Spędziliśmy "długi", bo dwudniowy weekend na działce. Zawsze gdy opuszczam pracę w sobotę jestem nieco nerwowa w poniedziałki, bo spodziewam się, że albo pod moją nieobecność wybiło jakieś szambo lub coś w tym stylu.
Oczywiście nie jest tak, że jestem kompletnym głuptaskiem i nie przewiduję, spakowałam katankę gdyby było mi zimno, ale naprawdę nie przewidziałam, że spędzę sobotę tylko w domku w katanie oraz bluzie usiłując się dogrzać przy kominku. Do tego jednak znaczną porcję czasu stresowałam się tym, że muszę w porę szykować posiłki - wieźliśmy ze sobą dwie torby jedzenia, a i tak robiliśmy zakupy. N. niby nie uznaje marketowych gotowców, ale kiedy obowiązek szykowania posiłku spadł na niego w niedzielę stres przeskoczył na niego i sam orzekł, że na przyszłość zabieramy pizze do odgrzania i wio.
Na działce jeszcze wszystko dojrzewa (N. zasiał rzodkiewki), ale już widzieliśmy pierwsze różowe poziomki. Przypuszczam, że obszerna populacja obszernych ślimaków zdąży się z nimi uporać nim całkiem dojrzeją, ale nie widziałam poziomek na żywo tak wiele lat, że nie zliczę.
Dopiero więc w niedzielę, gdy już nieco się rozgrzałam i nie musiałam się niczym przejmować mogłam siąść do rysowania. Nie robiłam tego tak dawno, że naprawdę bałam się, że wydrę pierwszą stronę i się zniechęcę. Nie stworzyłam dzieła życia, ale szkicowałam sobie czosnki ograniczoną paletą kolorów (bo też nie chciałam brać ani dużo ani drogich rzeczy) i chociaż widzę parę problemów technicznych, to cały ten proces dał mi satysfakcję. N. zgodził się, że powinnam częściej "kredeczkować" (stąd też pomysł pizzowy).
Na olx pojawiła się książka, którą N. bardzo chciał mieć, ale nakład wyczerpał się dawno temu. Jeśli uda mi się ją zakupić, to mam dla niego gotowy prezent choinkowy, oczywiście jeśli uda mi się to utrzymać w tajemnicy.














