikt więc nawet nie spojrzał dwa razy, kiedy podczas wspólnego fragmentu choreografii, Tae zmienił ją nieznacznie. Jego dłoń chwyciła moje biodro, a powieki puszczały w moją stronę swawolne oczka.
Yoongi rzucał jedynie stroskane spojrzenia, Jimin i Jungkook bez skrupułów przytulali mnie od tyłu i podążali za mną krok w krok. Namjoon tajnymi znakami migowymi zadawał przeróżne pytania, kiedy raz za razem wzajemnie się mijaliśmy na scenie.
I mimo, że umysł nadal spowity był ciemną mgłą głosów tamtych dziewcząt z widowni, to gderanie chłopaków nad uchem po raz pierwszy od dawna nie rozpaliło iskierki irytacji. Moje ciało nie zaogniło się w chęci odizolowania się i naskoczenia na resztę, zamiast tego ich opiekuńczość ociepliła od dawna zziębnięte serce. Umysł rozjaśnił się pocieszającą myślą, że nie ważne co by się stało, chłopaki zawsze trwaliby przy mnie, wytrzymując moje fochy i wąty, przekleństwa i krzyki rzucane bezpodstawnie. Z resztą, udowadniali to codziennie, nie spisując mnie na straty.
Dlatego, kiedy roześmiany Jungkook podczas skocznej melodii “Idol” skoczył na mnie i przycisnął do swojej twardej, mokrej klatki piersiowej, zamiast z udawanym uśmiechem delikatnie go od siebie odepchnąć (lub w razie bycia w zaciszu domowym, skopał go po nogach, przepraszam JK), przywitałem jego objęcia z otwartymi ramionami. (bardzo ich kocham)
…
Wszyscy jak jeden mąż, padając z nóg, zeszliśmy ze sceny. Po wymianie pośpiesznych, rzuconych w przelocie, dumnych uśmiechów i klepnięciu po plecach, a nawet przytulasach, wspólnie powędrowaliśmy do głównej poczekalni artystów.
Zostając sami, Namjoon rozpoczął typowe po-koncertowe sprawozdanie. Wpierw, gratulując wszystkim udanej pracy, wypowiedział od serca parę wymuszających z oczu łzy słów, po czym spytał nas o nasze doświadczenia z koncertu.
Przebywając w branży przez lata, dysponowaliśmy już ustaloną rutyną, która nigdy nie została przez nikogo pogwałcona. Potrafiłem sobie jednak wyobrazić, w jakiej wszystko trwałoby rozsypce, jeżeli zmuszeni bylibyśmy do działania spontanicznie.
— Matko, dzisiaj było cudownie… — wysapał Jungkook.
Poprzedzając to wejściem do pokoju, rzucił się wprost na kanapę i z tamtego miejsca poruszał się jedynie po to, żeby wytrzeć chusteczką pot spływający kropelkami po jego czole. Z nas wszystkich to właśnie Jungkook rozgrzewał się najbardziej, przeto miał skłonność do pospieszania kroku rozmowy do akceptowalnego przez Namjoona momentu, żeby jak najszybciej móc wskoczyć pod orzeźwiający prysznic.
— No prawda. Te krzyki chyba nigdy nie były głośniejsze! — Hoseok z wielkim uśmiechem podniósł swoje dłonie do uszu, jakby chciał potwierdzić ich wrażliwość na hałas.
— Nic nie mów, wyciągnąłem na chwilę słuchawkę, to myślałem, że ogłuchnę! — roześmiał się zaczerwieniony z wysiłku Jimin. — Taehyung, a ty co myślisz?
— Fajnie było, zawsze dobrze ich zobaczyć, ale jestem tak zmęczony, że chyba prześpię parę lat. — sięgnął po butelkę z wodą stojącą na stoliku obok — Masz, Jungkook.
JK z wdzięcznością przyjął butelkę i wydudlił jej zawartość za jednym razem. Namjoon stojący w ciszy za jedną z kanap, cierpliwe czekał, aż nasza koncertowa ekscytacja ustąpi miejsca powadze i gotowości do spokojnej rozmowy.
— Spanie zostaw Yoongiemu Hyungowi. — wspomniany starszy tylko westchnął — Widzieliście jak blisko nas wybuchły fajerwerki? Jin Hyung aż cały podskoczył! — wtrąciłem swoje dwa słowa.
— Aish, gówniarzu, sam się bałeś!
— Nic takiego nie pamiętam. Jesteś już tak stary, że masz jakieś omamy? — rzuciłem mu spojrzenie z ukosa i uniosłem brew w górę w geście czystej kpiny.
— Ehh, zamknijcie się oboje… — westchnął Yoongi — ale zgadzam się z Tae, też chce już leżeć w łóżku, więc nie przeciągajmy tego. — wziął łyk z własnej flaszki wody.
— O, ale Kookie przytulający się do Yonga był takiii uroczy! Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć zdjęcia na Twitterze!
Jimin połaskotał pod brodą powoli odpływającego w niewygodnej pozycji Jungkooka. Młodszy tylko zmarszczył nos, zachichotał i odgonił dłoń starszego.
— Hyungg… — zajęczał w geście protestu.
— Co prawda to prawda. Nie dziwię ci się Kook, nasz mały Yong wygląda dzisiaj wyjątkowo przeuroczo — Hoseok podniósł swój głos, jakby rozmawiał z dzieckiem. Podszedł do mnie, unosząc ramiona aż pod swoje uszy, na jego twarzy malował się serdeczny, serduszkowy uśmiech, a oczy naturalnie się przymknęły — Ta różowa koszulka, czarny berecik, róż na policzkach, ale najważniejsza jest twoja śliczna twarz!
Hobi stanął przede mną, między moimi rozluźnionymi, rozłożonymi kolanami. Sam siedziałem, więc raper naturalnie górował nade mną jeszcze bardziej niż gdybym również stał. Mówiąc bardziej specyficznie, musiał się trochę pochylić, żeby podczas wymieniania rzeczy, które wówczas nosiłem, móc tkliwie jeździć dłońmi po moim ciele.
Rozpoczęły swoją wyprawę, osiadając na przejściu ramion i szyi, tuż na wystających obojczykach. Następnie przesunęły się wzdłuż karku i wplątały się w moje włosy, zrzucając z nich przy tym beret, który wcześniej przytrzymywały wsuwki, ale które zdążyłem już wyciągnąć. Następnie ręce okalały moją twarz, a kciuki czule potarły moje zaczerwienione lica. Na zakończenie, nie powstrzymując się ani chwili dłużej, po prostu złożył na moim czole pocałunek z głośnym cmoknięciem.
— Boże, Hyung… — teraz to ja biadoliłem.
Wzrok całego pokoju skierowany był na moją osobę, a ja z równoczesnego zażenowania i zawstydzenia wierciłem się na miejscu, próbując uciec od silnych dłoni Hobiego.
Tego typu w grupie były normalnością, zawsze znalazł się ktoś, kto rozpływał się nad kimś. Częściej niż rzadziej, najwięcej uwagi zyskiwało właśnie maknae line, które na czele ze mną i Taehyungiem zdobywało dziennie maksimum całusów.
Nie zostawialiśmy jednak Hyungów w tyle i jako odwyk, łaziliśmy za nimi jak kaczątka za tatą kaczką. W świecie, gdzie powszechnie przyjętą normą społeczną było zajmowanie się młodszymi przez starszych, próbowaliśmy jednocześnie pomóc i przeszkodzić, ale najważniejsze - pokazać, że nam zależy.
Mimo to, w świetle wydarzeń ostatnich kilku tygodniu, moje uczucia względem dotyku uległy zmianie. Dawniej przyjmowane ze spokojem, zadowoleniem i pełnym sercem, w czasie problemów przyjmowane z naskokiem, irytacją i przewrotem oczyma. Wydawało mi się, że zarówno ja, jak i reszta przyzwyczajała się do mych przekleństw i wiecznego odpychania rąk. Tak dawno nie kłębiły się we mnie pozytywne emocje, że powoli zapominałem, jak to było żyć w beztrosce, akceptować pomoc z uśmiechem i nie trzaskać na drobny mak uczuć Hyungów. Teraz jednak powróciłem do dawnej wersji siebie, a od rozchwiania emocjonalnego motało mi się w głowie.
Zwłaszcza, że to Hoseok był tym, który właśnie obdarowywał mnie tłamszeniem. Mimo polepszenia na dniach naszych relacji, nadal daleko nam było do pełnego porozumienia i szczerej rozmowy. Myślałem, że będzie musiało upłynąć więcej czasu, aż Hobi zacznie na powrót zajmować się mną z troską (której nigdy się nie wyzbył, po prostu w swoich akcjach zaczął ukrywać się w cieniu), ale raper zawsze potrafił mnie zaskoczyć. Tym razem także mu się udało.
Serce głośno uderzało w pierś, a w mętnej głowie przyjemnie buzowało. Siedziałem z rumieńcem na twarzy i bez prawdziwej próby usiłowałem odciągnąć producenta od siebie.
Dobrze było znów czuć się pozytywnie, podczas gdy chłopaki okazywali swoje uczucia. (bardzo ich kocham).
— Yoongi Hyung, może byś pomógł?
— Sorki dzieciaku, tym razem jestem po stronie Hobiego.
Zdrajca, pomyślałem.
— Jeśli mogę — odezwał się dotąd milczący Namjoon — czy możemy porozmawiać o tym co się działo podczas koncertu? Tak Yong, chodzi o ciebie.
Cholera.
...
3,013k słów
Ymm, czy ja nie mówiłam, że od ostatniego rozdziału żadnych poprawek w książce?
No więc kłamałam.
Ale wierzcie mi, zmiany na lepsze!
No teraz już postaram się jednak płynąć wraz z fabułą i nie mieszać już więcej...








