Tym razem po raz pierwszy miałem okazję wywoływać nowego ilforda ortho w ilfosol S. Chętnie wrócę do tego filmu i z czystym sumieniem mogę go polecić.
seen from Norway
seen from United States
seen from Germany
seen from Russia

seen from Australia
seen from United States

seen from United States
seen from Norway

seen from United States

seen from Türkiye
seen from United States

seen from Canada

seen from United States
seen from United States

seen from Türkiye
seen from Italy
seen from Brazil
seen from T1

seen from Brazil

seen from Brazil
Tym razem po raz pierwszy miałem okazję wywoływać nowego ilforda ortho w ilfosol S. Chętnie wrócę do tego filmu i z czystym sumieniem mogę go polecić.
JOBO SilverBase - w służbie powtarzalności
Jakiś czas temu pisałem Wam o „Dyscyplinie laboranta” i o tym, że większość filmów wywołuję rotacyjnie, kręcąc koreksem ręcznie na rolkach, a 4x5 wywołuję wyłącznie w ten sposób. To rozwiązanie skuteczne i ekonomiczne, ale – bądźmy szczerzy – dalekie od ideału całkowitej powtarzalności, a do tego męczące i angażujące czasowo. Ponadto ręczne kręcenie zawsze obarczone jest błędem ludzkim: zmiennym tempem, zmęczeniem ręki lub niezależnymi od nas przerwami. Jeśli dążymy do podniesienia naszych standardów, musimy wyeliminować ten ostatni element przypadkowości. Dlatego do mojej pracowni trafił – na razie na testy – JOBO SilverBase.
Koniec z „pi razy oko”
Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jeśli coś mi nie wyjdzie tak, jak planowałem, to jestem zwyczajnie “chory”. Chodzę dookoła tematu tak długo, aż go dopracuję i zrozumiem, co się stało. W każdej ciemni całkowita powtarzalność powinna być celem. Tylko jeśli ją osiągniemy możemy mówić o opanowaniu procesu i świadomym kształtowaniu efektów. SilverBase to urządzenie, które przejmuje na siebie „czarną robotę”, czyli mechaniczną część rotacyjnego procesu. Jest to szalenie wygodne – gdy filmy się wywołują, ja mogę przygotowywać kolejne koreksy, chemię lub po prostu chwilę odpocząć. Najważniejsze jest jednak to, że stałe obroty gwarantują identyczne warunki dla każdego filmu, niezależnie od tego, czy jest on pierwszy, czy dziesiąty tego dnia.
Charakterystyka JOBO SilverBase
JOBO to w tej chwili prawdopodobnie jedyny kompletny system ciemniowy z prawdziwego zdarzenia. Wszystkie akcesoria są przemyślane i wzajemnie kompatybilne, ale to temat na osobny wpis. Tym razem skupię się na głównym bohaterze, czyli na JOBO SilverBase.
Urządzenie to jest małe i lekkie, dlatego też można używać go wyłącznie z mniejszymi koreksami. JOBO SilverBase jest kompatybilne z serią 1500 (modele 1510, 1520, 1540) oraz dwoma koreksami z serii 2500 (2510 i 2520). Trzeba pamiętać, że procesor ten nie obsługuje koreksu 2550 – jest on dla tak małego silnika za duży, a po napełnieniu chemią zdecydowanie za ciężki. Próba jego użycia może grozić spaleniem napędu.
JOBO SilverBase dysponuje jedną prędkością i automatycznie zmienia kierunek obrotów (w przeciwieństwie do najprostszego, nieprodukowanego już, procesora JOBO DuoLab, który kręcił koreksem w jedną stronę). To ogromna zaleta, dzięki której możemy być spokojni o równomierne wywołanie filmów. Koreksy mocujemy do bazy za pomocą magnesu umieszczonego na dnie tanku. Połączenie jest na tyle mocne i stabilne, że nie trzeba się obawiać o zsunięcie się koreksu podczas pracy. Dodatkowe wsparcie zapewniają rolki, które należy dostosować do średnicy używanego systemu: dla serii 1500 rolki ustawiamy wyżej, a dla 2500 – niżej. Domyślnie w komplecie są rolki dla systemu 1500.
Warto pamiętać, że SilverBase nie posiada grzałki i nie jest przeznaczony do pracy w łaźni wodnej. Oznacza to, że proces musi odbywać się w temperaturze pokojowej lub użytkownik musi sam zadbać o odpowiednie podgrzanie roztworów przed ich wlaniem. O ile przy tradycyjnym procesie czarno-białym (zazwyczaj 20°C) nie stanowi to problemu, o tyle przy procesach barwnych, takich jak C-41 czy E-6, utrzymanie stabilnej temperatury bez łaźni wodnej będzie sporym wyzwaniem.
Magnesy mocujące można bez problemu dokupić osobno. Dzięki temu posiadane już koreksy (w moim przypadku 1540 oraz 2520) zyskują drugie życie i idealną stabilność na procesorze. Co istotne, magnesy te pasują również do starszych, nieprodukowanych już koreksów z systemu 2800 (w przypadku tej serii SilverBase poradzi sobie wyłącznie z najmniejszym modelem - 2820).
Pułapki obróbki rotacyjnej, czyli na co uważać
Niezależnie od techniki agitacji, jednym z największych wyzwań przy używaniu większych koreksów jest czas wlewania chemii. To właściwie jedyny moment w zautomatyzowanym procesie rotacyjnym, w którym łatwo o błąd. Jeśli nalanie roztworu i zamocowanie koreksu na magnesie procesora zajmie nam np. 45 sekund przy krótkim, 4-minutowym wywoływaniu, dół negatywu będzie miał kontakt z chemią znacznie dłużej niż góra.
Efekt? Widoczne, ciemniejsze pasy na gotowym filmie. Zasada jest prosta: im szybciej wlejemy chemię i rozpoczniemy rotację, tym lepiej. Aby zminimalizować ryzyko błędu, warto stosować wywoływacze pracujące stosunkowo długo lub wprowadzić namaczanie wstępne w wodzie, co wydłuża czas indukcji (moment od zanurzenia filmu do faktycznego rozpoczęcia wywoływania). Przy odrobinie wprawy sprawne nalanie chemii nie powinno zająć więcej niż 15–20 sekund.
Kolejną kluczową kwestią, która pośrednio łączy się z wcześniejszą, jest odpowiednie rozcieńczenie wywoływacza. W tradycyjnym wywoływaniu inwersyjnym (przez fikanie koziołków koreksem) rzadko o tym myślimy, ponieważ całkowita objętość płynu jest zazwyczaj znacznie większa i zawiera więcej niż minimalna dawka koncentratu wymagana do wywoływania filmu. W rotacji, gdzie płynu używamy znacznie mniej, musimy być czujni.
Przykładowo, na jeden film (formatu 135 lub 120), 4 arkusze 4x5 lub jeden 8x10 musimy zużyć minimum 5 ml koncentratu wywoływacza Rodinal. W przypadku klasycznych wywoływaczy jak D76, Xtol czy Microphen ilość ta będzie znacznie większa - wynosząca nawet ok 100-150 ml na film.
Dlatego w przypadku wywoływania rotacyjnego zawsze sprawdzajcie w instrukcji, minimalną ilość substancji czynnej potrzebną do wywołania negatywu. Może się okazać, że choć do pokrycia filmu w rotacji wystarczy Wam 120 ml płynu, to przy dużym rozcieńczeniu (np. Rodinal 1:100) chemia wyczerpie się przed końcem czasu wywoływania.
Proces rotacji, czyli magia „kręcenia” w poziomie - praca z JOBO SilverBase
Gdy chemia jest już wewnątrz, a koreks spoczywa na rolkach, zaczyna się właściwa praca procesora. Sercem JOBO SilverBase jest napęd magnetyczny – po prostu kładziemy koreks, a magnesy na dnie tanku „łapią” sprzęgło silnika. W przeciwieństwie do klasycznego wywoływania inwersyjnego (tzw. przewrotek), gdzie film jest zanurzony w roztworze praktycznie przez cały czas, w rotacji negatyw tylko częściowo styka się z chemią. Dlatego niezbędny jest ciągły ruch, dzięki któremu emulsja jest nieustannie omywana świeżą chemią.
Taki proces niesie ze sobą kilka istotnych skutków:
Kontrast: Ciągła agitacja nieznacznie podnosi kontrast, o czym warto pamiętać przy fotografowaniu bardzo kontrastowych scen.
Czas wywoływania: Nieustanny ruch przyspiesza działanie chemii. Zazwyczaj należy skrócić czas procesu o 10–15% w stosunku do metody inwersyjnej. Jeśli jednak zastosujecie odpowiednio długie namaczanie wstępne (5 minut), czasu nie trzeba już skracać.
Oszczędność: Ponieważ koreks pracuje w poziomie, nie musimy zalewać go do pełna – wystarczy taka ilość płynu, która przykryje film. Przykładowo, w koreksie 1520 zamiast 485 ml wywoływacza zużyjemy 240 ml. W przypadku koreksu 2520 różnica jest jeszcze bardziej spektakularna: zamiast 1200 ml dla szpuli z filmem typu 120, wlejemy jedynie 270 ml - tak system 2500 został stworzony przede wszystkim do rotacji. Pamiętajcie tylko o zachowaniu minimalnej dawki koncentratu na film!
Skoro rotacja wymaga tylu drobnych korekt w technice, to po co ją stosować? Myślę, że efekty są warte tych kilku niedogodności. Filmy wywoływane rotacyjnie są zazwyczaj wolne od najczęstszych skaz powstających w czasie wywoływania: nie uświadczymy tu skaz wynikających z miejscowego działania bromków czy innych składników wywoływacza (nierównomierne wywołanie) ani artefaktów związanych z powstawaniem piany czy pęcherzyków powietrza. Uwierzcie mi – im większy format negatywu, tym częściej zdarzają się takie rzeczy i tym bardziej są one widoczne. Z własnej praktyki powiem Wam też, że też im większy negatyw tym bardziej skazy takie bolą fotografa.
Dzięki temu, że SilverBase automatycznie zmienia kierunek obrotów co kilka sekund, turbulencje płynu wewnątrz tanku są bardzo dynamiczne. Eliminuje to ryzyko powstawania artefaktów, co przekłada się na wyjątkową powtarzalność i czystość negatywów.
Na koniec dwa techniczne detale, o których warto pamiętać:
Poziomowanie: SilverBase powinien stać na idealnie równej powierzchni. Jeśli podstawa będzie przechylona, chemia spłynie na jeden koniec koreksu, co w skrajnych przypadkach może wpłynąć na równomierność wywołania.
Rolki: Przed nalaniem wywoływacza do koreksu i włączeniem silnika upewnijcie się, że rolki wspierające są dobrze rozstawione pod dany system (wyżej dla serii 1500, niżej dla 2500). Koreks powinien obracać się gładko, bez „bicia” na boki i bez nadmiernego oporu. Jeśli tego nie sprawdzicie wcześniej, może się okazać, że po wlaniu chemii nie będziecie mogli stabilnie założyć koreksu na bazę, a zanurzona w roztworze część filmu już będzie się wywoływać.
Werdykt na początek drogi
SilverBase nie jest magicznym pudełkiem, które „zrobi filmy za nas”. To proste, ale precyzyjne narzędzie do okiełznania chemii i fizyki procesu, które przejmuje na siebie najbardziej powtarzalną i nużącą część wywoływania. Dzięki niemu mogę skupić się na innych potrzebnych czynnościach, mając pewność, że techniczny fundament procesu jest stabilny jak nigdy dotąd.
Urządzenie eliminuje czynnik ludzki tam, gdzie łatwo o błąd, czyli przy zachowaniu idealnie jednostajnego rytmu i siły agitacji przez cały czas trwania wywołania. Dla kogoś, kto wywołuje kilka rolek pod rząd, taka automatyzacja to nie tylko ulga dla rąk, ale przede wszystkim gwarancja, że każdy film zostanie potraktowany identycznie. Choć ręczne „fikanie” koreksem ma swój niezaprzeczalny urok i większości wypadków pewnie będzie całkowicie wystarczające, to w codziennej pracy powtarzalność staje się dużą wartością, której nie zastąpi sama intuicja przy kręceniu koreksem. SilverBase udowadnia, że nowoczesna ciemnia, nawet amatorska, może być miejscem bardziej przewidywalnym i sterylnym, nie tracąc przy tym nic ze swojej analogowej duszy. To komfort, który w ciemni szybko staje się standardem, z którego trudno byłoby mi teraz zrezygnować.
Podziękowania
Chciałbym serdecznie podziękować firmie JOBO GmbH oraz panu Johannesowi Bockemühl-Simonowi za zaufanie i udostępnienie sprzętu do testów. Możliwość sprawdzenia systemu SilverBase oraz nowego urządznia do ładowania arkuszy 4x5 na szpulę w codziennej pracy mojej pracowni to doskonała okazja do weryfikacji i rozwoju standardów, którymi dzielę się z każdym, kto chce pogadać lub poczytać o współczesnej ciemni czarno-białej. Wszystkie opinie zawarte w tekście pozostają moimi własnymi wnioskami, opartymi na praktycznych doświadczeniach zgromadzonych w ciągu niemal dziesięciu lat przygody z fotografią tradycyjną.
Domowa ciemnia - przewodnik po wywoływaniu filmów czarno-białych
Masz już skompletowany sprzęt, a trening wkręcania filmu do koreksu „na sucho” (i w pełnej ciemności) masz już za sobą? Gratulacje – jesteś gotowy, aby przejść do jednego z najciekawszych etapów w fotografii tradycyjnej. Wywoływanie własnych negatywów to nie tylko oszczędność, ale przede wszystkim pełna kontrola nad wyglądem zdjęcia.
Zanim jednak wlejesz pierwszą chemię do koreksu, musimy zadbać o fundamenty: bezpieczeństwo i precyzję.
BHP i czystość
Fotochemia to zestaw konkretnych związków chemicznych. Choć proces jest bezpieczny, musisz trzymać się jednej żelaznej reguły: nigdy nie używaj przyborów kuchennych do chemii fotograficznej. Zlewki, menzurki, termometry, butelki i mieszadła muszą być przeznaczone wyłącznie do ciemni. Sam proces najlepiej przeprowadzać poza kuchnią, a wszystkie odczynniki przechowywać w miejscu niedostępnym dla dzieci.
Krok 1: przygotowanie stanowiska i roztworów
Zanim zgasisz światło, przygotuj sobie „pole bitwy”. Ustaw szpule koreksu na odpowiedni rozmiar (35 mm lub 120), przygotuj nożyczki i kasetkę z filmem tak, byś mógł je szybko i bez pudła odnaleźć w całkowitej ciemności.
Następnie przygotuj roztwory robocze. Najlepiej użyć do tego wody demineralizowanej.
Wywoływacz: Przykładem może być klasyczny Ilford ID11. Zazwyczaj używa się go: w stocku (czyli w wersji nierozcieńczonej) lub w rozcieńczeniach takich jak 1+1 czy 1+3. Jeśli planujesz rozcieńczenie 1+1 to na 500 ml roztworu roboczego potrzebujesz 250 ml wywoływacza i 250 ml wody. Dla roztworu 1+3, na 500 ml roztworu potrzebujesz 125 ml „stocka” (koncentratu) i 375 ml wody. Do szybkiego obliczania tych proporcji możesz użyć kalkulatora rozcieńczeń w aplikacji “Dev it!”. Warto pamiętać, że wywoływacz taki jak Id11 w stocku (czyli nierozcieńczony) można używać wielokrotnie, czyli po wywołaniu zlać wywoływacz do butelki. Wywoływacze rozcieńczone (1+1, 1+3 itd) po użyciu utylizujemy.
Przerywacz: przerywacz ma za zadanie chronić utrwalacz i natychmiast przerwać proces wywoływania. Polecam go stosować przede wszystkim w przypadku bardzo aktywnych wywoływaczy, gdzie by uniknąć przewołania filmu, proces należy przerwać natychmiast. W innych, standardowych przypadkach spokojnie możemy przepłukać koreks wodą. Zazwyczaj robię to tak, że wlewam wodę, robię kilka przewrotek, wylewam ją i moczę film w kolejnej porcji wody przez minutę. Jeśli jednak uznacie, że potrzebujecie przerywacza, to możecie sporządzić go z octu (10 ml octu 10% na litr wody), kwasku cytrynowego (10-15g na litr wody) lub niewielkiej ilości utrwalacza i wody lub możecie użyć gotowych przerywaczy w koncentracie.
Utrwalacz: Utrwalacz najwygodniej sporządzać z gotowego koncentratu. Na butelce utrwalacza, który kupicie na pewno będą dane z informacjami jak go rozcieńczyć i jaki jest minimalny czas utrwalania oraz informacje o wydajności.Popularny Ilford RapidFixer rozrabia się z wodą w stosunku 1+4 (200 ml + 800ml dla 1000 ml roztworu) i utrwala filmy od 2 do 5 minut. Utrwalacze z koncentratu są zazwyczaj wielokrotnego użytku, warto więc rozrobić od razu litr utrwalacza.
Zwilżacz: Przygotuj go w oddzielnej zlewce na sam koniec procesu i pamiętaj, że zwilżacz koniecznie musi być sporządzony na wodzie demineralizowanej.
Pamiętaj o temperaturze! Standardem dla negatywowego procesu czarno-białego jest zazwyczaj 20°C. Temperatura musi być stabilna dla wszystkich kąpieli, aby uniknąć szoku termicznego emulsji i efektu retykulacji. Oczywiście niewielkie wahnięcia między kolejnymi kąpielami nie zniszczą od razu Waszego filmu, więc też nie należy się tego bardzo bać. Jak utrzymać stabilną temperaturę? Zazwyczaj najbardziej stabilną temperaturą jest temperatura pokojowa. Bardzo często nie ma potrzeby z nią walczyć, jeśli wasze roztwory mają 22°C wystarczy przeliczyć czas wywoływania. Poniżej znajdziecie tabelę z informacjami, jak skracać lub wydłużać czas w zależności od temperatury roztworu. Wywoływanie w wyższej temperaturze podnosi nieco kontrast, jeśli boicie się że będzie zbyt wysoki, to zastosujcie większe rozcieńczenie wywoływacza. Uwierzcie mi, ta metoda sprawdza się bardzo dobrze! Jeśli jednak chcecie koniecznie utrzymać temperaturę inną niż pokojowa, to najwygodniejszą opcją jest po prostu duża miska czy pojemnik z wodą i wywoływanie w kąpieli wodnej. Działa, chociaż nie jest bardzo wygodne i raczej nie polecam tej metody na początek.
Krok 2: ładowanie filmu (w całkowitej ciemności)
To jedyny moment, w którym musisz pracować „na oślep”. Jeśli używasz filmu małoobrazkowego (typ 135), przytnij końcówkę i zetnij rogi pod kątem – ułatwi to wsunięcie błony w prowadnice szpuli. Jeśli Twój aparat zostawia końcówkę na wierzchu, możesz przyciąć ją bez wyciągania całego filmu z kasetki. Jeśli nie, możesz wysunąć ją przy pomocy wyciągarki końcówki lub przyciąć końcówkę po ciemku już po rozebraniu kasetki z filmem. Gdy film znajdzie się w koreksie, a ten zostanie szczelnie zamknięty, możesz zapalić światło. Od teraz resztę procesu możesz przeprowadzić przy pełnym oświetleniu.
Krok 3: Proces wywoływania krok po kroku
1. Namaczanie wstępne
Nie każdy stosuje ten krok, w przypadku niektórych, specyficznych, wywoływaczy zaleca się pominięcie namaczania wstępnego, ale we wszystkich innych wypadkach stosuje kąpiel wstępną. W przypadku naszego Id11 spokojnie możemy zastosować ten krok. Wlej wodę o takiej samej temperaturze jaką ma wywoływacz do koreksu na około minutę. To usunie warstwy przeciwodblaskowe i równomiernie namoczy emulsję, co zapobiega powstawaniu pęcherzyków powietrza (późniejszych jasnych plamek na zdjęciach). Po wlaniu wody puknij kilka razy dnem koreksu o blat, aby „odbić” ewentualne bąbelki od powierzchni filmu.
Skąd wziąć wodę o idealnie takiej samej temperaturze jak wywoływacz? Ja rozwiązuję to w ten sposób, że w jednej z butelek po wodzie demineralizowanej, mam zwykłą wodę kranową. Wywołując film w temperaturze pokojowej, wszystkie roztwory nalewane bezpośrednio z butelki będą miały tą samą temperaturę.
2. Wywoływanie właściwe (Obraz utajony)
To główna część procesu i polega ona na wywołaniu obrazu utajonego, jaki powstał w czasie naświetlania zdjęcia. Czas wywoływania zależy od rodzaju filmu, temperatury i stężenia oraz rodzaju chemii.
Stock (stężony roztwór): Daje wyższy kontrast i drobne ziarno, działa szybko. Można używać go wielokrotnie (zgodnie wydajnością określoną przez producenta). W przypadku Id11 przy każdym kolejnym użyciu należy czas wywoływania wydłużać o 10%.
Rozcieńczenie: Wydłuża proces, ale zapewnia lepsze przejścia tonalne i szczegóły w cieniach, przy dużych rozcieńczeniach może dawać większe ziarno niż stock. Często daje też lepszą ostrość obrazu. Roztworów roboczych używa się jednorazowo - dzięki czemu każdy film zawsze wywoływany jest w dokładnie takich samych warunkach. Niestety przy niektórych koreksach czasami może oznaczać to, że nie wykorzystamy pełnej wydajności wywoływacza.
Wlej wywoływacz i włącz stoper. Stosuj się do instrukcji mieszania producenta lub jeśli jej nie ma to zastosuj standardową metodę. Zazwyczaj są to ciągłe przewrotki (obracanie koreksu do góry dnem) przez pierwsze 30 sekund, a następnie 10 sekund co każdą minutę. Pamiętaj: im intensywniej mieszasz, tym bardziej rośnie kontrast. Możesz zastosować również inne metody mieszania, takie jak 5s co 30s procesu, wywoływanie rotacyjne - czyli kręcenie położonym koreksem, a nawet wywoływanie stand czy semi-stand, w którym praktycznie w ogóle nie rusza się koreksem. Metody te omówię w osobnych wpisach, ale od razu zaznaczę, że stand i semi-stand niosą za sobą ryzyko powstania nierówności wywoływania, więc nie polecam ich na początek.
3. Przerywanie i utrwalanie
Po wylaniu wywoływacza użyj przerywacza (lub czystej wody) przez około minutę. Następnie wlej utrwalacz. Podobnie jak w przypadku wywoływacza, należy mieszać roztwór w czasie utrwalania. Standardowe 10s co każdą minutę świetnie się sprawdzi. To utrwalacz sprawia, że film przestaje być światłoczuły. Po czasie określonym przez producenta (zwykle kilka minut), mógłbyś już obejrzeć obraz powstały na filmie. Warto jednak chwilę poczekać, by nie pobrudzić palców i rzeczy których się dotyka utrwalaczem.
Utrwalacz po użyciu zlewamy do butelki – litr przygotowanego utrwalacza starcza zazwyczaj na ok. 10-15 filmów, ale sprawdźcie dokładnie w instrukcji producenta.
Jeśli po utrwalaniu cokolwiek Cię niepokoi, np. film nadal jest mleczny/nieprzejrzysty – wrzuć go z powrotem do świeżego utrwalacza na kolejne 3 minuty. To uratuje Twój negatyw przed zaświetleniem!
4. Płukanie – klucz do długowieczności
Jeśli źle wypłuczesz film, to za kilka lat na negatywach pojawią się brunatne plamy lub na powierzchni wykrystalizują się nieusunięte z emulsji związki. Masz trzy drogi:
Metoda tradycyjna: 40 minut pod bieżącą wodą.
Metoda z kaskadą: użycie specjalnego wężyka do doprowadzenia wody znacznie skraca czas płukania - do 20 minut, a w przypadku zaawansowanych kaskad, które dodatkowo napowietrzają wodę nawet do 10 minut, ale warto sprawdzić to w instrukcji waszej kaskady.
Metoda Ilforda: Polega na wymienianiu wody i wykonywaniu przewrotek, takich samych jak w czasie wywoływania filmu. Wlej wodę i zrób 5 przewrotek, wylej. Wlej świeżą wodę, zrób kolejne 10 przewrotek, wylej. Ostatnia krok to 20 przewrotek, ale zazwyczaj dla spokoju i pewności robię jeszcze 40 przewrotek. Czasami zdarzało mi się robić jeszcze jedną dodatkową serię na 40 lub nawet 80 przewrotek. To gwarantuje idealną czystość negatywu przy małym zużyciu wody.
Metoda pośrednia: stosowałem ją przede wszystkim kiedy wywoływałem filmy jednocześnie w dwóch koreksach. W jednym filmy pukały się pod bieżącą wodą lub z zastosowaniem kaskady, a w drugim wykonywałem płukanie metodą ilforda. Po połowie czasu płukania, zamieniałem koreksy. W ten sposób sprawnie można wywołać i wypłukać filmy w dwóch koreksach.
5. Kąpiel zwilżająca i suszenie
Ostatnia kąpiel musi być wykonana na wodzie demineralizowanej i zawiera środek zmniejszający napięcie powierzchniowe wody. Zwilżacze w koncentracie takie jak np. Mirasol lub Fotonal są bardzo wydajne. Kąpiel tak zapobiega powstawaniu zacieków z kamienia podczas schnięcia. Nie potrząsaj już koreksem – zwilżacz lubi się pienić. Ciekawostką jest to, że zamiast klasycznego zwilżacza można użyć lekkiego detergentu. W dawnych czasach dość powszechnie używano w tym celu płynu do zmywania naczyń, jak np. ludwik. Sam też się jeszcze załapałem na to, ale raczej nie polecam tej metody, gdyż płyny mogą zawierać barwniki lub substancje aromatyczne, które mogą wpływać na nasz film.
Wyjmij film, rozkładając szpulę (w przypadku szpulek jobo można wyciągnąć bez rozkładania). Powieś go w miejscu bez kurzu – łazienka po kąpieli jest idealna, bo wilgoć osadza pyłki na podłodze. Na dole filmu powieś drugi klips. Obciążenie takie spowoduje, że film będzie się mniej skręcał podczas schnięcia. Pozostaw go do wyschnięcia na 24 godziny.
Krok 4: Archiwizacja
Suche negatywy potnij na paski i wkładaj w pergaminowe koszulki. Standardowo negatywy małoobrazkowe tnie się na odcinki po 6 klatek, filmy typu 120 w zależności od formatu, dla 6x4.5 po 4 klatki, a 6x6 po 3. Zawsze używaj bawełnianych rękawiczek, najlepiej takich niepylących! Tłuszcz z palców to największy wróg emulsji. Tak przygotowane koszulki przechowuj w dedykowanych segregatorach. Warto kupić takie z futerałem, gdyż zdecydowanie lepiej chronią negatywy przed kurzem.
Co z pozostałą chemią:
Wiele wywoływaczy i utrwalaczy można użyć wielokrotnie. Przechowuj je w ciemnych butelkach bez dostępu powietrza. Możesz użyć specjalnego gazu (np. Tetenal Protectan) lub po prostu ścisnąć plastikową butelkę, by poziom płynu sięgnął samego korka. Jednak nie polecam butelek harmonijkowych, duża ilość załamań powoduje, że bardzo trudno utrzymać te butelki w czystości, co znów wpływa na trwałość roztworów. Najlepiej sprawdzają się dedykowane butelki na chemię foto (jak JOBO czy Kaiser) lub szklane butelki apteczne z ciemnego szkła. Pamiętaj: negatyw i zdjęcia jakie na nim zrobiłeś, są warte znacznie więcej niż litr chemii. Jeśli masz wątpliwości co do świeżości i działania roztworu – przygotuj nowy.
Ps. Za pomoc przy zdjęciach bardzo dziękuję Wojtkowi - Alugram_photos. Sam nie dałbym rady!
Domowa ciemnia w 2026 roku, czyli sprzęt potrzebny do wywoływania negatywów
Wywoływanie filmów czarno-białych to nic trudnego. Potrzebujemy do tego tylko kilku narzędzi i odrobiny ciemności, żeby załadować film do koreksu, a resztę procesu przeprowadzamy już przy białym świetle. Jednak, jak wspomniałem w poprzednim wpisie, prawdziwym sukcesem nie jest to, że obraz „po prostu się pojawił”. Sukcesem jest pełna kontrola nad procesem. Aby ją uzyskać, musimy wyeliminować przypadkowość i dobrze opanować cały warsztat.
W historii zdarzały się przypadki fotografów wywołujących filmy w wojskowych hełmach, to jednak obecnie raczej nie polecam takiej improwizacji. Sprzęt do ciemni kupuje się często raz, żeby służył nam całe lata. Warto więc przemyśleć, czego potrzebujemy i czego będziemy od niego oczekiwać, nawet za jakiś czas. Odpowiednio dobrany zestaw będzie rósł wraz z nami i naszymi potrzebami. Dlatego myślę, że na niektórych rzeczach nie warto oszczędzać, a za inne nie warto przepłacać. Co zatem powinno znaleźć się na Twoim stole?
Serce ciemni negatywowej: Koreks i szpule
To najważniejszy i zazwyczaj najdroższy element zestawu. Koreks to światłoszczelna puszka - film musimy do niej załadować w całkowitej ciemności (np. w worku ciemniowym), a po zamknięciu koreksu, możemy resztę procesu przeprowadzić przy białym świetle.
Wybór koreksów jest bardzo duży. Na rynku wtórnym wciąż można znaleźć produkty polskich czy radzieckich marek, ale nie polecam tych rozwiązań. Ich jakość często pozostawia wiele do życzenia, a lata również robią swoje. Dość często zdarza się, że stare używane koreksy polskiej produkcji miewają problemy ze szczelnością. Do tego zapłacisz za nie niewiele mniej niż za markowe koreksy produkcji niemieckiej lub brytyjskiej. Kolosalne znaczenie w przypadku wyboru koreksu ma konstrukcja i jakość szpulek. To ona decyduje o tym jak szybko i sprawnie uda Ci się nawinąć film. Nie ma nic gorszego i bardziej frustrującego niż kolejne próby wysunięcia negatywu w prowadnice lub zgubiony po ciemku film.
Niezależnie czy będziesz chciał kupić nowy koreks ze sklepu, czy upolować używany, warto rozglądać się za markami takimi jak JOBO, Paterson lub Kaiser/AP. Przerabiałem wszystkie te koreksy - dokładnie w odwrotnej kolejności niż podana. Mimo, że docelowo sam wybrałem system JOBO, to każdy z nich może się sprawdzić, mimo że każdy ma swoje plusy i minusy.
Poniżej omawiam dość dokładnie swoje perypetie z wyborem i zmianami koreksów. Dla niecierpliwych lub niepotrzebujących tak dużej ilości detali, zamieszczam skrót z informacjami na temat “wielkiej trójki”:
1. Kaiser/AP
Plusy: „Skrzydełka” na szpulach ułatwiają start, metalowe kulki dobrze wciągają film.
Minusy: Duże zużycie chemii, kulki w szpulach mogą uszkodzić film przy zacięciu, wyjątkowo mało ekonomiczny przy średnim formacie.
2. Paterson
Plusy: Szybki wlew chemii, bardzo popularny (łatwo o części).
Minusy: Kulki w szpulach mogą uszkodzić film przy zacięciu, mało ekonomiczny przy średnim formacie.
3. JOBO
Plusy: System modułowy, duży rynek wtórny, bardzo duża ilość dostępnych akcesoriów - od szpulek do nietypowych formatów po procesory automatyzujące proces, ogromna oszczędność chemii, możliwość wywoływania rotacyjnego.
Minusy: Najwyższa cena zakupu.
Na kursie używaliśmy koreksu Kaiser (koreksy firmy AP są identyczne). Jego zaletą było to, że szpulki ułatwiają trafienie filmem w prowadnice (posiadają bardzo wygodne skrzydełka). Metalowe kulki skutecznie wciągały film, ale bywały problematyczne przy zacięciach. Niestety koreksy te zużywają dużo chemii i nie pozwalają na bezpieczne nawijanie dwóch filmów 120 na jedną szpulę. W koreksach Kaisera wywoływać możemy przez wykonywanie przewrotek lub kręcąc samą szpulką (w poziomie) przy pomocy dołączonego do koreksu trzpienia.
Paterson zużywa mniej chemii niż Kaiser, ma też w miarę wygodne szpule. Nawijanie ułatwiają metalowe kulki, które wciągają film i nie pozwalają mu się cofać. Mimo to, że są to udane i popularne koreksy, mają też swoje bolączki. Kulki ułatwiające ładowanie filmu powodują, że w przypadku zacięcia trzeba szpulę rozebrać po ciemku i wyjąć film. Dlatego kiedy używałem koreksu patersona, zawsze miałem zapasową szpulę pod ręką. Kulki trzymają film tak mocno, że w przypadku zacięcia próba dalszego nawijania na siłę może skończyć się nawet rozerwanym filmem - co raz mi się przydarzyło. Na szpulkę Patersona, podobnie jak Kaisera, można nawinąć jeden film średniego formatu, co powoduje, że wywoływanie go w tym koreksie nie jest zbyt ekonomiczne. Koreksy Patersona mają również bardzo duży wlew, który ułatwia nalewanie chemii, co jest dużym plusem. W koreksach tych, podobnie jak w przypadku Kaisera, wywoływanie przeprowadzamy robiąc przewrotki lub kręcąc szpulką w poziomie przy pomocy specjalnego trzpienia. Ze względu na duży wlew wywoływanie rotacyjne byłoby trudne i nie dawałoby zbyt wielkich oszczędności. Koreksy Patersona na 3 szpule wraz z wkładem MOD54 pozwalają na wywołanie 6 arkuszy 4x5. W ten sposób wywołałem swoje pierwsze wielkie formaty, niestety konstrukcja tej szpuli nie jest zbyt udana i często zdarzało mi się, że arkusze wypadały w czasie mieszania, co czasami prowadziło do skaz na emulsji.
Ostatecznie zdecydowałem się na koreksy i system JOBO. Argumentem, który przeważył i który pchnął mnie w kierunku kolejnych koreksów, było to, że w Patersonie zdarzało się, że w czasie procesu spieniony wywoływacz potrafił osadzać się na szpulkach i powodować nierówności wywołania na emulsji wzdłuż krawędzi filmu. Zacząłem wtedy myśleć o przesiadce na wywoływanie rotacyjne i to doprowadziło mnie w końcu do systemu JOBO. Koreksy te są wyjątkowo oszczędne. Oprócz tego, że potrzebują mniej chemii, to pozwalają również nawinąć dwa filmy średnioformatowe na jedną szpulkę, co było dla mnie bardzo istotne. Blokada wbudowana w szpulę, którą wciskamy między filmy, nie pozwala nałożyć się im na siebie. Jeśli zamierzasz wywoływać sporo średniego formatu, to jest to zdecydowanie najlepszy wybór. Producent tych koreksów podaje dane dla wywoływania w sposób klasyczny (z przewrotami) i rotacyjny, który pozwala jeszcze zmniejszyć ilość potrzebnej chemii. Wywoływanie rotacyjne polega na kręceniu leżącym koreksem, zamiast tradycyjnego odwracania go do góry dnem. Minusem tej metody jest to, że jeśli robimy to ręcznie, to musimy kręcić koreksem bez przerwy przez cały czas trwania procesu - film nie jest całkowicie zanurzony w wywoływaczu, więc przerwa w rotacji spowodowałaby nierównomierne wywołanie. Z mojego doświadczenia wynika, że na dłuższą metę obróbka rotacyjna ma sens. Z jednej strony pozwala to zaoszczędzić sporo chemii, która szybko zwraca początkową różnicę w cenie, a z drugiej w niektórych wypadkach wywoływanie rotacyjne jest, moim zdaniem, jedynym słusznym wyborem (np. wywoływanie wielkiego formatu). W przeciwieństwie do koreksów Patersona i Kaisera, JOBO jest systemem modułowym. Możesz zacząć od tanku na jedną rolkę i z czasem rozbudować go o kolejne elementy. Koreksy i moduły przedłużające pozwalają się dowolnie zestawiać ze sobą, dzięki czemu zawsze masz koreks szyty na miarę.
Precyzyjny pomiar: Temperatura, stężenie i czas
Skoro kluczem do sukcesu jest powtarzalność, nie możemy polegać na “jakoś to będzie” i miarce “na oko”. Dlatego potrzebne nam będą odpowiednie narzędzia do pomiaru temperatury, czasu i ilości chemii.
Termometr: Szybkość reakcji chemicznej zależy od temperatury. Potrzebujesz precyzyjnego termometru fotograficznego. Na rynku jest wiele dostępnych rozwiązań - od tanich plastikowych, przez elektroniczne po klasyczne szklane termometry. Mój pierwszy termometr był plastikowy, ale okazał się bardzo nietrwały i niezbyt precyzyjny. Potrzebował też dużo czasu do wykonania pomiaru. Następnie kupiłem szklany precyzyjny termometr i używam go już od wielu lat. Jego jedynym minusem jest to, że jest delikatny i trzeba się z nim obchodzić dość ostrożnie. W czasach, kiedy zaczynałem, na polskim rynku nie było zbyt wielu elektronicznych termometrów ciemniowych i nigdy takiego nie używałem.
Menzurki, cylindry miarowe i strzykawki: Najlepiej zaopatrzyć się w kilka naczyń o różnej pojemności. Precyzyjne odmierzanie potrzebnej chemii jest bardzo ważne, szczególnie przy stosowaniu mocno stężonych wywoływaczy jak np. Rodinal. Nigdy nie odmierzam też wywoływacza i utrwalacza tą samą miarką bez dokładnego mycia. Nawet śladowa ilość utrwalacza wlanego do wywoływacza może wpłynąć na Twój negatyw, a w skrajnym wypadku nawet spowodować całkowite zniszczenie materiału. Do odmierzania małych ilości chemii bardzo wygodne są strzykawki. Szczególnie polecam te od syropów dla dzieci. Bardzo często posiadają one podziałkę na tłoczku, dzięki czemu widzimy, ile chemii zaczerpnęliśmy na strzykawce, która znajduje się prawie cała w butelce. Na początku warto kupić co najmniej dwie zlewki, osobną na wywoływacz i utrwalacz. Pamiętajcie też, że im wyższy cylinder, przy mniejszej średnicy, tym dokładniejszy pomiar.
Stoper: Precyzyjne wywoływanie wymaga również dokładnego pomiaru czasu kolejnych kroków procesu. Do tego celu można użyć zwykłego stopera, dedykowanego stopera ciemniowego lub jednej z aplikacji ciemniowych na smartphony - sam używam do tego celu apki “Dev it!” i bardzo ją polecam. Oprócz timera posiada również kilka innych funkcji, między innymi kalkulator rozcieńczeń.
Ciemność na żądanie - worek ciemniowy
Filmy należy ładować do koreksu w całkowitej ciemności. Jeśli nie dysponujesz pomieszczeniem (łazienką, garażem), które możesz w 100% wyciemnić, niezbędny będzie worek ciemniowy. To dzięki niemu będziesz mógł bezpiecznie przełożyć film z kasetki na szpulę w każdych warunkach. Sam chyba nigdy nie nawijałem filmu do koreksu w worku ciemniowym, ale mimo to posiadam taki. Jest on nieoceniony, jeśli chodzi o ładowanie kaset filmem 4x5 w plenerze. Minusem worków ciemniowych jest to, że wewnątrz szybko robi się gorąco i przez to wilgotno. Gdy nawijamy film pocącymi się rękami, może się on zablokować w szpulce. Jeśli masz miejsce, które możesz całkowicie zaciemnić, to będzie to najwygodniejsze rozwiązanie i możesz pominąć to akcesorium.
Przygotowanie filmu do nawijania
Ładując film małoobrazkowy (typ 135) na szpulkę, musimy zaokrąglić rogi oraz na końcu odciąć film od kasetki. Dlatego warto pod ręką mieć nożyczki. W przypadku filmów średnioformatowych (typ 120) wystarczy oderwać film od papieru ochronnego.
Jeśli Wasz aparat nie zostawia końcówki filmu (typ 135) na wierzchu, to wyjęcie go z metalowej kasetki może być pewnym problemem. Negatyw możemy wydobyć z kasety na kilka sposobów. Pierwszym, najbardziej brutalnym, jest po prostu rozgięcie szczeliny w kasecie i rozłożenie jej. Metoda ta ma kilka dużych minusów. Po pierwsze trzeba mieć do tego trochę siły, dwa trzeba uważać, żeby nie skaleczyć się o ostrą krawędź blachy, trzy rozbiegówkę musimy odciąć i zaokrąglić rogi filmu w całkowitej ciemności. Ostatnim minusem jest to, że taka kasetka nie nadaje się do ponownego użycia. Mimo, że długo stosowałem tę metodę, to obecnie nie polecam jej. Innym rozwiązaniem jest stosowanie dedykowanego otwieracza do kasetek lub otwieracza do butelek. Działają one trochę inaczej, ale oba rozwiązania są skuteczne. Minusy pozostają takie same jak przy poprzedniej metodzie, no może trochę trudniej się skaleczyć. Chyba najlepszą metodą jest wyciągnięcie samej końcówki filmu bez niszczenia kasetki. Służy do tego proste urządzenie - wyciągarka filmu. Dzięki temu możemy odciąć rozbiegówkę i zaokrąglić rogi filmu przy białym świetle. Mając na wierzchu niewielki fragment filmu, możemy od razu umieścić go w prowadnicach szpulki, więc nie będziemy męczyć się z tym po ciemku (tylko nie wyciągajcie za dużo filmu z kasety do tego!). Nawijając film na szpulkę, możemy wysuwać go z kasetki stopniowo, a do tego metalowa kaseta działa jak ciężarek, który nie pozwala skręcać się filmowi.
Finał procesu
Ostatnim, bardzo istotnym krokiem wywoływania jest płukanie filmu. Jeśli nie wykonamy go dokładnie i poprawnie, nasz film po jakimś czasie ulegnie zniszczeniu. Jest kilka metod płukania negatywów, możemy zrobić to metodą Ilforda - nalewając wodę do koreksu i wykonując przewrotki. Jeśli nie chcecie machać koreksem, to przydatna bywa kaskada do płukania filmu. Mają one zazwyczaj formę wężyka z końcówką pasującą do wlewu koreksu. Bardziej zaawansowane kaskady (Kaiser i JOBO) napowietrzają wodę, co znacznie przyspiesza płukanie.
Przystępując do pierwszego wywoływania filmów, będziesz również potrzebował klipsów do powieszenia filmów do wyschnięcia. Warto posiadać po dwa klipsy na film, jeden do zawieszenia, a drugi do obciążenia filmu na dole. Dzięki czemu film mniej się zwija podczas schnięcia, dlatego też niektóre klipsy posiadają wbudowane ciężarki (np. czarne od JOBO lub stare klipsy Kaisera).
Archiwizacja materiałów
Na koniec, jak film już wyschnie, musimy gdzieś go przechowywać. Polecam zastosować koszulki pergaminowe do negatywów oraz dedykowane segregatory (te biurowe nie nadają się do tego celu, ponieważ koszulki na negatywy są szersze niż standardowe). Najlepsze koszulki mają atesty archiwalne lub atest PAT. I pamiętajcie, opisujcie koszulki na bieżąco! Jeśli utrzymacie porządek w negatywach, to zaoszczędzi Wam to dużo pracy po czasie.
Co między sesjami ciemniowymi?
Niestety nie każdy z nas może pozwolić sobie na zorganizowanie ciemni na stałe. Dlatego w międzyczasie musimy gdzieś i w czymś przechowywać naszą ciemnię negatywową. O ile dobór pudełka na wszystkie nasze zabawki nie jest wielką filozofią, to warto wspomnieć tu o butelkach na chemię. Polecam takie przeznaczone do roztworów foto (JOBO, Kaiser) lub roztworów chemicznych (szklane butelki apteczne lub plastikowe). Odradzam stosowania kiedyś popularnych butelek harmonijkowych i butelek po napojach. W przypadku pierwszych trudno utrzymać je w czystości, co wpływać może bardzo niekorzystnie na trwałość roztworów. W przypadku drugich, istnieje ryzyko, że butelka taka okaże się mało trwała w zetknięciu z chemią. Należy też bardzo uważać, by nie pomylić się i nie wypić jakiegoś roztworu chemicznego, szczególnie w czasie pracy nad powiększeniem, kiedy trwa to dość długo (pozdrawiam Wojtka). Bardzo ważne: pilnujcie żeby nie dobrały się do tego wszystkiego dzieciaki! Szczególnie jeśli używacie chemii w saszetkach, jak np. Ilford Simplicity, które dla dzieci mogą wyglądać jak musy owocowe.
Na koniec, dodam jeszcze, że dobierając odpowiednie pudełko, możecie użyć go, tak jak ja używałem przez bardzo długi czas sporej kuwety foto - mianowicie nawijałem film na szpulkę nad kuwetą/pudełkiem. W razie wysunięcia się filmu i upuszczenia go, wiedziałem, gdzie go szukać. Dzięki temu zabiegowi uniknąłem też kilka razy strącenia koreksu na podłogę, kiedy jedną ręką po ciemku szukałem nożyczek.
Twoja lista zakupowa – co kupić na start?
Oto gotowe zestawienie do wydrukowania, które pozwoli Ci skompletować potrzebny zestaw na start:
Jeśli chciałbyś skompletować taki zestaw, ale nie wiesz, które elementy wybrać, by wyszło taniej i lepiej niż w gotowych marketowych starterach – zapraszam do kontaktu - najlepiej za pośrednictwem IG. Pomogę Ci dobrać sprzęt, który będzie najlepiej dopasowany do Twoich potrzeb.
W kolejnej części przechodzimy do działania! Wywołasz swój pierwszy negatyw, instrukcja krok po kroku.
Leksykon terminów ciemniowych
Pisząc czy rozmawiając o ciemni czasami używamy pewnych terminów czy skrótów myślowych, które nie dla każdego muszą być jasne. Szczególnie jeśli dopiero zaczynasz i jesteś na początku drogi. Stąd powstał pomysł na krótki leksykon terminów ciemniowych, który z czasem będę uzupełniał o kolejne rzeczy…
I. PRACA Z FILMEM
1. Sprzęt do wywoływania
Koreks – światłoszczelna puszka, w której umieszcza się film. Dzięki labiryntowej konstrukcji wlotu (wlewu), możesz wlewać i wylewać chemię przy zapalonym świetle, nie ryzykując prześwietlenia negatywu.
Szpula – spiralny wkład do koreksu, na który nawija się film. Dobre szpule (np. JOBO, Paterson czy Kaiser) posiadają systemy ułatwiające wprowadzanie filmu w całkowitej ciemności. Konstrukcja szpuli dba o to, by warstwy filmu nie stykały się, co pozwala chemii bez przeszkód dotrzeć do emulsji.
Worek ciemniowy – „przenośna ciemnia”. Rękaw z podwójnego, czarnego, światłoszczelnego materiału. Wkładasz do niego ręce, film i koreks, by bezpiecznie przełożyć film z kasetki na szpulę w każdych warunkach (np. w nasłonecznionym pokoju). Bardzo przydatny do ładowania kaset wielkoformatowych (4x5, 5x7 lub 8x10) w plenerze.
Wyciągarka do filmu – sprytne, płaskie narzędzie, które pozwala wyciągnąć końcówkę filmu z metalowej kasetki bez konieczności jej rozbierania czy niszczenia.
Kaskada do płukania – przystawka do kranu lub wężyk wkładany do koreksu, który wymusza obieg świeżej wody w koreksie. Niektóre kaskady dodatkowo napowietrzają wodę (Kaiser i JOBO) co ma przyspieszać płukanie. Ruch wody w czasie płukania odbywa się od dna ku górze, co gwarantuje szybkie i dokładne usunięcie chemii z filmu.
Termometr fotograficzny – różni się od domowego szybkością reakcji i dokładnością (często do 0,1 stopnia). Temperatura wywoływacza bezpośrednio wpływa na ziarno i kontrast – błąd o 2 stopnie może całkowicie zmienić charakter Twojego zdjęcia.
Mieszadło do chemii – długa, zazwyczaj plastikowa łopatka lub szklana “bagietka” służące do dokładnego rozpuszczania chemii w proszku. Ważne, aby nie napowietrzać roztworu zbyt mocno podczas mieszania, co mogłoby przyspieszyć utlenianie wywoływacza. Bardzo wygodnym rozwiązaniem są mieszadła magnetyczne, które automatyzują proces mieszania chemii. Niektóre posiadają nawet możliwość podgrzewanie roztworu.
Stoper ciemniowy - precyzyjny stoper dedykowany do procesów ciemniowych, często posiada 3 niezależne zegarki, które odmierzają czas kolejnych kroków procesu. Obecnie zazwyczaj zastępowany aplikacjami na telefon, takimi jak "Dev it!" lub "Film developer pro".
Strzykawki i cylindry miarowe – służą do precyzyjnego odmierzania koncentratów. Nigdy nie używaj tej samej miarki do wywoływacza i utrwalacza bez mycia – nawet śladowa ilość utrwalacza potrafi wpłynąć na działanie wywoływacza. Pamiętaj, że im węższy i wyższy cylinder tym precyzyjniejszy pomiar.
Butelki na chemię – do przechowywania roztworów fotograficznych polecam stosować dedykowane butelki. Sprawdzają się różne rozwiązania, ale nie polecam tych harmonijkowych. Trudno je umyć, a z czasem często zgniatane łączenia pękają. Zamiast zgniatać butelkę by usunąć nadmiar powietrza, można “zagazować” roztwór przy pomocy gazu ochronnego. Niektórzy wrzucają do butelek szklane kulki, które zwiększają objętość roztworu. Do przechowywania chemii doskonale sprawdzają się szklane butelki apteczne. Butelki JOBO mają precyzyjną podziałkę, dzięki czemu można wykorzystać je zamiast cylindrów podczas mieszania roztworu.
Klipsy do suszenia – specjalne żabki do wieszania mokrego filmu. Używa się dwóch: jednego na górze (do powieszenia), a drugiego na dole (jako obciążnik), aby film nie skręcał się podczas schnięcia. Niektóre klipsy mają wbudowane dodatkowe ciężarki, jak np. czarne klipsy JOBO lub stare stalowe klipsy Kaisera.
Koszulki pergaminowe/acetatowe – specjalne arkusze z przegródkami na paski negatywu. Chronią film przed kurzem, porysowaniem i tłuszczem z palców. Najlepsze mają atesty archiwalne lub atest PAT. Są szersze niż format A4, dlatego wymagają dedykowanych segregatorów.
Segregator ciemniowy – jest szerszy niż standardowy biurowy, dzięki czemu koszulki z negatywami nie wystają poza okładkę i nie niszczą się na krawędziach. Polecam segregatory wraz z futerałami, które doskonale chronią nasze zbiory przed kurzem.
2. Chemia i proces
Wywoływacze drobnoziarniste – ich zadaniem jest sprawić, by ziarno na zdjęciu było jak najmniej widoczne. Działają nieco „miękko”, lekko rozpuszczając krawędzie kryształków srebra. Idealne do małego obrazka, gdy planujemy duże powiększenia (np. ID-11, D-76, D23, D25, Xtol itp).
Wywoływacze nie-drobnoziarniste (Krawędziowe / Akutancyjne) – nie maskują ziarna, za to przy odpowiednim wywoływaniu wyostrzają kontury. Ziarno jest wyraźne i ostre jak piasek, co daje wrażenie dużej szczegółowości (np. Rodinal / R09).
Agitacja – czyli sposób mieszania wywoływacza w koreksie. Obecnie stosuje się najczęściej dwie techniki mieszania. Przewrotki to klasyczne odwracanie koreksu dnem do góry w określonych odstępach czasu (zazwyczaj 10s na początku każdej minuty). Rotacja to ciągłe kręcenie koreksem w poziomie, co pozwala zużyć znacznie mniej chemii, ale wymaga ciągłego ruchu.
Zwilżacz – „płyn do płukania” dodawany do ostatniej kąpieli. Zmniejsza napięcie powierzchniowe wody, dzięki czemu spływa ona z filmu równomiernie, nie zostawiając zacieków i plam.
Woda demineralizowana – czysta woda używana do rozrabiania roztworów chemicznych (przede wszystkim wywoływacza i zwilżacza). Używana również do końcowego płukania, zmniejsza ryzyko osadów mineralnych na negatywie.
Przerywacz do negatywów – roztwór kwasu (octowego lub cytrynowego), który pełni rolę „hamulca bezpieczeństwa”, który natychmiast zatrzymuje proces wywoływania. Oprócz tego, jego zadaniem jest również ochrona utrwalacza, przed zużyciem. Czasami zamiast przerywania, film w koreksie płucze się czystą wodą.
Utrwalacz do negatywów – roztwór, którego zadaniem jest usunięcie niewywołanych związków srebra z filmu, dzięki czemu film zostanie utrwalony (nie będzie już czuły na światło). Prawidłowe utrwalenie negatywu jest fundamentem – niedopłukany lub źle utrwalony negatyw po latach ulegnie zniszczeniu.
3. Rodzaje materiałów światłoczułych
Negatywy panchromatyczne – standardowe filmy czarno-białe (np. HP5+, Tri-X). Są wrażliwe na wszystkie kolory światła widzialnego, co oznacza, że muszą być ładowane do koreksu w całkowitej ciemności.
Negatywy ortochromatyczne (Ortho) – filmy niewrażliwe na światło czerwone (ilford ortho, fomaortho czy rollei ortho). Można je wywoływać i ładować do koreksu przy świetle lampy bezpiecznej. Obrazy wykonane na tych negatywach mają specyficzny wygląd - wszystko co było czerwone, na tych negatywach będzie czarne.
Negatywy orthopanchromatyczne (Orthopan) – kompromis między powyższymi. Mają obniżoną wrażliwość na czerwień, ale nie aż tak jak w przypadku ortho. Filmem takich jest np. Adox CHS II.
Slajdy czarno-białe – rzadziej spotykane materiały, które po specjalnym, wieloetapowym procesie odwracalnym dają od razu obraz pozytywowy na przezroczystym podłożu – gotowy do wyświetlania rzutnikiem. Filmami nadającymi się do “wywołania na slajd”, czyli do procesu odwracalnego, są właściwie wszystkie negatywy o przezroczystym podłożu takie jak: ilford pan f+ czy rollei superpan. Filmami dedykowanymi do tego procesu są Fomanpan R i Adox Scala.
Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę…
Dziś oddaję w Wasze ręce drugi artykuł z nowej serii, w którym chciałbym zaproponować krótkie rozważania na temat tworzenia ciemni. Jak łatwo się domyślić, cytat otwierający Baldur’s Gate nie pojawił się tu przypadkiem. Chcę dziś poruszyć temat kolektywnej organizacji pracowni.
Naturalnie, większość z nas początkowo marzy o własnej, indywidualnej ciemni. Zazwyczaj chwilowo urządzamy je w łazienkach, kuchniach lub, jak było w moim przypadku, w garażu. Tylko nieliczni mają ten komfort, by poświęcić osobne pomieszczenie na stałą i nierozkładaną ciemnię. Jednak domowe zacisze to niejedyna opcja i, moim zdaniem, wcale nie najlepsza. W Polsce wokół fotografii analogowej powstało świetne i całkiem spore środowisko. Praktycznie w każdym większym mieście znajdziecie kilkudziesięciu, a czasem nawet ponad tysiąc pasjonatów analoga. Co byście powiedzieli na to, by zebrać kilka osób i wynająć niewielki lokal na wspólną pracownię?
Sam działam obecnie w takim scenariuszu. Jest nas pięcioro i wspólnie składamy się na ciemnię. I choć na początku może to brzmieć jak przepis na logistyczny koszmar, w rzeczywistości przypomina to dobrze zbalansowaną drużynę, w której każdy wnosi coś wartościowego do gry.
Dlaczego warto rozważyć „tryb multiplayer” zamiast samotnej kampanii w łazience? Oto kilka powodów, dla których wspólna pracownia wygrywa z indywidualną:
1. Sprzęt z wysokiej półki, za fragment ceny
Budując ciemnię w pojedynkę, Twoim sufitem jest Twój portfel. W grupie to ograniczenie znika lub przesuwa się znacznie wyżej. Zamiast pięciu amatorskich powiększalników, możecie zainwestować w jeden profesjonalny sprzęt, porządną płuczkę kaskadową, mokry stół z prawdziwego zdarzenia czy procesor Jobo. Nawet jeśli nie chcecie robić zrzutki na wspólne wyposażenie, to możecie dzielić się zasobami. Jedna osoba inwestuje w porządny powiększalnik, inna w płuczkę, a jeszcze inna w inne sprzęty i urządzenia. W obu przypadkach łatwiej o dostęp do urządzeń, które dla jednostki byłyby wydatkiem zaporowym, a dla pięcioosobowej grupy staje się osiągalną inwestycją w jakość.
2. Dzielenie się doświadczeniem
W samotnej ciemni Twoim jedynym nauczycielem są Twoje własne błędy i internet. W kolektywie, spotykając się w jednej pracowni z innymi praktykami i pasjonatami uczycie się od siebie nawzajem. Widzisz, jak kolega maskuje odbitkę i widzisz efekty, słyszysz o nowej recepturze na wywoływacz, a gdy negatyw wychodzi zbyt jasny, masz cztery inne osoby, które pomogą Ci zdiagnozować, czy zawinił światłomierz, czy chemia. Transfer wiedzy jest tu błyskawiczny.
3. Wzajemne dzielenie się energią i inspiracją
Praca w ciemni to proces samotny, żmudny i wymagający cierpliwości. Łatwo o wypalenie, gdy po raz kolejny musisz rozstawiać kuwety w łazience lub w kuchni, by zaraz potem sprzątać je przed kolacją. Stała pracownia, w której po prostu zapalasz czerwone światło i działasz, daje ogromny komfort psychiczny. Świadomość, że inni też tam są i tworzą, działa motywująco. Wspólne wyjście na „ciemniową sesję” sprawia, że hobby nie ląduje w szafie na długie miesiące.
Wspólna kolektywna ciemnia to także wyzwania
Oczywiście, praca w grupie to nie tylko bonusy. Trzeba liczyć się z pewnymi wyzwaniami, którymi są:
Zarządzanie czasem: Rezerwacja terminów bywa kluczowa. W naszym przypadku, gdy wywołuję duże powiększenia (np. 40x50 cm), zajmuję wszystkie stanowiska i nikt inny nie może wtedy pracować. Innym razem kolega (pozdrawiam Adriana) nakłada emulsję światłoczułą na szybki i suszy je - co trwa nawet 24 godziny. W tym czasie nikt nie może zapalać w pracowni światła. Takie angażujące całą ciemnię prace, trzeba planować z wyprzedzeniem.
Higiena pracy: Brudna kuweta czy niedomyty koreks to w ciemni kolektywnej grzechy główne. Rygor sprzątania musi wejść wszystkim w nawyk – nikt nie chce zaczynać sesji od mycia cudzych zaschniętych odczynników.
Koszty stałe: Czynsz i media płacimy co miesiąc, niezależnie od tego, czy akurat mieliśmy czas na korzystanie z pracowni. W naszym przypadku składka jest nieco wyższa niż koszty, co pozwala na wspólny zakup chemii. Dzięki temu pracownia nie jest zagracona dziesiątkami tych samych butelek przynoszonych przez każdego z osobna.
Indywidualna ciemnia w łazience, kuchni czy garażu ma swój urok – to Twoja samotnia, Twój chaos i Twoja cisza. Ale jeśli chcesz wejść na wyższy poziom techniczny, a przy tym cenisz sobie wymianę myśli i inspirację, „zebranie drużyny” jest najlepszym ruchem, jaki możesz wykonać na swojej ciemniowej drodze.
Wspólna ciemnia to nie tylko miejsce. To mała społeczność, która sprawia, że magia srebrnego obrazu trwa znacznie dłużej niż tylko do momentu wyschnięcia odbitki.
Domowa ciemnia – planowanie przestrzeni
Pytanie o własną ciemnię zazwyczaj nie brzmi: „czy mam na nią miejsce?”, ale raczej: „ile kompromisów jestem w stanie znieść, by ją mieć?”. Mało kto może poświęcić osobne pomieszczenie na pracownię. Większość z nas musi adaptować to, co ma pod ręką. Każda domowa lokalizacja ma swoje zalety, ale też wady, które wyjdą na jaw podczas pierwszej dłuższej sesji ciemniowej. Twoim celem jest znalezienie odpowiedniego balansu, który sprawi, że często będzie Ci się chciało rozstawiać ciemnię.
Wybór lokalizacji:
1. Łazienka (Klasyka gatunku): Najczęstszy wybór. Jest łatwa do zaciemnienia, ma dostęp do elektryczności i wody oraz odpływu, a kafelki łatwo zmyć po zachlapaniu chemią. Łazienki mają też zazwyczaj sprawną wentylację, co przy chemii fotograficznej nie jest bez znaczenia. Niestety często jest to też największy generator konfliktów domowych („Wyjdź stamtąd, chcę się umyć!”). Dodatkowo wysoka wilgotność jest sporym problemem, ale zapewne rozkładanej ciemni i tak nie będziemy przechowywać w łazience. Dużym plusem łazienek jest to, że ze względu na wilgotność nie ma kurzu w powietrzu.
2. Pokój: Kolejną opcją jest rozstawianie ciemni w pokoju. Plusem zazwyczaj jest to, że mamy tam dostęp do blatów roboczych i względnie dużo przestrzeni. Ryzykiem zaś to, że możemy poplamić chemią meble, dywan czy inne rzeczy codziennego użytku. Rozkładanie się z ciemnią w pokoju wymusza też bieganie z odbitkami do płukania do łazienki. W tym wypadku również możemy rozważyć obróbkę papierów w zamkniętych koreksach.
3. Kuchnia: Duże blaty robocze to wygoda przy dużych kuwetach i zazwyczaj najlepsze oświetlenie do sprzątania. Do tego zawsze mamy tam dostęp do elektryczności, wody z odpływem i zazwyczaj do niezłej wentylacji. Wyzwaniem bywa tu światłoszczelność, ponieważ kuchenne okna bywają spore. Mimo zalet sam nigdy nie zdecydowałem i pewnie nie zdecydowałbym się na rozstawienie ciemni w kuchni. Myślę, że żadna pasja nie jest warta ryzyka skażenia żywności chemią. Jeśli jednak zdecydujesz się na takie rozwiązanie, to pamiętaj, wymaga to żelaznej dyscypliny. Warto wtedy rozważyć też przejście z kuwet na wywoływanie papieru w zamkniętych koreksach.
4. Piwnica/Komórka: Stała i względnie niska temperatura jest sporym plusem. Często możesz też rozstawić tam sprzęt na stałe. Niestety jeśli chodzi o piwnice w blokach to chyba koniec plusów. Aranżując ciemnię w piwnicy wyzwaniem będzie kurz, pył i często brak bieżącej wody. Nieraz jest też tak, że w piwnicach poza oświetleniem sufitowym nie ma dojścia do elektryki. Pewną trudnością jest też kwestia wentylacji. Jeśli nie jest zbyt dobra, to będzie ograniczać nas przy wyborze technik. W przypadku piwnic czy komórek w blokach bywa też tak, że trudno je zaciemnić.
5. Garaż: Mieszkając na wsi i mając ciemnię w domu zorganizowałem ją w garażu. Oczywiście miało to swoje plusy i minusy. Zaletą było to, że było tam względnie dużo miejsca i powiększalniki mogłem rozstawić na stałe. Temperatura była trochę niższa niż w mieszkaniu. Dużym minusem było to, że trudno było ją zaciemnić i nie mogłem robić tego na stałe (okazuje się, że brama garażowa jest jak sito). Do tego minusem był brak bieżącej wody, który wymuszał albo jej noszenie w bańkach, albo bieganie z odbitkami do łazienki. Mimo to wydaje mi się, że jeśli macie ciepły garaż, to jest to jedno z lepszych rozwiązań.
6. Stara pralnia: Jeśli masz w bloku starą pralnię i masz do niej dostęp (nieraz można je wynająć za nieduże pieniądze), to wygrałeś pracownię! Masz idealną przestrzeń pod ciemnię i jedyne co możesz rozważać to znalezienie kilku osób, z którymi będziesz mógł się nią podzielić, jednocześnie obniżając koszt utrzymania. Pralnie zawsze miały dostęp do wody, odpływu i elektryki. Zazwyczaj znajdowały się w podpiwniczeniu, więc temperatura jest względnie stała i niższa niż np. na strychach. Często są to też dość duże pomieszczenia, więc spokojnie zmieścisz się tam z całym wyposażeniem. Myślę, że bez problemu uda Ci się wydzielić wygodne strefy do prac mokrych i suchych. Jedynym wyzwaniem w tym przypadku będzie odpowiednie zaciemnienie (pralnie często miały okna) i zapewnienie odpowiedniej wentylacji.
7. Lokal wynajęty pod pracownię… jeśli nie boisz się ludzi, to rozważ też taką opcję. O zaletach i wadach kolektywnych pracowni piszę w tym tekście - link.
Strefa mokra vs. sucha
Rozdzielenie strefy suchej i mokrej to podstawa. Bez tego praca w ciemni szybko zamienia się w poligon strat (oby nie w ludziach - elektryczność i woda/chemia to kiepskie połączenie). W strefie suchej wykonujesz prace, które nie wymagają kontaktu z chemią. Tutaj dobierasz kadry, ostrzysz obraz i naświetlasz zdjęcia itp. Przejście do strefy mokrej to wkroczenie w świat kuwet, wywoływaczy i innej chemii oraz bieżącej wody. To właśnie tam dzieje się magia i obraz pojawia się na papierze, ale to też miejsce pełne zagrożeń dla Twojego sprzętu i papieru. Nawet jedna zabłąkana kropka utrwalacza na suchym papierze potrafi zrujnować wielogodzinną sesję. Tu muszę przytoczyć historię z życia. Pracując w jednej ciemni, z której nie korzystałem sam, okazało się, że w czasie wywoływania odbitek mam białe, dość duże, kropki na emulsji. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że to moje palce. Po umyciu rąk problem nie zniknął. Okazało się, że “słuchawka” prysznicowa posłużyła koledze do napełnienia wodą wiadra z utrwalaczem - rozrabiał od razu 5 litrów. Myjąc ręce, musiałem trzymać zanieczyszczony utrwalaczem element, więc dalej miałem go na dłoniach. Dlatego utrzymanie wyraźnej granicy między tymi światami to nie pedantyzm, lecz czysta ekonomia czasu i materiałów oraz kwestia bezpieczeństwa. Dyscyplina w tym zakresie pozwala skupić się na procesie twórczym zamiast na nerwowym wycieraniu rozlanej chemii. Dobrze zorganizowana ciemnia to taka, w której Twoje dłonie zawsze wiedzą, czy w danej chwili mogą dotknąć obiektywu, czy tylko szczypiec. Dlatego nawet w najmniejszej ciemni warto rozdzielić strefę mokrą i suchą.
W strefie suchej znajdować się powinny takie rzeczy jak: powiększalnik, zegar, maskownica, papier, negatywy, maski, filtry mg, lupa do ziarna, lampa ciemniowa i nożyczki. Przydają się również suszarka do papieru lub szyba do suszenia, ale te możesz mieć też w innym pomieszczeniu. W tej strefie ma być sterylnie i sucho.
Strefa mokra to: kuwety, koreksy, chemia, zlew, płuczka, termometry, szczypce, zlewki i kolby miarowe oraz sznurek z klipsami. Przydaje się również zegar z sekundnikiem lub stoper. To tu odbywa się proces chemiczny. Warto przewidzieć też miejsce do mycia rąk i mieć przygotowany ręcznik czy ściereczkę.
Jak to zorganizować w małej przestrzeni?
Wstaw pionową płytę z pleksi, PCV czy sklejki między powiększalnik a kuwety. Ostatecznie zasłona prysznicowa również zda egzamin. To zatrzyma przypadkowe rozbryzgi.
Nie kładź kuwet na dnie wanny czy podłodze – Twój kręgosłup tego nie wytrzyma. Użyj płyty lub sklejki opartej o brzegi wanny. Powiększalnik postaw na pralce lub szafce obok.
Jeśli brakuje miejsca na boki, uciekaj w górę. Zamontuj półkę na papier wysoko nad powiększalnikiem. Rozważ kaskadowy stojak na kuwety lub lepiej zastosuj koreksy do papieru i rolki. To ostatnie rozwiązanie, mimo że ma swoje minusy, pozwala wywoływać spore powiększenia w ograniczonej przestrzeni.
Fundamenty – lista kontrolna przed startem
Zanim wniesiesz sprzęt, sprawdź te cztery punkty:
1. Szczelność świetlna: Wejdź, zgaś światło, poczekaj 5 minut. Jeśli nie widzisz własnych dłoni – wygrałeś. Jeśli widzisz poświatę pod drzwiami, to musisz kupić uszczelki lub kurtynę na drzwi (z grubego koca czy tkaniny typu blackout).
2. Wentylacja: Długotrwała praca w oparach chemii nie należy do przyjemnych ani zdrowych doświadczeń. Jeśli wentylacja jest niedostateczna, to będziesz musiał ograniczać się do technik z najmniej inwazyjną chemią. Jednak mimo to, klasyczne powiększenia czarno-białe czy wywoływanie negatywów nie będzie problemem. Jeśli inwestycja w wentylator nie wchodzi w grę, to dobrym rozwiązaniem jest uchylanie okna i wietrzenie ciemni, jeśli tylko etap pracy na to pozwala. Praca w koreksach, które można szczelnie zamknąć, również wpływa na mniejszą ilość parującej chemii.
3. Bezpieczeństwo elektryczne: Gniazdka, listwa czy przedlużacz muszą być z dala od wody.
4. Ergonomia: Sprawdź wysokość blatów. Wielogodzinne stanie w pozycji pochylonej zniszczy całą przyjemność z pracy.
Pamiętaj, że najlepsza ciemnia to ta, w której faktycznie powstają odbitki, a nie ta, która idealnie wygląda na Pintereście. Logistyka zabija kreatywność, a stałe stanowisko pracy to największy luksus fotografa analogowego. Jeśli rozkładanie sprzętu w łazience sprawia, że od pół roku nie wywołałeś rolki czy nie zrobiłeś żadnej odbitki – czas pomyśleć o zmianach!
Dlaczego w 2026 roku nadal warto pobrudzić ręce chemią?
Mamy rok 2026, w rzeczywistości możemy zaobserwować rzeczy, które kiedyś oglądaliśmy w filmach science fiction. Niektóre auta same parkują, lodówka podpowie Ci czego brakuje, a algorytmy AI w Twoim telefonie potrafią wygenerować fotorealistyczny portret osoby, która nigdy nie istniała. W świecie, gdzie fotografia stała się natychmiastowa, hiperidealna i… nieco “plastikowa”, coraz więcej z nas wraca do korzeni. I nie mówię tu tylko o robieniu zdjęć na filmie. Myślę o tym najbardziej podstawowym, rzemieślniczym i nieco brudnym etapie - o samodzielnym wywoływaniu swoich materiałów.
Dlaczego w dobie wszechobecnych ekranów wciąż warto zamknąć się w ciemni z koreksem lub powiększalnikiem i kuwetami?
1. Ciemnia to azyl fotografa
W 2026 roku walka o naszą uwagę jest brutalna. Samodzielne wywoływanie to rzadka okazja, by “legalnie zniknąć” na godzinę, a może nawet na dwie lub trzy… Tu nie ma powiadomień i atakujących nas ze wszystkich stron filmików. Jest tylko temperatura, miarowe tykanie stopera i zapach chemii. To proces, który uczy cierpliwości – cechy, o której w świecie „scrollowania” niemal zapomnieliśmy.
2. Tutaj to Ty rządzisz procesem, nie algorytm
Nie daj się zwieść też ludziom i programom, które mówią nam, że fotografując na filmie tracimy wybór i kontrolę. Wywołując samemu, to zawsze Ty decydujesz, czy Twoje zdjęcie będzie miękkie i romantyczne, czy surowe i ziarniste jak dokument z lat 70. To od Twojej świadomej decyzji zależeć będzie wygląd, wydawałoby się wyłącznie monochromatycznego, obrazu. Jednak każdy, kto spróbował analoga, wie, że obraz czarno-biały może być znacznie bardziej kolorowy, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. By to zobaczyć, wystarczy zatrzymać się na chwilę nad obrazem.
3. Estetyka niedoskonałości
Choć filtry AI są coraz lepsze, programy do obróbki zdjęć daleko przesuwają granicę tego czym może być fotografia (a może już grafika?), to rzemieślniczy własnoręcznie przeprowadzony proces nadal jest wielką wartością! Pochylenie się nad swoimi zdjęciami, spowolnienie, dyscyplina jakiej wymaga wywoływanie filmu czy powiększanie zdjęć pozwala nam osiągnąć efekty, które wzbudzają prawdziwe emocje. Obok takich obrazów trudno przejść obojętnie. Tak, to prawda często są one niedoskonałe, ziarniste, wyłącznie czarno-białe, nie dają możliwości poprawiania detali w nieskończoność, ale czy to nie jest właśnie prawda o nas ludziach? Wszak nie jesteśmy idealni i nasza rzeczywistość też taka nie jest. Dlatego myślę, że fotografia analogowa, jest wspaniałą rzeczą w obecnym cyfrowym świecie. Tu aparat nie podejmie za nas decyzji, program nie zamieni człowieka w plastikową lalkę. Tu zawsze będziemy tylko… i aż, ludźmi.
4. Niezależność, oszczędność i Twój własny standard jakości
Laboratoria w 2026 roku stają się miejscami drogimi, czasami wręcz luksusowymi. Ceny usług rosną, czas oczekiwania na wywołane materiały wydłuża się, a jakość często nie jest na tak wysokim poziomie, jakiego byśmy oczekiwali. Inwestując w podstawowy zestaw do wywoływania filmów, koszt wywołania jednej rolki spada do ułamka ceny rynkowej. Co więcej, samodzielne wywoływanie pozwala na używanie profesjonalnej chemii i precyzyjne dopasowanie wywoływacza do konkretnego filmu. To coś, co w laboratoriach rzadko jest dostępne, a jeśli jest to kosztuje krocie. Nabierając trochę wprawy i trzymając się zasad procesu właściwie zawsze jesteśmy w stanie osiągnąć doskonałe rezultaty. Jeśli fotografujesz regularnie to sprzęt zwraca się bardzo szybko, a po kilku miesiącach nawet z górką.
Jak dziś zacząłbym z ciemnią?
Na pewno nie zmieniłbym tego, że również w 2026 roku zacząłbym od kursu ciemniowego. To właśnie to położyło solidne fundamenty pod wszystko co udało mi się osiągnąć w ciemni. Wbrew pozorom dobry kurs pozwala też zaoszczędzić sporo pieniędzy, czasu i zdrowia. Ucząc się samemu zawsze popełnimy błędy i będziemy musieli podjąć wiele prób zanim dojdziemy do upragnionych efektów. To nie jest tak, że instruktor na kursie prowadził mnie za rękę, ale pokazanie techniki i późniejsza analiza efektów jakie udało mi się osiągnąć zawsze były dobrą lekcją.
Gdybym miał zmienić jedną rzecz w swojej drodze, byłaby to odwaga w doborze sprzętu. Zamiast kupować najtańszy koreks “na próbę”, od razu postawiłbym na system modułowy. Dlaczego? Ponieważ pozwalają one wywołać więcej rolek jednocześnie, znacząco zmniejszając zużycie chemii na rolkę filmu. W 2026 roku nasz czas jest bardzo drogi, a solidne akcesoria to fundament powtarzalnych efektów, których nie musisz poprawiać. Weź pod uwagę, że wysokiej klasy sprzęt ciemniowy jest niemal niezniszczalny – z moich pięciu koreksów tylko dwa kupiłem jako nowe. Dziś wiem, że lepiej byłoby od razu zainwestować w używany sprzęt z wyższej półki, niż nowy półśrodek, który i tak z czasem wymieniłem.
Startujemy z nową serią!
Ten wpis to dopiero początek i zapowiedź, którą zostawiłem na sam koniec. Postanowiłem całkowicie odświeżyć i rozbudować moje poradniki ciemniowe, by stworzyć dla Was kompletny przewodnik po domowym wywoływaniu filmów i odbitek czarno-białych. Bez zbędnego lania wody i bez znieczulenia, za to z konkretnymi trikami, które działają! W nadchodzącej serii nie tylko przeprowadzę Was przez proces, ale wezmę pod lupę nowości dostępne na rynku w 2026 roku. Wspólnie zastanowimy się też co jest wartym każdej złotówki funkcjonalnym sprzętem, a co tylko efektownie opakowanym gadżetem.
Nadchodzące i już istniejące artykuły planuję podzielić na kilka kategorii:
Warsztat – czyli jak zamienić kilka metrów kwadratowych w ergonomiczną i bezpieczną przestrzeń do pracy.
Sprzęt – konkretne zestawienia, opisy i testy. Co kupić, gdzie polować na okazje i jak mądrze zainwestować budżet.
Proces – instrukcje krok po kroku, od wywołania filmu po suszenie odbitki.
(Al)chemia – głębokie nurkowanie w świecie wywoływaczy, utrwalaczy i innych roztworów używanych w fotografii.
Seria dopiero powstaje, jeśli macie pytania, przemyślenia czy trudności dotyczących poszczególnych kategorii, dajcie znać w komentarzach lub napiszcie do mnie na tumblr, ig lub fb. Na pewno uda nam się znaleźć rozwiązania i to od Waszych pytań zacznę rozbudowywanie kolejnych sekcji!