Dylematy z dupy.
W czwartek na sztangach chyba za mocno sobie dojebałam. Ogólnie trening wszedł jak złoto! Instruktor z zamiłowaniem do agresywniejszej muzyki, więc przy Prodigy podciąganie szło zajebiście! Coś tam czułam, że ramię trochę jakby się buntuje, ale pomyślałam, że zaraz się kawałek skończy i odpocznę. Tyle, że kawałek był długi XD oczywiście, ze dałam radę do końca, bo dekiel że mnie i na sztangach umiaru nie znam ...
Obecnie boli mnie trochę to ramię oraz te miejsca bezpośrednio nad zgięciem łokci po wewnętrznej i zewnętrznej stronie. Chyba zakwasy, chociaż to chyba mało prawdopodobne, bo regularnie ćwiczę akurat że sztangami .
Z obawy przed kontuzją zapisałam się na jakąś nudną do porzygu zumbę. W sensie mnie akurat zumba nudzi. Nie ma tej adrenaliny, wewnętrznej walki ze swoimi słabościami i leniem. Takie tam machanie tyłkiem. I akurat przy odchudzaniu zumba jest wręcz idealna, ale mnie tak kurwa nudzi :$ wiem bo że dwa lata temu po sztangach zostawałam jeszcze na zumbę.
I teraz nie wiem czy dobrze robię...
iść na zumbę czy na sztangi?
zumba, bądź rozsądna, przecież raz się świat nie zawali
jebać rozum, wybierz sercem, łap za sztangę i nie marudź
Uwielbiam, gdy ona się tak wtula jak dziecko :D













