Niejednokrotnie mamy chwilę wolnego czasu, którą chcielibyśmy zagospodarować czymś wykwintniejszym niż leżenie i wpatrywanie się w sufit, szczególnie, gdy nie jesteśmy sami. A że nie zawsze mamy ochotę prowadzić długie wyjaśnienia zasad, to wolimy sięgnąć po coś prostego, szybkiego i przynoszącego niemało frajdy,;a jeszcze lepiej, kiedy za pomocą takiej gry możemy wykazać się konkretną znajomością wybranego tematu. "Cardline: Marvel" do takich gier należy, chociaż w zasadzie nie oferuje niczego wielkiego.
"Cardline: Marvel" nie jest pierwszą tego typu grą na polskich półkach ani też nie zalicza się do debiutu w owej sferze pierwotnego wydawcy czy autora. Seria "Cardline" towarzyszy graczom już dobry kawał czasu i sprawdza wiedzę w różnych dziedzinach, zaś najnowsza na naszym rynku odsłona skierowana jest zasadniczo do marvelowskich geeków, chociaż nawet oni mogą się poczuć nieco rozczarowani produktem.
Odpowiedzialny za tytuł Frédéric Henry, socjolog i twórca wielu gier, ma dość okazałe doświadczenie, nawet w serii "Cardline", w ramach której stworzył takie projekty, jak "Dinozaury" czy "Zwierzęta", wszystkie działające według tej samej mechaniki. Podobnie jest z cyklem Timeline, który prowadzi, i okazuje się, że są to całkiem popularne dzieła, mimo że dominuje w nich powtarzalność, niska regrywalność oraz brak klimatu. Niemniej, autor na swoim koncie ma także zupełnie inne produkty, między innymi serię "Budowniczowie" bądź bardziej złożoną planszówkę "Conan".
Blaszane pudełko z "Cardlinem" zawiera krótką, acz zrozumiałą instrukcję, w której wyjaśniono zasady, cechy oraz wszystkie podstawowe informacje o kartach i rozgrywce. Poza nią w wyłożonym pianką wnętrzu znajdują się dwa słupki z stu dziesięcioma kartami z negatywnymi (oznaczonymi na czerwono) i pozytywnymi (niebiescy) postaciami z komiksowego uniwersum Marvela. Na pierwszy rzut oka taka liczba może wydawać się znacząca, lecz zabrakło tutaj tak klasycznych grup, jak X-Men czy Fantastyczna Czwórka, za to otrzymujemy niemało zbędnych sylwetek pokroju May Parker, J. Jonaha Jamesona bądź trzecioplanowych antagonistów.
Dwustronne karty przedstawiają konkretną postać z poziomem jej siły, IQ oraz skutecznością w walce na jednej stronie, a na drugiej wyłącznie z samą ilustracją z bohaterem. Na początku umawiamy się na jedną z tych cech i rozdajemy karty, na środku umieszczając jedną z odsłoniętymi statystykami. W naszej turze musimy wybrać jedną ze swoich kart (z zasłoniętymi statystykami), odgadnąć czy ma wyższy bądź niższy poziom ustalonej cechy startowej sylwetki, wtedy umieszczamy ją po danej stronie - jeśli położyliśmy ją trafnie, zostaje ona na miejscu, jeżeli zaś nie, odrzucamy ją, po czym dobieramy następną. Wygrywa ten, kto pierwszy pozbędzie się wszystkich kart z ręki.
Jak widać, nie ma się tutaj zbytnio nad czym zastanawiać, mechanika gry jest bardzo prosta i można wzbogacać ją o dodatkowe zasady, jak rozgrywkę na dwie cechy, chociaż nie sprawia to, że regrywalność nagle wzrośnie. Jedyne czym możemy się wykazać to wiedza i intuicja, za pomocą których będziemy w stanie określić, czy dana postać jest inteligentniejsza od drugiej i czy trzecia walczy efektywniej.
Na szybko, ciekawo i... nie na długo
Już pierwsza rozgrywka sprawia, że zdajemy sobie sprawę na czym to wszystko się opiera. Po "Cardline" sięgamy, gdy mamy wolną chwilę i chcemy ten czas zagospodarować czymś konkretnym albo zabawić się ze znajomymi bądź rodziną. Niestety, tytuł szybko nam się znudzi, a powoduje to niemalże całkowity brak klimatu oraz wysoka losowość. Również liczba graczy również nie wpływa znacząco na samą rozgrywkę i w zasadzie wygląda identycznie, gdy uczestniczą w niej dwie, cztery czy osiem osób.
Na plus z pewnością wysuwa się wykonanie - solidne, blaszane opakowanie, z wytłoczonym napisem oraz wypukłymi sylwetkami bohaterów robi wrażenie i przypomina nam trącące dziś odrobinę myszką metalowe pudełka, gdzie trzymaliśmy kolekcje kart, kapsli albo innych drobnych gadżetów. W środku są dwa równe wgłębienia, przystosowane do talii, dzięki czemu nie będą one luzem latać po opakowaniu. Jeżeli zaś chodzi o same karty - zostały wykonane z wzmocnionego papieru, a zdobiące je ilustracje są rodem wyciągnięte z komiksów.
"Cardline: Marvel" nie porywa i nie oferuje odkrywczego sposobu na spędzanie czasu z grą bez prądu, stanowi raczej karciankę, która pozwoli szybko i wręcz w dowolnym miejscu rozegrać turę albo dwie, podczas której dowiemy się kto jest bardziej zorientowany w uniwersum Marvela. Jednak od razu trzeba nastawić się na to, że nie będziemy po nią sięgać często i na długie godziny, bo nie buduje angażującej graczy atmosfery oraz ma kilka braków merytorycznych, które na pewno nie umkną fanom tego świata. Mimo tego wszystkiego, gra naprawdę potrafi zabawić, a dzięki łatwej do opanowania mechanice możemy cieszyć się z rozgrywki nawet z osobami stroniącymi od wszelakich tego typu gier.
Recenzja ukazała się także na portalu Poltergeist.