Opis opowiadania: Zayn to niewinny, nieśmiały i niezdarny nauczyciel, który zaintrygował Liam'a - kapitana szkolnej drużyny. Harry i Louis są wrogami, ale okazjonalne sypianie ze sobą ze sobą w ogóle im nie przeszkadza.
Opis: Harry to nieśmiały prawiczek z przeszłością, nowy w drużynie piłki nożnej. Louis jest (doświadczoną) popularną gwiazdą zespołu i nowym mentorem Harry'ego.
Notka od tłumaczki: Przepraszam za wszelkie błędy. Enjoy. xx
Rozdział piętnasty:
Harry siedział na przednim siedzeniu w samochodzie Louisa, walcząc z łzami, przepełniony lękiem. Louis nie odezwał się ani razu podczas drogi do dżungli i nie powiedział nic teraz, gdy auto było już przed nią zaparkowane. Louis wyłączył silnik i odpiął swój pas, wzdychając, gdy odwrócił się w stronę Harry’ego. Harry czuł, że Louis go obserwował. Czekał.
Harry zamknął oczy, kiedy przepłynęła przez niego fala wstydu. - Teraz mnie nienawidzisz - wyszeptał, a głos załamał mu się lekko na słowie “nienawidzisz”. Zakaszlał, by oczyścić swoje gardło.
Louis był cicho przez moment, a Harry spojrzał na niego z lękiem, ale Louis tylko potrząsnął głową.
- Nie - powiedział cicho. - Nie, nie nienawidzę cię.
Harry zamknął oczy, żeby nie zakręciło mu się w głowie od ulgi. Jednak powiedział: - Jesteś mną rozczarowany.
Tym razem, Louis poczekał aż Harry na niego spojrzy i dopiero wtedy kiwnął głową. - Trochę - przyznał. Harry nie mógł odpowiedzieć, jedynie zwiesił swoją głowę i walczył z łzami. Louis wyciągnął rękę i wcisnął palec w kolano Harry’ego. - Ja tylko... Robin na to nie zasługiwał, Harry. On nie ma pojęcia, co ci się przydarzyło. Anne mu nie powiedziała.
- Jezu - wyszeptał Harry, wciągając swoje stopy na siedzenie i przejeżdżając dłońmi po swojej twarzy, pochylając się lekko, żeby położyć ręce na swoich kolanach i pozwolić swojej głowie na nich spocząć. Harry dopuścił do paru łez i poczuł, jak jego ciało zadrżało kilkakrotnie, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Louis głaskał jego plecy delikatną ręką, jakby nie był pewien, czego potrzebował jego chłopak. Harry pociągnął nosem i nagle wytarł swoją twarz, podnosząc wzrok na Louisa. - Nie... nie wiedziałem, że on nie wiedział - powiedział Louisowi. - Nie wiedziałem.
Louis kiwnął głową, nadal głaszcząc plecy Harry’ego, i powiedział: - Czy to byłoby w porządku, gdyby wiedział?
To zbiło Harry’ego z tropu - nie był pewien. Z jakiegoś powodu to, że Robin o niczym nie wiedział sprawiało, że to, co zrobił wydawało się dziesięć razy gorsze, ale... - To nadal nie jest okej - powiedział powoli, myśląc o tym. Spojrzał na Louisa i powiedział: - Ty... zawstydziłem cię.
Louis ponownie odczekał chwilę zanim odpowiedział, a Harry był nieszczęśliwy. - Tylko troszkę - powiedział Louis, co uśmierzyło lekko ból chłopaka, ale nie wystarczająco. - Ta cała gadka o tym, co tobie robię. Kiedy ty... kiedy starałeś się przekonać go, żeby uprawiał z nami seks, Harry. My nawet nie... my nawet nie ściągnęliśmy nigdy swoich ubrań. Dlaczego wystawiłeś mój tyłek na aukcję?
Harry zakrztusił się swoim łkaniem i ponownie schował twarz w dłoniach, a Louis zatrzymał się i wysiadł z samochodu, przechodząc dookoła auta na stronę Harry’ego. - No chodź - powiedział, ciągnąc za jedną z rąk Harry’ego. - Mój samochód nie jest wystarczająco wygodny. No chodź.
Louis wyciągnął Harry’ego z samochodu, poprowadził go przez chodnik parkingu i razem weszli w ciemność. Louis i Harry potykali się w mroku w kierunku, w którym wiedzieli, że znajdował się włącznik światła. Obaj weszli na górę po schodach, Harry wytarł parę razy swoje oczy, wiedząc, że będą musieli o wszystkim pogadać i czując się okropnie przez to, że zawiódł Louisa i zawstydził swoją mamę.
Harry pozwolił Louisowi pociągnąć się w dół korytarzy i do pokoju z dżunglą; wydobywające się z radio dźwięki strumienia i różnych zwierząt sprawiły, że Harry nabrał głęboki wdech. Louis zaprowadził go do łóżka i pomógł mu na nie wejść, a potem sam usiadł obok. Harry pragnął być przytulony, ale wiedział, że najpierw musieli porozmawiać. Louis siedział cicho i czekał aż Harry wszystko przemyśli.
- Ty... nie wystawiam cię na aukcję - wyrzucił z siebie Harry. - Jesteś mój. Jesteś... proszę... proszę nie przestań mnie kochać - błagał.
Louis pochylił się nad nim i pogłaskał jego twarz ze smutnymi oczami. - Hej - zagruchał. - Nadal cię kocham. Naprawę; mówię serio. Nie ucieknę po jednym złym dniu. Będę cię kochać bez względu na wszystko. Nie skończę z tobą przez to. Ale musimy o tym porozmawiać, dobrze?
Harry przytaknął, położył swoją dłoń na dłoni Louisa, żeby ją tam zatrzymać i zamknął oczy, pochylając się w stronę jego dotyku. Jednak w końcu Louis zabrał swoją dłoń i Harry wiedział, że to był czas na rozmowę. Przesunął się bliżej i zgiął swoje nogi tak, że jego kolana dotykały kolan Louisa, a potem przeniósł swój wzrok na swoje nogi.
- Ja... naprawdę mi przykro - powiedział szczerze Harry. - Ja nie... ja nie wiem, co do końca się wydarzyło? Starałem się i to działało, a on był wystarczająco miły... i... i mama powiedziała mi, że nie uprawiają seksu, więc to nie jest nawet to... to, że ta myśl mnie przybiła, czy cokolwiek. Po prostu... - Harry schował twarz w dłoniach i pokołysał się lekko, a ręce Louisa oplotły się dookoła pleców chłopaka, głaszcząc go przez sweter.
- Harry, nie jestem nawet w połowie tak zmartwiony tym, czy polubiłeś Robina, czy nie, jak tym, w jaki sposób na to wszystko zareagowałeś - powiedział Louis, a jego szczerość rozdzierała Harry’ego. Zawahał się zanim powiedział powoli: - Myślałem, że ty... nie boisz się już mężczyzn?
Harry odsunął się od Louisa i potrząsnął szalenie głową. - Ja nie... ja nie... nie boję się Robina - powiedział stanowczo. - Znaczy, ja... on jakby... sprawia, że się denerwuję, ale nie boję się go. Naprawdę, nie boję się go. Ja... ja po prostu nie... nie mogę pozwolić mojej mamie umawiać się z... kimś, jak mój tata. Nie mogłem... musiałem się upewnić.
- Więc zdecydowałeś się go uwieść? - zapytał Louis, niedowierzająco. - Chryste, Harry, co...
Harry zajęczał, przerywając Louisowi. - Wiem, wiem, a potem pomyślałem... pomyślałem: “Co jeśli on... co jeśli on naprawdę to zrobi?” i zwariowałem, okej, Lou? Po prostu zwariowałem i ja nie... - Harry zaczął łkać, przypominając sobie strach przepływający przez niego, kiedy ściągnął z siebie koszulkę przed Robinem. - Ja nie...
Louis przyciągnął do siebie Harry’ego, opierając się o pnącza łóżka, a Harry rozciągnął się pomiędzy nogami Louisa, łkając w jego koszulę. Louis położył jedną dłoń na plecach Harry’ego, a drugą w jego włosach, gdy Harry otwarcie szlochał. - Przeżyłeś dzisiaj okropny dzień, prawda, kochanie?
Harry załkał i kiwnął głową przyłożoną do piersi Louisa, a Louis uciszył go i szeptał do niego, głaszcząc jego włosy i plecy, dopóki Harry był gotowy. To zajęło trochę czasu.
Harry odwrócił swoją głowę tak, że jego policzek był przyciśnięty do piersi Louisa, żeby mógł łatwiej oddychać i mówić, i wyszeptał: - Nie ma usprawiedliwienia na... byłem dla niego taki okropny a on... on był taki miły. - Louis musiał usłyszeć ten okropny pisk w głosie Harry’ego na koniec, bo podrapał lekko głowę chłopaka, a Harry wziął głęboki, lekko drżący oddech. - Był taki miły i on... nie chciał mnie. On nie... on mnie nie chciał...
Louis potrząsnął swoją głową. - Nie, nie w ten sposób, nie chciał.
- Ja po prostu... ja po prostu zwariowałem. My... nigdy, przenigdy w tym domu nie było innego mężczyzny, Lou. Przeprowadziliśmy się tu po... po tym, co się wydarzyło i... i oprócz, jak, konserwatorów i ciebie, nigdy nie było... i on tam był, i on był duży i on... jeśli mama zostanie z nim i... wyjdzie za niego czy coś, on... on jest większy niż... niż mój tata był i on mógłby... on mógłby nas skrzywdzić.
Harry czuł, że zaczynał oddychać szybciej i szybciej, ale Louis mu przerwał. - Posłuchaj mnie - powiedział trochę surowo. - Wszystko będzie w porządku. Nie pozwolę komukolwiek cię skrzywdzić, mówię serio.
Harry poczuł się trochę spokojniejszy, gdy usłyszał te słowa, więc przechylił swoją brodę i pocałował go powoli w usta, powtarzając te słowa między pocałunkami, aż w końcu Harry po prostu chciał tylko spać.
Jednak Louis mu nie pozwolił. - Więc... jak myślisz, co powinniśmy zrobić? - zapytał.
Harry’emu zmroziło krew w żyłach i nagle poczuł się bardzo rozbudzony. - Chcesz, żebym skorzystał z terapii - wyszeptał, czując rozczarowanie zalewające go, gdy spojrzał w dół na koszulę Louisa.
Louis westchnął nad nim i powiedział: - Harry, jestem twoim chłopakiem, nie twoim... nie rządzę tobą. Dobra? Jeśli chcesz skorzystać z terapii, z chęcią zawiozę cię i odbiorę cię stamtąd, i będę cię wspierał i popierał. Jeśli nie chcesz, nie będę na ciebie naciskał, bo nigdy nie byłem na terapii i nie wiem jak to działa, ale nie sądzę, żeby to było coś, do czegoś ktoś powinien być zmuszony. Chodziło mi... chodziło mi o to, co zrobisz, gdy pójdziesz do domu?
Oczy Harry’ego rozszerzyły się, gdy zdał sobie sprawę z tego, że w końcu będzie musiał wrócić do domu i stanąć przed swoją mamą. I będzie musiał z nią o tym pogadać. - O mój boże - wyjęczał. - Mama mnie zabije.
Louis zaśmiał się i wymamrotał: - Ale będziesz ją rozumiał.
Co... aua, tak jakby. Harry wzdrygnął się na słowa Louisa, odsuwając się od niego i siadając prosto, chociaż wiedział, że miał całkowitą rację. - I tak czuję się już źle, Lou - powiedział z wyrzutem, a dyskomfort pływał w jego brzuchu.
Louis wyglądał na skruszonego i wyciągnął rękę w stronę Harry’ego, mówiąc: - Przepraszam, naprawdę. - Harry pozwolił zostać przyciągniętym z powrotem na dół, był zbyt przewrażliwiony, żeby z tym walczyć, a Louis rysował palcami ścieżkę na tyle ręki Harry’ego, drapiąc chłopaka w głowę drugą ręką, gdy ten rozmyślał cicho nad tym, co powinien zrobić.
- Ja... będę musiał najpierw przeprosić mamę - powiedział powoli, czując jak Louis kiwnął głową. - ... A potem, ja... możemy spotkać się z Robinem? Ty i ja? Tylko, chcę z nim porozmawiać, ale nie jestem... nie chcę być z nim sam.
Harry poczuł jak Louis przestał oddychać i uniósł swoją głowę, żeby położyć brodę na piersi Louisa, spoglądając na jego twarz. - Będę dobry - nalegał. - Ja po prostu... ja nie widzę siebie chcącego go w moim życiu, ale... nie chcę też, żeby odchodził. Naprawdę. Ja... moja mama naprawdę go lubi, a on... on był dla mnie miły, pomimo, że ja... cóż, zachowałem się jak palant. Ja tylko... nie chcę, żeby zostawił mamę.
Louis obserwował Harry’ego przez czas, który zdawał się być całą godziną, a w końcu kiwnął głową i w jego niebieskich oczach widać było coś podobnego do dumy. - Okej - powiedział Harry’emu. - W porządku. Możemy się z nim spotkać. Ale jeśli zaczniesz... znowu wariować, osobiście zaniosę cię do mojego auta i zabiorę cię stamtąd. Ze względu na twoją mamę. W porządku?
Harry kiwnął głową, zadowolony z tego, że Louis szanował jego mamę i miał wystarczająco czysty umysł, że byłby w stanie wkurzyć Harry’ego, żeby ją bronić, gdyby musiał. Jednak zastanawiał się: - Dlaczego nie powstrzymałeś mnie wcześniej? Nie, żebym cię winił - dodał naprędce, kiedy brwi Louisa uniosły się. - Ja tylko... zastanawiałem się. Wyglądałeś na upokorzonego, ale... nie powstrzymałeś mnie. Dlaczego?
Louis oddychał równomiernie i powoli, gdy przejeżdżał dłonią w górę i w dół pleców Harry’ego przez jego koszulkę, w końcu mówiąc: - To nie ja powinienem cię powstrzymać. - Kiedy Harry wiedział, że jego zmieszanie było wypisane na jego twarzy, Louis rozwinął: - Wierzę ci, no wiesz, kiedy mówisz, że to cię nie rusza i masz to już praktycznie za sobą... to, co się wydarzyło. Wierzę ci i wiem, że tylko dlatego, że zwariowałeś przy Robinie, nie oznacza to, że nagle nie jesteś już w porządku. Rozumiem to. - Harry zamknął swoje oczy i schował swoją twarz w koszuli Louisa, zadowolony z tego, że Louis rozumiał. - Nie byłoby w porządku, gdybym cię powstrzymał, nawet, jeśli mogłem. Ty po prostu... wydaje mi się, że tego potrzebowałeś. Potrzebowałeś to z siebie wyrzucić, potrzebowałeś go wypróbować w ten sposób. Nie podobało mi się to, i nadal mi się nie podoba, i myślę, że pewnie zawsze będę nienawidził tę kolację, do końca mojego życia, ale... potrzebowałeś tego, a ja nigdy nie będę powstrzymywał cię od czegoś, czego potrzebujesz, Harry.
Harry przełknął i kiwnął głową z twarzą nadal schowaną w koszuli Louisa. Złożył więcej swojej wagi na chłopaku, tak bardzo chcąc przestać myśleć, chcąc, żeby Louis go otoczył - ale wiedział, że Louis nigdy by na to nie pozwolił, nie po dzisiejszym dniu, więc nawet nie powinien próbować. Louis westchnął ponownie, tym razem z trochę większym zadowoleniem niż poprzednio, szczęśliwy, że wyrzucili z siebie to wszystko. Harry też był szczęśliwy i złożył pocałunek na piersi Louisa przez jego koszulę, i powiedział: - Myślę, że musisz zabrać mnie do domu. Muszę pogadać z moją mamą.
Prawie dwie godziny później, Harry znalazł się z głową położoną na kolanach swojej mamy, starając się nie mruczeć, gdy ona bawiła się jego włosami. Robina nie było, gdy Harry przyszedł do domu, a jego mama po prostu siedziała na kanapie, oglądając telewizję, więc Harry usiadł i wytłumaczył jej wszystko - jego cały dzień i zakończył to kawałkami jego rozmowy z Louisem. Jego mama siedziała cicho cały ten czas, kiedy Harry się tłumaczył, a teraz myślała - przesiewała fakty.
Anne nabrała tchu w płuca, a oczy Harry’ego z niepokojem spoczęły na jej twarzy, przyglądając się jej, żeby dowiedzieć się, na co ma się przygotować. Ale Anne nie wyglądała na wściekłą i nie miała tego swojego zmęczonego spojrzenia w oczach, do którego Harry przyzwyczaił się podczas ich dyskusji na temat Robina i lęków oraz skrępowań Harry’ego. Wyglądała na wyrozumiałą i lekko winną.
- Pewnie za bardzo to pośpieszałam - powiedziała, patrząc na włosy Harry’ego, zamiast w jego oczy. - Powinnam była pozwolić ci przyzwyczaić się do tej sytuacji we własnym czasie.
Harry usiadł i odwrócił się do niej, kręcąc głową. - Nie, mamo, o tym mówię. Ja... ja po prostu zwariowałem, jak, nawet ja tego nie rozumiem, ale to nie tak, że nie byłem, w sensie... gotowy na niego, ani nic takiego. Ja po prostu... nie wiem, naprawdę. Naprawdę mi przykro - dodał.
Anne kiwnęła głową, uśmiechając się lekko. - W porządku - powiedziała. - Naprawdę. I tak jest lepiej, gdy jesteśmy tylko ty i ja, nie?
Harry poczuł skręcanie w swoim brzuchu. Czy to oznaczało, że Robin już zerwał z jego mamą?
Harry otrząsnął się ze swoich myśli, kiedy jego mama pochyliła się, żeby pocałować go w policzek. - Idę do łóżka - oznajmiła. - Jutro muszę wcześnie wstać.
To było kłamstwo; Harry wiedział, że jego mama miała jutro wolne, ale pozwolił jej iść. Jeśli Robin z nią zerwał, prawdopodobnie chciała spędzić trochę czasu w samotności. I, szczere, on też tego potrzebował.
Harry siedział na lekcji matematyki, starając się dotrzymać nauczycielowi tempa, jednak poniósł całkowitą porażkę. Wysłał potajemne podziękowania jakiemukolwiek bogu (lub bogini, dodał Harry), który spowodował swoją magią, że jego chłopak już kiedyś chodził na te lekcje i mógł mu pomóc.
Mówiąc szczerze, Harry po prostu nie mógł się skupić. Ciągle martwił się o swoją mamę, martwił się o Robina, zastanawiał się, czy powinien znowu rozważyć terapię i walczył ze swoimi nerwami i dumą związanymi z tą sprawą, był rozkojarzony przez myśli o Louisie, martwił się pokazaniem się z dobrej strony na treningu piłki nożnej po jego słabym występie parę dni wcześniej, kiedy cały dzień był okropny, więc mógł tylko utrzymać swoją startową pozycję, myślał o tym, że ostatnio ledwo widział Liama i Nialla i wiedział, że Louis nie spotykał się za bardzo ze Stanem ani Zaynem, martwił się jak ma ignorować szepty otaczające go na biologii (która, przypadkowo, była jego następną lekcją), bezczynnie zastanawiał się, jakie uczelnie Louis rozważał po liceum (tylko, to nie było bezczynne rozmyślanie - znajdował się tam zdecydowany lęk, ukryty, i Harry ciągle o tym myślał), starał się wyrzucić ze swojej głowy jakąkolwiek piosenkę, która nie chciała z niej wyjść, i starał się wyglądać, jakby uważał na lekcji kiedy, w rzeczywistości, lekcje były ostatnią rzeczą, które zaprzątałyby mu głowę.
Harry myślał, że należała mu się nagroda.
Chociaż, wiedział, że to pewnie nic w porównaniu z tym, z czym zmagał się Louis. Więc kiedy Harry odblokował swój telefon i zobaczył wiadomość od swojego chłopaka, starał się poskromić lekką irytację tym, że drugi dzień pod rząd Louis wychodził szybciej z treningu, co oznaczało, że Harry będzie musiał albo wracać pieszo, albo spytać kogoś o podwózkę, a Louis nawet nie dawał mu żadnego powodu.
Sprawy rodzinne, kochanie. Wiesz, że zabrałbym cię, gdybym mógł, przepraszam. Do zobaczenia na nodze x
Harry westchnął i, zamiast odpowiadać, odnalazł numer do Liama i wysłał mu wiadomość, pytając czy będzie mógł zabrać go do domu po treningu, a potem starał się na poważnie skupić na lekcji matematyki.
Harry nawet nie wysilił się, żeby wziąć prysznic po treningu, zamiast tego wślizgnął się w swoje obcisłe spodnie, narzucił koszulkę i kurtkę i nałożył z powrotem swoje Conversy, wzdychając. Louis wyszedł jeszcze wcześniej niż wczoraj, podbiegł do trenera, zaczął żywo gestykulować, a trener kiwnął głową i Louis odbiegł w drugą stronę. Nawet nie pięć minut później, uwaga Harry’ego została znowu skupiona na Louisie, który prawie biegł sprintem do swojego samochodu, z włosami jeszcze mokrymi od prysznica, którego musiał wziąć w szatni, po czym odjechał szybko, skręcając w kierunku miasta, a nie w kierunku swojego domu.
Harry zarzucił na ramię torbę i usiadł na ławce, sprawdzając swój telefon i jęcząc, kiedy zauważył, że Liam odpisał mu podczas treningu, przepraszając z sześć miliardów razy i mówiąc, że nie mógł zabrać go do domu, bo miał wizytę u lekarza - jakaś wizyta kontrolna ze względu na to, że nie miał jednej nerki.
- Co się z tobą dzieje?
Harry podniósł wzrok i zauważył Stana, który nakładał na siebie koszulkę, spoglądając na Harry’ego ze zmartwieniem. Stan uśmiechnął się i dodał: - Co, już tęsknisz za swoim kochasiem?
Harry zarumienił się lekko, ale ukrył to śmiechem, wiedząc, że Stan tylko się z nim drażnił, po czym na jego twarzy pojawił się grymas, gdy powiedział: - Nie, Liam nie może po mnie przyjechać. Dzisiaj moja kolej zrobić obiad, więc muszę biec. Do zobaczenia jutro, stary.
Wstał, żeby odejść, klepiąc Stana w ramię i odwracając się do wyjścia, kiedy Stan powiedział: - Ja mogę zabrać cię do domu.
Harry odwrócił się i zmierzył Stana wzrokiem. - Nie masz nic przeciwko? Mieszkam jakieś... dziesięć minut dalej niż Louis. Gdy Louis prowadzi. Więc, naprawdę, mieszkam jakieś dwadzieścia minut od niego.
Stan zaśmiał się cicho i kiwnął głową, mówiąc: - Nie ma problemu, stary. Nałożę buty i w drogę!
W drodze do domu Harry siedział cicho na siedzeniu pasażera w samochodzie Stana. Stan wyglądał poważnie, gdy szli do jego auta i odezwał się dopiero kiedy byli już blisko domu Harry’ego.
- Ty... ty wiesz, że Louis cię kocha, nie? - powiedział nagle, odwracając wzrok od drogi, żeby spojrzeć na sekundę na Harry’ego.
Harry uśmiechnął się lekko, zadowolony z tego, że inni ludzie to widzieli, i zarumienił się lekko. - Ta, wiem - powiedział, odchrząkując. - Ja... ja też go kocham - dodał, bo Stan patrzył na niego wyczekująco.
Stan był cicho przez chwilę, zastanawiając się nad tym, i powiedział poważnie: - Ten... ten rozwód już daje mu się we znaki, Harry. On... nie wiem, co to jest, ale to naprawdę go smuci. Może to tylko ta nowa praca, ja nie...
- Praca? - przerwał Harry, marszcząc brwi. - Jaka praca? Louis nie ma żadnej pracy. Skręć tutaj - dodał, wskazując w prawo, a Stan włączył kierunkowskaz przed wykonaniem manewru.
Stan wyglądał na całkowicie zdezorientowanego, kiedy wjechał na ulicę Harry’ego. - Ma pracę - powiedział, zdziwiony. - Dostał ją parę dni temu. Myślę, że zaczął wczoraj albo przedwczoraj? U tego mechanika, nieopodal ulicy Tafta?
Harry znał te miejsce, ale nie wiedział, że Louis tam pracował. - Och, racja - powiedział. - Racja, tak, zapomniałem. To głupie, skoro, no wiesz, to... tam teraz jest - spróbował Harry, zerkając na Stana, żeby zbadać jego reakcję.
Stan kiwnął głową, a Harry zauważył, że prawie minęli jego dom.
- Możesz się tutaj zatrzymać. Dzięki, Stan - dodał. Stan zatrzymał się, a Harry sięgnął do tyłu po swoją torbę, ale Stan zatrzymał go, łapiąc go za ramię.
Kiedy Harry spojrzał na niego, Stan miał poważną minę na twarzy. - Chcę, żebyś o niego dbał - powiedział. - Louis nie jest... on nie przyjmuje zmian za dobrze i myślę, że bardzo mu ciężko z tym wszystkim. Po prostu... opiekuj się nim, dobra?
Harry kiwnął głową, klepiąc dłoń, którą Stan nadal miał na jego ramieniu i powiedział: - Zawszę będę się opiekował Louisem. - Wyskoczył z samochodu. Harry poklepał dach auta i podszedł do swojego domu, machając, gdy Stan zatrąbił i odjechał.
Harry otworzył drzwi i poszedł do kuchni, żeby zacząć przygotowywać kolację, zastanawiając się dlaczego Louis nie powiedział mu o tym, że dostał pracę. Harry wyciągnął telefon i napisał nową wiadomość.
Opis: Harry to nieśmiały prawiczek z przeszłością, nowy w drużynie piłki nożnej. Louis jest (doświadczoną) popularną gwiazdą zespołu i nowym mentorem Harry'ego.
Notka od tłumaczki: Przepraszam za wszelkie błędy. Enjoy. ;) x
Rozdział czternasty:
Louis biegł przez boisko, dryblując obok swoich kolegów z drużyny. Kiedy najlepszy obrońca w zespole stanął przed nim, Louis zauważył Harry’ego, który biegł z łatwością, nie męcząc się, nadążając za nim przy każdym kroku. Louis podał mu piłkę i starał się przebiec obok obrońcy, ale nie mógł, a parę sekund później, wszystkie Koszulki - zespół Louisa i Harry’ego - zawołały radośnie. Louis wyglądał na zadowolonego i zauważył uśmiech na twarzy Harry’ego, rumieniącego się przez zdobytą uwagę wszystkich Koszulek i paru milszych Skór. Harry strzelił gola.
Trener krzyknął: - WŁAŚNIE TO CHCĘ WIDZIEĆ, STYLES!
Louis uśmiechnął się z zadowoleniem w stronę Harry’ego, który gapił się na niego z do połowy otwartymi ustami. Stan podbiegł do niego i zaśmiał się, unosząc palec, by zamknąć buzię Harry’ego. Powiedział coś do niego, co widocznie ucieszyło chłopaka, ale Louis nie słyszał co to było. Zauważył wargi Harry’ego formujące “Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję”, a potem Harry zaczął biec w jego stronę, wręcz sprintować.
Harry zatrzymał się gwałtownie, zdając sobie sprawę z tego, że byli na boisku, a Louis uśmiechnął się i kiwnął głową, dając mu znać, że pogadają w drodze do pracy Harry’ego.
Louis czekał spocony i trochę śmierdzący aż Harry wyjdzie spod prysznica i ubierze się, żeby mogli pojechać do piekarni.
Piekarnia. Mark. Tata. Mama.
- Gotowy?
Louis podskoczył lekko, ale uśmiechnął się automatycznie, kiedy zauważył Harry’ego z nadal mokrymi lokami i ogólnie wyglądającego jak młody Tarzan, i kiwnął głową.
Gdy dotarli bezpiecznie do samochodu, Louis już miał włączyć silnik, gdy Harry zarzucił swoje ramiona dookoła niego. - Trener powiedział, że mogę zacząć podczas pierwszego meczu! - praktycznie krzyknął w ucho Louisa.
Louis wiedział, że jego twarz była miksem zaskoczenia i radości. - Mówisz serio? - wykrzyknął z entuzjazmem. - To wspaniale, kochanie. Jestem z ciebie taki dumny! - Złożył pocałunki na całej twarzy Harry’ego i w jego włosach, a potem nachylił się niekomfortowo, żeby przytulić go mocniej. - Wiedziałem, że możesz to zrobić!
Harry uśmiechnął się od ucha do ucha na pochwały i uwagę Louisa, ale odsunął się lekko, żeby powiedzieć: - Jednak nie zrobiłbym tego bez ciebie. Dziękuję, dziękuję, że tak mocno mnie przyciskałeś!
Louis utrzymał pokerową twarz, słysząc ten komentarz, nie chcąc, żeby jego brudne myśli pozwoliły mu odpłynąć. Uśmiechnął się i ruszył samochód, spoglądając na zegar na desce rozdzielczej. Zauważył, że byli już parę minut spóźnieni. Jechał szybko, gdy Harry wyciągnął swój telefon z torby, by napisać do Liama, Nialla i Anne, zbyt niecierpliwy, by poczekać.
Louis stanął na krawężniku przy piekarni i zaparkował samochód, a potem pochylił się i pocałował Harry’ego w usta. - Mówię serio - powiedział cicho, kładąc dłoń na szyi Harry’ego. - Jestem z ciebie taki dumny.
Harry uśmiechnął się nieśmiało i kiwnął głową. - Dziękuję - wyszeptał.
- Kocham cię - powiedział śpiewnie Louis, a Harry zachichotał.
- Też cię kocham. - Po tym Harry pochylił się i jeszcze raz pocałował Louisa, a potem odwrócił się i wyskoczył z samochodu, praktycznie podskakując do piekarni.
Louis przyglądał się Harry’emu, gdy odchodził, jego mały tyłek podskakiwał przez jego głupkowate i sporadyczne ruchy. Harry otworzył drzwi do piekarni i podskoczył, pozując i wyrzucając dwie pięści do nieba, krzycząc coś. Bessy i dwie inne kobiety, których Louis nie znał, rzuciły to, co robiły i podeszły do niego, przytulając go i ciesząc się. Harry również przytulił je wszystkie, a jego długie ramiona całkowicie je objęły, przyciągając je blisko, jakby były rodziną.
Louis uśmiechnął się i zmienił bieg, odjeżdżając od krawężnika z szybkim uderzeniem o klakson, skierowanym do Harry’ego. Przez okno sklepu, zauważył jak Harry odwrócił się i uśmiechnął, machając do niego całym ramieniem. Louis zachichotał do siebie i skierował się do domu, myśląc o (niespodzianka) Harrym.
Styczeń był trochę nudnym, jednak coraz bardziej emocjonalnym miesiącem dla Louisa i Harry’ego. Dla Louisa oznaczał on opowiedzenie dziewczynkom o nadchodzącym rozwodzie ich rodziców, a potem rozesłanie wszystkich jego zgłoszeń na studia według styczniowych terminów - oraz, skoro teraz jego rodzice się rozwodzili, zgłoszenie się do stypendiów, bo nie był pewien czy uzyska finansową pomoc od Marka. Dla Harry’ego oznaczał odnalezienie odwagi i cierpliwości, by porozmawiać trochę więcej z Anne o jej chłopaku, Robinie, i ustalenie daty (jutro), by spotkać się z nim na kolację.
Poza tym, nadchodziły szesnaste urodziny Harry’ego.
Hej, jestem gotów. Przyjedziesz po mnie? I mógłbyś się pospieszyć?
Minęło już parę dni, Louis przeczytał tą wiadomość dwa razy, stojąc w kolejce i zastanawiając się czy tylko wyobraził sobie ten płaczliwy ton w niej, czy było to spowodowane tym, że wiedział o kolacji z Robinem. Harry był humorzasty cały dzień (chociaż starał się nie wnosić tego na boisko, skoro przypatrywał im się trener) i był irytująco cichy w drodze do piekarni. Louis wiedział, że był w równym stopniu wściekły przez tę sytuację i zdenerwowany, i nie mógł winić Harry’ego, bo Louis czuł to samo, aczkolwiek z o wiele mniejszą intensywnością. Jednak te spotkanie i tak pewnie będzie lepsze niż ten raz, kiedy spotkał Marka, bo Harry pewnie nie zacznie rzucać dookoła zabawkowymi samochodzikami i okaleczać Robina.
Pewnie.
Będę za minutę. Jestem już za rogiem. Wanilia czy czekolada?
Mieszanego poproszę.
Louis zamówił szejki i pospieszył do swojego samochodu, umieszczając kubki na swoim miejscu, przekręcając kluczyk i ostrożnie odjeżdżając od krawężnika. Miał nadzieję, że Harry będzie w porządku na kolacji; jeśli nie, Louis zawsze może zabrać gdzieś Harry’ego i pozwolić Anne zjeść w domu z Robinem.
Harry siedział na krawężniku ze stopami na ulicy, z głową na kolanach i z rękami na głowie. Koło niego siedziała Bessy, głaszcząc go po plecach i widocznie rozmawiając z nim. Louis zaparkował samochód blisko, nie chcąc przejechać po stopach Harry’ego, i nawet nie wyłączył silnika, gdy wyskoczył z pojazdu, ignorując sfrustrowanych kierowców przez to, że jego samochód był źle zaparkowany.
Louis zrobił parę szybkich kroków w stronę Harry’ego i objął go rękami, podciągając go na nogi i pytając co się stało. Harry potrząsnął głową i objął pas Louisa rękami, chowając głowę w piersi chłopaka. Louis spojrzał pytająco na Bessy, a ona jedynie wbiła wzrok w ziemię i potrząsnęła głową.
- Powie ci jeśli będzie chciał - powiedziała swoim starym, szorstkim głosem i odeszła do piekarni, dodając ciche: “Mam nadzieję, że poczujesz się lepiej, kochanie. Kochamy cię”. Louis był zdenerwowany, gdy pociągnął Harry’ego do samochodu i wdzięczny, gdy Harry zapiął własne pasy. Louis przebiegł na swoją stronę samochodu i odjechał, spoglądając na Harry’ego, który teraz opierał się o szybę, spoglądając przez nią i co jakiś czas pocierając swoje oczy. Louis przełknął kiedy Harry, nie odrywając wzroku od okna, wyciągnął swoją dłoń, by znaleźć dłoń Louisa za dźwigni skrzyni biegów. Louis pozwolił Harry’emu spleść razem ich palce i ścisnął je lekko, nadal prowadząc samochód.
- Do domu, do mnie czy do Dżungli? - zapytał Louis. - A tutaj jest twój szejk - dodał, spoglądając na kubek.
Harry puścił dłoń Louisa i odwrócił się, podnosząc swojego szejka, ruszając się ospale, jakby mu się nie chciało. - Po prostu... do mnie, tak mi się wydaje - wymamrotał, pociągając nosem i spoglądając w dół.
Louis kiwnął głową, spoglądając na swojego chłopaka co parę sekund, gdy jechali w ciszy. Kiedy znaleźli się na ulicy Harry’ego, Louis oderwał wzrok od drogi, by ponownie spojrzeć na niego. - Harry - powtórzył. - Ty... powiesz mi co jest nie tak? Proszę?
Harry poczekał aż Louis zaparkuje przez jego domem i zaczął płakać trochę bardziej. Jego płacz nie był głośny ani dramatyczny; był praktycznie cichy, same łzy spadające po jego policzkach i trochę krótkie oddechy i pociągania nosem, policzki czerwone ze wstydu, a Louis przypomniał sobie ten czas, gdy Anne zadzwoniła do niego histerycznie, błagając go, by przyszedł, bo Harry był chory i prosił o niego.
Pospieszony swoimi myślami, Louis sięgnął i odsunął swoje siedzenie od kierownicy tak daleko jak mógł, zanim pochylił się nad Harrym, pociągając go aż ten praktycznie na nim siedział.
Harry objął Louisa, pragnąc pocieszenia, a Louis pochylił się nad nim i złożył pocałunki na kąciku jego ust i na jego policzkach, i szczęce, gdziekolwiek mógł dosięgnąć.
- Ja... - zaczął Harry, a jego krótkie oddechy przeszkadzały mu w mówieniu, gdy pocierał swoje oczy. - Ja... to po prostu był... - łkanie - bardzo... okropny... dzień - powiedział, podnosząc drugą dłoń, by wytrzeć swoje oczy. Jednak gdy mówił, jego zdenerwowanie zdawało się rosnąć bardziej i bardziej. Louis głaskał jego ramiona, szepcząc krótkie bezsensowne rzeczy, chcąc go zrozumieć i chcąc go pocieszyć.
- Co się stało, Hazza? - zapytał, szczerze zmartwiony. Nienawidził widoku płaczącego Harry’ego - to było jak przyglądanie się, gdy ktoś kopał szczeniaka. A może nawet uderzył go w pysk.
- Ja... przeze mnie prawie... spóźniliśmy się tego... poranka do szkoły - powiedział, wydając z siebie cichutkie łkanie, a Louis chciał go uspokoić, ale chłopak mu przerwał. - A potem... zapomniałem mojej... pracy i... pan C b-był... przez to wredny, a... potem na... bio-logii ja s-spaprałem sprawę... kiedy przeprowadzałem... sekcję żaby,... b-bo czułem się... przez to n-niedobrze... - łkanie - i moja... partnerka ś-śmiała się ze... mnie i powiedziała, że to... przez to jestem... p-pedałem... - Harry pociągnął nosem i wydał z siebie kolejne łkanie, a Louis zacisnął swoją szczękę, wiedząc, że to nie wszystko, gdy słuchał słów chłopaka ze strachem. Harry denerwował się coraz mocniej. - Nazwała mnie... pedałem... p-przed... wszystkimi - zawodził i przycisnął się do Louisa, przyciskając swoją twarz bliżej i bliżej piersi chłopaka, jakby chciał pocałować jego serce. Jego następne płakanie było stłumione i Louis zanurzył swoje place w spoconych włosach Harry’ego. - I-i potem moja... cała klasa... oni wszyscy... zaczęli to m-mówić. I to... to nie było n-nawet takie... okropne, do-dopóki gdy ktoś p-powiedział, że ja... ja... ja...
Nawet cały we łzach, Louis czuł gorąco twarzy Harry’ego, gdy ten zarumienił się mówiąc kolejne słowa. - O-obciągam ci. - Łkał tak mocno, że praktycznie się krztusił, a Louis chwycił go za ramiona i odciągnął od siebie, żeby mógł wziąć parę głębokich wdechów.
- Hej, hej - powiedział, gdy Harry chwytał powietrze pomiędzy łkaniem. - Znasz prawdę. Wiesz czy jesteś i kim jesteś, i kim jesteś dla mnie. Wiesz, że cię kocham. Nie pozwól, żeby ci idioci cię zdenerwowali, okej? - Harry zaczął kiwać głową, a potem potrząsnął swoją głową i wydał z siebie kolejne łkanie, opuszczając głowę w swoje ręce, siedząc na kolanach Louisa. - Coś jeszcze? - zapytał cicho Louis, bojąc się odpowiedzi, a kiedy Harry kiwnął głową, wydając z siebie cichutki wysoki jęk. Louis mlasnął językiem i objął Harry’ego tak mocno jak tylko mógł. - Zacznij kiedy będziesz gotów - powiedział.
Harry potrzebował paru minut, żeby się zebrać do kupy, przestał tak mocno łkać i usiadł trochę pewniej, gdy kontynuował: - Oni... powiedzieli, że ja... że ja to robię i... i to dlatego ty... trzymasz mnie przy sobie. - Pociągnął nosem i potrząsnął swoją głową, kiedy Louis otworzył swoje usta, i powiedział: - Wiem, że to nie... wiem. To... po prostu nie jest miłe, w ogóle.
Louis kiwnął głową, pogłaskał biodro Harry’ego i przełknął małą gulę w swoim gardle, a Harry mówił dalej.
- To... a potem nauczyciel powiedział wszystkim, żeby... żeby się zamknęli i... i potem na lunchu ktoś mnie l-lekko popchnął i... i upuściłem moją tacę, ale... kucharka nie... nie pozwoliła mi wziąć więcej. Więc byłem głodny... i Niall i Liam podzielili się ze mną, ale i tak byłem... spóźniony na-na lunch, więc... nie zjadłem dużo. A potem... zepsułem te podanie na treningu i... i trener to widział... - Ponownie ukrył swoją twarz w dłoniach i jęknął. - I pewnie znowu... znowu każe mi iść na... na ławkę. A potem ja... dziewczyny w... w piekarni nie lubią wynosić śmieci? W-więc r-robię to za nie. I potem ja... ja byłem w alejce, wynosząc je i... i ten wielki wredny pies... on s-skoczył na mnie i ja u-upadłem i całe śmieci rozsypały się... wszędzie, i ja... ja bałem się i pies po prosty warczał dopóki J-janice przyszła i zobaczyła to wszystko i ona... ona rzuciła ch-chleb i pies odbiegł. Ale potem, to był... to był chleb, po którego ktoś dz-dzisiaj przyszedł i my... musieliśmy powiedzieć jej, że spieprzyliśmy sprawę i ona... bardzo się na nas wkurzyła. A potem, teraz Rob-Robin przy-przychodzi... po prostu gówniany dzień - skończył, znowu opierając się o Louisa i przyciskając swoją głowę w jego mostek.
Louis uniósł brodę Harry’ego, pochylił się i pocałował go mocno. Dłonie Harry’ego spoczęły na piersi Louisa, a czubki jego palców dotykały go pod koszulką. Louis pozwolił swojemu językowi pieścić język Harry’ego, possał go lekko i upewnił się, że pocałunek był powolny i słodki. Nie miał zamiaru, żeby to do czegoś doprowadziło; chciał go pocieszyć.
Przerwał pocałunek i złożył więcej malutkich całusów na ustach, policzkach i nosie Harry’ego. - Tak mi przykro, że miałeś taki okropny dzień, kochanie - powiedział, wiedząc, że Harry lubi pieszczotliwe przezwiska. Bardzo. - Ale nie byłem zły przez to, że prawie się spóźniliśmy... a żaden z nas się nie spóźnił i to jest najważniejsze, racja? - Harry kiwnął głową, widocznie nadal zdenerwowany, ale Louis mówił dalej. - Pan C jest chujem dla wszystkich, okej? To nie tylko ty. Ludzie ciągle o czymś zapominają, dla niego to nic wielkiego. A jeśli chodzi o twoją partnerkę? Cóż, pieprzyć ją. - Harry wyglądał na lekko zszokowanego, że Louis mógł powiedzieć coś tak wrednego z taką pasją, ale Louis potrząsnął swoją głową. - Nie miała prawa mówić tak o tobie. I pieprzyć resztę ludzi z twojej biologii, skoro już przy tym jesteśmy. Oni nic nie wiedzą, oni nie wiedzą nic o nas, o naszym związku, okej? Nie znają mnie i na pewno nie znają ciebie, i nie chcę, żebyś ich słuchał, w porządku? Zignoruj ich. - Harry kiwnął głową, a Louis delikatnie starł kciukiem parę jego łez. - Przykro mi, że upuściłeś swoją tacę. Trzymam jedzenie w bagażniku - głównie tylko niezdrowe żarcie, ale zrobię ci zapasowy kluczyk, żebyś mógł wziąć sobie trochę, gdy tylko będziesz głodny. Nawet nie musisz pytać. A trener nie wyrzuci cię ze składu przez jedno zepsute podanie. Ja robię to cały czas - to nic wielkiego, okej, kochanie? Nie jest, naprawdę. Mówię serio. Trener widział jak wiele wysiłku w to włożyłeś i jak poprawiłeś się od początku roku. Nie zrobi tego tobie. - Louis złożył pocałunek na nosie Harry’ego i powiedział: - Będę musiał podziękować Janice, gdy ją zobaczę; cieszę się, że jesteś cały i zdrowy, kochanie. Jest w porządku, ta kobieta może się złościć. Jeśli muszę wybrać pomiędzy wkurzonym klientem a psem odgryzającym ci nogę, wydaje mi się, że mogę pozwolić jej trochę pokrzyczeć. - Harry wydał z siebie cichy śmiech, a Louis uśmiechnął się szeroko, zadowolony, że to osiągnął. - Dzisiejsza kolacja... będzie nerwowa. Będzie niezręczna i może go znienawidzisz. Ale może nie. Nie nastawiaj się negatywnie na dzisiejszy wieczór zanim się zacznie, okej?
Harry pociągnął nosem ostatni raz i kiwnął głową, jęcząc, gdy położył dłoń na swojej głowie. - Ból głowy - zajęczał cicho.
Louis kiwnął głową i poklepał jego uda, każąc mu zejść. - Chodźmy wziąć coś na tą twoją głowę, a potem możemy się trochę zdrzemnąć przez kolacją. Co ty na to?
Louis pocałował szybko policzek Harry’ego właśnie gdy Anne chwyciła klamkę. Otworzyła drzwi i do środka wszedł mężczyzna wielki jak góra, uśmiechając się szeroko, kiedy spojrzał w dół na Anne. Pochylił się i pocałował ją w policzek, i powiedział ciche “cześć”. Anne zarumieniła się, a Louis zerknął w kierunku Harry’ego, by uchwycić jego reakcję, która była zaskakująco spokojna. Oczywiście, biorąc pod uwagę okoliczności.
Robin wręczył jej bukiet kwiatów, a ona zarumieniła się jeszcze bardziej, po czym odwróciła się i wyciągnęła rękę, by wskazać Robinowi na Harry’ego i Louisa.
- Robin, oto Louis - powiedziała z uśmiechem, gdy Louis zrobił krok wprzód z uprzejmym uśmiechem i ścisnął jego dłoń. - A oto mój Harry - powiedziała entuzjastycznie i uśmiechała się jak szalona. - Chłopcy, to Robin Twist. - Harry zrobił krok do przodu, by uścisnąć jego rękę. Louis był zajęty przyglądaniem się twarzy Harry’ego, ale przez lekkie uniesienie kącika ust chłopaka, zgadywał, że Harry pewnie robił te ściskam-twoją-dłoń-tak-mocno-że-to-boli-żebyś-wiedział-że-to-ja-tu-dowodzę.
Nastąpiła lekko spięta cisza, jednak Harry niczego nie powiedział i nawet nie wyglądał na zbytnio wkurzonego, a Anne zakaszlała. - Racja, cóż. Pójdę... erm, wstawię je do wody - powiedziała. - Kolacja zaraz będzie gotowa, jeśli chcecie się czegoś napić i tak dalej - dodała.
Robin przytaknął, zgadzając się, a potem kiwnął głową w stronę Louisa i Harry’ego, gdy przeszedł obok nich w kierunku kuchni, żeby wziąć sobie coś do picia. Louis spojrzał na Harry’ego, który był cicho i uśmiechnął się do niego pocieszająco.
- Będzie dobrze - wyszeptał. Louis przybliżył się do niego i złożył pocałunek na skroni Harry’ego. - Kocham cię - przypomniał mu.
Harry zdawał się po tym wyluzować i powiedział ciche “też cię kocham”, przytulając Louisa. Odsunęli się od siebie i weszli do kuchni, obaj biorąc coś do picia - Louis tak jak i Harry zdecydował się na herbatę. Louis usiadł przy stole, dokładnie naprzeciwko Robina, żeby Harry nie musiał, a Harry poszedł pomóc swojej mamie w kuchni
- Potrzebujecie pomocy? - zapytał Robin, chcąc wstać, ale Harry powiedział: - Nie trzeba, jest w porządku, dzięki - i Robin usiadł z powrotem na swoje miejsce, akceptując to. Nie było to szczególnie uprzejme ze strony Harry’ego i Louis ze swojego miejsca przy stole zauważył - plecy Robina były zwrócone w kierunku kuchni - zaniepokojone spojrzenie Anne, którego nie zauważył Harry, przygotowujący talerze.
- Chcesz trochę dodatkowej polędwicy czy ziemniaków, Lou? - zawołał słodko Harry, a Louis uśmiechnął się.
- Mógłbym dostać trochę tego i trochę tego? - odpowiedział z nadzieją Louis, a Harry kiwnął głową, krojąc mięso i kładąc je na talerzu Louisa, a następnie podając go Anne, która dodała ziemniaków.
- Robin?
- Erm, poproszę więcej polędwicy, jeśli to nie problem - zawołał radośnie Robin.
Harry powiedział “nie ma problemu” i pokroił mięso, a następnie przyniósł talerz Robina i Louisa. Anne przyniosła swój i Harry’ego.
Może i Louis przypatrywał się zbyt uważnie, ale zdecydowanie wyglądało jakby Harry postawił talerz Louisa odrobinkę lżej niż Robina - widocznie Robin pomyślał tak samo, biorąc pod uwagę jego minę, ale i tak podziękował Harry’emu i cała czwórka zasiadła do stołu.
Na początku było cicho, a Louisa zaczęło swędzieć od tej niezręczności. - Więc, Anne, jak ci minął dzień? - zapytał ostrożnie, biorąc do buzi kawałek (przepysznej) polędwicy.
Anne rzuciła Louisowi wdzięczne spojrzenie i zaczęła mówić o swoim dniu - który był cudowny - i pod koniec swojej historii rzucała spojrzenia w kierunku Harry’ego, który jadł w ciszy i podnosił wzrok tylko co jakiś czas. Natychmiast po skończeniu jej opowieści, Louis zaczął mówić o swoim dniu, żeby nie mogła spytać o to Harry’ego - to skończyłoby się katastrofą - a kolano Harry’ego od razu przycisnęło się do jego kolana pod stołem w podziękowaniu. Louis też przycisnął do niego swoje kolano.
Po opowiedzeniu o żałosnej próbie Stana w poderwaniu mamy jego kolegi z klasy - co zdarzyło się naprawdę na matematyce - zapytał Robina o jego dzień.
Robin wyglądał na lekko zaskoczonego, ale zaczął opowiadać o swoim dniu, a Harry robił się trochę niespokojny - zwykle podczas kolacji był najbardziej rozmowny - i przez to Louis odrobinkę się denerwował.
Louis jadł i pilnował Harry’ego, Harry wiercił się i był cicho, Robin opowiadał o swoim dniu, a Anne słuchała go urzeczona. Robin często wspominał o pracy, a Louis poczuł prawdziwe zainteresowanie i zapytał: “Och, czym się zajmujesz?” właśnie wtedy, gdy Harry zakaszlał i zaczął przybliżać się do Louisa.
- Jestem kierowcą firmy zajmującej się grafiką komputerową, - powiedział Robin po przełknięciu swojego jedzenia. Nabrał kolejną porcję na widelec, ale nie zjadł jej, gdy kontynuował: - co praktycznie znaczy, że szkolę nowych gości i upewniam się, że nikt niczego nie zepsuje. Praktycznie, gram tatusia dla wszystkich...
- Jestem gejem - wyrzucił z siebie Harry. Wszyscy przy stole podnieśli na niego wzrok, ale on miał wzrok wbity jedynie w Robina. Louis poczuł ściśnięcie w brzuchu, wiedząc dokąd zmierzał Harry.
- Erm... co? - powiedział Robin, spoglądając na Anne i z powrotem na Harry’ego. Anne wpatrywała się w Harry’ego, błagając go wzrokiem.
- Jestem gejem - powtórzył Harry. - Lubię chłopców. Z penisami, które mogą we mnie wsadzić. Lubię, gdy mogą sprawić, że krzyczę jak brudna dziwka.
- Harry! - odezwała się Anne, trochę przerażona, ale Robin nie odpowiedział - jedynie wpatrywał się w Harry’ego.
- Louis to mój chłopak - kontynuował agresywnie Harry, kiwając głową w kierunku Louisa. Louis zarumienił się, ale został przy boku swojego chłopaka.
Wzrok Robina przeniósł się na Louisa, ale Harry znowu odezwał się zanim ten mógł coś powiedzieć.
- Bywa tu cały czas, siedzi ze mną na górze w moim pokoju. - Kiedy Robin nie zareagował, Harry dodał: - Wkłada we mnie swojego penisa cały czas, właśnie w tym domu. - Louis opuścił głowę w swoje dłonie, ale nic nie powiedział, a Anne powtórzyła imię Harry’ego, prawie desperacko.
- To świetnie, Harry - powiedział Robin, widocznie czując teraz wiele emocji.
Harry gotował się ze złości i Louis bał się jego reakcji, bo to była zła odpowiedź. - Zamykamy drzwi, ty popieprzony zboczeńcu.
- Harry! - Anne prawie wrzasnęła i wstała od stołu. - Przestań! To absurdalne! - Patrzyła na Robina, ale Robin spojrzał na nią krótko i powiedział: - Myślę, że to coś, o czym powinniśmy porozmawiać z Harrym, Anne. Możesz wyjść, jeśli chcesz, ale myślę, że będzie lepiej, jeśli zostaniesz.
Anne wyglądała na rozdartą, widocznie nie chcąc opuścić swojego syna i nie chcąc opuścić swojego chłopaka, ale nie chcąc słyszeć tej rozmowy.
- Zostanę tu, Anne - powiedział Louis, upuszczając dłonie ze swojej twarzy. - Możesz iść, ja tu zostanę.
Anne długo wpatrywała się w Louisa, a Louis starał się wyglądać wspierająco i odważnie, przekazując jej, że nigdy nie pozwoliłby, żeby coś stało się Harry’emu. Musiała coś tam zobaczyć, bo spojrzała pomiędzy Harrym i Robinem ostatni raz i weszła na górę.
Robin przyglądał się jak odchodziła, a potem spojrzał na Harry’ego. - Słuchaj, kolego, - powiedział, brzmiąc na zmęczonego - nie chcę przyglądać się jak pieprzysz się ze swoim chłopakiem. Nie kręcą mnie faceci.
- Założę się, że moje usta albo tyłek Louisa mogłyby to zmienić - powiedział gładko Harry. Policzki Louisa stanęły w ogniu i wstał tylko po to, by sięgnąć po lampkę wina Anne. - Chyba, że wolałbyś być po drugim końcu. W takim wypadku, nasze penisy są świetne.
Robin przyglądał się ze spokojem Harry’emu i potrząsnął swoją głową. - Nie, dzięki, stary. Wolałbym nie brać nic w tyłek. Mam wrażenie, że to za bardzo by bolało, a ja nie najlepiej toleruję ból.
- Och, ale byłoby warto - powiedział Harry i szczerze, Louis chciałby się dowiedzieć skąd on brał tą pewność siebie i brawurę. - Jest tam mała wiązka nerwów zwana prostatą i to...
- Wiem co to prostata, Harry.
Harry przestał mówić, gdy Robin mu przerwał, ale potem uśmiechnął się, co wyglądało sztucznie słodko i śmiertelnie niebezpiecznie. - Nie lubię, gdy mi się przerywa, Robin. - Robin nie odpowiedział, a Harry kontynuował: - To mała wiązka nerwów i kiedy w nią uderzasz, cały ból, który czułeś, jest tego warty, stary. Mówię ci. Musisz tego spróbować.
Robin czuł się niekomfortowo, - musiał się tak czuć - ale nawet się nie wiercił. Powiedział tylko: - Harry, naprawdę, nie podobają mi się mali chłopcy.
Harry wstał szybko i ściągnął swoją koszulkę, wpatrując się w Robina, gdy to robił. Wzrok Robina pozostał na twarzy Harry’ego. - Dalej, Robin - zachęcał go delikatnie Harry, przesuwając swoim palcem w górę i w dół swojego długiego torsu. - Możesz patrzeć. Mam cztery sutki, chcesz je zobaczyć? Możesz rzucić na nie okiem.
Robin wzdrygnął się na ton Harry’ego i nawet Louis czuł się przez to niekomfortowo. To nie był normalny ton Harry’ego. To było bardziej jakby... starał się brzmieć młodo i zmiksować to z uwodzeniem. To było pokręcone i złe, i nikomu się to nie podobało. - Harry - wyszeptał Louis, podnosząc na niego wzrok.
- Ćśśś - powiedział Harry, spoglądając w dół na Louisa. Pogłaskał go po twarzy. - Chcemy, żeby Robin do nas dołączył, prawda? Bądź dobry, nic nie mów - zagruchał ohydnie i pochylił się, żeby pocałować Louisa. Jak dotąd był to najbardziej sprośny i niechlujny pocałunek jaki Harry kiedykolwiek z nim dzielił, i był dominujący i pełen wściekłości, ale również strachu. Chociaż Harry widocznie po prostu robił to wszystko, żeby zobaczyć czy Robin oprze się pokusie, musiał zostać pocieszony w tamtym momencie. Louis uniósł swoje dłonie, żeby objąć nimi głowę Harry’ego i usłyszeli zgrzyt widelca przejeżdżającego po talerzu.
Przerwali pocałunek i spojrzeli na Robina, który był w połowie wsadzania sobie jedzenia do ust. Zatrzymał się, gdy poczuł na sobie ich wzrok i powiedział: - Och, przepraszam, ale skoro nie rozmawiamy, pomyślałem, że zjem. To dobre jedzenie i smakuje mi.
Harry z powrotem skierował swój wzrok na Louisa, wyprostował swoje ramiona i odwrócił się, i pochylił w stronę Robina nad stołem, stabilnie umieszczając swoje dłonie na drewnianej powierzchni. - Pozwól, że ci obciągnę - wymruczał, a sprośny uśmiech wylądował na jego twarzy.
Louis nie wiedział co powiedzieć, - Harry nigdy nawet nie mówił tak do niego - a Robin zakaszlał, lekko krztusząc się. Louis podał mu lampkę wina, której jeszcze nie dokończył, a Robin uniósł ją w jego stronę i wypił ją, uspakajając swoje gardło.
- Harry - powiedział i w końcu brzmiał surowo. - Musisz przestać. Jestem tu, bo zależy mi na twojej mamie; nawet nie wiedziałem jak wyglądasz do tego dnia, gdy zobaczyłeś mnie i twoją mamę w salonie. Jestem hetero. To nie homofobia; nie mam z tym problemu, jeśli ty i Louis wkładacie swoje chuje w każdy otwór, który znajdziecie, jeśli tylko nie należy on do mnie. Nie podobają mi się również dzieci. Więc cokolwiek dzieje się w twojej głowie, musisz przestać, bo nie będę mógł cię uratować, jeśli mi nie pozwolisz, ale będę przeklęty, jeśli odejdę od twojej mamy. Ona jest najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła w długim czasie.
Harry przerwał i wyprostował się, wyglądając na lekko skołowanego i bardzo zszokowanego, a potem pochylił się i podniósł swoją koszulkę. Nałożył ją z powrotem na siebie, nie ściągając swoich oczu z Robina. Chwycił butelkę wina, wziął z niej duży łyk i jego twarz skręciła się od gorzkiego smaku, ale nadal patrzył na Robina. W końcu odwrócił swój wzrok od Robina, by spojrzeć na Louisa. Przysunął się do chłopaka i powiedział do niego cicho: - Upewnij się, że za mną nie idzie? Zaraz wrócę. - Kiedy Louis kiwnął głową, Harry wstał i poszedł na górę, wpatrując się w Robina do czasu, gdy znalazł się na schodach i już go nie widział.
Robin spojrzał na Louisa i powiedział: - Jaki jest jego problem?
Louis spojrzał na niego spokojnie i powiedział: - Mężczyźni to jego problem.
Robin kiwnął głową i przejechał językiem po swoich wargach. - Mężczyźni jak ja? - zapytał, a Louis spojrzał na niego lodowato.
- Ujmijmy to w ten sposób: jeśli jesteś mężczyzną, który jest jego problemem, zabiję cię własnoręcznie, nawet jeśli będę musiał odepchnąć Anne z drogi.
Robin widocznie nie wiedział co to oznaczało, co Louis wziął jako dobry znak, bo Harry nie chciałby, żeby Robin dowiedział się o jego osobistych sprawach bez wyrażonej zgody. Louis westchnął, a Robin uniósł swoje brwi. - Ja i Harry prawdopodobnie wyjdziemy - powiedział Louis. - I wrócimy kiedy tylko będzie chciał. Tak czy siak, po prostu... nie idź na górę, okej? Będzie poirytowany.
Robin zmarszczył brwi, ale kiwnął głową. - Nie planowałem, no wiesz - powiedział. - Zostać na noc, znaczy się. Anne i ja... nie jesteśmy w tym miejscu.
- Jeszcze - dodał Louis, polując na informację dla Harry’ego.
Robin kiwnął głową. - Jeszcze - potwierdził. - Mam nadzieję zostać tu na długo.
Louis wpatrywał się w Robina, oceniając go i szukając dziury w jego szczerości, i powoli kiwnął głową. - Cóż, wiedz tylko, że byłem tu dłużej. I będę jeszcze dłużej. - Robin przytaknął, a Louis dodał: - Mówię serio. Jeśli jesteś kimś, kto jest problemem Harry’ego, zabiję cię.
Zanim Robin mógłby odpowiedzieć, Anne zeszła na dół, idąc za Harrym. Twarz Harry’ego była lekko czerwona, ale to nic w porównaniu z twarzą Anne. Harry pocałował ją w czoło i spojrzał błagalnie na Louisa. Louis wstał od stołu, kiwnął głową w stronę Robina, pocałował Anne w policzek i podszedł do Harry’ego. Położył swoją dłoń na końcu pleców chłopaka i zaprowadził go do drzwi frontowych, wiedząc, że Harry potrzebował spędzić trochę czasu w Dżungli.
Opis: Harry to nieśmiały prawiczek z przeszłością, nowy w drużynie piłki nożnej. Louis jest (doświadczoną) popularną gwiazdą zespołu i nowym mentorem Harry'ego.
Notka od tłumaczki: Wiem, że powinnam była dodać to dawno temu, biorąc pod uwagę długość rozdziału, przepraszam. Przepraszam również za wszelkie błędy. Enjoy. :) xx
Rozdział trzynasty:
Harry westchnął, gdy zamknął drzwi frontowe i oparł się o nie z zamkniętymi oczami, by przygotować się na rozmowę, która miała za chwilę nastąpić.
Kiedy otworzył oczy, szybkie spojrzenie w dół korytarza pozwoliło mu stwierdzić, że salon był pusty. Harry przeszedł przez przedpokój, rozglądając się na boki, i zauważył, że kuchnia również była pusta. - Mamo? - krzyknął cicho.
Zero odpowiedzi.
Gdy Harry szedł, zaczął słyszeć muzykę i wysoki, lekko niezgodny z tonacją głos mruczący te same nuty.
Uśmiechając się czule, Harry wszedł na górę po schodach i przeszedł przez korytarz do łazienki. Chłopak zachichotał, gdy usłyszał jak jego mama spartaczyła nutę, a kiedy zapukał do drzwi, śpiewanie natychmiast ustało. - Mamo, to ja - krzyknął przez drzwi. - Mogę wejść?
Nastąpiła sekunda szurania, a potem drzwi do łazienki otworzyły się, ukazując jego mamę w białej halce, z dziwnymi wałkami we włosach i z połową twarzy w makijażu.
Harry poświęcił sekundę, by pomyśleć o oczywistej zawiłości eyelinera, gdy jego mama spoglądała na niego.
Uśmiechnął się i powiedział: - Szczęśliwej wigilii wigilii nowego roku?
Anne uśmiechnęła się i otworzyła drzwi szerzej, a Harry usiadł na dalekim końcu lady i przyglądał się temu, jak jego mama przygotowywała się do wyjścia. - Wychodzisz dzisiaj? - zapytał, starając się na nonszalancki ton, jednak nie udało mu się to, kiedy nie mógł oderwać wzroku od malutkiej dziurki, której wcześniej nie zauważył w swoich spodniach na kolanie.
Anne była cicho przez sekundę, a potem położyła dłoń na kolanie Harry’ego. - Nie muszę - zaoferowała delikatnie. - Wiem, że my... nie spędzamy zbyt dużo czasu razem... - Spojrzała w dół na swoją dłoń na kolanie Harry’ego i jej kciuk przejechał po spodniach. - Ja tylko... wychodzenie jest dla mnie dobre, tak jak dla ciebie. Ale jeśli chciałeś... spędzić ten wieczór w domu, to możemy?
- Nie, mamo, nie jestem za to zły - powiedział szybko Harry, nie chcąc zacząć źle rozmowy. - Po prostu byłem ciekawy, szczerze.
Anne uśmiechnęła się i lekki rumieniec wstąpił na jej policzki, a Harry pomyślał sobie, że ta część bez makijażu wyglądała o wiele lepiej pod naturalnym rumieńcem. - Robin... chce zabrać mnie gdzieś w Nowy Rok. Wiem o imprezie i tak dalej, ale... on chce... randki.
Harry pozwolił sobie zobaczyć jak szczęśliwa była jego mama, zarumieniona i zadowolona, i powiedział szczerze: - I tak wyglądasz już naprawdę uroczo, mamo. - Anne zarumieniła się i pochyliła swoją głowę, a Harry powiedział: - Nie, mówię serio. Ty... lubię, kiedy upinasz tak włosy. Z tymi lokami. To zawsze wygląda ładnie.
- Dzięki, Harry - powiedziała Anne, rumieniąc się jeszcze mocniej. - Ja... to miłe, mieć... mieć kogoś, dla kogo mogę się... ładnie ubrać. Powód, dla którego chcę dobrze wyglądać. - Harry kiwnął głową, a kiedy Anne zauważyła, że Harry nie stawał się purpurowy, dodała: - To... lubię ten... ten sposób, w który on reaguje, kiedy wyglądam ładnie. To... miłe.
Harry nie mógł powstrzymać pytania. - Czy to było... czy to było to, co widziałem? Na kanapie? - Harry poczuł jak na jego policzki wstąpił rumieniec i zauważył, że dłoń jego mamy zsunęła się z jego kolana, ale kontynuował: - Czy to była... reakcja na to, że wyglądałaś ładnie? Ta... ta... dewastacja?
Anne wzięła głęboki oddech i zaczęła się bronić, marszcząc lekko swoje brwi. Wyglądała na lekko wściekłą, ale zdawała się być głownie zawstydzona. - Nie, Harry, to było po prostu... minęły miesiące...
- Ja po prostu nie widzę powodu, dla którego pozwoliłaś mu traktować się w taki sposób, mamo... - zaczął Harry, ale Anne mu przerwała.
- Lubię to, Harry!
Harry poczuł się tak, jakby właśnie dostał kulą do kręgli w głowę, gdy wpatrywał się w swoją mamę, czerwoną na twarzy, szyi i tam, gdzie kończyła się halka - nawet jej ręce były czerwone. Harry przełknął ślinę, chcąc jednocześnie wyjaśnić to i nigdy więcej o tym nie rozmawiać. W końcu, przełknął ponownie i wychrypiał: - Co?
Anne wyglądała na upokorzoną do łez, ale wyprostowała swoje ramiona i powiedziała: - Ja... ja to lubię. Ja... kiedy on to robi. Tę... “dewastację”, jak to nazywasz. - Zarumieniła się. - To nie... on naprawdę jest dżentelmenem i nigdy... zawsze był bardzo... bardzo, erm, delikatny wcześniej, a ja... ja... poprosiłam go. O to. O... tamto.
Harry był całkiem pewny, że został podpalony, jego skóra była tak gorąca od rumieńców. Prawie się pocił, a jego gardło swędziało i czuł się jakby potrzebował wody. Przekręcił swoje ciało w stronę umywalki, żeby włączyć kran, chwytając wodę w dłonie i przyciągając ją do swoich ust. Siorbał głośno, a potem położył swoje mokre dłonie na twarzy, ochładzając skórę.
Kiedy ponownie spojrzał na swoją mamę, w jej oczach znajdowały się łzy i spoglądała w górę na sufit. Harry niepewnie wyciągnął rękę w kierunku mamy, chwytając jej dłoń i przyciągając ją do siebie. Jej twarz była gorąca i czerwona, a jej warga lekko drżała, ale Harry nic nie powiedział, gdy chwycił patyczek higieniczny spośród jej przyborów do makijażu.
- Nie płacz, mamo - wymamrotał. Był zażenowany, ale wiedział, że nie mógł tego tak zostawić. Delikatnie muskał jej skórę pod okiem, starając się nie narobić większego bałaganu, jednak nie miał pojęcia co robił. - Zepsujesz swój makijaż - zagruchał, a potem zatrzymał się. - Może jednak to ja jestem temu winien - przyznał, a ona odsunęła się, żeby uniknąć zostania dziabniętą patyczkiem w oko, wydając z siebie cichy śmiech.
Anne pociągnęła nosem i wyciągnęła chusteczkę, by wytrzeć swój nos, a potem umyła i wytarła swoje dłonie. Wzięła się w garść i zaczęła poprawiać swój makijaż, a Harry widział, że była lekko zawstydzona.
- Mamo - zaczął, a potem zawahał się, nie będąc pewnym co powiedzieć. W końcu powiedział: - Jeśli Louis mnie czegoś nauczył, to tego, żeby nie wstydzić się... rzeczy, które... chcę. - Poczuł rumieniec na swoich policzkach i dodał: - Nie zawsze w... ten.... ale chodzi mi o to, że wydaje mi się, że to działa z... z tym też. To nie jest tak... lubię, kiedy Lou... ściska mnie. Tak mocno? Ja... on nie zrobił tego nigdy przed tym zanim go poprosiłem, tak jak... jak u ciebie. - Harry zarumienił się, opowiadając o tym swojej mamie, a kiedy wyglądała na całkowicie zszokowaną jego wyznaniem, przemyślał ponownie swoje słowa i dodał szybko: - Ściska moje boki, moje boki, jak... tuli mnie mocno, blisko siebie, mamo!
Anne wydała z siebie śmiech zmieszany z “Och!” i zasłoniła swoje usta, co zmniejszyło jej śmiech do chichotów. Harry niezręcznie śmiał się z nią i drapał się w szyję, zanim zebrał w sobie odwagę, by powiedzieć jej: - My nie jesteśmy... nie jesteśmy w tym punkcie. My nie... nie robiliśmy niczego takiego. My po prostu... trochę się całujemy, to tyle - wyznał Harry, rumieniąc się. Spojrzał w dół i zaczął bawić się swoimi skórkami przy paznokciach, dodając: - Jest dla mnie naprawdę cierpliwy.
Anne wyciągnęła rękę i dotknęła kolana Harry’ego, by zyskać jego uwagę, a kiedy już ją miała, powiedziała: - Ja i Robin nie jesteśmy... my też tego nie robimy. My... to skomplikowane. - Wzięła głęboki oddech, wyglądając na sfrustrowaną przez to, że nie mogła znaleźć odpowiednich słów i uniosła wzrok na Harry’ego, mówiąc powoli: - Ja nie... nie sądzę, żeby Des chciał mnie po... trochę po tym jak cię urodziłam. On po prostu... nie byłam w najlepszym stanie i nie ubierałam się ładnie, i zawsze byłam zmęczona pracą. On... my nie... my nie. - Przygryzła swoją wargę i dodała: - To po prostu było... to był długi czas, od kiedy ktoś... mnie chciał. Od kiedy byłam dla kogoś atrakcyjna. I to naprawdę... - Wzięła głęboki oddech i zaśmiała się z samej siebie, kiedy w jej oczach znowu pojawiły się łzy. - To naprawdę miłe, - powiedziała, a jej głos był trochę wyższy niż normalnie, gdy wycierała palcami skórę pod oczami - gdy ktoś patrzy na mnie i... i myśli “Wow, naprawdę chcę cię pocałować”. I wiem, że Robin myśli tak, gdy na mnie patrzy. I to nie tylko... to nie tylko to, że chce mnie pocałować. To jest jak... jakby chciał... przytulić mnie i trzymać mnie za rękę. Ugotować mi kolację, całować mnie, sprawić, że będę szczęśliwa. On... on chce mnie kochać i chce, żebym ja go kochała.
Harry uśmiechnął się lekko i jego niepewności wróciły. Starał się o nich zapomnieć, wiedział, że nie były racjonalne - ten gość nie mógł robić takich rzeczy jego mamie, bo... fuj - ale tym razem nie były uporczywe. Wciągnął swoje nogi na ladę, oparł brodę na kolanach i objął rękami swoje łydki. Anne obserwowała go, a Harry zaczynał dusić się pod jej spojrzeniem, więc oparł swoje czoło o kolana, wciskając swoją brodę w dół, starając się oddychać.
Usłyszał jak Anne westchnęła i kontynuowała pracę nad swoim makijażem. Harry siedział i przysłuchiwał się tym dźwiękom - znajomym, skoro gdy był mały codziennie obserwował jak przygotowywała się do wyjścia - starał się myśleć spokojnie i racjonalnie, tak jak zrobiłby to Louis. Nareszcie, z westchnieniem, uniósł wzrok na swoją mamę, która nakładała na usta szminkę, i powiedział: - Możesz... powinnaś przyprowadzić go tu kiedyś.
Anne przekręciła swoją głowę w stronę Harry’ego tak mocno, że jej szminka znalazła się nawet na jej kości policzkowej. Wymamrotała parę cichych, niekobiecych przekleństw, gdy chwyciła chusteczkę i zaczęła ścierać kosmetyk, spoglądając na odbicie Harry’ego w lustrze co parę sekund.
Kiedy szminka zniknęła, odwróciła się do Harry’ego i zapytała: - Co?
Harry westchnął i wymamrotał: - Powinnaś przyprowadzić go tu kiedyś. - Kiedy spojrzał na swoją mamę, ona uśmiechała się od ucha do ucha, a on nie chciał za bardzo nakręcać jej nadziei, więc powiedział: - Niczego nie obiecuję, mamo. Nie będę się starał go lubić, dobra? Jeśli go polubię, to go polubię; jeśli nie, przynajmniej będę mógł powiedzieć, że go poznałem, dobra? - Anne otrzeźwiała i kiwnęła głową, starając się ukryć swój wielki uśmiech, a Harry poczuł jak jego puls przyspieszył. - Mówię serio, mamo - powiedział, a w swoich własnych uszach brzmiał na zdesperowanego. - Mówiłem szczerze... mówiłem to szczerze. Nawet jeśli Robin jest świetnym gościem i oboje się zakochacie i będziecie za sobą szaleć, nigdy nie będę miał innego taty. Wiesz, że mówię serio, prawda?
Anne jeszcze raz kiwnęła głową i zrobiła parę kroków wprzód, żeby przytulić Harry’ego. - Sam fakt, że... dziękuję, Harry - wydusiła z siebie, a Harry przytulił ją mocno, chowając swoją twarz w jej szyi.
Kiedy Anne zasugerowała, żeby ona i Robin zrezygnowali z randki, aby Harry mógł się z nim spotkać tego wieczoru, Harry prawie się zakrztusił, błagając, by tego nie pospieszać.
- To... nie miałem na myśli teraz - pisnął z szeroko otwartymi oczami. - Miałem na myśli, znaczy... miałem na myśli to, że nie jestem całkowicie przeciwko spotkaniu go kiedyś. Ja... ja potrzebuję przy tym Louisa, ze mną. Tylko... on powstrzymuje mnie przed... byciem głupim. Moglibyśmy... moglibyśmy we czwórkę coś zrobić? Może... może w niedługim czasie? Znaczy, później? W sensie, nie teraz?
Anne nawet nie była rozdrażniona - była zbyt zajęta swoją ekscytacją. Wywróciła oczami, gdy Harry stał się taki głupkowaty, ale kiwnęła głową i pocałowała go w policzek, gdy rozległo się pukanie do ich drzwi frontowych: Robin przyjechał, żeby zabrać ją na randkę.
- Baw się dobrze - wymamrotał bez przekonania Harry i wyciągnął telefon, by napisać do Louisa.
Rozmawiałem z nią. Poszło bardzo dobrze; ale teraz jest na randce. Bądź ze mnie dumny, a potem przyjdź się poobściskiwać.
Zaraz po tym jak Harry wysłał swoją wiadomość, jego telefon zawibrował na nową wiadomość od Louisa.
Skończyłeś? Naprawdę muszę pogadać.
Harry zmarszczył brwi i miał odpisać, ale Louis na pewno dostał już jego wiadomość, bo telefon Harry’ego zawibrował ponownie. Będę za dziesięć minut.
Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, co się wydarzyło, że nagle Louis stał się taki oschły, ale zdecydował zrobić mu herbatę, żeby jakoś pomóc. Wyciągnął również zamrożony stek z lodówki i umył ręce, by wyciągnąć kość z mięsa a potem pokroić go w paski do tortilli, obserwując ostrożnie swoje palce, gdy ciął mięso nożem rzeźniczym.
Właśnie skończył ciąć mięso i ułożył paski na patelni, kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. - W kuchni - krzyknął, chwytając drewnianą łyżkę, by poruszać mięsem, wsłuchując się w cichutkie syczenie, gdy patelnia zaczęła się nagrzewać.
Ręce objęły pas Harry’ego, a Harry poczuł czoło Louisa przyciskające się do jego pleców, pomiędzy łopatkami. Harry pochylił się w uścisku, ale utrzymywał dłonie zajęte jedzeniem na kuchence. - Zrobiłem ci herbatę - zaoferował, wskazując na kubek stojący na boku. Louis nie ruszył się - nawet na niego nie spojrzał - a Harry zmarszczył brwi, nieruchomiejąc i wsłuchując się w oddech Louisa. - Wszystko w porządku? - zapytał.
Louis potrząsnął głową po minucie, a Harry zmniejszył gaz w kuchence i odwrócił się, wycierając swoje ręce w fartuch, który zawiązał dookoła swojego pasa, a potem objął rękami szyję Louisa. - Co się stało? - zapytał Harry, gdy rosła w nim trwoga.
Louis przytulił Harry’ego mocniej i wyszeptał: - Mój... Mark rozwodzi się z mamą.
Harry zmarszczył brwi, nie rozumiejąc dlaczego to miałoby być coś złego. - Ale... czy twoja mama i Mark nie są już jakby...? Znaczy, on nawet nie mieszka z...
Louis kiwnął głową, wypuścił z siebie powietrze i powiedział: - Ja... obchodzimy go tylko dlatego, bo chce, żeby mama się z nim nie rozwodziła. Żeby... żeby podtrzymać swój wizerunek - wytłumaczył, a jego oczy nadal były zamknięte, a policzek spoczywał przyciśnięty do policzka Harry’ego. - Rozwody nie wyglądają dobrze, a szczęśliwe małżeństwa z rozpieszczonymi żonami i kochanymi dziećmi wręcz przeciwnie. Mark zgodził się, żeby dawać nam wszystkim dużo kasy i co tylko zapragnęliśmy - najlepsze szkoły i samochody, i wszystko inne - jeśli tylko mama nadal będzie z nim legalnie w związku i nie będzie się z nikim widywała, bo ten skandal by go zniszczył, i jeśli tylko będzie mógł się wyprowadzić.
Harry przytaknął, pocierając plecy Louisa i pomyślał zanim powoli powiedział: - ...Więc jak teraz rozwodzi się z twoją mamą, nie będzie się wami opiekował?
Oddech Louisa znowu się zatrzymał i chłopak zakaszlał, a Harry odsunął się, by podać mu herbatę, nalegając spojrzeniem, by ją wypił. Louis westchnął, usiadł na blacie i chwycił kubek.
- Ja będę gotował; ty mów - powiedział Harry, wskazując na Louisa drewnianą łyżką. Louis kiwnął głową, a Harry podwyższył gaz w kuchence i pozwolił stekowi gotować się na wolnym ogniu. Poszedł do spiżarni i wyciągnął tortille, a później do lodówki, z której wyciągnął pomidory, sałatę i cebulę. - Chcesz coś z tego na swoich tortillach? - zapytał Louisa Harry.
- Tylko sałatę poproszę - powiedział cicho Louis, a Harry kiwnął głową i odłożył cebulę, zatrzymując pomidora dla siebie i sałatę dla Louisa. Gdy zaczął ciąć sałatę, spojrzał na swojego chłopaka, zmartwiony, a Louis złapał jego spojrzenie i odstawił kubek.
- Ja... mama nie podpisała intercyzy, więc weźmie połowę majątku Marka. To tylko... nawet z tym, będzie musiała pracować na pełny etat albo Mark dostanie opiekę nad dziewczynkami. Mogę opiekować się dziewczynkami, gdy jestem tutaj, ale... - Louis przerwał, machając swoimi nagimi stopami. - Co zrobią, gdy mnie nie będzie? Zatrudnią opiekunkę? - Louis skrzywił twarz, a Harry pomyślałby, że to urocze, gdyby były to inne okoliczności. - I nie powiedzieliśmy jeszcze o tym wszystkim dziewczynkom... Myślę, że Fliss i Lottie będą w porządku, bo Marka i tak nie ma cały czas, ale... bliźniaczki nie zrozumieją i będą zranione. Myślą, że mama i tata naprawdę się kochają, a jego nie ma tak często przez pracę.
Harry nadal był cicho, kiwając głową i wpatrując się w swoje palce, przyglądając się temu, jak nóż ostrożnie ciął sałatę. Przesunął się do kuchenki i przewrócił kawałki mięsa, a potem pochylił się, żeby pocałować policzek Louisa, gdy był niedaleko, a potem znowu wrócił do krojenia pomidorów.
Louis westchnął ciężko i wbił wzrok w sufit. - To głupie - wymamrotał. - Nie lubię Marka, nigdy nie lubiłem Marka i nigdy nie chciałem go jako mojego tatę... on jest homofobem i chujem, i manipuluje ludźmi... Ale nadal boli mnie, że te małżeństwo się kończy.
Harry odłożył nóż i spojrzał na Louisa, lekko zszokowany przez te wyznanie. Sprawdził steki - były gotowe - i zdjął je z patelni na talerze, chwytając tortillę i kładąc ją na niej na parę sekund, żeby ją przewrócić i zdjąć, a potem chwycił kolejną i zrobił to samo.
Był cicho, myślał, wiedząc, że Louis tego potrzebował, i ułożył na tortillach kawałki mięsa, sera i sałaty dla Louisa i pomidora dla siebie, a potem zwinął ją i położył tę Louisa z powrotem na patelnię, przyciskając ją lekko, a potem przewrócił ją na drugą stronę i ściągnął ją z patelni, układając ją na talerzu i powtarzając tą samą czynność ze swoją tortillą. Wyciągnął nóż do pizzy i pokroił tortille wypełnione serem na cztery kawałki.
Upewniając się, że wyłączył palnik na kuchence, Harry zabrał talerze do stołu, a Louis podążył za nim bez słowa. Obaj usiedli i zaczęli jeść w ciszy, ale Harry uśmiechnął się w duchu, gdy dłoń Louisa znalazła jego dłoń. Obaj jedli jedną ręką, a kiedy skończyli, Louis położył swoją głowę na stole. Harry zabrał talerz swój i Louisa i podszedł do zlewu, chwytając nóż, krajalnicę, drewnianą łyżkę i patelnię, z której korzystał, i wsadził to wszystko do zlewu, a potem odłożył nieużytą sałatę i pomidory, i ser, a potem wrócił, by umyć naczynia.
Harry znowu poczuł ramiona oplatające go, ale tym razem dłonie Louisa odwracały go w swoją stronę. Louis przycisnął swoje wargi do delikatnych warg Harry’ego i wymamrotał: - Kocham cię.
Harry uśmiechnął się lekko i przytulił mocno Louisa, mamrocząc: - Ja też cię kocham. - Położył swoją głowę na piersi Louisa, czując jak ten ułożył swoją głowę na jego. - Powiedz mi jak to naprawić - wyszeptał Harry. - Zrobię to - obiecał, ściskając mocniej Louisa.
Louis po prostu kołysał ich wprzód i w tył, ściskając Harry’ego ciasno, tak jak lubił, i powiedział: - Możemy obejrzeć jakiś film?
Harry zaśmiał się i spojrzał na niego, ale oczy Louisa nadal przypominały oczy szczeniaczka, a były takie zwykle wtedy, gdy miał się za chwilę rozpłakać, więc pokiwał głową: - Jaki film?
Louis pomyślał i powiedział: - Coś uroczego? Disney?
Harry uśmiechnął się i złożył pocałunek pod szczęką Louisa. - Obiecujesz, że nie będziesz się ze mnie śmiał? - zapytał, a Louis kiwnął głową. Harry zarumienił się lekko i powiedział: - Wypożyczyłem “Meridę Waleczną”. Wszyscy mówią, że to dobry film.
Louis uśmiechnął się, ale jego uśmiech nie sięgał jego oczu, i zapytał: - I co, był dobry?
Harry nagle zainteresował się swoimi palcami, które malowały kółka na jego skórze, ale w końcu przytaknął i powiedział: - Tak. Był bardzo uroczy. Ich akcent był trochę podobny do Nialla... tylko szkocki. - Louis zaśmiał się lekko, a Harry powiedział: - Obejrzysz to ze mną? - Louis pochylił się i pocałował Harry’ego, kiwając głową.
Zanim Merida zdała sobie sprawę, że zamieniła swoją mamę w niedźwiedzia, Harry i Louis migdalili się. Louis nie brał, ale Harry dawał wszystko, co mógł, chcąc oderwać Louisa od smutku. Leżał na Louisie i pozwalał swoim dłoniom przejeżdżać po piersi Louisa i jego rękach, i bokach, głaszcząc skórę w miejscu, gdzie koszulka Louisa uniosła się do góry albo opadła zbyt nisko, całując jego usta i ssąc jego dolną wargę.
Harry poczuł, że stał się trochę twardy i starał się zwolnić tempo pocałunku - nie był w tym dobry, ale Louis zdawał się załapać i pomógł mu to zrobić - a potem składał małe pocałunki na policzkach i szyi Louisa.
- Więc, gadałeś ze swoją mamą? - zapytał w końcu Louis, a Harry pokiwał głową nieobecnie.
- Mmm, przyprowadzi go, żebyśmy mogli go spotkać - powiedział w mokrą skórę Louisa.
- My? - zapytał Louis, a Harry odsunął się, żeby rzucić mu błagalne, niewinne spojrzenie szczeniaczka. Louis westchnął i wywrócił oczami, kiwając głową. - My - zapewnił i pocałował Harry’ego jeszcze raz.
Opis: Harry to nieśmiały prawiczek z przeszłością, nowy w drużynie piłki nożnej. Louis jest (doświadczoną) popularną gwiazdą zespołu i nowym mentorem Harry'ego.
Notka od tłumaczki: Mam nadzieję, że się spodoba. Przepraszam za wszelkie błędy. Enjoy! :) xx
Rozdział dwunasty:
Ferie zimowe mijały Louisowi powoli; w Boże Narodzenie pojawił się Mark i spędził ten dzień z dziewczynkami.
Stan i jego rodzina popłynęli w rejs na Jamajkę, rodzina Zayna była bardzo surowa w stosunku do jego wyjść w święta, gdyż był to czas dla rodziny. Niall i jego rodzina udali się do Irlandii, żeby odwiedzić rodziców taty Nialla, Liam większość czasu spędził z Danielle i swoją rodziną, a Harry - cóż, Harry miał pracę w piekarni.
To nie było okropnie dużo - tylko cztery dni w tygodniu podczas przerwy i niedługo, gdy znowu zacznie się szkoła, będą to tylko trzy dni w tygodniu od szóstej do zamknięcia (czyli dziewięć godzin) i od południa do piątej w soboty. Louis cieszył się ze szczęścia Harry’ego, który naprawdę lubił swoją pracę - pracował głównie ze starszymi paniami, które były urocze i miały bzika na jego punkcie, gotował, zarabiał pieniądze i był odpowiedzialny, i nadal miał czas dla Louisa.
Z drugiej strony, była to piekarnia taty Louisa.
To nie miało tak naprawdę tak wielkiego znaczenia - szczerze, Mark praktycznie posiadał połowę miasta - ale Louis był niezmiernie nieswój, wiedząc, że Harry pewnie w końcu spotka Marka. Nie żeby Mark był jakimś prawdziwym zagrożeniem, ale... jednak.
Hej, pracuję dzisiaj do późna - Bessy chce, żebym nauczył ją robić te ciastka z potrójną czekoladą - okej? Mogę poprosić mamę, żeby mnie odebrała, jeśli to jakiś problem?
- H
Louis westchnął, gdy przeczytał to na swoim telefonie. Jednak szybko odpisał, żeby Harry nie musiał się martwić.
To nie problem! Po prostu daj mi znać, kiedy będziesz gotów i będę tam najszybciej jak to możliwe:)
Harry odpisał około piętnaście minut później: Jeśli przyjedziesz tu wystarczająco szybko, może dam ci zlizać lukier z mojej szpatułki!!
Louis jęknął. Harry ciągle robił takie rzeczy i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie mógłby wiedzieć. Nie wiedziałby.
Louis spojrzał na swoje drzwi, upewniając się, że były zamknięte, i położył się na łóżku. Ściągnął spodnie i bieliznę, i chwycił w dłoń swojego członka, wyobrażając sobie siebie na kolanach przed Harrym, doprowadzając chłopaka do orgazmu swoimi wargami. Poprosiłby Harry’ego, żeby ten pieprzył jego usta i zastanawiał się, jak on by to zrobił. Zastanawiał się czy Harry chwyciłby włosy Louisa i przyciągnął go do swojego penisa i wypchnąłby swoje biodra do przodu albo może przycisnąłby Louisa do ściany i zacząłby naciskać na niego, odcinając Louisowi wszelką ścieżkę ucieczki. Louis przejeżdżał dłonią po swoim członku i był pod wrażeniem, że stał się całkowicie twardy w tak krótkim czasie. Starał się wyobrazić sobie dźwięki, które wydawałby z siebie Harry, gdy Louis starałby się wziąć go całego do buzi.
Louis zaczął przekręcać swój nadgarstek i zacisnął chwyt na swoim penisie, z którego już wypływała odrobinka spermy, kiedy na niego spojrzał. - Boże, Harry - wyjęczał Louis, a jego biodra uniosły się do jego dłoni. - Pieprz to, pieprz moją twarz - wyszeptał zadyszanym głosem. Wyobrażał sobie jak smakowałaby sperma Harry’ego, czy Harry chciałby spróbować siebie na języku Louisa. Wyobrażał sobie Harry’ego na kolanach przed Louisem - to jak byłby cały czerwony i oddychałby ciężko z oczami jasnymi, szeroko otwartymi, oszalałymi i zdesperowanymi, by spróbować. Biodra Louisa unosiły się teraz z szaloną prędkością w jego mocnym uścisku, a kiedy wyobraził sobie siebie biorącego w garść włosy Harry’ego, Louis wyjęczał “Harry” i doszedł dookoła swojej dłoni, drżąc cicho i zrzucając krople spermy na swoją koszulkę dłonią, która nadal pracowała dookoła niego i pomagała mu przejść przez orgazm.
Louis leżał na łóżku przez parę minut, zarumieniony i dyszący, i trochę wyczerpany, zanim wyciągnął rękę i chwycił chusteczki. Wyczyścił się, złapał swój telefon i odpisał Harry’emu. Użyj krówkowej polewy a będę cię kochał jeszcze w moim następnym wcieleniu.
Puk, puk.
Louis otworzył swoje drzwi i zobaczył tam bliźniaczki, Phoebe miała w dłoni swojego wypchanego kardynała, Pepper, a Daisy swojego ptaka - niebieską sójkę - o imieniu Peeper. Louis opadł na kolana i otworzył swoje ramiona, a bliźniaczki weszły prosto w jego uścisk. Louis ścisnął je mocno i pocałował je obie. - Dobranoc, dziewczynki - powiedział czule.
- Dobranoc, Lou - odpowiedziały razem zanim przemyciły ostatni uścisk i poszły do łóżka. Louis wstał, krzywiąc się, gdy jedno jego kolano zatrzeszczało, i wrócił do swojego pokoju, zamykając drzwi i opadając na swoje biurko.
Parę minut później rozległo się kolejne pukanie. Louis westchnął i uniósł się na nogi, a jego mama uchyliła drzwi i spojrzała do środka.
- Mogę wejść? - zapytała, uśmiechając się, bo już znała odpowiedź. Louis nawet jej nie odpowiedział, ale tylko przysunął swoje krzesło bliżej łóżka, na którym usiadła Jay zaraz po wejściu do środka.
- Co tam? - zapytał z uśmiechem Louis.
- Po prostu weszłam, żeby się przywitać. Wydajesz się być trochę samotny w tę przerwę zimową, Stan i Zayn wyjechali, koledzy Harry’ego również, a Harry ciągle pracuje.
Louis kiwnął głową, marszcząc brwi. - Tak, to trochę smutne - powiedział. - Ale Harry naprawdę kocha swoją pracę - panie, które tam pracują są naprawdę miłe w stosunku do niego - więc cieszę się jego szczęściem. Ale trochę martwię się o Marka.
Jay zmarszczyła brwi. - Nie martwiłabym się o Marka - powiedziała poważnie. - Nie przychodzi do piekarni zbyt często - ten biznes nie zarabia mu wystarczająco dużo pieniędzy, żeby był tam częstym gościem. A nawet jeśli spotka Harry’ego, nic się nie stanie. Nie wie kim jest Harry.
Louis kiwnął głową. - Nie, wiem. Ja tylko... martwię się trochę o to, to tyle. Nie chcę Marka blisko Harry’ego.
Brwi Jay zmarszczyły się. - Lou, czego się tak boisz?
Louis oparł się o krzesło, żeby przemyśleć swoje następne słowa, wiedząc, że nie mógł po prostu powiedzieć całej prawdy. - Mark wszystko niszczy. Zniszczył nas - i wiesz, że nigdy nie zamienię dziewczynki na nic innego, wiesz, że kocham moje siostry wszystkim, co mam. Ale nie jesteś taka sama odkąd wyszłaś za Marka.
Jay uśmiechnęła się i wywróciła oczami. - Nie sądzę, żebym tak bardzo się zmieniła; miałeś tylko pięć lat, gdy go spotkałeś. Pewnie po prostu źle to zapamiętałeś.
Ale Louis pokręcił głową, znając prawdę. - Nie - powiedział. - Nie, pamiętam kiedy pozwoliłaś mi spotkać Marka. Nie lubiłem go. Rzuciłem w niego moim zabawkowym samochodem i stanąłem na jego stopie.
Jay prychnęła, ale pokiwała głową. - To prawda - przyznała z uśmiechem.
Louis westchnął. - Ja po prostu....pamiętam te uczucie, a potem uderzyło mnie, że te uczucie nigdy nie odeszło. Nadal je czuję. I zanim mogłem je opisać było za późno i miałem siostry. - Pokręcił głową, wiedząc, że zbaczał z tematu. - Ja tylko... Harry ma w zwyczaju wynosić na ołtarze ludzi, który są dla niego mili. To nic złego, naprawdę, ale nie chcę, żeby Mark owinął go sobie wokół palca - nawet ja muszę przyznać, że jest naprawdę czarujący, gdy tylko chce - żeby potem po prostu... go złamać. Tak, jak złamał nas.
Jay zerwała kontakt wzrokowy i spojrzała na swoje dłonie. - Przepraszam za to - powiedziała, unosząc swoje brwi, ale nie swoje oczy. - Nigdy nie chciałam, żeby cię złamał. Przepraszam, że utknąłeś z gównianym ojcem.
Louis skrzywił się. - Nie powinienem narzekać na Marka, no nie? Dał nam ten dom, nasz styl życia, nasze dziewczynki, dobre szkoły, całe te pieniądze i cokolwiek tylko mi się zamarzyło, finansową możliwość wybrania jakichkolwiek studiów, a ceną jest tylko to, że jest lekkim chujem. Tymczasem, tata Harry’ego to gwałciciel i pedofil, który gnije w więzieniu na dwadzieścia lat, bo nie mógł trzymać rąk z dala od swojego... - Louis wziął głęboki oddech, nieprzytomnie dotykając naszyjnik ze skóry dookoła swojej szyi. Nadal się do tego przyzwyczajał - nigdy wcześniej nie nosił naszyjnika - ale kiedykolwiek o tym pomyślał, dreszczyk emocji przebiegał przez jego ciało, gdy przypominał sobie minę na twarzy Harry’ego, gdy zdał sobie sprawę z tego, że Louisowi spodobał się prezent.
- Martwi cię to? - zapytała cicho Jay.
- Czy co mnie martwi?
- Że on... - Jay wyglądała na zawstydzoną. - Że jego tata... zrobił mu to. Martwi cię to?
Louis zastanawiał się czy jego mama traciła rozsądek. - Oczywiście, że tak - wydyszał. - Harry jest... najlepszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Jest mądry, miły, i śmieszny, i hojny, i troskliwy, i spostrzegawczy, i szczery, i wstydliwy, i dobry do tulenia, i niewinny. I pewnie zawsze taki był. Prześladuje mnie myśl, że gdyby Anne nie... nie była taka prewencyjna, czy coś, i nie zaprowadziłaby go na terapię... gdyby tego nie zrobiła, mógłby być zrujnowany, inny... i to bardzo mnie martwi.
Jay wyciągnęła swoją rękę i pogłaskała łydkę Louisa, która leżała obok niej. - Znaczy... wiedziałam o tym, oczywiście - powiedziała z małym uśmiechem. - Wiem, że boli cię, że Harry przeszedł przez coś takiego. Chodziło mi o to, że... czy martwi cię to, że... jakkolwiek to powiem, zabrzmi to okropnie, ale nie wkurzaj się, okej? - ostrzegła go, wyglądając na lekko zlęknioną. Louis kiwnął głową; to nie tak, że jego mama mogła go naprawdę zdenerwować. - Martwi cię to, że... ktoś miał go wcześniej?
Louis zmarszczył brwi; nigdy nie myślał o tym w ten sposób. - Ja nie... nie sądzę - powiedział w końcu. Wzruszył ramionami. - Z tego, co pamięta Harry... niezbyt dużo się wydarzyło - powiedział, nie chcąc tego rozwijać. Jay znała istotę sprawy; nie potrzebowała szczegółów. - I nawet jeśli nie mamy racji i coś się wydarzyło, to nic nie zmienia - dodał. - Harry mnie kocha, a ja kocham jego; to zmienia wszystko.
Jay uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głową, ściskając nogę Louisa. - Jestem z ciebie taka dumna - powiedziała.
Louis wstał ze swojego krzesła i usiadł na łóżku, przytulając swoją mamę, kołysząc się z nią z boku na bok jak wtedy, gdy był mały.
- Lou, muszę ci coś powiedzi...
Mamie Louisa przerwał jego dzwonek Harry’ego (God Damn, You’re Beautiful* Chestera See). Louis spojrzał przepraszająco na swoją matkę, odbierając telefon: - Hejka!
- Hej, jestem gotowy... możesz mnie odebrać?
Louis cmoknął. - Zaraz będę, kochanie. Czekaj na mnie.
- Okej, dzięki. Do zobaczenia za chwilę.
Louis wydał z siebie dźwięk całusa i rozłączył się, a potem odwrócił do swojej mamy. - Przepraszam, mamo - powiedział z nie-zupełnie-wykrzywioną miną. - Muszę odebrać Harry’ego. To może poczekać?
Jay uśmiechnęła się i wyglądało to na trochę wymuszone, ale Louis nie lubił zmuszać Harry’ego do czekania - wiedział, że Harry miał w zwyczaju martwić się, gdy Louis się spóźniał - więc uśmiechnął się do niej, pocałował ją w czoło i wstał. Chwycił swoje klucze, portfel i telefon i założył swoje buty TOMS, i ruszył odebrać swojego chłopaka.
- Przepraszam, kochanie, właśnie zamykamy.
- Nie, on przyszedł do mnie, Bess - powiedział nieśmiało starszej kobiecie Harry, kiedy Louis wszedł do środka. Louis pozwolił swoim oczom objąć Harry’ego - Anne zabrała go do pracy, więc Louis nie widział go jeszcze tego dnia - i uśmiechnął się. Smakowicie.
- Ooooch, a więc to jest ten chłopak? - spytała Harry’ego Bessy, wpatrując się w Louisa. - Nasz chłopiec nigdy nie zamyka się na temat swojego chłopaka - powiedziała, uśmiechając się czule w stronę Harry’ego, który właśnie się rumienił.
- Ach tak? - zapytał z uśmiechem Loouis. - Też o nim słyszałem. Wydaje się być spoko gościem, według tego, co mówił mi Harry.
Bessy zaśmiała się. - Wydaje się być Jezusem Chrystusem, tym właśnie!
Louis zarumienił się i pochylił do przodu, by uściskać jej dłoń. - Louis - przedstawił się. Zauważył, jak uśmiech Harry’ego stracił na sile, gdy nie potwierdził tego, że to on był chłopakiem Harry’ego, ale nie powiedział nic, gdy Louis ściskał jej dłoń.
- A więc przyjdź kiedyś ponownie - powiedziała Bessy. - Jeśli jesteś tu, żeby odebrać Harry’ego, to musisz posmakować jego ciasteczek. - Odwróciła się i udała do kuchni, a Louis szybko pocałował wargi Harry’ego, a potem uśmiechnął się w jego stronę i podążył za starszą kobietą.
- Obiecano mi również lukier - powiedział głośno Louis, uśmiechając się, gdy Harry zachichotał za jego plecami.
Nadszedł Sylwester a Louis prawie przekonał Harry’ego, żeby poszedł z nim na imprezę. Jego oryginalnym planem była impreza, którą urządza jego mama - nie serwowano niż cięższego niż szampan, więc Harry nie wstydziłby się, że nie chce pić; ci ludzie to głównie matki albo ojcowie, albo ich dzieci, a nie hałaśliwe nastolatki, które chciały tylko się napić i połamać parę rzeczy; to byłby wspaniały sposób, żeby Harry spędził więcej czasu z jego mamą i siostrami, czego pragnął Louis - ale ten plan się nie udał.
Harry chciał zaprosić Anne na tę imprezę, żeby ich matki mogły się zapoznać, zostać prawdziwymi przyjaciółkami, wyjść poza ich znajomość pielęgniarka/pacjentka - Harry nalegał, że jego mama potrzebowała więcej przyjaciół (żeby utrzymać ją z dala od jej nowego chłopaka (nie żeby Harry powiedział o tym Louisowi, Louis po prostu wiedział)) i świetnie by było, gdyby się zapoznały i polubiły, więc z desperacką nadzieją, że wszystko się ułoży, Louis przeprosił i wyszedł z kuchni, kiedy Harry zapytał Anne czy ta miała jakieś plany na Sylwestra. (Louis obserwował to za rogiem zza lodówki).
Anne spojrzała w dół na jej otulone skarpetkami stopy na dywanie, a na jej twarzy pojawiło się coś podobnego do zdenerwowania, gdy powiedziała jak na spowiedzi: - Ja... cóż, miałam... iść do Robina, na noc... On robi imprezę? Właściwie miałam... iść i zaprosić cię, żebyś... poszedł ze mną? - Uniosła wzrok na Harry’ego i zobaczyła zmieszaną minę na twarzy swojego syna. - Chyba, że chciałeś, żebym została w domu z tobą - zaoferowała szybko, wyglądając na rozczarowaną, pełną nadziei i zdesperowaną w tym samym czasie.
Harry założył ręce na piersi i przygryzł wargę, spoglądając na Louisa zanim powiedział z rozdrażnieniem (Louis nie pomyślałby o swoim chłopaku jako o dziecinnym, nie zrobiłby tego): - Cóż, co jeśli chciałem zostać w domu i powitać z tobą nowy rok?
Dłonie Anne opadły do brzegu jej swetra, gdy zaczęła skubać go nerwowo, a Louis pomyślał (nie po raz pierwszy), że Harry prawdopodobnie przejął każdy nawyk od swojej matki. - Ja... cóż, zostałabym z tobą, oczywiście - powiedziała powoli. - Jesteś moim synem i cię kocham, i musisz to wiedzieć.
Harry spojrzał na Louisa, który dokładnie wiedział o czym myślał Harry: Jeśli zmuszę ją do zostania w domu, nie będzie z Robinem. Louis powoli pokręcił swoją głową, wiedząc, że Harry go posłucha. Anne była dobrą kobietą i należała jej się noc z jej chłopakiem. Louis kochał Harry’ego, ale Harry w tamtym momencie nie był najlepszym synem i był tego świadom.
Harry westchnął, opuszczając swoją głowę, i przytaknął. - Powinnaś pójść z Robinem - powiedział swojej matce niechętnie. - Ja będę z Louisem.
Anne znowu miała na twarzy ten dziwny miks rozczarowania, nadziei i desperacji na swojej twarzy, kiedy zapytała: - Jesteś pewien? Nie mam nic przeciwko... albo moglibyśmy... Louis i Robin...
Ale Harry szybko pokręcił głową. - Nie, ja... nie, po prostu zostanę z Louisem. Czy ty... mogę zostać z nim na noc albo on tutaj?
Anne pokiwała głową, przełykając ślinę. - Tak, ja... ja miałam, erm... - Potarła swój kark i z tego, co widział Louis, zarumieniła się. - Ja właściwie... planowałam tam zostać? U Robina? - Harry wpatrywał się w dywan, ale szybko zrobił się czerwony, a Anne szybko dodała: - Po prostu pewnie będę pić i nie chcę po tym prowadzić, no wiesz, więc...
- Nie, ja... ja rozumiem - powiedział Harry, z desperacją siląc się na uprzejmy ton. Louis pomyślał, że wyszło mu to całkiem nieźle. Było słychać tylko odrobinkę fałszu.
Anne pokiwała głową, wzdychając, a Harry powiedział, tak łagodnie jak tylko mógł: - Ja i Lou idziemy, dobra? - Pochylił się do przodu i pocałował swoją mamę, a Louis rozpoznał ten ton - tę desperację, by uciec cholernie daleko - więc wyszedł z kuchni, niezręcznie machając do Anne, i razem, on i Harry, upuścili dom Harry’ego, zmierzając w kierunku dżungli.
Louis leżał na plecach na unoszącym się łóżku, wzdychając gdy Harry wpychał język w jego usta. Jedna z dłoni Harry’ego trzymała dłoń Louisa a druga niezręcznie poklepywała jedno miejsce na piersi Louisa przez koszulkę. Louis stęknął w pocałunek, gdy ten dotyk stał się zbyt czuły, i położył swoją wolną dłoń na dłoni Harry’ego, kierując ją w dół na jego bok. Nawet gdy Harry ssał język Louisa w swoich ustach, jego dłoń niepewnie unosiła się nad bokiem Louisa, który położył swoją własną rękę na boku Harry’ego, pocierając go powoli w górę i w dół, by pokazać Harry’emu co robić.
Po chwili Harry zaczął naśladować jego ruchy, a Louis westchnął z zadowoleniem i przycisnął swoje palce do żeber Harry’ego przez jego bluzę i koszulkę. Harry wydał z siebie zaskoczony dźwięk prosto w wargi Louisa i odsunął się, gdy chwycić oddech. - Naprawdę lubię, gdy tak robisz - wyszeptał z zamkniętymi oczami i trochę urywanym oddechem.
- Co? - zapytał Louis. - To? - Przycisnął swoje palce trochę mocniej, bliżej Harry’ego, a Harry kiwnął głową i jego oczy otworzyły się, ujawniając rozszerzone źrenice. Louis zdecydował zatrzymać tę wiedzę w swojej głowie na jakiś czas.
Harry westchnął i położył się, w połowie na Louisie, a Louis trzymał go blisko siebie.
- Myślisz, że jestem okropnym synem - powiedział cicho Harry, nie spoglądając na Louisa.
Louis opuścił wzrok na loki przysłaniające mu widok i uniósł dłoń, która spoczywała na plecach Harry’ego, by podrapać jego głowę. - Myślisz, że twoja mama jest okropną mamą - odparł cicho.
Harry westchnął i pokręcił głową. - Nie, ja nie... nie myślę tak - powiedział. - Może byłoby łatwiej, gdybym tak myślał, ale... Ona w ogóle nie jest złą mamą.
- Ja też tak nie myślę, no wiesz - powiedział łagodnie Louis, drapiąc go. - Że jesteś okropnym synem, znaczy się. Wcale nie sądzę, że jesteś okropnym synem. Jesteś po prostu... zdezorientowany. Zmieszany. - Harry przytaknął, wzdychając. Rozkoszując się. Louis również westchnął. - Harry, kochanie, to w porządku, że nie podoba ci się, że twoja mama się z kimś spotyka. Ale nie rozmawianie z nią o tym jest po prostu... głupie, naprawdę. - Harry skrzywił się na prawdę Louisa, ale Louis kontynuował, wiedząc, że chłopak potrzebował to usłyszeć. - Co się stanie, jeśli Robin się jej oświadczy, a ty nie będziesz znał mężczyzny, którego chce poślubić twoja mama? Albo co jeśli będzie chciała twoje błogosławieństwo, a ty jej go nie dasz? Naprawdę pozwolisz swojej mamie zakochać się w kimś tylko po to, by później jej odmówić? Pozwolisz jej się tak w to wplątać?
Harry wypuścił z siebie drżące westchnięcie i mocniej wcisnął swoją twarz w pierś Louisa, a Louis przejechał palcami przez jego loki, pocieszając go. To była robota Louisa - troska, popychanie do działań, a potem pocieszanie.
- Gdzie ty to wszystko trzymałeś? - zapytał Harry, starając się na odrobinę humoru i psując to, gdy zadrżał mu głos.
Louis był cicho przez minutę, zastanawiając się, i westchnął zanim odpowiedział: - To siedziało we mnie przez długi czas.
Harry wtedy uniósł na niego wzrok, a jego oczy były zdezorientowane i smutne i Louis starł kciukiem małe łzy, które zebrały się tam bez ich wiedzy. - Co masz na myśli? - zapytał, a jego kciuk masował biodro Louisa.
Louis spojrzał na gwiazdy na suficie, wsłuchał się w dźwięki nadchodzące od małego radia stojącego w kącie i powiedział: - Nigdy nie powiedziałem mamie, że nie lubiłem Marka. Ja... ja po prostu to zignorowałem tak jak ty, oprócz paru dziecinnych kłótni co jakiś czas. A kiedy się oświadczył i ona mnie o to spytała, byłem tak zmęczony kłótniami, że się zgodziłem. - Spojrzał na Harry’ego, chcąc się obronić. - Kocham moje siostry bardziej niż cokolwiek i pamiętam kiedy moja mama była szczęśliwa z Markiem i to sprawiało, że byłem szczęśliwy. Ale oprócz tego... bardzo tego żałuję... że jej nie powiedziałem.
Harry zagdakał z współczuciem i pocałował brodę Louisa, a ten uśmiechnął się zanim przypomniał sobie, że mieli gadać o Harrym. - Po prostu nie chcę, żebyś tego żałował - powiedział cicho, wpatrując się w gwiazdy.
Harry westchnął i stoczył się z Louisa, kładąc się na plecach. Louis od razu zatęsknił za jego ciężarem, za ciepłem, za Harrym, ale młodszy chłopak szybko przysunął się do niego i chwycił jego dłoń, splatając ich palce. - Więc, powinienem z nią porozmawiać - wymamrotał Harry.
To nie było pytanie, nie bardzo, skoro Harry wiedział, co Louis chciał, żeby zrobił, ale Louis i tak natychmiastowo odpowiedział: - Tak.
Harry westchnął ponownie i kiwnął głową, a Louis ścisnął ich palce.
Louis westchnął, zamykając za sobą drzwi po tym jak odwiózł Harry’ego do domu, żeby mógł porozmawiać z Anne. Westchnął jeszcze raz na dokładkę, gdy nagle poczuł się zmęczony i wyczerpany, i poszedł do salonu, by opaść na kanapę. Daisy i Phoebe oderwały oczy od telewizora, który stał przed nimi, i powitały go radośnie, a Louis pomachał do każdej z nich.
Louis zamknął oczy i pozwolił idiotycznej kreskówce bliźniaczek utulić go do snu, wypełniając go marzeniami o małych, gadających smokach, które uczyły wszystkich akceptacji.
Oddech uciekł z Louisa, gdy obudził się z jękiem, instynktownie starając się przekręcić na drugi bok i skulić. Jednak nie mógł tego zrobić przez ciężar spoczywający na jego brzuchu i jęknął, gdy zarejestrował dwie pary kościstych kolan wbijających się w niego. - Dziewczynki - wydyszał Louis. - Schodźcie ze mnie.
Bliźniaczki zachichotały i zeszły na bok, a kiedy Louis w końcu otworzył oczy, wpatrywały się w niego. - Mamusia cię woła - powiedziała Phoebe.
- Ta, mamusia cię woła - powtórzyła Daisy.
Louis kiwnął głową. - Gdzie ona jest? - zapytał.
- W gabinecie - powiedziały zgodnie, a Louis przełknął ślinę pomimo ściśniętego gardła i wstał.
Pocałował dziewczynki w czoła, udał się na drugie piętro i zakręcił się dookoła balustrady w drodze do gabinetu swojej mamy. Zapukał do drzwi i usłyszał “wejdź”. Rzucił okiem na to, co było za drzwiami i zobaczył swoją mamę spoglądającą na niego oczekująco.
Louis odchrząknął, gdy wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi, i usiadł na krześle naprzeciwko biurka, wiercąc się. Ich gabinet zwykle nie był źródłem dobrych wieści.
- Wszystko w porządku, mamo? - zapytał Louis, starając się wpleść trochę radości w swój ton.
Jay pokręciła głową. Wzięła głęboki oddech i rozprostowała swoje ręce, szukając Louisa. Louis podał jej swoje dłonie, a ona chwyciła je mocno, jakby była to jej ostatnia deska ratunku. Westchnęła i nareszcie spojrzała w oczy Louisa, mówiąc spokojnie: - Mark chce rozwodu.
Infinity in Always, część druga; polskie tłumaczenie
Link do oryginału: http://archiveofourown.org/works/1650335
Autorka: loriannescarlett
Opis: Nieznajomy wita Louisa za każdym razem, gdy spogląda w lustro - nieznajomy z zapadniętymi oczami i policzkami oraz ostrymi kośćmi policzkowymi, którego kosmyki mysich włosów plątają się w zawiłe kołtuny i zwijają w coś zbliżonego do połamanej aureoli. Każdego ranka recytuje, powtarza do nikogo innego, tylko do siebie, żeby spróbować zapamiętać, że: - To ja. Tak wyglądam. - Ta prosta czynność wykonywana jest przez niego tak często, że stała się bardziej rytuałem niż rutyną i nawet wtedy jest to tylko część tego, co musi robić w chwili, gdy blask księżyca umiera, a dzień bierze kolejny oddech.
(Louis cierpi na prozopagnozję; nie umie rozpoznawać twarzy, nawet tych znajomych. Nie pamięta swojej własnej twarzy, a co dopiero Harry’ego, ale pamięta jego skórę pod czubkami swoich palców, to jak drżał pod jego dotykiem, jakby Louis był ogniem, a Harry niczym więcej niż zwykłą kartką papieru, rozpadającą się w popiół).
<CZĘŚĆ PIERWSZA
Notka od tłumaczki: Chciałam opublikować to szybciej, ale wyszło jak wyszło. Taki trochę prezent na Walentynki. Przepraszam za jakiekolwiek błędy. Enjoy! :) x
Część druga:
Tamtej nocy tulili się w ciemności, a plecy Louisa przyciśnięte były do torsu Harry’ego, który szybko zmniejszył nikłą odległość pomiędzy nimi, ścisnął go mocno i trzymał bardzo blisko.
- Czujesz to? - wyszeptał do ucha Louisa Harry.
Nie potrzeba było więcej słów, bo ogłuszające bicie serca Harry’ego przedzierało się przez plecy Louisa, uspakajając go swoim nieregularnym tempem; więc odwrócił się, spojrzał w nieskończenie zielone oczy i powiedział:
- Tak.
Potem ich wargi się spotkały i wszystko dookoła nich rozpuściło się w powietrzu, i w tamtym momencie oni byli jedynymi żywymi istotami, ich dwójka na całym świecie i nic innego ich nie obchodziło. Nie potrzeba było dużo, żeby niewinny całus przerodził się w pełen pasji pocałunek, z walczącymi językami i zderzającymi się zębami, z przygryzanymi wargami i ciężkim oddechem.
- Pamiętaj mnie - powiedział pomiędzy pocałunkami Harry - i nigdy nie zapomnij.
- Spróbuję - powiedział Louis, bo to było najbliższe obietnicy, której nie mógł mu dać.
Z desperacją starał się pokonać ten niewidzialny dystans pomiędzy nimi, pragnął, żeby ciepło Harry’ego złączyło ich ciała i dusze.
Kiedy w końcu odsunęli się od siebie, aby nabrać powietrza, oczy Louisa obejrzały całą twarz Harry’ego, ale chłopak szybko je zamknął, zmarszczył brwi, zdenerwowany, bo wszystko inne widział wyraźnie, - pierś Harry’ego, jego mocne ramiona, jego zmierzwione włosy - ale jego mózg wyłączał się, gdy tylko jego oczy spoczywały na twarzy Harry’ego, a każdy jej rys zlewał się ze sobą, wzmacniał się i zanikał; trudno było ułożyć z tego pełen obraz.
- Hej - powiedział Harry, całując obie powieki starszego chłopaka. - Co się dzieje?
Louis przycisnął dłońmi swoje zamknięte oczy. - Twoja twarz. Nie widzę, nie mogę…
- Lou, otwórz swoje oczy.
Louis posłuchał go, jednak trochę powoli.
- Skup się - instruował go Harry. - Skup się na jednej rzeczy na raz.
Niebieskie kule przeleciały po nachyleniu nosa Harry’ego, krzywiźnie jego różowych warg, łuku jego rzęs, ale ponownie zniknęły pod powiekami. - Nie mogę.
- Możesz, Lou. No dalej - namawiał go delikatnie Harry. Może i był samolubny, ale nie chciał, żeby wzrok Louisa uciekał od jego twarzy. Chciał, żeby chłopak spoglądał głęboko w jego oczy i sam zobaczył te skwarne piekło, które płonęło tam jedynie dla niego.
- To trudne, H - przyznał Louis. - Sprawiasz, że tak trudno jest mi się skupić. Jak mogę patrzeć tylko na jedną rzecz na raz, gdy chcę widzieć wszystko?
- Kurwa, Lou - wyszeptał w jego usta Harry. - No dalej. Skup się.
Louis spróbował jeszcze raz, pozostawił swoje oczy na twarzy Harry’ego z determinacją, by wyryć obraz swojego kochanka w swoim umyśle, tak głęboko, żeby widzieć go, gdy zamknie oczy. Harry zdecydował się pomóc, przejechał dłońmi po ramionach Louisa, a czubki jego palców wydawały się być piórkami, czymś nieziemskim. Louis natychmiast zamknął swoje oczy i wziął drżący oddech.
- Patrz na mnie - instruował go Harry, delikatnie głaszcząc krągłości Louisa.
Wiele kosztowało Louisa otworzenie swoich powiek, był zbyt onieśmielony wspaniałym uczuciem palców Harry’ego przejeżdżających po jego skórze. O wiele trudniej było utrzymać nad sobą kontrolę, kiedy Harry bombardował jego nos, czoło, policzki, wargi i wszystko inne pocałunkami. Louis przesunął się lekko, wślizgnął się pod ciężar Harry’ego i ich centra zderzyły się, ich ciepła spotkały i Harry wydał z siebie obsceniczny, bezwstydny jęk.
Nawet gdy nie byli przy sobie, kiedy nie mogli się dotknąć, pragnienie pomiędzy nimi nadal płonęło, nadal żarzyło się tak gorąco, że potrzebowali tylko paru minut, żeby łaknąć tego uczucia skóry ocierającej się o skórę, ust o usta, dźwięków harmonizujących się ze sobą w jednej pięknej symfonii. I gdy ich ciała tańczyły, poruszając się przy sobie niczym partnerzy wykonujący skomplikowane tango, Louis utrzymywał swoje oczy otwarte, wbite w jedyny obraz, który chciał mieć wyryty w swoim umyśle.
Tego poranka słońce ociepliło świat i obudziło go z głębokiego snu, wypełniło ciemny pokój surrealnym światłem, a jego promienie tchnęło życie w dwóch mężczyzn, którzy byli skuleni i przytuleni do siebie niczym dwa kawałki puzzli.
Harry obudził się pierwszy - jego ręce zdrętwiały dookoła pasa Louisa - i wykorzystał tę chwilę, żeby przyjrzeć się plecom Louisa - adorując eleganckie zarysy jego ciała, jego delikatne, miękkie włosy i wdychając jego zapach: ziemski i całkowicie zachwycający - i zaczął składać wszędzie delikatne pocałunki: jeden na jego karku, dwa na jego łopatkach, buziak na jego uchu, jakby zaznaczał miejsca, w których był, byłem tutaj i tutaj, i tutaj, ale wtedy Louis obudził się, wiedząc z tego za bardzo znanego ciepła, że to Harry tulił go od tyłu.
- Dobry, Lou - wyszeptał, ściskając go i chowając swoją twarz w szyi Louisa.
Louis nagle przypomniał sobie o poprzedniej nocy, więc zesztywniał, nie odwrócił się, nie ruszył się, nie oddychał.
Zamiast tego, czas mijał tak po prostu, z plecami Louisa wpasowującymi się w tors Harry’ego, ze światłem słonecznym topiącym pokój, nie zostawiającym żadnego zagięcia ani żadnej szczeliny w ukryciu. To piękne, pomyślał Harry. Chciał zachować ten moment, uchwycić go w bursztynie i obwiązać nim siebie całego, żeby nie zapomnieć o tym, jak pierś Louisa unosiła się i opadała, gdy uczył się oddychać, o tym, jak światło dzienne włamało się do pokoju i rozsypało dookoła jak półprzezroczysty opal, o tym, jak jego serce biło mocniej z myślą o Louisie i niczym innym.
- Dobry - odpowiedział w końcu Louis. Gdy tylko się odwrócił, Harry złączył wargi Louisa ze swoimi delikatnymi i czułymi.
- Lou, w końcu znalazłem coś wartego pożyczenia - przyznał bez tchu Harry. - Od tego Chucka Lee.
- Tak? - Louis przejechał swoimi dłońmi po rękach Harry’ego, w górę do jego ramion, szyi i przerwał na jego policzku. - Co takiego?
- Cóż, kiedy czytałem książkę pomyślałem o tym, że co jeśli bylibyśmy w jakimś zatłoczonym miejscu, jak na imprezie? Może ja byłbym po drugiej stronie pomieszczenia. Jak odnalazłbyś mnie pośród tych wszystkich ludzi?
- Dobre pytanie - Louis zmarszczył swoje brwi, widocznie przetrząsając swój mózg w poszukiwaniu pomysłów. - Bardziej polegam na dotyku, a dystans to tego największa wada, serio.
- Pomyślałem, że mógłbym po prostu podejść i wycałować cię na śmierć, ale, - dumał Harry, ciesząc się na groźne spojrzenie Louisa - jestem pewien, że nie byłbyś z tego zadowolony.
- To dziwne i pewnie bym uciekł, skoro na początku bym cię nie rozpoznał - powiedział Louis. - Pamiętaj o tym.
Harry zachichotał; jego śmiech był lekki i kąpał pokój w pewnego rodzaju cieple, który mógłby przewyższyć promienie słoneczne. - I wtedy przeczytałem część, w której Chuck poprosił swoją żonę, żeby zrobiła sobie tatuaże, żeby mógł łatwiej ją sobie przypomnieć.
- Więc myślisz o zrobieniu sobie tatuaży?
Harry kiwnął głową z entuzjazmem.
Gdy Louis leniwie rysował swoje inicjały na skórze Harry’ego czubkiem swojego palca, w jego głowie pojawił się pomysł i uśmiechnął się, mówiąc: - Albo lepiej, my moglibyśmy zrobić sobie tatuaże.
- My?
- Tak. - Louis usiadł prosto, jednak jego dłoń nadal leżała na piersi Harry’ego. Poczuł jak serce chłopaka załopotało pod jego ręką. - No wiesz, pasujące tatuaże. Żebym zawsze pamiętał też o tym, że jesteś mój.
- Kurwa. - Harry uniósł się, żeby pocałować Louisa z otwartą buzią.
- Co? - powiedział Louis, nie odpowiadając na gorącą deklarację miłości Harry’ego. - Myślę, że to dobry pomysł.
- Nie - uśmiechnął się, całkowicie ukazując dołeczki po obu stronach jego policzków. - To cholernie świetny pomysł.
W drodze do studia tatuażu, Louis i Harry weszli w gorącą dyskusją dotyczącą tego, jakie tatuaże powinni sobie zrobić. Harry chciał coś dziwnego, co miałoby pewną głęboką wartość - chciał, żeby tatuaże były osobiste, żeby oni byli jedynymi ludźmi na świecie, którzy byliby w stanie zrozumieć rysunki na ich ciałach. Louis zgodził się i dodał, że tatuaż powinien być wystarczająco duży, żeby był widoczny nawet z odległości paru mil.
- Powinniśmy zrobić sobie więcej niż jeden - zasugerował Harry, a jego oczy ani razu nie opuściły niekończącej się drogi, kiedy skręcił samochód w lewo, potem w prawo, a potem znowu w lewo. - W ten sposób na pewno tego nie ominiesz.
- Ale to będzie cholernie bolało - powiedział Louis, wyobrażając sobie ostrą igłę przeszywającą jego skórę, tworzącą trwały rysunek na jego ciele.
- Och, no weź - namawiał go Harry, a jego ton był lekki, ale urzekający, taki, który mógłby nakłonić Louisa do zrobienia cokolwiek on chciał. - Będzie w porządku, zaufaj mi. A swoją drogą, wiem, jak odgonić ból.
Harry nie musiał nawet spoglądać w tamtą stronę, by poczuć gorące spojrzenie Louisa na swojej skórze.
Po wymienieniu paru pocieszających słów i więcej niż paru pocałunków, żeby zamknąć się nawzajem, zgodzili się razem, że każdy z nich zrobi sobie dwa tatuaże, koniec kropka. Harry chciał więcej, bo podobała mu się myśl o skórze Louisa wypełnionej tatuażami, które pasują do jego, wymowne wskazówki, że Louis jest jego i tylko jego, ale Louis nie chciał tak szaleć już za pierwszym razem.
Zdecydowali się na realistyczny kompas na wewnętrznej stronie prawej ręki Louisa, który wskazywał na statek znajdujący się na lewym bicepsie Harry’ego, jak jakaś dziwna biżuteria; i na linę na wewnętrznej stronie prawego nadgarstka Louisa, która idealnie pasowała do kotwicy tuż powyżej lewej dłoni Harry’ego.
Gdyby stali koło siebie - Louis po lewej Harry’ego - ich tatuaże idealnie by się uzupełniały: lina zawiązana tak, by ułożyła symbol nieskończoności, co było pierwszą myślą w głowie Louisa, kiedy patrzył Harry’emu w oczy, wieńczyła kotwicę nad prawą dłonią Harry’ego, kotwicę, która utrzymywała ich na ziemi, pokornych pomimo ciężkich chwil, pomimo niebezpiecznych wód; kompas na ręce Louisa wskazywał na statek Harry’ego, jakby deklarując, że Harry był prawdziwą północą, że to on jest jego domem.
Tamtej nocy złączyli się w tlącej namiętności, ich ciała naprężone i przyciśnięte do siebie, wypełniając wszystkie puste przestrzenie pomiędzy nimi, wargi pustoszące kawałki nagiej skóry, wzniecające płomienie przy każdym pocałunku. Byli rozpaleni jak dwa piekła żywiące się nawzajem swoim ciepłem, błyszczące mocniej i mocniej.
Dłoń Louisa przejechała po bandażu na lewej ręce Harry’ego, zakrywającym statek i kotwicę, głaszcząc jego skórę tak delikatnie jak to tylko możliwe, a jednak Harry czuł się jakby jego skóra miała zaraz zamienić się w popiół.
- Lou, czekaj - wychrypiał Harry, unosząc dłoń starszego ze swojego ciała. - Bez dotykania.
- Ale myślałem, że lubisz, kiedy cię dotykam - droczył się Louis. - Myślałem, że chciałeś mnie na sobie cały czas.
- Bo to prawda - wyjęczał Harry. - Naprawdę. Ale nie chcę, żebyś za bardzo polegał na dotyku.
Louis kiwnął głową i delikatnie powiedział: - Okej.
Harry widział niepewność w niebieskich oczach Louisa, widział jak powoli stawały się zamglone przez niepokój i terror, jak złowieszcze chmury wiszące na porannym niebie, więc powiedział: - W porządku, Lou. - i uniósł dłoń skołowanego mężczyzny i rysował kręgi na jej zewnętrznej części opuszką swojego kciuka. Louis widocznie się zrelaksował, czuł się, jakby Harry trzymał go za drugi koniec liny, odciągając od krawędzi. - Możemy trzymać się za ręce dopóki nie nadejdzie dzień, okej?
- Nie puszczaj mojej dłoni do tego czasu - błagał Louis, bo potrzebował ciepła Harry’ego, musiał czuć puls pod jego skórą, żeby być pewnym, że wszystko będzie w porządku.
Harry uniósł dłoń Louisa do swojej twarzy, pocałował ją powoli i pozwolił swoim wargom na niej pozostać. Skóra pod ustami Harry’ego zdawała się być gorąca i pulsowała od pożądania. - Nie puszczę.
- Obiecujesz?
- Obiecuję - powiedział w dłoń swojego kochanka Harry, jakby zostawiając ślad swojego istnienia na istocie Louisa. - Będę tu dla ciebie. Zawsze.
Następnego ranka Harry dotrzymał swojej obietnicy i obaj delikatnie ściągnęli swoje bandaże w łazience przy pomocy ciepłej wody, pozwalając skórze naturalnie się wysuszyć. Tatuaże wyglądały świetnie pod światłem, a fakt, że były trwałe, wyrażał ich miłość, pomyślał Harry. Nie można było ich cofnąć, były wieczne.
- Pamiętasz Nialla? - zapytał Harry, kiedy w końcu wygodnie usiedli obok siebie na sofie. - Nialla Horana?
Louis przeszukał swój umysł, starając się znaleźć obraz, ale w końcu dostał tylko ogólny opis. - Uch, tak jakby. Irlandczyk z blond włosami?
- Tak - powiedział Harry. - Robi dzisiaj u siebie imprezę i pomyślałem, że powinniśmy pójść. No wiesz, sprawdzić nasze tatuaże i tak dalej.
Louis był trochę niepewny, ale jeśli Harry chciał to zrobić, to on też. - Okej.
- Będziemy też mogli pogadać z innymi ludźmi - dodał Harry.
- Nigdy nie byłem w tym dobry - powiedział Louis, a Harry skrzywił się, jakby nie mógł uwierzyć w to, co wyszło w ust Louisa.
- Nie pamiętam twarzy innych ludzi - tłumaczył Louis. - To nie robi ze mnie za bardzo lubianego gościa.
Harry myślał przez chwilę, a potem wstał. - Ale możemy to zmienić. - Potem pobiegł w górę po schodach, a dźwięk jego stóp uderzających o stopnie szedł echem po całym domu.
- Harry, co ty robisz? - krzyknął Louis i dostał odpowiedź, która była zbyt stłumiona, by mógł ją usłyszeć.
Niedługo później, Harry zbiegł po schodach z zeszytem Louisa w swoich dłoniach. - Może robiłeś to nie tak.
Kiedy Harry usiadł koło Louisa, pomachał przed nim zeszytem i kontynuował: - Przez cały czas kiedy spotykałeś nową osobę zapisywałeś jej cechy. Ale czy utrzymywałeś z nią kontakt? Spotykasz ją codziennie?
Louis powoli pokręcił swoją głową. Nie wiedział, dokąd zmierzał Harry.
- W tym problem - powiedział z ożywieniem Harry, szczęśliwy jakby właśnie w końcu znalazł odpowiedź na nurtujące go przez całe życie pytanie. - Chuck Lee powiedział, że zawsze spędza dużo czasu z ludźmi, których spotyka. Utrzymuje z nimi kontakt, znajduje małe rzeczy, na które inni ludzie nie zwracają uwagi i wtedy jest w stanie ich zapamiętać.
- Właściwie to ma sens - kontynuował Harry. - Pamiętasz mnie bardziej niż innych ludzi, których spotkałeś, bo poświęcasz mi dużo uwagi, racja?
- Nie pochlebiaj sobie tak bardzo, H - powiedział, drocząc się z nim Louis. - Ale tak, chyba tak.
- Więc, co ty na to - powiedział Harry, przerzucając zżółknięte kartki od początku do końca. - Spotkamy się z wszystkimi ludźmi, których masz tutaj zapisanych i spędzimy z nimi fajnie czas. Poznamy ich.
- To szalone - odparował Louis. - Zapisałem tam wielu ludzi i nie ma mowy, żeby udało nam się spotkać dzisiaj z nimi wszystkimi.
- W takim razie tylko z paroma - powiedział Harry. - Do czasu imprezy.
- Nie wiem…
- No weź, Lou - namawiał go. - Nie będziesz sam. Będę zaraz obok ciebie.
I pomimo iż niechęć w jego sercu była przeogromna, Louis zgodził się.
- Świetnie! - wykrzyknął Harry. - Och i obiecajmy coś sobie.
- Co?
- Kiedy w końcu będziesz pamiętał ludzi bez potrzeby robienia notatek, obiecaj mi, że wrzucisz ten zeszyt do morza. Tak jak ja to zrobiłem z paroma twoimi notatkami.
Wahanie tryskało z Louisa, topiąc jego słowa. - Ale on był ze mną przez ten cały czas.
- Był z tobą i twoją prozopagnozją - powiedział Harry, prawie potykając się na ostatnim słowie. - Wyrzucenie go, gdy już nie będziesz go potrzebował, będzie oznaką zwycięstwa.
Ten pomysł podobał się Louisowi; podobała mu się myśl, że mógłby wygrać ze swoją tak zwaną “nieuleczalną” chorobą, więc obiecał mu to, z takim samym wigorem, jaki wydzielał z siebie Harry.
Pierwszą osobą na liście była Tori. Była sąsiadką Louisa i była miła, kiedy się tam przeprowadził, ale z czasem stała się coraz bardziej odległa, gdy Louis ciągle zapominał kim była, nawet gdy zapisał jej wygląd w swoim zeszycie. Czasami po prostu nadal trudno było określić kto jest kim, nawet jeśli miał ich rysy na papierze, bo słowa Louisa nie były zdjęciami - rysowały pewien obraz, ale nadal były ogólne i nigdy nie będą tak jasne jak fotografia.
Harry myślał, że dobre maniery nakazują, żeby przynieśli jakiś prezent przy swojej wizycie, więc pojechał do piekarni po sernik jagodowy i spakował je w pudełko “Twisters”. Kiedy wrócił przeszli minutową drogę do domu Tori.
Louis miał serce w gardle, gdy zapukał i czuł się jakby doświadczał wieczności, chociaż minęło tylko pięć sekund. Kiedy drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich zaokrąglona kobieta z ciemnymi blond włosami, ubrana w wygodną białą koszulkę i spodnie. Louis był tak zdenerwowany, że nie mógł nic z siebie wydusić. Więc Harry zaczął za niego i powiedział:
- Hej, Tori.
- Cześć, Harry - odpowiedziała. Uśmiechnęła się krzywo i spojrzała na Louisa, starając się powstrzymać swoją ciekawość. - Louis.
- Cześć, Tori - powiedział Louis po tym jak znalazł w sobie odwagę i chęć do rozmowy. Nie mógł pozwolić nerwom wygrać, nie teraz. Musiał to zrobić, musiał zwyciężyć. Więc rzucił Tori swój najlepszy uśmiech, uniósł pudełko w swoich dłoniach i powiedział: - Chcieliśmy cię odwiedzić. I przynieśliśmy ci też ciasto.
Zaskoczenie i zdziwienie nadal było wyryte na każdym zmarszczeniu jej czoła, ale zakryła to uśmiechem, gdy przejęła prezent z dłoni Louisa. - Dziękuję. No cóż, wejdźcie.
Gdy to zrobili, Louis poczuł zapach świeżej farby i dyskretnie spojrzał na Tori - jej ciemne blond włosy były splątane, przyklejone do jej czoła potem, jej paznokcie połamane, a jej palce szorstkie - więc założył coś sobie i pozwolił słowom spłynąć z jego języka.
- Fajne mieszkanie - powiedział Louis. - Zrobiłaś fantastyczną robotę w swoich poprawkach.
Tori nie mogła powstrzymać wielkiego uśmiechu na jego słowa; nie oczekiwała, że ktokolwiek zauważy, że jest w połowie remontu swojego domu. - Dzięki. Na samym malowaniu przedpokoju spędziłam tygodnie.
- Cóż, na pewno nie zmarnowałaś tego czasu - powiedział Louis i zagwizdał na brak białych plamek na ścianach. - Nie ominęłaś żadnego miejsca.
- Doceniam to - podziękowała Tori i zachichotała z radości. - Na pewno nie myślałam, że żaden z was to zauważy, ale kto by pomyślał? Swoją drogą, mogę wam coś zaproponować? Kawę, herbatę?
- Herbata byłaby w porządku - powiedział Harry.
- Ja wezmę to, co on - powiedział Louis, a jego wcześniejszy dyskomfort zniknął całkowicie.
Tori radośnie kiwnęła głową i skierowała się do kuchni. Kiedy nie była już w zasięgu słuchu, Harry odezwał się z powątpiewaniem: - Myślałem, że jesteś zdenerwowany.
- Bo byłem - przyznał Louis. - Ale myślę, że idzie mi to coraz lepiej.
- Jesteś w tym naturalny, Lou - skomplementował Harry i zaśmiał się, kiedy zauważył arogancką “oczywiście” minę Louisa.
Kiedy Tori wróciła z dwoma filiżankami herbaty, jedną kawą i trzema talerzami jagodowego sernika w dłoni, rozmowa rozkwitła i potoczyła się dalej; Louis żartował w dobrych momentach, śmiał się z Harry’ego, kiedy ten opowiadał okropne “puk puk” żarty, a radosny śmiech szybko odbijał się od ścian i sprawiał swoją energią, że powietrze było lżejsze. Tori zaczynała ocieplać swoje stosunki do Louisa, który zawsze starał się dyskretnie notować jej wyróżniające się cechy w swojej głowie - zauważył znamię na jej szyi, które wyglądało jak półksiężyc; zauważył małą bliznę na jej lewej brwi; przypomniał sobie jak chodzi i jak się zachowuje - elegancko, ale z optymizmem, jakby mogła być charyzmatyczna i wydurniać się w tym samym czasie. Te wszystkie małe rzeczy zachował w swoim sercu i wypalił we wspomnienia, żeby nigdy nie zapomnieć.
Trzy godziny stopniały tak szybko, kiedy dobrze się bawili - i kiedy prawie umarli ze śmiechu, gdy Harry upadł prosto na twarz, bo starał się stanąć na rękach, obaj postanowili wyjść. Tori odprowadziła ich z ciężkim sercem i lekko zmarszczonymi brwiami i kazała im obiecać, że odwiedzą ją następnego dnia, a ona ugości ich wielkim domowym posiłkiem. Louis powiedział jej, że nie mogą się doczekać i opuścił jej dom, pełen ciepła i stremowany w środku.
Następny dom był ostatni na ten dzień i zdecydowali się, że pojadą do Jake’a, hydraulika Louisa.
- Nie znam Jake’a - powiedział w samochodzie Harry. - Więc sam będziesz musiał zacząć rozmowę.
Louis, chociaż trochę zdenerwowany, bo czuł, że Jake nie jest tak łatwy jak Tori, pokiwał głową i powiedział: - Mam jedynie nadzieję, że lubi sernik jagodowy.
Harry zrobił sztuczną zszokowaną minę. - Wszyscy lubią sernik jagodowy.
I okazało się w końcu, że Harry miał rację. Jake uwielbiał ten deser, nawet pomimo tego, że wyglądał groźnie ze swoimi mięśniami i wąsem, okazał się być przyjaznym mężczyzną, który miał słabość do jagodowego sernika i koni. Adorował konie z wielką pasją.
- Konie są silne - powiedział. - Są szybkie i niezwykle zwinne. Przeciętny koń ważący pięćset kilogramów chodzi na takich samych kościach, jak człowiek, który poruszałby się na palcach.
Zawsze był tak przejęty tym, co mówił o koniach, że Louis nawet nie musiał się ukrywać, mógł po prostu się gapić, a Jake w ogóle by nie zauważył. Wziął pod uwagę to, jak bełkotał za każdym razem, gdy wymawiał słowa zawierające literę s; zauważył, jak nie miał małego palca u lewej dłoni przez wypadek hydrauliczny; i zapamiętał tatuaż podkowy z tyłu jego szyi.
Czas z Jakem minął tak szybko jak z Tori, kiedy brali udział w gorącej kłótni na temat tego, kto wygrałby w bitwie pomiędzy koniem a rekinem. Louis wybuchał śmiechem za każdym razem, gdy Harry starał się naśladować konia odpływającego od rekina, mówiąc: “nie dopłynąłby do brzegu, bo byłby zbyt zajęty topieniem się!”, a co Jake odpowiedział: “mógłby kopnąć rekina w oczy swoimi podkowami!” z taką pasją, że Harry nawet nie zauważył całej tej śliny, która wylatywała z ust Jake’a. Co było śmieszne, Harry naprawdę zdawał się być tak pochłonięty w tej dyskusji jak Jake.
Kiedy wyszli, Jake uścisnął ich szybko i poklepał w plecy, a oni obiecali, że zobaczą się z nim niedługo. Jake krzyknął, że ich kłótnia nie jest jeszcze skończona. Harry powiedział, że przyjmuje te wyzwanie.
Kiedy dotarli do domu Nialla było już dobrze po pierwszej rano, ale impreza nadal trwała - dwupiętrowy dom oświetlony był kolorowymi lampkami i pulsował od grzmiącej muzyki, która na pewno była problemem wszystkich sąsiadów w zasięgu paru mil. Dobrze, że dom Nialla był całkiem odizolowany, co oznaczało, że mogli imprezować tak głośno i tak długo jak tylko chcieli. Zanim opuścili samochód, Harry powiedział z lekkim zdziwieniem:
- Nadal nie mogę uwierzyć, że ktoś sądzi, że koń wygrałby bitwę z rekinem.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że się z nim o to pokłóciłeś - odparował Louis, po czym otworzył drzwi i wskazał Harry’emu, żeby szedł za nim.
Zatrzymali się przed drzwiami frontowymi, poczuli dudniącą muzykę pod swoimi stopami i spojrzeli na siebie.
- Wejdę pierwszy - powiedział Harry. - Ty poczekaj tu dziesięć sekund. Potem pójdź mnie znaleźć.
- Okej - powiedział Louis, a jego głos brzmiał na napięty i wymuszony.
- Kiedy mnie znajdziesz - powiedział Harry i pomimo zasady “zero dotykania” na nieokreślony czas, złapał szyję Louisa, przysunął ich twarze do siebie aż czubki ich nosów się stykały. - Wycałuję cię na śmierć.
Otworzył drzwi i zamknął je gwałtownie, zostawiając Louisa z rozdziawioną buzią i oczami pełnymi pożądania. Minęło zbyt dużo czasu od kiedy ostatni raz się dotykali - chociaż Louis był pewien, że ostatniej nocy zrobili więcej niż tylko dotykanie, ale ta chwila wydawała się daleko, daleko stąd. A nagroda Harry’ego jedynie wznieciła jego i tak już płonącą determinację.
Odliczał sekundy:
Dziesięć, dziewięć, osiem…
Pomyślał o pełnych wargach Harry’ego na swoich, delikatnych i gorących, i pełnych żądzy.
Siedem, sześć, pięć…
Pomyślał o języku Harry’ego pomiędzy swoimi wargami, rozchylającym je powoli i biorącym oddech, wchodząc do środka jego ust.
Cztery, trzy, dwa…
Pomyślał o wargach Harry’ego bawiących się z jego językiem, pomyślał o zębach Harry’ego ciągnących za jego dolną wargę z wystarczającą siłą, by te uczucie było niesamowite, jednak bez krwi, tak dobre aż on topi się i jego kolana odmawiają posłuszeństwa…
Wleciał do domu zdeterminowany, żeby znaleźć Harry’ego, bo potrzebował jego warg na swoich w tej chwili.
Ludzie odwracali się, żeby mu się przyjrzeć, ale nic sobie z tego nie robił; i tak była to tylko kupa ruszających się ciał bez twarzy, a po niedługim czasie odwrócili swój wzrok od chłopaka wyglądającego na szaleńca z załzawionymi niebieskimi oczami. Objął spojrzeniem całe pomieszczenie, szukał tatuażu statku albo kotwicy; bezcelowe było szukanie znaku rozpoznawczego Harry’ego - jego brązowych loków, bo schował je pod niebieską czapką, którą miało na sobie sporo chłopaków.
Muzyka była głośna i pulsowała od jego stóp po jego serce, sprawiając, że miał wrażenie jakby biło nieregularnie, chociaż w rzeczywistości tak nie było. Bezsensowne rozmowy i huczące rytmy połączyły się razem i utworzyły niebezpieczną kakofonię, ryczącą i sprawiającą, że czuł jakby jego oczy topiły się i miały wypłynąć przez uszy - ale starał się ignorować to jak tylko mógł. Louis skupił się na każdej osobie, zdesperowany, żeby znaleźć Harry’ego w morzu ludzi, ale ciała poruszające się dookoła niego albo przez przypadek, albo celowo, tak bardzo go rozpraszały, że potrzebował więcej czasu niż przypuszczał, żeby przedrzeć się przez tłum.
Louis musiał naprawdę się postarać, żeby nie potknąć się, upaść i ośmieszyć przez tymi wszystkimi ludźmi, ale to robiło się coraz trudniejsze przez nagłą zmianę tempa, która spowodowała, że ludzie zaczęli tańczyć szybciej i, w rezultacie, coraz częściej na niego wpadali.
Drżenie w jego żyłach sprawiało, że Louis myślał, że miał muzykę za krew, gitarę basową za puls i bębny za każde bicie jego serca. To nie byłoby takie okropne uczucie, gdyby tylko nie był tak rozkojarzony przez żądzę i cel znalezienia Harry’ego, co w tamtym momencie zdawało się niemożliwe.
Ale właśnie wtedy, gdy Louis rozważał oszustwo i wykrzyczenie imienia Harry’ego wystarczająco głośno, żeby można było usłyszeć je ponad muzyką, zauważył go - wysokiego gościa w czarnej koszulce bez rękawów, z widocznymi umięśnionymi ramionami i tatuażami, które zdobiły jego lewą rękę, trzymającego drinka przy ustach. Rozmawiał z blondynem, który, jak Louis zakładał, był Niallem, właścicielem tego domu. Louis dosłownie musiał przepychać ludzi, żeby dostać się do Harry’ego i w jego stronę rzuconych zostało wiele przekleństw, chociaż przepraszał, gdy biegł do młodszego mężczyzny z takim haniebnym pośpiechem.
Kiedy Louis stał dokładnie za Harrym, gwałtownie obrócił go do siebie, przycisnął swoje wargi do jego i pocałował go, jakby umierał z głodu - ich zęby zderzały się, przygryzali swoje języki, ich usta były otwarte, a cały pocałunek niechlujny. Louis słyszał gwizd i chichot Nialla, słyszał coś w stylu “cóż, bawcie się dobrze” i chłopak zniknął z widoku jak i z trosk Louisa.
Kiedy odsunęli się od siebie, łykając powietrze, źrenice Harry’ego były powiększone, a jego wargi opuchnięte i czerwonawo-różowe. - Myślałem, że to ja miałem wycałować cię na śmierć.
- Bez różnicy - wymamrotał w jego wargi Louis. To było tak, jakby nie mógł się nim nacieszyć i musiał całować go, żeby móc oddychać, żeby móc żyć.
- Lou, przestań - powiedział Harry, jęcząc kiedy Louis przycisnął ich ciała do siebie pod właściwym kątem i z właściwą siłą. - Nie zrobimy tego tutaj.
- To chodźmy do domu - powiedział bez tchu Louis i zajęczał w usta Harry’ego.
- Dopiero co tu weszliśmy - starał się przekonać go Harry. Louis sprawiał, że Harry’emu coraz trudniej było ułożyć poprawne zdanie. - A nie zrobimy tego w pokoju jakiegoś gościa.
- Ale Haz - powiedział pomiędzy pocałunkami Louis. - Potrzebuję cię. Chcę cię na sobie teraz.
- Nie rób mi tego, Louisie Tomlinsonie - jęknął Harry, ale to wszystko to były jedynie puste groźby.
Pomimo tego, że Harry protestował przed użyciem pokoju Nialla, w końcu i tak tam skończyli.
Harry starał się zapamiętać, żeby od teraz być dla niego milszym.
Opuścili imprezę o trzeciej nad ranem, pomimo faktu, że daleko było jeszcze do jej końca. To cud, że ci ludzie potrafili trwać w tym tak długo, serio. Harry i Louis po dwóch godzinach czuli się już tak zmęczeni, że ledwo mogli się ruszać; albo może różnica leżała w tym, że oni kochali się dziko, kiedy wszyscy inni zajęci byli tańczeniem.
Robiąc dokładnie to, co zrobili po powrocie z pogrzebu, postanowili położyć się na plaży i poczekać na wschód słońca, który miał nastąpić za dwie godziny.
Ich ciała były wyczerpane i niebezpiecznie gorące, więc czuli ulgę, gdy lodowata woda muskała ich stopy, ochładzając ich wystarczająco, żeby mogli się odezwać.
- Najlepsza impreza w życiu - powiedział bez tchu Harry.
- Chyba masz na myśli najlepszy seks w życiu - powiedział bezwstydnie Louis, czym zarobił śmiech od Harry’ego.
- Złapałeś mnie, Boo.
Chwila minęła w ciszy, a oni trochę odzyskiwali siły, które stracili, aż w końcu znowu mogli się ruszać i Harry był tym pierwszym, który usiadł prosto. Podziwiał niekończący się horyzont, niebo usiane gwiazdami, jego kochanka leżącego na plecach obok niego. Pomyślał, że jeśli miałby umrzeć w tamtym momencie, umarłby z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Niedługo będziesz w stanie mnie pamiętać - Harry wypowiedział swoje życzenie na głos - nawet nie rzucając wzroku na moje tatuaże.
Louis uśmiechnął się, podparł się na swoim łokciu i przyglądał się Harry’emu, skupiając się na tych szmaragdowych oczach, które tak bardzo kochał. - Po prostu mam nadzieję, że niedługo nadejdzie niedługo.
- Ja też - powiedział Harry.
Pozostali tak, z oczami Harry’ego wpatrującymi się w oczy Louisa, zieleń spotkała błękit, Ziemia dotknęła Nieba, i mogliby przysiąc, że unosili się w wieczności, w bezkresnej przestrzeni pomiędzy Księżycem a Ziemią; i gdyby mogli zatrzymać czas, zrobiliby to w tym momencie - z kuszącym morzem ogarniającym ich stopy, wabiącym ich, żeby przyszli bliżej; z zimnym nocnym wiatrem bawiącym się ich włosami, jakby palce jakiegoś ducha przebiegały po ich głowach; z kochającym spojrzeniem Harry’ego i nienaruszonymi wspomnieniami Louisa.
- Kocham cię - wyznał Harry. Pokonał określoną odległość pomiędzy ich ciałami, chwycił kark Louisa, pochylił się i pocałował go czule, kradnąc słowa z warg Louisa. - Kocham cię tak bardzo, że to boli.
Louis ukształtował swoje usta, próbował odpowiedzieć z taką intymnością i czułością, jaką czuł, ale Harry dosłownie spijał słowa z jego warg, sprawiając, że powiedzenie czegokolwiek było niemożliwe. Mógł tylko przyglądać się, skupić się na rysach Harry’ego, jednym na raz: zielone oczy, płonące pasją, zaokrąglone różowe usta, delikatne jak piórka, garbaty nos, który trąca Louisa w policzek za każdym razem, gdy się całują. Kiedy Louis w końcu wciągnął wystarczająco powietrza pomiędzy ich pocałunkami, w końcu udało mu się powiedzieć jedyną rzecz, która znajdowała się w jego głowie w tamtym momencie.
- Haz, dlaczego jesteś taki piękny?
- Codziennie zadaję sobie te pytanie - powiedział bezczelnie Harry. - Ale, Lou, jestem tu, wdychając cię, jakbym się dusił, bo jesteś taki wspaniały, że to boli; bolało jak cholera, gdy trzymałem się z dala od ciebie, boli jeszcze bardziej, gdy jestem obok, bo sprawiasz, że czuję się, jakbym ciągle był głodny ludzkiego kontaktu.
- Wow, Haz - droczył się z nim Louis, rzucając Harry’emu uśmiech i przebiegając czubkami palców po przedramieniu chłopaka, tworząc na nim gęsią skórkę. - Wielkie słowa.
- Czasami sprawiasz, że tak trudno jest cię kochać - powiedział Harry, ignorując Louisa. - Bo to bolało tak bardzo, gdy nie pamiętałeś, kiedy powiedziałeś, że chcesz, żebym odszedł. Chciałem cię wtedy nienawidzić, bo to byłoby łatwiejsze dla nas obu, ale...
Harry chwycił głowę Louisa i wpatrywał się twardo, dokładnie w te piękne niebieskie oczy. - ... Nie mogę. Nie mogę się odkochać, Lou. To tak, jakbym miał przewalone od kiedy się w tobie zakochałem, bo widzę cię wszędzie, codziennie.
Louis nie miał słów, więc tylko przyglądał się Harry’emu z taką samą pasją, jaką on emitował.
- Kocham cię - powtórzył na zakończenie Harry. - Po prostu kocham cię tak bardzo, ty cioto.
Louis przetworzył słowa Harry’ego; powierzył je nie tylko swojemu umysłowi, ale również duszy i ciału. - Harry, to było najlepsze przemówienie, jakie kiedykolwiek słyszałem. Nie mogę się z tym mierzyć.
Louis zetknął swoje wargi z wargami Harry’ego, tak delikatnie i powoli - rozkoszując się tym uczuciem, każdym calem ich stykającej się skóry - co było jego sposobem na powiedzenie “Kocham cię tak bardzo, że słowa nie mogą tego opisać”, ale postarał się i tak powiedzieć to na głos.
- Ja też cię kocham, Harry. - To brzmiało słabo, więc powtórzył to, spróbował tym razem mocniejszym tonem, i splótł go z taką ilością czułości i szczerości w nadziei, że uda mu się złapać głębię jego uczuć względem tego durnego chłopaka z lokami. - Jestem w tobie zakochany... zawsze byłem, zawsze będę.
I z każdym pocałunkiem, Louis dodawał: - Zawsze.
W końcu zaczął w pewien sposób skandować “zawsze”, jako pewnego rodzaju modlitwę, którą Louis będzie powtarzał w kółko i w kółko dopóki nie umrze.
- To o wiele lepsze od mojej przemowy - powiedział ze śmiechem Harry, kiedy odsunęli się od siebie. - Nie rozumiesz, co ze mną robisz, Lou.
- Mów za siebie - odparł Louis i oparł się na swoich dłoniach, gdy przyglądał się dalekiemu horyzontowi.
Było coś, co Harry chciał powiedzieć przez cały ten czas, ale nigdy nie zdołał zebrać wystarczająco dużo odwagi, żeby to zrobić do teraz. Po tym jak w końcu dowiedział się, że Louis odwzajemnia jego miłość z taką samą pasją, jaką żywi on sam, poczuł, że to może być odpowiedni moment, żeby porozmawiać z nim o pewnej sprawie. Ale rzecz w tym, że, ponieważ był Harrym, zawsze musiał mówić rzeczy największej wagi z uśmiechem, bo gdyby starał się na taki poważny ton, pewnie w końcu wybuchłby śmiechem. Więc myślał przez chwilę i gdy wiatr ucichł, a ptaki przestały ćwierkać, jakby chciały pozwolić mu mówić, powiedział:
- Przyprowadzimy tu kiedyś nasze dzieci, a lata później one przyprowadzą swoje dzieci, potem dzieci naszych dzieci przyprowadzą swoje... a my będziemy starymi, szczęśliwymi dziadkami leżącymi na plaży dokładnie w ten sposób; i nadal będziemy się do siebie kleić.
Louis potrzebował chwili, żeby złapać słowa Harry’ego i potrzebował kolejnej chwili, żeby to wszystko ułożyło się w jego głowie, ale kiedy już tak się stało, jego oczy wyglądały, jakby miały wypaść z jego głowy, a jego usta były szeroko otwarte. - Harry Stylesie, czy ty mi się oświadczasz?
- Zależy - powiedział dowcipnie Harry, ale znowu spoglądał w oczy Louisa, z takim samym zapałem jak wcześniej. - Zgodziłbyś się, gdybym to robił?
Rzecz w tym: Louis od początku czuł pociąg do Harry’ego. Pewnie to była jego inteligencja albo jego nieobliczalne poczucie humoru, albo jego pociągający urok, Louis nie miał pocięcia. Początkowe zauroczenie było obustronne, a Louis zakochiwał się coraz mocniej i mocniej w Harrym, i doszło do punktu, gdzie myślał, że niemożliwe jest kochanie osoby bardziej niż to. Louis kochał wszystko w Harrym - jego dołeczki, jego loki, jego zielone oczy, jego żarty typu “puk, puk”, jego uściski, jego pocałunki; jego wszystko. Więc Louis nie potrzebował wiele czasu, żeby odpowiedzieć, nie potrzebował wiele czasu, żeby powiedzieć gorliwie:
- Oczywiście, ty cioto.
- Więc ustalone - powiedział Harry. - Kocham cię, Louisie Tomlinsonie, i oświadczam ci się.
- Bez pierścionków? - zapytał Louis, chociaż mówił to tylko w połowie serio. Z czy bez pierścionka, Louis zawsze powiedziałby Harry’emu “tak”.
- Pierścionki później - odparł Harry z błyskiem w jego zielonych oczach. - Robię wszystko tak, jak chcę. Wstań.
Louis wstał, ale Harry został klęcząc na jednym kolanie, chwycił dłoń Louisa w obie swoje dłonie i przycisnął ją do swojego serca.
- Louisie Tomlinsonie, - zaczął, a Louis już uśmiechał się jak wariat - wyjdziesz za mnie?
- Tak - odpowiedział bez wahania Louis i przytulił Harry’ego, jakby jutro miało nie nadejść. - Tak, wyjdę.
- Będziesz mnie zawsze kochał? - Harry wyszeptał pytanie, które Louis zadał uchu chłopaka dawno temu. Znał odpowiedź, ale musiał usłyszeć ją z ust Louisa, żeby stała się wieczna.
- Zawsze - Louis wypowiedział ich święte słowo, powtórzył je raz, potem dwa razy. - Zawsze.
I pozostali w swoich objęciach dopóki zaczęło świtać, powoli, jakby świat spał wieczność, a para przyglądała się jak słońce wznosiło się, skradało się nad horyzontem i zalało morze błyszczącym złotym światłem.
W ciągu następnych dni Louis potroił swoje starania o to, aby lepiej pamiętać twarze innych ludzi, szczególnie Harry’ego. Nie chciał nie poznawać twarzy swojego wkrótce-męża.
Wiedział, że obiecał Harry’emu, że nie będzie korzystał ze swojego notesu, że nie będzie polegał na jego zżółkniętych stronach, ale stare nawyki ciężko umierają, a on zauważył, że pisał o Harrym, gdy ten na niego nie patrzył, co działo się rzadko. Pisał krótkie notatki, jak:
Skup się na jednej rzeczy na raz. Skup się na ciemnozielonych oczach Harry’ego. Skup się na jego wargach albo jego nosie. Łącz tatuaż z twarzą Harry’ego. Nie zapomnij.
Musisz przestać tak często korzystać z tatuaży. Musisz pamiętać twarz Harry’ego bez nich. Wykorzystaj oczy Harry’ego jako kotwicę. One przypomną ci jego widok.
I pewnego dnia, kiedy stał się nerwowy, bo jego zeszyt nie bardzo mu pomagał, Louis zdecydował się sam przeczytać autobiografię Chucka Lee, szukając inspiracji, a Harry się nie sprzeciwił.
Przez te wszystkie lata Louis starał się ignorować fakt, że cierpiał na prozopagnozję, nie akceptował faktu, że był “inny” od wszystkich, nie podobała mu się myśl, że był uznawany za niepełnosprawnego. Ale kiedy Louis w końcu przeczytał słowa Chucka Lee, cała jego nienawiść i użalanie się nad samym sobą uleciało w tamtym momencie.
“Szczerze, nienawidziłem tego, gdy ludzie widzieli mnie i nie wypowiedzieli żadnego słowa; ale ich oczy mówiły wiele o tym, jak spoglądali na mnie z góry, jak uważali się za lepszych ode mnie ze względu na moją chorobę. Przez to rozwinęła się we mnie arogancja, z której nie jestem dumny... myślałem, że unikanie wszystkiego było jedyną prawdziwą opcją, bo będę ranił tylko siebie, ale naprawdę, byłem samolubny. Mówiąc sobie, że nie zranię nikogo innego, pośrednio winiłem społeczeństwo za to, że mnie nie akceptowali, że nie zatrzymywali mojego samookaleczania się.”
“To było złe z mojej strony. Naprawdę, społeczeństwo chciało pomóc. Nie byli tacy zły jak wszyscy jak ja myślą. Po prostu musiałem przestać odpychać ludzi i zamiast tego zaprosić ich do mojego życia. Więc postanowiłem zrobić co mogę, żeby zapamiętać ludzi, których spotykałem.”
“Na początku było to trudne. Miałem kasetę, na której nagrywałem dane osób, ale to nie robiło zbyt wielkiej różnicy. Nadal trudno mi było pamiętać, więc starałem się wpaść na to, co robiłem nie tak. Pewnego dnia siedziałem na kanapie i wkurzałem się na moje kasety, a moja żona powiedziała mi, żebym wyszedł na zewnątrz, zażył trochę świeżego powietrza i pogadał z ludźmi, a nie tak bardzo starał się przechytrzyć moją prozopagnozję. Wtedy to we mnie uderzyło. Kluczem do zapamiętania innych ludzi było spędzenie z nimi czasu, zauważenie małych detali, których inny ludzie zazwyczaj nie zauważają.”
“I kiedy w końcu zacząłem to stosować, wszystko przyszło łatwo. Szczerze, nie potrzebowałem już moich kaset. Po prostu zwracałem dużo uwagi na ludzi, których spotykałem i starałem się spędzać z nim więcej czasu; i teraz pamiętam ich wszystkich wyraźnie. Widzę też ich emocje i niektóre części ich twarzy, gdy się za bardzo nie ruszają. Ale wiesz, drogi czytelniku, jeśli tak jak ja cierpisz na prozopagnozję, wiedz, że chociaż to zdaje się być nieuleczalne, możesz myśleć nietypowo i wygrać z nią w jej własnej grze! Kluczem jest zwracanie większej uwagi i spędzanie razem świetnie czasu. Naprawdę, właściwie nie jesteśmy źli w kontaktach międzyludzkich; faktycznie możemy być najlepsi, biorąc pod uwagę nasze starania, które wkładamy w zapamiętanie najmniejszych detali. Więc nie poddawaj się. Walcz. Kto wie, może pewnego dnia w końcu będziesz w stanie widzieć twarze kochanych osób wyraźnie jak na zdjęciu...”
To złota informacja; prawda, to tylko powtórka tego, co Louis nauczył się od Harry’ego, ale przeczytanie samemu słów osoby, która wygrała ze swoją prozopagnozją sprawiła, że możliwość jego zwycięstwa była jeszcze większa, jeszcze prawdziwsza i w zasięgu ręki. Więc Louis bardziej starał się lekceważyć swój notes, zwracał więcej uwagi na postawę Harry’ego, sposób, w jaki chodził, sposób, w jaki zasypiał. Był zdeterminowany, żeby wygrać; i był pewien, że mu się to uda.
Pewnego ranka, Louis spróbował zrobić coś innego, więc obudził się godzinę przed świtem i skierował się do kuchni.
Zwykle to zawsze Harry robi jajka na toście każdego ranka zanim mieli iść w swoje strony, żeby zająć się swoimi sprawami, ale Louis dla odmiany chciał go zaskoczyć. Harry był tym, który zaskakiwał go całkiem często - z nagłym polepszeniem humoru, awansem i podwojeniem jego pensji - a Louis nie chciał przegrać.
Poprzedniej nocy Louis przeszukał internet w poszukiwaniu posiłku, który byłby w stanie przyrządzić: okazały, ale w miarę łatwy do zrobienia. Natknął się na przepisy na wafle jagodowe, domową granolę, zapiekankę, placki ziemniaczane - nic z tego go nie zainteresowało. Ale wtedy znalazł menu, które zdecydował się spróbować, chociaż nie był to typowo śniadaniowy posiłek.
Dobrze, że jego lodówka po brzegi wypełniona była składnikami, więc musiał tylko przeszukać ją i znaleźć te, które potrzebował.
Kiedy już miał wszystkie, wziął głęboki wdech i zabrał się za robotę.
Smakowity aromat obudził Harry’ego i kazał mu zejść na dół, chociaż nadal był tylko w połowie przytomny, nadal szurał nogami i potykał się o własne stopy. Kiedy zauważył Louisa pochylonego nad piekarnikiem z rękami machającymi ostrożnie, widocznie pracując nad jakimś daniem, Harry zachwiał się zaskoczony.
- Lou, ty gotujesz - powiedział Harry.
- Tak, gotuję. Zaskoczony, Haz? - spytał Louis z plecami nadal zwróconymi w kierunku Harry’ego.
- Czekaj, więc - Harry zaczął iść w kierunku Louisa zanim ten machnął ręką, żeby odszedł - to twoje pierwsze doświadczenie w gotowaniu?
- Tak.
- I nie pozwalasz mi patrzeć?
- Niedługo zobaczysz - uspokoił go Louis. - Po prostu usiądź i czekaj, H.
Więc Harry usiadł, ale siedział na brzegu krzesła, niecierpliwiąc się, żeby zobaczyć co dokładnie robił Louis, a nawet bardziej chciał to spróbować.
Minuty mijały, a Harry prawie eksplodował z ekscytacji i prawie stanął w płomieniach niczym petarda zanim Louis postawił przed nim talerz parującego kurczaka. Sam zapach wystarczył, żeby ogarnął go głód i łakomstwo.
- Proszę bardzo - odparł dumnie Louis. - Pierś kurczaka owinięta szynką, z domowo robionym puree ziemniaczanym i sosem pieczeniowym. Smacznego.
Louis usiadł naprzeciwko Harry’ego, który podziękował mu głośno i zaczął jeść. Przyglądał się jak oczy młodszego chłopaka świeciły radością i dumną w tym samym czasie, i w tamtym momencie Louis pomyślał, że dokonał największego osiągnięcia swojego życia. Podobała mu się myśl, że jego jedzenie, które przyrządził z wielką ilością miłości i delikatności, sprawiło, że jego ukochany tak się ucieszył.
- Wow, to, - powiedział Harry, pomimo tego, że jego usta nadal były pełne - jest wspaniałe. Ty jesteś niesamowity, Lou. Kocham to. Dziękuję. Powinieneś robić to częściej.
Louis czuł dumę wznoszącą się do jego policzków i sprawiającą, że jego serce zabiło nieregularnym rytmem. - Nie ma za co.
Nie był słów, które mogłyby opisać jak bardzo następne słowa Harry’ego wzniosły go do nieba, sprawiły, że nie chciał zetknąć swoich stóp z ziemią.
- Będziesz świetnym tatą, Lou.
To niefair, że dnie mijają zbyt szybko, gdy spędza się je z radością, śmiechem i miłością.
Louis stawał się lepszy w odróżnianiu ludzi i prawie był profesjonalistą w zauważaniu Harry’ego pośród tłumu. Po prostu znał zarys sylwetki Harry’ego, loki na jego głowie, tatuaże na jego ramionach i to, jak się zachowuje, że nawet nie musiał wkładać w to wiele sił. Harry był dumny z Louisa z wielu powodów: był dumny, że Louis w końcu porzucił użalanie się nad samym sobą, po kolei uczył się akceptować swoją prozopagnozję i starał się z nią żyć, stając się lepszym i w kontaktach z ludźmi, i w pokazywaniu swojej niezmiernej czułości dla Harry’ego.
Żaden dzień nie minął bez nich łączących swoje wargi w gorącej pasji, bez ich ciał tańczących, poruszających się przy sobie, bez ich potu mieszającego się i dźwięków harmonizujących się w jedną piękną eufonię - piosenkę, którą Louis chciał grać przez wieczność.
To działo się stopniowo, ale Louis zaczął ignorować notes przy stole, pozwolił mu leżeć tam w towarzystwie samotności. Nawet teraz, kiedy spoglądał w lustro, nie był tak zaskoczony, jak kiedyś i śmiało mógł powiedzieć, że nie widział już nieznajomego; jedynie leczącego się mężczyznę spoglądającego z powrotem na niego z zadowoleniem w jego niebieskich jak niebo oczach.
Mały słoik po dżemie z napisem “Na Naszą Przyszłość” powoli wypełniał się małymi resztami i dolarami. Kiedy był pełny nareszcie postanowili kupić pierścionki zaręczynowe i wypełnić konieczne transakcje, żeby wziąć prawdziwy ślub. Tak, byli już małżonkami w sercu i duszy, ale Louis powiedział, że muszą zrobić to oficjalnie, bo chciał, żeby wszyscy wiedzieli. I myśl, że Louis chciał oznakować Harry’ego jako na zawsze jego, wznieciła ogień w centrum Harry’ego tak wielki, że myślał, że bycie bardziej podnieconym jest niemożliwe.
Ta burza mogłaby być uznana na najgorszą w tym miesiącu, jakby naśladowała bezlitosny tajfun, który przejął kontrolę nad Louisem dawno temu. Grzmoty huczały i błyskawice łamały nocne niebo na dwie części. Krople deszczu były jak kule bombardujące okna, tak mocno, że Louis pomyślał, że szyba może zostać zarysowana albo gorzej, rozbije się od ciągłego napastowania.
Louis był niechętny, aby Harry wychodził na zewnątrz podczas burzy, ale mężczyzna nie słuchał go, bo nie mógł czekać ani chwili dłużej, żeby kupić pierścionki zaręczynowe, o których marzyli. Ich słoik był nareszcie wypełniony po brzegi chociaż otwierali go wiele razy, żeby naprawić przeciekający dach, zakryć dziury w piwnicy, i tak dalej.
- Po prostu poczekaj aż burza się skończy - prosił Louis. - Jest zbyt niebezpiecznie.
- Ale znam sklep, w którym mają piękne pierścionki zaręczynowe - powiedział Harry, a jego ręka już znajdowała się na klamce. - Kiedy ostatnio sprawdzałem została im ostatnia para, więc muszę tam iść. Nie chcę ryzykować, że je stracę.
Niepokój ogarnął Louisa, zamglił jego oczy niczym kolejna burza, ale Harry pocałował go, by odgonić chmury. - Niedługo wrócę, Lou.
Louis mocno chwycił przedramiona Harry’ego i chociaż nie chciał go puścić, i tak zrobił to z ciężkim sercem i powiedział: - Obiecaj, że wrócisz do domu bezpiecznie.
- Obiecuję, - powiedział Harry, po czym złożył czuły pocałunek na czole Louisa - że na pewno będziesz miał ode mnie wiadomości.
Zanim Harry wyszedł, zanim jego sylwetka została pochłonięta przez rozszalałą burzę na zewnątrz, krzyknął, tak głośno, że jego głos słychać było mile stąd. - Kocham cię, Lou!
- Ja też cię kocham! - odkrzyknął Louis, ale Harry już biegł w stronę samochodu.
Noc ciągnęła się z Louisem skulonym z kulkę przy kominku, z kocem okrywającym jego ramiona, modląc się mocno, żeby Harry wrócił do niego cały i zdrowy. Powtarzał słowa “on zawsze dotrzymuje danego słowa” w swojej głowie zanim one złączyły się w jedno “zawsze”, ale Louis nadal powtarzał je w kółko i w kółko, jakby sam dźwięk miał być źródłem jego siły.
Ciężko było widzieć drogę przez sobą z deszczem uderzającym mocno o szyby i mgłę otaczającą wszystko dookoła niego. Więc Harry jechał powoli, ostrożnie, włączając swoje światła, mając nadzieję, że ogarną jak największą powierzchnię przed nim.
Louis robił wszystko, co mógł, żeby nie zasnąć. Zajął się robieniem kawy, która budziła jego ciało i utrzymywał swoje ciepło siedząc przy kominku. Włączył radio i wybrał stację, którą lubił, tę, która grała muzykę 24/7, i wydał z siebie westchnienie pełne ulgi, kiedy w pomieszczeniu rozbrzmiała wesoła piosenka, strząsając z niego sen. Zajął swój umysł myślą o Harrym i tylko Harrym.
Żółwie tempo, które utrzymywał, bardzo go opóźniało, zmieniając zwykłą czterdziestopięciominutową przejażdżkę w półtorej godziny, ale kiedy w końcu dotarł do całodobowego jubilera, wydał z siebie oddech, którego wstrzymywania nie był świadom. Pospieszył do środka; jego dłoń schowana była głęboko w kieszeni jego płaszcza, trzymając się kurczowo pieniędzy, które zaoszczędzili, ich bilet do marzeń, idealnego jutra.
Sam powód uciekł z głowy Louisa, ale myślał, że nie mógł spać dopóki Harry nie wróci. Naglące uczucie kazało mu pozostać przytomnym, zwalczyć sen, który już trzymał go w ciasnym uścisku. Praktycznie, nie mógł spać, bez względu na wszystko. Więc podkręcił dźwięk w radio, a muzyka rozbrzmiała w całym domu, dźwięk odbijał się rykoszetem od ścian i stał się jego drugim sercem - znowu poczuł te znajome uczucie: muzyka przepływała od jego stóp aż po jego serce, stawała się jego krwią; gitara basowa, jego puls; bębny, każde bicie jego serca. Nagle znowu znalazł się na imprezie, która miała miejsce nie tak dawno temu, ale przypomniał sobie tylko zarumienione ciało Harry’ego przyciśnięte do niego, wargi na wargach, ręce chwytające wszystko i ubrania latające wszędzie, zdesperowani, aby ich skóry się zetknęły i serca zderzyły.
Kobieta w ciemnoniebieskim uniformie przywitała Harry’ego, kiedy wszedł do sklepu. Nie miał ani sekundy do zmarnowania, więc zapytał czy sklep nadal ma na składzie pierścionki, o które mu chodziło. Mógłby przysiąc, że poczuł się, jakby miał rozpaść się w nicość, gdy zauważył rozczarowanie na twarzy kobiety, ale te uczucie szybko zostało zastąpione nadzieją, gdy uśmiechnęła się, nagle przypominając sobie, że nadal została im jedna para.
Pogratulowała Harry’emu jego zaręczyn i zachwiała się tylko odrobinkę, gdy powiedział:
- Spodobają się Louisowi.
Harry był tego pewien, bo pierścionki były proste, ale zrobione z czystego złota - i miały słowo “zawsze” wygrawerowane na nich misternie, ale delikatnie. Te proste słowo sprawiło, że pierścionki zdawały się być święte, zdawały się być taki intymne dla Harry’ego, że nie zawahał się, kiedy je kupował, a potem wyszedł, ponownie znikając w bezlitosnej burzy.
Radio nadal było włączone i grało najgłośniej jak mogło, ale muzyka nagle zmieniła się w delikatną melodię graną na pianinie i chociaż Louis bardzo starał się z tym walczyć, te cholerne nuty usypiały go, coraz bardziej spychały do z krawędzi snu - i spadł, stoczył się z klifu i nie było nikogo, kto mógłby wciągnąć go na górę.
Harry nadal był ostrożny podczas drogi do domu. Na kolanach miał pudełko, w którym znajdowały się pierścionki i spoglądał na nie od czasu do czasu. Wiedział, że to niebezpieczne i nie powinien tego robić, ale to nie powstrzymywało entuzjazmu, który budował się w nim, gotowy do wybuchu niczym fajerwerki dekorujące niebo. Ale i tak utrzymywał swoje tempo i uśmiechnął się szerzej na myśl o pierścionkach zaręczynowych, szczęśliwym życiu po ślubie i Louisie, Louisie, Louisie, Louisie.
Promienie słońca były tak bezwzględne jak burza, która wstrząsnęła miastem poprzedniej nocy, przebijając się przez szkło i wpatrując się w kawałki nagiej skóry Louisa, agresywnie wyrywając go ze snu. Nie potrzebował lustra, by dowiedzieć się jak wyglądał, bo i tak już czuł się jak bałagan, nie potrzebował notesu, by pamiętać sylwetkę swojego kochanka - i nagle przypomniał sobie, że zasnął zanim Harry wrócił do domu.
Louis pospieszył do drzwi frontowych i chociaż przepłynęła przez niego panika, gdy nie znalazł butów Harry’ego niepewnie rzuconych przy drzwiach, starał się zignorować ją najlepiej jak potrafił i wbiegł na górę po schodach, wykrzykując imię, które znał na pamięć.
Sprawdził każdy pokój, każdy kąt i każdą szczelinę, ale jego poszukiwania zakończyły się fiaskiem, gdy nikt nie odpowiedział na jego krzyk i nie usłyszał głosu, którego tak bardzo chciał usłyszeć. Louis pomyślał o wyjściu na zewnątrz, by samemu przeprowadzić poszukiwania, kiedy zadzwonił telefon i chwycił go, jakby to była jedyna deska ratunku.
Ogarnęła go ulga, gdy usłyszał znajomy głos należący do Sarah, pracowniczki “Twisters”. Uderzyło w Louisa, że burza pewnie zmusiła Harry’ego, żeby znalazł schronienie na noc w piekarni.
- Cześć, Sarah - przywitał Louis. - Jest tam Harry?
Nigdy wcześniej nie prowadził nic, a na pewno nie samochód, tak szybko. Musiał zobaczyć Harry’ego dokładnie w tym momencie albo mógłby przysiąc, że rozpadnie się na kawałki i złożenie go z powrotem w całość będzie niemożliwe.
Louis wypuścił z siebie oddech, powiedział sobie, że z Harrym wszystko w porządku i znowu zobaczy go uśmiechającego się jak idiotę, ukazującego swoje dołeczki całemu światu.
Chociaż czuł zdenerwowane oczy wlepione w tył jego głowy z powodu jego głośnego i pospiesznego wejścia, nic go to nie obchodziło. Myślał tylko o zobaczeniu jedynej osoby, która wypełniała jego mózg swoim obrazem, pozostawiała wargi Louisa głodne smaku jej pocałunku.
Kiedy w końcu zobaczył Sarah, zauważył brak optymizmu w jej postawie, ale Louis odsunął tę myśl i powiedział: - Gdzie jest Harry?
Sarah spojrzała na Louisa, ale chwilę zajęło mu rozpoznanie pieprzyka pod jej prawym okiem. Uniosła pudełko, nadal mokre od tego, jak ktoś je wcześniej umył, i wyszeptała słabo: - Lekarze pracują nad nim. Proszę. To dla ciebie.
Drżące dłonie Louisa otworzyły proste pudełko, co na początku zdawało się być niemożliwe, ale po wielu próbach w końcu mu się udało. Złote pierścionki z ich świętym słowem “zawsze” wygrawerowanym w środku. Louis pomyślał, że nigdy wcześniej nie widział piękniejszej pary pierścionków od tej w jego dłoniach. Zamknął pudełko, przejechał po nim kciukiem i spojrzał twardo tam, gdzie przypuszczał, że znajdowały się oczy Sarah, i powiedział:
- Dlaczego brzmisz na taką zaniepokojoną? - zapytał Louis. - Ma tylko parę małych złamań, Sarah. Rano wszystko będzie z nim w porządku.
Sarah rozumiała; znała powód dziwnego zachowania Louisa, bardzo dobrze wiedziała dlaczego to robił. Ale musiała go od tego odciągnąć zanim wciągnie się głębiej w nicość. - Louis, mówiłam ci przez telefon, nie?
- Powiedziałaś mi, że Harry miał wypadek samochodowy - wyrecytował. - Ale powiedziałaś mi, że wszystko będzie z nim okej.
- Nie powiedziałam tego - odparła Sarah, chociaż te słowa były gorzkie w jej ustach, chociaż nienawidziła się za to, że to powiedziała. - Louis, powiedziałam ci, że Harry miał poważny wypadek samochodowy i jest... daleko od bycia okej.
Serce Louisa stanęło przez chwilę, jego krew wyschła i kolor uciekł z jego policzków, z jego całego ciała. Gdzieś w jego wspomnieniach przypominał sobie, że Sarah wypowiedziała te słowa, ale nie był świadom faktu, że jego umysł umyślnie zablokował te okropne informacje, uciął i wykończył zdania, żeby uderzenie było mniej bolesne, mniej prawdziwe.
- Nie - powiedział tak czy siak Louis, a na jego twarzy nadal widniał uśmiech, chociaż krzywy. - Żartujesz.
Sarah zachowała ciszę, a niepokój, zdenerwowanie i obawa w jej oczach dotarły do Louisa i usłyszał słowa, których nie ważyła się powiedzieć na głos: “Harry umiera, Louis”.
- Kłamiesz, prawda? - zapytał Louis, a jego głos łamał się, gdy łzy zbierały się w jego oczach. Zrobił krok w tył, prawie potykając się o własne nogi. - To jakiś kawał, prawda, Sarah?
- Louis...
- Cóż, to nie jest śmieszne! - krzyknął Louis, odsuwając rękę Sarah, odmawiając jej współczucia. - Cokolwiek próbujesz zrobić, przestań w tej chwili. Harry jest w porządku, pewnie już jest przytomny i czeka na mnie aż go odbiorę.
Louis szybko wyminął Sarah i zmierzył prosto do sali, w której wiedział, że znajduje się Harry, ignorując błaganie kobiety: - Louis, przestań!
Sala znajdowała się dokładnie przed nim, a Louis spieszył do niej z desperacją i niepokojem mglącym jego umysł, ale zatrzymał się, gdy zauważył dorosłych bez twarzy, ubranych starannie w białe fartuchy, wylewających się przez drzwi. Podbiegł do jednego z nich, chwycił go mocno i jego oczy przejechały po twarzy doktora, starając się utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Kiedy znalazł jego oczy, słowa wylały się z jego ust tak szybko, że cudem było, że mężczyzna za nim nadążył.
- Wszystko z nim okej? Harry będzie w porządku? Jest przytomny? Mogę go zobaczyć?
Po chwili ciszy, lekarz w końcu odpowiedział ostrożnie z wyćwiczonym współczuciem, wpatrując się w niebieskie oczy Louisa: - Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, proszę pana. Ale niestety, pan Styles zapadł w śpiączkę.
Louis czuł się jakby właśnie stracił jedną lub dwie kończyny. - Ale niedługo się obudzi?
Milczenie doktora rozbrzmiało tysiącem słów.
Więc Louis powiedział, gdy jego serce rozpadało się w kawałki: - Mogę go zobaczyć?
Lekarz przytaknął i odsunął się, żeby Louis mógł wejść do środka. Zamknął drzwi dokładnie w tej chwili, gdy mężczyzna, który wyglądał na przybitego, bez życia, zapadniętego w sobie, wszedł do pomieszczenia.
Louis wpatrywał się mocno w podłogę przez parę sekund zanim zebrał w sobie wystarczająco odwagi, by podnieść wzrok, a kiedy jego oczy spoczęły na Harrym, nie widział tatuaży i jego loków, bo były ukryte, ale po raz pierwszy zobaczył wyraźnie swojego ukochanego. To czysty cud, naprawdę, bo przez te wszystkie lata Louis nie mógł nawet rozpoznać swojego odbicia w lustrze - ale kiedy spojrzał na Harry’ego, zobaczył go całego. Widział całą twarz chłopaka, chociaż była w większości ukryta pod maską gazową - delikatny łuk jego brwi, zaokrąglone rzęsy, jego garbaty nos i jego pełne, okrągłe wargi, wszystko na raz i chociaż był szczęśliwy, bardzo go to również zasmuciło.
Gdy Louis zbliżył się do Harry’ego, zauważył wszystkie rurki przyczepione do jego ciała, rurki, które utrzymywały go przy życiu, i sama myśl o pełnym energii, żywym Harrym nagle stającym się zależnym od maszyn rozerwała Louisa na części, kawałek po kawałku, tak okropnie powoli, na wieczność przedłużając jego agonię.
Louis głaskał dłoń Harry’ego z kroplówką przyczepioną z drugiej strony i wyszeptał: - Widzę cię. Nareszcie widzę każdą część ciebie. To jest tutaj, w moim popapranym mózgu. Więc nie waż się mnie zostawiać, Harry Stylesie.
Jedyną rzeczą odpowiadającą na jego błagania było ciągłe pikanie kardiogramu w solidnym tempie, każde piknięcie mogło być przewidziane; i ironicznie, życzenie Louisa w końcu zostało spełnione: dostał coś stałego w swoim życiu. - Powiedziałeś mi, że “zawsze” jest dla nas święte. Powiedziałeś mi, że nigdy nie zostanie złamane.
- Obiecałeś mi, że zawsze tu będziesz - kontynuował Louis, łamiąc się. - I uwierzyłem ci.
- Na początku nie byłem pewien - wyznał, nie mogąc powstrzymać łez od spłynięcia po jego policzkach. - Nie wiedziałem, czy mówiłeś to na serio czy nie. Ale wybrałem, że będę ci wierzył, Harry.
Louis pochylił cię blisko, położył swoje czoło na zimnym czole Harry’ego i wyszeptał, mając nadzieję, że Harry słyszał jego słowa, które przywrócą mu życie: - Słyszysz mnie, prawda? I jeśli chcesz, żebym nadal wierzył, lepiej, żebyś się teraz obudził.
Harry utrzymywał ciszę. Louis nadal stykał się z nim czołem.
- Mówię serio, Haroldzie - powtórzył Louis. - Policzę do trzech. Jeśli się wtedy nie obudzisz, uznam cię za kłamczucha.
- Raz - zaczął.
To było nierozważne i głupie, Louis był tego świadom. Ale nie mógł powstrzymać się od pobożnych życzeń.
- Dwa.
To bezsensowne; bardzo, bardzo bezsensowne.
- Trzy.
Ale Harry nie obudził się i “zawsze”, które cenili tak bardzo podczas wszelkich upadków, straciło swoje znaczenie, swoją świętość.
Pomimo wszystkiego, co powiedział, pomimo pustych gróźb wydukanych w uszy Harry’ego, nadal miał te pudełko, w którym znajdowały się pierścionki zaręczynowe, w kieszeni swoich spodni. Nosił je ze sobą wszędzie.
Louis zaczął ponownie oddalać się od ludzi, których poznał, łamiąc swoją obietnicę złożoną Harry’emu tak, jak młodszy złamał swoją, ale wbrew temu, co myślał Louis, ludzie, z którymi się zaprzyjaźnił zostali przy nim - pomimo iż zachowywał się chłodno, nadal byli przy nim, by go wspierać, pomagać mu kiedy tylko potrzebował, bez wahania.
Harry z sukcesem ugasił sztorm w sercu Louisa, samotność, która przejęła całe jego życie. I za to Louis jest, i zawsze będzie mu dozgonnie wdzięczny.
Louis nie mógł trzymać się z dala od Harry’ego tak jak on nie mógł kiedyś trzymać się z dala od starszego mężczyzny. Odwiedzał go każdego dnia, wykorzystując swój czas wizyt na siedzenie obok jego łóżka, wpatrując się w twarz, którą nadal widział, ale mniej wyraźnie. To miało sens, bo cuda zdarzały się rzadko, więc kiedy w końcu następowały, naszym zadaniem było rozkoszować się nimi najlepiej jak możemy.
Nigdy nie mógł być cicho obok Harry’ego, ciągle opowiadał mu, co wydarzyło się danego dnia.
- Nie mogłem wygrać tej kłótni z Jakiem - przyznał Louis, mając nadzieję, że Harry to usłyszy. - Ten gość jest po prostu zbyt uparty. Przepraszam, Haz, zawiodłem cię. - Ale wtedy Louis wydał z siebie chichot i, pomimo faktu, że był wymuszony, był tak prawdziwy jak tylko mógł. - Jednak ty na pewno byś wygrał.
Ciągłe pikanie kardiogramu Harry’ego dotrzymywało Louisowi towarzystwa, a potem kontynuował:
- Nie miałem tego na myśli, gdy powiedziałem, że jesteś kłamcą, no wiesz. Po prostu byłem bardzo zmartwiony.
Louis chwycił dłoń Harry’ego, malując leniwe kółka na wierzchu dokładnie tak, jak robił mu to Harry. - Nadal cię kocham, Haz. Ale proszę, muszę wiedzieć...
Chwyt na dłoni Harry’ego stał się mocniejszy. - Jeśli mnie słyszysz, powiedz coś.
Te życzenie było przesadzone, więc spróbował jeszcze raz: - Albo daj mi jakiś znak. Cokolwiek. Po prostu muszę wiedzieć, czy mnie słyszysz.
Louis nie dostał odpowiedzi, której pragnął z taką desperacją. Więc zamknął mocno swoje oczy i przejechał wolną dłonią po swoich włosach, nadal mając dłoń Harry’ego w drugiej. - To po prostu... Przepraszam, Haz. Przepraszam, że sprawiasz, że jestem silny. Przepraszam, że potrzebuję cię w moim życiu, żebym mógł dalej przez nie iść. Ale, proszę, błagam cię. Daj mi jakiś znak, cokolwiek, żebym mógł zachować obietnice, które ci złożyłem.
Louis nie oczekiwał czegokolwiek od Harry’ego, skoro był on w stanie głębokiego snu, żywy, ale ledwo, jedynie oddychający dzięki maszynom, które pompowały powietrze w i z jego płuc. Ale potem Louis poczuł drżenie pod jego dłonią - ruch, który pochodził od Harry’ego.
Niebieskie oczy od razu zaświeciły nadzieją, która zmniejszyła się lekko, gdy zdał sobie sprawę z tego, że Harry nadal nie był przytomny. Ale to był znak. To był znak, który mówił mu, żeby kontynuował, żeby szedł z życiem dokładnie tak, jak je zostawili.
Dni stawały się miesiącami, a one przelatywały niczym samoloty, szybkie, z silnikami, które nadal warczały w uszach Louisa, nadal przepływały przez niego całego.
Louis był już bliżej z ludźmi; lepiej ich odróżniał, lepiej ich pamiętał. Nie zapominał ich imion tak często jak wcześniej, nadal utrzymywał technikę uważnego przyglądania się im i spędzania z nimi dobrego czasu. Louis szybko stał się najbardziej lubianym gościem w mieście i wszyscy latali dookoła niego jak motyle przy słodkim nektarze.
Kiedy Louis przewracał się i krzyczał w swoim śnie, Tori już pukała do jego drzwi, pilnując niespokojnego mężczyzny. Dotrzymywała mu towarzystwa przez noc, opowiadała mu śmieszne historie, żeby go uspokoić. Kiedy pytał ją czy to jej przeszkadza, śmiała się w odpowiedzi, tuliła Louisa mocno, jakby to był jej sposób na mówienie “oczywiście, że nie, ty głupku”.
Kiedy Louis potrzebował pomocy z utrzymaniem swojego domu, Jake był przy nim, udzielając mu darmowych napraw. I gdyby to nie wystarczyło, Tori odwiedzała go, przynosząc ze sobą ciastka i cała ich trójka spędzała wspaniałe wieczory na ganku, rozmawiając o życiu, możliwości stania na głowie i koniach. Szczególnie o koniach, tylko dlatego, żeby uszczęśliwić Jake’a.
I oczywiście, Louis nigdy nie zapominał, żeby odwiedzić Harry’ego każdego dnia, przynosząc ze sobą pierś kurczaka owiniętą szynką, z domowo robionym puree ziemniaczanym i sosem pieczeniowym, które Harry tak bardzo lubił w poniedziałki, bo powiedział, że Louis powinien robić to częściej. W końcu Louis zjadał połowę sam, a resztę zostawiał pielęgniarkom - Anne i Lenie - zgodnie z ich życzeniem.
Zanim opuścił Harry’ego przez skończeniem godzin wizyt, złożył długi pocałunek na czole młodszego chłopaka, co było jego osobistym sposobem na mówienie “zawsze”.
To był moment, kiedy nawet nie potrzebował już swojego notesu. Louis pamiętał każdego, kogo spotkał i mógłby przysiąc, że zapamięta nowych ludzi, którzy pojawią się w jego życiu, ale nadal nie mógł pozbyć się tego notesu. Tak, zbierał on kurz na jego szafce nocnej, ale nie miał serca, by go wyrzucić. Louis nie do końca wiedział, na co czekał, ale i tak słuchał tego cichego głosiku w jego głowie i trzymał zeszyt jako swojego kompana.
Tamten dzień był niezwykle wolny; czas zdawał się ciągnąć, chociaż spędzał go z Tori, rozmawiając na jej ganku. Zwykle czas biegł jakby miało nie być jutra, gdy był sam, ale tamten dzień zdawał się być dziwny od samego początku.
Ponieważ Louis był z Tori, a jego dom był pusty, więc nie słyszał ciągłego dzwonienia swojego telefonu. Po wielu nieudanych próbach skontaktowania się z nim, osoba przy telefonie nareszcie postanowiła zadzwonić do sąsiadki mężczyzny, Tori. Louis był zdziwiony, gdy Tori podała mu telefon, ale i tak przywitał osobę po drugiej stronie słuchawki.
Tamta osoba nie przywitała go i jąkała się przy swoich słowach tak mocno, że nikt inny by jej nie zrozumiał, oprócz Louisa. Zakończył rozmowę, wyrecytował Tori urywki konwersacji, wskoczył do swojego samochodu, przekręcił kluczyk i silnik zawarczał z życiem.
Znowu miał te samo przesadzone, pospiesznie wejście, ale tym razem mniej głów odwrócił się w jego stronę. Może ludzie przywykali już do prawie teatralnego wejścia Louisa, które musiał załapać od Harry’ego.
Korytarze były rozmazane, gdy biegł do sali, którą znał najlepiej, jedynej, której numer znał na pamięć, i pospieszył do Sarah, która chodziła w kółko, przygryzając swoje paznokcie. Kiedy zauważyła Louisa, powiedziała:
- Idź! Prosi o ciebie!
Louis nie potrzebował więcej motywacji i prawie przebiegł przez drzwi, chociaż nawet nie były zamknięte. Przy łóżku Harry'ego stał lekarz i nagle skierował się w stronę drzwi, gdy zauważył gwałtowne wejście Louisa, pozostawiając dwóch kochanków samych w pomieszczeniu.
Louis był tak przyzwyczajony do widoku zamkniętych oczu Harry'ego, z maską tlenową nałożoną na twarz i rurkami przyczepionymi do kawałków jego skóry, że był całkowicie zaskoczony, gdy zobaczył go bez maski, ale za to z radosnym uśmiechem, pomimo tego, że jego twarz wyglądała na bladą i wykończoną.
- Hej, Lou - wychrypiał, a jego język nie był przyzwyczajony do słów po tak długim czasie nieużywania.
Nie było żadnych słów, które musiały zostać wypowiedziane; Louis podbiegł do Harry'ego i przytulił go mocno, bardzo mocno, bo za bardzo bał się go puszczać, na wypadek gdyby mężczyzna miał na zawsze zniknąć z pola jego widzenia.
- Miażdżysz mnie - powiedział słabo Harry ze śmiechem, ale Louis tylko trochę rozluźnił swoje ręce. - Ciebie tez miło mi widzieć.
- Pieprz się, Harry - powiedział Louis. Nie mógł uwierzyć, że pierwszą rzeczą, jaką powiedział do Harry'ego, który nareszcie wybudził się ze śpiączki, było przekleństwo. - Tak bardzo cię nienawidzę.
- Miło mi to słyszeć - droczył się. Louis nie mógł zignorować tego, jak chude stały się policzki Harry'ego i jak popękane zdawały się być jego wargi.
- Kazałeś mi czekać - głos Louisa załamał się - tak długo. Tak bardzo się martwiłem.
- Przepraszam, Lou - powiedział, starając się unieść swoją dłoń, by pogłaskać policzek starszego chłopaka, ale zatrzymała się ona w połowie, a Louis w zamian chwycił ją swoją dłonią. - Gdybym tylko zauważył tę ciężarówkę...
- Ćśś - przerwał mu Louis, nie pozwalając na ponownie przeżycie tego bólu. - Nie mów tak. Już wszystko jest w porządku. Wszystko będzie w porządku.
- To śmieszne. - Śmiech Harry’ego nadal był lekki i beztroski, nadal rozjaśniał pokój lepiej niż promienie słoneczne. - Zwykle to ja cię pocieszam.
Louis uśmiechnął się, kiwnął głową i pozwolił Harry'emu kontynuować jego niewyraźne słowa:
- Wiesz, słyszałem cię.
Louis prawie zrobił krok w tył z zaskoczenia. - Słyszałeś?
- Każde słowo - wyznał Harry. - Jednak jestem rozczarowany, że nie wygrałeś tej kłótni z Jakem.
- Po prostu nie wierzyłem w to tak bardzo jak ty. - Teraz była kolej na śmiech Louisa.
Pozostali tak przez chwilę, pozwalając śmiechowi ucichnąć, przestać odbijać się od ścian zanim Harry zapytał:
- Obrączki?
Louis sięgnął do kieszeni po pudełko, które przeleżało tam wieczność, nieważne jakie spodnie decydował się ubrać, zaprezentował je przed Harrym, który otworzył je i wpatrywał się w je z podziwem niesamowitej wspaniałości dwóch błyszczących pierścionków, mających połączyć ich ze sobą, spleść nicie ich losów w jedną jasną przyszłość. W tamtym momencie, Louis nareszcie zdał sobie sprawę z tego, dlaczego czekał ten cały czas. Odpowiedź uderzyła w niego mocno, sprawiając, że czuł się głupio, że nie zauważył tego wcześniej, ale i tego wypowiedział to:
- Chciałem, żebyśmy nosili je dla siebie nawzajem. Więc pewnie, w głębi serca, wiedziałem, że się obudzisz.
Zielone oczy Harry’ego wypełniły się czułością, uwielbieniem i miłością, zatopiły go całego i pociągnęły za nim Louisa. Po tak długim czekaniu, po powtarzaniu tych trzech słów w jego hipnotycznym umyśle, Harry w końcu powiedział to na głos: - Kocham cię.
Wyznanie nie zaskoczyło Louisa, bo on wiedział, wszyscy wiedzieli, jak prawdziwie to brzmiało w jego uszach. Więc pocałował Harry'ego i czuł się jakby to był ich pierwszy raz, nerwowy, ale pełen nadziei, jak siedzenie na brzegu krzesła lub stanie na czubkach palców, jednak tryskał on pewną głębią miłości.
A to był sposób Louisa na mówienie "Ja też cie kocham, słowa nie mogą tego opisać”.
Pomimo tego, że wypadek był już przeszłością, wydarzył się dwa lata temu, Louis nadal wiercił się i krzyczał aż jego umysł nie mógł znieść już więcej koszmarów i wtedy budził się, nie mogąc wrócić do snu.
Dwa lata temu obudziłby się sam w łóżku i odetchnął z ulgą, kiedy usłyszałby gorączkowe pukanie Tori do jego drzwi.
Dwa lata temu płakałby dopóki nie nadszedł świt, długo po tym jak Tori wróciła do siebie.
Dwa lata temu był prawie tak ogarnięty złością, samotnością i żalem, że gdyby nie jego przyjaciele i myśl o Harrym, pewnie wpadłby w niekończący się dół obłędu.
Ale to było dwa lata temu.
Teraz czuł te znajome ciepło z tyłu, skulił się dookoła niego i trwał tam. Teraz był ktoś, kto trzymał go, gdy się rozpadał, zbierał go kawałek po kawałku i składał jego połamane części.
Tamtej nocy, kiedy Louis obudził się krzycząc, Harry był tam, żeby tulić go przez najgorsze, trzymał go w ryzach i powtarzał uspokajająco:
- W porządku, w porządku. Jestem tutaj. Zawsze tu będę.
Za parę minut miało wzejść słońce, małżonkowie stali na plaży trzymając się za ręce, a ich pasujące tatuaże uzupełniały ich, gdy ich złote obrączki - stopione razem pierścionki ze ślubu i oświadczyn - błyszczały pod blaskiem księżyca.
- Jesteś na to gotów, racja? - spytał Harry, ściskając dłoń Louisa.
- Nigdy nie będę bardziej gotowy - odpowiedział Louis, a jego pewność siebie zmieszała się z odrobiną zdenerwowania.
- Wygrałeś, Lou - powiedział żywo Harry, uśmiechając się i promieniując dumą.
- My wygraliśmy - poprawił go Louis. - Ale jeszcze nie wygraliśmy, nie całkowicie.
- Po prostu musimy jeszcze trochę poczekać - pocieszał go Harry.
Utknęli w tym niekończącym się momencie pomiędzy nocą a dniem, pomiędzy śmiercią blasku księżyca a odrodzeniem światła słonecznego, ale żeglowali dalej, a ich złączone dłonie i uzupełniające się tatuaże stawały się pewnego rodzaju maszyną i nagle mieli być świadkami słońca wyglądającego zza bezgranicznego zaokrąglenia horyzontu, mieli przyglądać się jak czerwień i pomarańcz przywracała niebo do życia.
- Czekaj - powiedział Harry. Kiedy słońce było w połowie drogi, chwycił dłoń Louisa jeszcze mocniej aż jego knykcie stały się białe i krzyknął: - Teraz!
Louis na zawołanie rzucił oprawiony w skórę zeszyt, wysyłając go do góry lecącego ponad wodą aż w końcu zanurkował głęboko w błyszczący błękit, pochłonięty następnym nieskończonym stworzeniem z głośnym, satysfakcjonującym pluskiem.
Ta prosta czynność była pełnym gracji symbolem wyrzucania przeszłości z chwilą początku nowego dnia.
To po prostu oznaczało, że Louis był gotów zacząć od początku, już nie sam, ale za to w towarzystwie kochającego męża, który zawsze będzie stał u jego boku.
- Świetny rzut - skomplementował go Harry i pocałował Louisa czule.
Wdychali siebie nawzajem - ale tym razem nie jak ktoś, kto umiera z głodu, ale spokojnie, jakby wiedzieli, że obaj są wieczni i nie muszą się spieszyć, nie muszą pospiesznie chwytać powietrza, bo byli zamrożeni w swoim “zawsze”.
Pocałunek szybko stał się namiętny, z jedną dłonią Harry’ego z tyłu szyi Louisa, a drugą oplecioną dookoła jego pasa, przyciągając go bliżej pomimo tego, że pomiędzy nimi nie było już prawie w ogóle żadnego miejsca.
- Pamiętaj mnie - powiedział pomiędzy pocałunkami Harry - i nigdy nie zapomnij.
- Nie zapomnę - powiedział tym razem pewnie Louis. Wierzył w to całym swoim sercem. Więc zwieńczył te zdanie wiecznym, niełamliwym: - Obiecuję.
W tamtej chwili wszystko dookoła nich rozpuściło się w powietrzu. I byli tylko oni; ze złączonymi dłońmi, połączonymi tatuażami, złotymi obrączkami zderzającymi się ze sobą, dotykającymi się czołami, niezwykle powoli wdychając się nawzajem - nieskończoność pomiędzy każdym wdechem.
- Zawsze? - zapytał Harry, żeby się upewnić.
Louis kiwnął głową, zamknął tą nieskończoność pomiędzy nimi gorliwym pocałunkiem i świętym: “Zawsze”.
Infinity in Always, część pierwsza; polskie tłumaczenie
Bardzoooo dziękuję louislilhedgehog za piękny nagłówek! xx
Link do oryginału: http://archiveofourown.org/works/1650335
Autorka: loriannescarlett
Opis: Nieznajomy wita Louisa za każdym razem, gdy spogląda w lustro - nieznajomy z zapadniętymi oczami i policzkami oraz ostrymi kośćmi policzkowymi, którego kosmyki mysich włosów plątają się w zawiłe kołtuny i zwijają w coś zbliżonego do połamanej aureoli. Każdego ranka recytuje, powtarza do nikogo innego, tylko do siebie, żeby spróbować zapamiętać, że: - To ja. Tak wyglądam. - Ta prosta czynność wykonywana jest przez niego tak często, że stała się bardziej rytuałem niż rutyną i nawet wtedy jest to tylko część tego, co musi robić w chwili, gdy blask księżyca umiera, a dzień bierze kolejny oddech.
(Louis cierpi na prozopagnozję; nie umie rozpoznawać twarzy, nawet tych znajomych. Nie pamięta swojej własnej twarzy, a co dopiero Harry’ego, ale pamięta jego skórę pod czubkami swoich palców, to jak drżał pod jego dotykiem, jakby Louis był ogniem, a Harry niczym więcej niż zwykłą kartką papieru, rozpadającą się w popiół).
Notka od tłumaczki: Nie chciałam dzielić tego na części, ale pomyślałam, że opublikowanie połowy pomoże mi z dalszym tłumaczeniem. Mam nadzieję, że wszystkim się spodoba i przepraszam za błędy. Enjoy. :) xx
“Wspomnienie to wszystko, czym jesteśmy. Chwile i uczucia ujęte w bursztynie, zawleczone włóknem przyczyny. Zabierzcie człowiekowi wspomnienia, a zabierzecie go całego. Odbierajcie mu jedno wspomnienie co jakiś czas, a z pewnością zniszczycie go tak, jakbyście wbili gwoździa w jego czaszkę.”
– Mark Lawrence, “Król Cierni”
Nieznajomy wita Louisa za każdym razem, gdy spogląda w lustro - nieznajomy z zapadniętymi oczami i policzkami oraz ostrymi kośćmi policzkowymi, którego kosmyki mysich włosów plątają się w zawiłe kołtuny i zwijają w coś zbliżonego do połamanej aureoli.
Mężczyzna spogląda na niego z podejrzeniem, terrorem i, być może, znużeniem - bo to dzieje się każdego dnia, od kiedy pamięta i miał już tego dosyć, naprawdę. Miał dosyć tego, że nie mógł rozpoznać swojego odbicia.
Każdego ranka recytuje, powtarza do nikogo innego, tylko do siebie, żeby spróbować zapamiętać, że: - To ja. Tak wyglądam. - Ta prosta czynność wykonywana jest przez niego tak często, że stała się bardziej rytuałem niż rutyną, a nawet wtedy jest to tylko część tego, co musi robić w tej chwili, gdy blask księżyca umiera, a dzień bierze kolejny oddech.
Wraz z odrodzeniem światła dziennego, pomimo iż myśli nie były jeszcze połączone z jego suchymi wargami, a słowa utknęły mu w gardle, wyciągnął ręce i po omacku szukał w nadal ciemnym pokoju oprawionego w skórę zeszytu, który zawsze leżał na jego stoliku nocnym. Pomimo jego wieku i tego, że brakuje paru pożółkłych kartek, nadal zawierał on te małe rzeczy, pozornie nieważne notatki, niezrozumiałe dla nikogo innego oprócz niego. Drobne szczegóły, które ludzie uważają za rzecz oczywistą, jak: “Tori, kobieta, sąsiadka, 32 lata, włosy ciemny blond, krzywy uśmiech; Jake, mężczyzna, typowy hydraulik, 45 lat, włosy ciemnobrązowe, pieprzyk na nosie”.
Louis musiał to robić; to konieczność - skoro ta prosta przyjemność pożądania wyobrażenia osoby w jego myślach nigdy nie była jego.
Rozgrywała się w nim niekończąca się burza, siejąca spustoszenie i dewastująca go całego, niebezpieczny miks wściekłości, desperacji i smutku. To nigdy niekończąca się nawałnica, która zabiła go lata temu, kiedy podsłuchał jak jego matka płakała nad tym, że jej dziecko jej nie pamiętało. Chociaż było to tylko częściowo prawdą, bo pomimo tego, że jej twarz była zamazanym zdjęciem w popapranej głowie Louisa, nadal pamiętał dźwięk jej beztroskich śmiechów, to jak zagłuszała inne hałasy w pokoju swoją charyzmą i zapach jej słodkich, liliowych perfum - ale to nie wystarczało. To nigdy nie będzie starczało.
I pomimo tego, że Louis był dwudziestodwuletnim dorosłym, nadal nie był w stanie rozpędzić tej samotności otulającej jego osobę, duszącej go powoli, ale zdawało mu się, że tak powinno być. Gdyby został ze swoją matką, wtedy z każdym dniem jedynie bardziej łamałby jej serce, a przynajmniej to, co z niego zostało.
Więc przełknął swój smutek i skąpał się w fałszywej rozkoszy samotności, i stawił czoła kolejnemu dniu, bo tylko to mógł zrobić, żeby utrzymać się w kupie, ażeby nie rozbić się pod wszechmogącym ciężarem izolacji.
Louis nie miał w głowie żadnego celu podróży, nigdy nie miał.
Pozwolił swoim stopom zaprowadzić się gdziekolwiek, bo wierzył w to, że jego ciało wiedziało, gdzie serce chciało dojść; gdzie jego umysł nie pozwoliłby mu dojść.
Te obezwładniające uczucie, które mogło być kombinacją ciekawości i niepokoju, chwyciło go za serce, ściskając jego klatkę piersiową aż w końcu zabrakło mu tchu. A najgorsze było to, że nie wiedział dlaczego. To odpowiedź, której zawsze pragnął, towarzyszka pytania “Dlaczego tutaj jestem?”, które niezmiennie wyślizguje mu się spomiędzy palców. Chodzi o to, że on wiedział, gdzie idzie, chociaż ten fakt był niewyraźny w jego mglistej pamięci. Zmierzał do tej piekarni na końcu ulicy, tej naprzeciwko plaży, z widokiem na niezmierny błękit i niekończący się horyzont. Ale nie wiedział dlaczego. Na pewno nie potrzebował bochenka chleba na każde śniadanie, a z pewnością pamiętał o innej piekarni, która sprzedawała smaczniejsze babeczki niż tam, gdzie zmierzał.
Jednak, kiedy Louis doszedł do piekarni, która nosiła dziwną nazwę Twisters, ta potężna mieszanka uczuć stała się jeszcze silniejsza, pulsując w jego żyłach, natychmiastowo zamieniając jego krew w ołów. Fakt, że powód dla tego wszystkiego nie był mu znajomy, jeszcze bardziej denerwował Louisa, a jednak, nawet na skraju załamania nerwowego, Louis przekręcił gałkę w drzwiach i został przywitany radosnym dzwonieniem dzwonka, pastelowymi ścianami, kuszącym zapachem i niepasującą, monotonną podłogą wyłożoną kafelkami. Atmosfera była komfortowa i ciepła, i opatuliła go z dziwnym dziecięcym roztrzepaniem, wystarczająco silnym, by unieść trochę zmartwień z jego ramion.
Louis musiał przyznać, że miejsce było małe, ale osobliwe; emanowało wygodą i domowym uczuciem, które wpływało na niego w sposób, który nie wiedział, że był możliwy, wypełniało dziurę w jego sercu, jednak jedynie częściowo. Ale, kiedy usłyszał po drugiej stronie pomieszczenia głęboki, serdeczny głos, który rozpoznał tak, tak dobrze i który odbijał się echem od ścian, zaczął podejrzewać, że może to nie te przyjemne wnętrze piekarni go tu przywiodło niczym strzałka kompasu do prawdziwej północy.
To prawie niemożliwe, żeby opisać rozczarowanie, które przeszło przez serce Louisa, kiedy jego smutne, niebieskie oczy spoczęły na sylwetce wysokiego mężczyzny z niesfornymi, brązowymi lokami - mężczyzny, którego głos znał na pamięć, ale którego twarzy nie mógł rozpoznać.
Mężczyzna przełknął ślinę, a Louis był w pewien sposób oczarowany sposobem, w jaki jego jabłko Adama podskoczyło, gdy to zrobił. Po czasie, który zdawał się być wiecznością przyglądania się sobie nawzajem, mężczyzna przerwał ciszę i powiedział, tonem podobnym do tego, który użył wcześniej, ale o wiele łagodniejszym:
- Jest coś, w czym mógłbym panu pomóc?
Louis podszedł do niego ostrożnie, powoli, jakby chodził po minie lądowej, chociaż nie wiedział, dlaczego tak się zachowywał, i powiedział: - Ja, uch, nie bardzo wiem, czego szukam. - Z bliska jasno mógł przeczytać litery na identyfikatorze przyczepionym do kremowego uniformu mężczyzny. Napisane na nim było “Harry”. Więc kontynuował, na próżno starając się złamać lody między nimi. - Może mógłbyś mi coś polecić, um... Harry.
Harry cofnął się lekko, ale ten ruch był tak subtelny, że prawie niemożliwy do zauważenia. Jego wargi rozchyliły się, a słowa stoczyły z jego języka z odrobiną napięcia. - Cóż, skoro mamy dzisiaj Czwartek z Twisterem, serwujemy bardzo specjalne menu. Chciałbyś zobaczyć? Och, bardzo szybko sprzedajemy nasze zapasy.
- Jasne - zgodził się Louis, splatając swoje palce na szklanym stole kasjera. - W takim razie chciałbym to zobaczyć.
Brunet kiwnął głową i szybko wrócił do kuchni, a kiedy Louis był zostawiony sam ze sobą, jego myśli stały się jeszcze głośniejsze niż wcześniej, gdy zagłuszał je czyjś głos.
Miał pewne wspomnienia, nietknięte, lecz bezkształtne, pozostawiające jedynie malutkie, jednak ważne kawałki informacji. Kiedy Louis rozpostarł swoje palce i poczuł zimno szkła w opuszkach swoich palców, przypomniał sobie szczęśliwe, złote dni pełne uśmiechów, uścisków i pocałunków. Kiedy Louis wdychał słodkie powietrze, które rozpływało się jak miód, gdy dotykało tył jego gardła, wspomnienia - te wspomnienia ciepłych poranków, ciemnych pastelowych ścian pławiących się w promieniach słonecznych, czystych wyznań wyszeptanych w cienkiej pościeli - zostały przywołane w jego głowie. Louis wiedział, że nie był sam w tych wszystkich wspomnieniach. Był tam ktoś inny, kto doświadczał z nim nieskończoności, ale na miłość boską, nie mógł przypomnieć sobie jak ta osoba wyglądała. Desperacko pragnął, aby jej wizerunek pojawił się w jego głowie, żeby mógł rozkoszować się tą niedocenianą przyjemnością pamiętania twarzy swojej ukochanej osoby, ale to nigdy się nie wydarzyło. Był całkowicie świadom tego, że to nigdy się nie wydarzy, więc pozwolił swojemu ciału sflaczeć z niezadowolenia przez swój brak pamięci.
Kiedy Harry głośno wyszedł z kuchni z biało czarnym opakowaniem - który przypominał namiot cyrkowy z zakręconym czubkiem, uwieńczony złotą gwiazdką z Twisters napisanym na nim kursywą - ciało Louisa napięło się. Ten dzieciak na pewno wiedział jak przestraszyć człowieka.
W całkowitym kontraście do jego teatralnego wejścia, Harry delikatnie położył pudełko na ladzie i gwałtownie wcisnął parę przycisków na kasie fiskalnej, wynajdując liczby bez żadnego słowa wymienionego pomiędzy nimi.
- Harry - przerwał Louis.
- Tak?
- Nie przypominam sobie, żebym już zgodził się to kupić
Dłoń pracownika zatrzymała się w powietrzu, a jego oczy, które promieniowały paniką, wpatrywały się w Louisa. Tak minęły chwile, z brwiami Louisa uniesionymi w konsternacji i palcem wskazującym Harry’ego zastygniętym w bezruchu tylko cale ponad przyciskami maszyny. Potem, prawie komicznie, wyszeptał słyszalne: - Upsss.
Śmiech, który Louis starał się zdusić, wydostał się z niego i w ciągu sekund powietrze stało się cieplejsze - ściany nie zdawały się już się kurczyć; rozszerzały się, powiększały, gdy jego radosny śmiech zatapiał piekarnię. Szczerze, to nawet nie było tak śmieszne, ale Louis z pewnego powodu był tak, tak zadowolony. Cieszył się, że zniknęło te napięcie, które nawet nie wiedział, że od początku mu przeszkadzało.
- W takim razie chcesz, żebym anulował zakup? - zapytał Harry, uśmiechając się krzywo, gdy tylko śmiech Louisa ucichł i odpłynął.
- Nie, w porządku. - Louis sięgnął do swojej kieszeni po portfel. - Ale lepiej, żeby to było tak świetne, jak mówiłeś albo wrócę po zwrot pieniędzy.
Przez chwilę Louis myślał, że Harry wolał tę drugą opcję, ale to minęło tak szybko, jak przyszło.
- Oczywiście, że jest. - Harry rzucił Louisowi uśmiech, pokazując swoje dołeczki. - Zawsze mówię prawdę.
Na wspomnienie “zawsze” pojawiły się kruche fragmenty wspomnień nawleczone na srebrzyste nitki nadziei, miłości i cierpliwości i Louis pamiętał - przez ułamek sekundy - te ramiona obejmujące jego ciało, te ciepło sączące się przez jego skórę, te wargi na jego uszach, wyszeptujące świętą obietnicę, która była całkowicie nie do złamania.
Rzeczywistość uderzyła w niego mocno i kuła go jak spalona skóra polana lodowatą wodą, więc oprzytomniał i wziął się w garść, żeby nie zacząć się trząść i nie rozpaść pod intensywnym napływem nieznajomych emocji.
Louis zlekceważył zaniepokojone spojrzenie Harry’ego - zaprzeczył, gdy ten spytał się, czy powiedział coś nie tak, zapłacił i opuścił piekarnię, pozostawiając dźwięk dzwonka, skrzypiące drzwi i puste uderzanie butów o wykafelkowaną podłogę w swojej pamięci, gdy ruszył do domu.
Gdy tylko wszedł do swojego domu, pojęcie osamotnienia kontynuowało swoje rządy, i chociaż jego czarne macki zaczęły chwytać jego giętkie członki, nadal mógł zignorować to na parę rozkosznych chwil.
Louis zmierzył w kierunku salonu i rzucił się na kanapę, skrupulatnie otwierając opakowanie, bo obawiał się, że delikatne pudełko mogłoby się złamać, gdyby zachował się zbyt nieuważnie i niecierpliwie. Zapach, który wylatywał przez małe dziurki, które udało mu się stworzyć, sprawiał, że zaczął się ślinić, a kiedy jego oczy spoczęły na Czwartku z Twisterem, o którym ten mężczyzna mówił tak dobrze, nie żałował zakupu specjalnego menu.
To były naleśniki i były niesamowicie chude, pięć z nich leżało jeden na drugim, syrop klonowy lał się z krawędzi, a masło topniało na górze - dokładnie tak, jak to lubił Louis.
Gdy zaczął jeść, znowu został zbombardowany wspomnieniami, spowodowanymi przez syrop klonowy w jego gardle i tym, jak masło topniało jeszcze bardziej na jego języku - widział obraz, obraz wysokiego mężczyzny z brązowymi lokami, muskularnym ciałem, ale nie tak, żeby był “zbyt napakowany”. Przypomniał sobie spokojne poranki, aksamitne aromaty, intymne całusy na czole. Te wizje przyniosły mu poczucie przynależności; poczucie bycia kochanym, nawet jeśli nie wiedział, komu miał za to dziękować.
Ale kiedy ta osoba się odwróciła, Louis nie widział twarzy. Widział wszystko, tylko nie twarz, co niepokoiło go, wkurzało go, bo wiedział, że jego serce wiedziało, że ten mężczyzna był ważny, ale jego umysł był zbyt uparty, by go sobie przypomnieć. Nie mógł. Nie ważne ile razy próbował, nie mógł. Nie mógł nawet rozpoznać własnej twarzy w lustrze.
Naleśniki były smaczne, fantastyczne, ale przywodziły zbyt wiele kawałków wspomnień mężczyzny, którego Louis desperacko chciał pamiętać, ale nie był w stanie. Dla niego było to zbyt zaprawione kroplą goryczy, więc wsadził resztki naleśników do lodówki, niepewny czy jeszcze kiedyś postanowi je tknąć.
Wracając do bezpieczeństwa swojego pokoju, Louis chwycił długopis i sięgnął po skórzany zeszyt, leżący przy jego łóżku, i szybko nagryzmolił szczegóły, które powtórzył wiele razy w swojej głowie.
“Harry, mężczyzna, pracownik piekarni Twister, około 20 lat(?), wysoki, zmierzwione brązowe loki, głęboki głos, “zmusił mnie” do kupna Czwartku z Twisterem, Uups.”
Potem wyrwał pustą kartkę i napisał na niej wyraźnie: “wróć do Harry’ego jutro. Powiedz, że naleśnik był do dupy, zażądaj zwrotu pieniędzy!”.
Promienie słoneczne wdarły się do pomieszczenia, rozproszyły się w coś nieziemskiego i sprawiły, że obraz czegoś podobnego do motyli pojawił się na ścianach, a potem oświeciły ciało Louisa. Światło ociepliło kawałek jego nagiej skóry i rozbudziło go. Gdy tylko otworzył spuchnięte od braku snu oczy, po omacku zaczął szukać zeszytu i znalazł notatkę, którą napisał poprzedniej nocy. Louis zmrużył oczy, pomimo iż wiedział, że nie pomoże mu to przy czytaniu, ale po paru sekundach starania rozczytać własne słowa, w końcu zrozumiał wiadomość.
Nie sądził, że znał kogokolwiek o imieniu Harry, więc skonsultował to ze swoim zeszytem, sprawdzając ostatnią notatkę i był pełen ulgi, kiedy wizja mężczyzny bez twarzy przedarła się na zewnątrz i pozostała w jego umyśle na wystarczająco długo, aby mógł dojść do piekarni i zidentyfikować osobę stojącą bezczynnie za ladą, która miała na sobą ten sam kremowy strój. Kosmyki jego włosów były powykręcane i zagarnięte do tyłu, a jego głos rozbrzmiał i odbił się rykoszetem od ścian.
Louis nie mógł zobaczyć całej twarzy mężczyzny - widział szmaragdowe, zielone oczy i lekkie zaokrąglenie jego warg, ale nie miał możliwości połączyć to wszystko razem - więc opierał się na dźwięku i wadze głosu mężczyzny, kolorze jego stroju i identyfikatorze, który bez wątpienia miał wypisane “Harry” na plastikowej powierzchni.
- Witamy w Twisters - przywitał go mężczyzna z lokami, starając się brzmieć nonszalancko. - Jest coś, w czym mogę ci pomóc?
- Tak. - Louis położył pudełko - nie oryginalne opakowanie, ale czerwono-złote, które kupił w innym sklepie - na ladę. - Chciałbym dostać zwrot pieniędzy.
Przekrzywiając lekko głowę, Harry otworzył pudełko, spojrzał do środka i powiedział: - Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić.
- Ale myślałem, że ustaliliśmy, że dostanę zwrot pieniędzy, jeśli mi nie zasmakuje.
- Cóż, musiało ci trochę smakować, skoro zjadłeś połowę.
- To dlatego, że jestem dobrym klientem i nie chciałem zranić twoich uczuć.
Na czubku języka Harry’ego znalazły się pewne słowa, które błagały, by je wypowiedzieć, ale zdecydował się tego nie robić i spróbował ponownie: - Naprawdę przepraszam. Nie mogę zwrócić ci pieniędzy.
Louis nie miał pojęcia, dlaczego powiedział: - Może mógłbyś zrobić coś innego, na przykład pomóc mi dokończyć te naleśniki.
Może to czysta ciekawość, która przywiodła go do zadania takiego pytania albo może zrobił to po prostu dlatego, że pragnął towarzystwa, którego nigdy nie miał? Albo być może było to dlatego, że jego serce krzyczało, deklarowało, że zna tego mężczyznę, zna kontury jego ciała, miękkość jego włosów, delikatność jego dotyku? Louis nie był pewien.
Zauważył to, tę subtelną zmianę w zachowaniu Harry’ego, ten sposób, w który został rozchwiany i uformował wargi w cienką linię. W jego oczach Louis złapał coś podobnego do powściągliwości, jakby ciągle się powstrzymywał, starając się stworzyć pomiędzy nimi bezgraniczną przepaść.
Louis czuł, jakby jego serce mogło rozciągnąć się na tą odległość, bez względu na wszystko, zdeterminowane i nieuchwytne - bo coś było w tym mężczyźnie, nowy poziom uroku, który mógł zwabić Louisa do krawędzi, przyciągał go jak czysty magnes.
Harry starał się ukryć swój smutek, ale Louis i tak to zauważył. - Nie mogę. Mam dzisiaj wszystkie zmiany i będę tu bardzo długi czas.
Uparcie Louisa nie dało za wygraną. - Mogę poczekać.
Te spontaniczne zdanie mocno uderzyło w Harry’ego, sprawiło, że stał się nieruchomy jak pomnik, szeroko otworzył oczy i został wypełniony do brzegu tym, co Louis uważał za absolutne zaskoczenie, tknięte odrobiną buntowniczej natury.
- Jednak muszę obsłużyć klientów - powiedział Harry i jakby na zawołanie, okrągła kobieta w żółtej sukience letniej weszła do środka, a jej krok był lekki i radosny, gdy głośno przywitała mężczyznę, jakby znała go od zawsze.
- Cześć, Tori! - powiedział Harry z tak wielkim entuzjazmem, jak ona, a może nawet większym.
Następnie kobieta o imieniu Tori zauważyła Louisa i cicho kiwnęła w jego stronę głową, a potem odwróciła wzrok - a samo to mówiło milion słów.
- W porządku. Poczekam na zewnątrz. - Louis wskazał swoim kciukiem plażę, ignorując sposób, w jaki potraktowała go kobieta. - Przyjdź do mnie, gdy skończysz.
Wyszedł, gdy ostatnie słowo opuściło jego wargi i przypominał sobie unikalny dźwięk dzwonka, trzeszczenie drzwi i jego kroki na monotonnej podłodze.
Czas nie istniał. Przepływał tak łatwo jak prąd rzeki, stały, niezmącony, zawsze w ruchu. Louis spędził tak godziny, pozwalając sekundom mijać i obserwował jak słońce zniknęło za horyzontem, pozostawiając po sobie ślady czerwieni i pomarańczy - blizn na ogromnym, niebieskim niebie.
Ze spokojem zapamiętywał sobie każdy mały detal: sposób, w jaki woda lizała jego buty i sposób, w który zabierała ze sobą piasek w drogę powrotną, jakby te małe kryształki były ziemskimi pamiątkami, nieznanymi w zimnym, głębokim oceanie; sposób, w który księżyc krwawił swoim srebrnym światłem na złotą plażę; sposób, w który wiatr bawił się jego włosami i rozgrzewał jego wnętrzności, pomimo iż było zimno - jednak kiedy spojrzał w wodę, widział jedynie słabe rysy sylwetki, niejasne i zniekształcone, tak jak zwykle widzi się w lustrze.
To przerażająca myśl, że nie może rozpoznać osoby, która patrzy na niego zza szyby. Nawet bardziej przerażające było to, że nie był w stanie całkiem przypomnieć sobie jak wyglądała jego matka po tak długim czasie rozłąki. Ale najbardziej przerażające było to, że ranił nie tylko siebie, ale też innych, kiedy nie udawało mu się ich zidentyfikować. Ludzie myśleli, że był wredny i głupi, bo nie pamiętał ich nawet po tym całym czasie, który spędzili razem.
Louis myślał, że cały wszechświat był przeciwko niemu i może jego przeznaczeniem było bycie samym. Pewnie w ten sposób nie będzie w stanie skrzywdzić nikogo innego oprócz siebie, nie będzie w stanie spowodować bólu u nikogo innego. Louis jeszcze raz przemyślał swoją wcześniejszą ofertę do Harry’ego i myślał o opuszczeniu plaży, kiedy usłyszał ten sam głos, który go rujnował, tupiąc dookoła jego serca, jakby odzyskiwał swoje terytorium, a Louis wiedział, że było już za późno, żeby się wycofać.
- Przepraszam, że zajęło mi to tak długo - przeprosił Harry i usiadł obok Louisa na mokrym piasku, upewniając się, że namalował pomiędzy nimi niewidzialną linię.
- Nie ma sprawy. - Louis machnął na to ręką.
Zapadła pomiędzy nimi cisza, podczas której z podziwem wpatrywali się w morze, a milczenie wypełniło płuca Louisa po brzegi, lekkie niczym samo powietrze - to była słodka cisza, cisza, która opatulała ich ciała ciepłem, której nikt nie chciał przerwać. A Louis i tak nie wiedział, co powiedzieć, dzięki ostatniej kłótni ze sobą dotyczącej wystawienia Harry’ego.
Po chwili Harry westchnął i położył się na swoich plecach, a jego ręce podtrzymywały jego głowę, gdy jego szmaragdowe, zielone oczy wierciły dziury w innych galaktykach.
Louis zrobił to samo, ale trzymał palce splecione na swoim brzuchu. - To taka miła noc, nieprawdaż?
W odpowiedzi Harry kiwnął głową i wskazał leniwie na gwiazdy ozdabiające niebo jak małe diamenty na czarnym materiale. - Gwiazdy już się nie ukrywają.
Louis kiwnął głową i powiedział: - Tak.
- Jednak nie mamy możliwości widzieć je zbyt często. Cholerne chmury zajmują centrum uwagi - powiedział Harry, bezwiednie pozwalając swojej masce lekko się zsunąć.
- Czego oczekujesz? Są tam większość czasu. Małe dziwki pragnące uwagi, to tym właśnie są - zażartował Louis, przeklinając lekko, co wywołało śmiech pomiędzy nimi, który trwał tylko parę sekund, ale nawet to zdawało się być wiecznością szczęścia. - O wiele bardziej preferuję takie niebo - kontynuował.
Harry zachichotał lekko i powiedział: - Wiem.
Te słowa były wypowiedziane delikatnie, a ton, którego użył, był ledwo słyszalny, tylko trochę głośniejszy niż subtelny szept, ale Louis je usłyszał. I jego serce ukłuło w dziwny sposób, jakby starało się, żeby zauważył, żeby jego zniszczony umysł przywołał wspomnienie starannie schowane w kącie, żeby zatrzymał się i przypomniał sobie.
W ciągu ułamka sekundy ciało Harry’ego podniosło się, a ten ruch był tak szybki, pod wpływem impulsu, jakby zdał sobie sprawę z tego, że powiedział coś, czego nie powinien był mówić i starał się zmienić temat, starał się ominąć niebezpieczeństwa. Jego dłoń sięgnęła po pudełko obok Louisa i otworzyła je z pozornym zapałem.
- Zjedzmy, co? - zaproponował.
Louis kiwnął głową w odpowiedzi, ale zrobił to ze średnią świadomością, nadal starając się rozszyfrować i nadać znaczenie dwóm najbardziej znaczącym słowom, które Harry wypowiedział w ciągu całego tego dnia. Prychnięcie Harry’ego wyrwało go z jego rozmyślań.
- Nie przyniosłeś łyżki.
Louis rzucił okiem ponad ramieniem Harry’ego i potwierdził jego słowa. I tak nigdy nie zamierzał tego jeść. - Och, tak.
- Więc jak mamy to zjeść? - zapytał Harry, a jego rozbawienie było głównie ukryte pod jego ostrożnym tonem - tonem, który sugerował bliskość i dystans w tym samym czasie.
W odpowiedzi, dłoń Louisa uniosła się, żeby urwać kawałek placka, ale Harry odsunął od niego pudełko, twierdząc, że to niehigieniczne, a jego ręce są brudne od całego dnia siedzenia na piasku. Jednak, nieważne ile razy Harry mówił nie, Louis był nieustępliwy i uparty, nadal starał się uszczknąć kawałek placka, ale Harry nigdy mu nie pozwolił. Niedługo później stali się zaaferowani grą “kto pierwszy dopadnie placek”.
- Jak inaczej mamy to zjeść? - jęczał Louis. Niemniej jednak, w duchu był szczęśliwy, że udało mu się zburzyć lekko fasadę Harry’ego, zerknąć na to, co znajduje się w środku. Louis był wygłodniały przez to, co zobaczył i chciał widzieć więcej jego, więcej prawdziwego Harry’ego.
- Zabrudzisz placek - powtórzył po raz setny Harry. - Słuchaj, po prostu wezmę łyżkę z piekarni, okej?
Ale gdy tylko Harry wstał, żeby odejść, ręka pociągnęła go w dół jak kotwica trzymająca statek w miejscu, i zderzył się z niebieskim, niebieskie oczy spoglądały na niego - i w tym momencie poczuł się, jakby mógł stanąć w płomieniach od pożądania.
- Zapomnij. Już nie chcę jeść - powiedział Louis, a jego głos był głośny w tej ogłuszającej ciszy. Nie puszczał go, ciągle go trzymał i stali tak: głębokie, zielone oczy wpatrujące się w te niebieskie niczym niebo. Louis nie wiedział, dlaczego go nie puszczał, dlaczego nie chciał go puścić.
Louis przyglądał się każdemu calowi Harry’ego, omijając twarz, bo nie mógł skleić tych wszystkich rysów, a zamiast tego skupił się na skórze Harry’ego pod jego palcami - delikatnej, gładkiej i jedwabnej, zimnej, lecz mokrej od potu w tym samym czasie. Tekstura, waga dłoni Harry’ego w jego dłoni sprowadziła Louisa z powrotem do rzeczywistości, jednak przyniosła niedawno zapomniane wspomnienie, zabezpieczone z tyłu jego umysłu, a sztorm w jego sercu zderzył się z falami emocji, które przeszły przez jego ciało, rozwijając się w żyłach.
Dopiero gdy się dotykali, kiedy ich istoty połączyły się aż stały się gorącym bałaganem - Louis przypomniał sobie. Na miłość boską, przypomniał sobie.
- Znam cię - wymamrotał Louis, ale Harry go nie słuchał.
- Co? - spytał.
Louis wstał, mocno chwycił przedramię Harry’ego, tak mocno, że jego knykcie stały się białe i mężczyzna skrzywił się z bólu. Louis bał się, że ten mężczyzna zniknie, jeśli nie będzie go trzymać. - Jesteś Harry - powiedział.
- Wiem - powiedział Harry, nie mogąc pozbierać własnych myśli, nie rozumiał słów wychodzących z drżących ust Louisa. - Myślałem, że już to wiesz.
- Nie, ty cioto. - Wargi Louisa były lekko purpurowe z zimna, ale nie obchodziło go to. - Pamiętam cię.
I serce Harry’ego stanęło.
Niebo runęło, pociągając za sobą gwiazdy przyczepione do niewidocznych złotych nici, a Louis czuł się, jakby tonął w niekończącej się zieleni mężczyzny; nie chciał się wynurzyć, nigdy.
Wprawdzie Louis nie wiedział czego oczekiwać: czy Harry uśmiechnie się i mocno go przytuli, czy zawsze będą tak stać i wpatrywać w swoje oczy? Ale Harry nie zrobił ani tego, ani tego, jedynie zacisnął swoje pięści i odwrócił się na pięcie, żeby odejść, tak po prostu.
Jego plecy błyszczały, gdy światło księżyca całowało jego skórę, omiatając jego czarną koszulkę i rozjaśniało go, sprawiając, że płonął, jakby sam był zrobiony ze światła.
- Harry! - Louis starał się dogonić mężczyznę, który chodził szybko i co sekundę nabierał prędkości. - Haz, zatrzymaj się!
- Nie nazywaj mnie tak! - Krzyknął ponad ryczącym wiatrem Harry, gdy biegł w stronę nocy, ani razu nie oglądając się za siebie.
- Dlaczego uciekasz? - Głos Louisa był głośny, lecz zadyszany, gdy musiał biec, żeby go dogonić.
- Dlaczego mnie gonisz? - odparował Harry.
Louis zatrzymał się i zwymiotował, wziął głęboki oddech, pozwolił Harry’emu przebiec parę metrów zanim ułożył dłonie dookoła swoich ust i krzyknął: - Cholera, przestań biec, ty cioto!
Mężczyzna wzdrygnął się, a jego ciało straciło swój wigor i stopy straciły na prędkości, przerzucając się na wolny chód, aż w końcu stanął. Ale nie odwrócił się.
- Odwróć się i... spójrz... - słowa Louisa wylatywały z jego ust w kawałkach, gdy nabierał powietrze pomiędzy słowami - ... na mnie.
Plecy całowane przez światło księżyca nadal były idealnie nieruchome; Harry nie odwrócił się.
Było tylko jedno pytanie, które jadło serce Louisa jak pasożyt, powodując ciągły ból, który trudno było zignorować, mianowicie: - Dlaczego?
Ciało Harry’ego zwiotczało na ułamek sekundy, a Louis wziął to za znak, aby kontynuować.
- Dlaczego na mnie nie spojrzysz, Harry? - Trudno było ukryć ten ból w głębi siebie; właściwie, to było niemożliwe, bo zostawał na powierzchni i rzucał się na boki, starał się zyskać uwagę Louisa i nie tracił jej, gdy już ją miał.
Jedyną odpowiedzią, jaką zyskał Louis, była cisza, a jego głos lekko się załamał, gdy spytał: - Nie chcesz już mnie widzieć?
Westchnięcie opuściło wargi Harry’ego i pomimo iż powinno być ciche, dzwoniło w alejce, odbijając się od ziemi i skał, i fal uderzających w piasek.
- Harry, nie kochasz mnie ju...
- Przestań - ostrzegł go Harry, a jego głos był nieugięty. Odwrócił się, nareszcie, a jego oczy złagodniały, kiedy zauważył smutek rysujący linie na czole Louisa. Stał się papką i zmiękł. - To nie tak.
- Więc jak? - Louis ścisnął i rozluźnił swoje ręce, dłonie w pięści i pięści z powrotem w dłonie. Kosztowało go wszystko w środku jego, żeby zachować taki spokój, w razie gdyby został zraniony i nie dało się go już naprawić.
Dźwięk kroków odbijał się niczym echo, wskazując na to, że Harry się zbliżał - aż w końcu Louis poczuł gorący oddech na swojej nagiej skórze i wiedział, że Harry tu był, właśnie tu, z nim.
Louis usłyszał dźwięk gniecionego papieru i zobaczył Harry’ego trzymającego w dłoni parę zżółkniętych kartek z porwanymi brzegami. Identyczne znajdowały się w jego skórzanym zeszycie.
- To... - zaczął Louis, ale przerwano mu.
- Twoje. - Harry pozwolił Louisowi chwycić małe kartki z jego dłoni. - Ale pewnie można by też powiedzieć, że są moje.
Te kartki miały różną zawartość, różne słowa zapisane były schludnie na pogniecionym papierze. Ale wszystkie miały jedną stałą; słowo, które pojawiało się na każdej stronie, napisane tak delikatnie, żeby wyrazić czułość, którą Louis czuł w kierunku podmiotu: “Harry”.
”Harry, mężczyzna, pracownik Twisters, 20 lat, 1 luty (jego urodziny, nie zapomnij), silne ręce, gibkie ciało, brązowe loki (które ubóstwiam), jasna karnacja, dołeczki, duże, zielone oczy, na pierwszy rzut oka niewinny uśmiech.”
“Harry, mężczyzna, pracownik Twisters, 20 lat, chłopak (24 grudnia), uroczy nos, kształtne wargi, ciągle popisuje się swoimi dołeczkami, pamiętaj, żeby spoglądać mu w oczy - skup się na jednej rzeczy, żeby rozpoznać.”
“Harry, mężczyzna, pracownik Twisters, 20 lat, pachnie jak cynamon i jesienne liście, naprawdę lubi się całować, kocha tulenie, robi wspaniałe jajka na toście co rano; nie zapomnij, żeby odwiedzić go w pracy podczas dnia!”
Wszystkie te strony były zadedykowane Harry’emu, Harry’emu, Harry’emu i nikomu innemu. Fakt, że nie znajdowały się w bezpieczeństwie zeszytu Louisa przestraszył go i powiedział złośliwie: - Wyrwałeś je?
Żal topił jego słowa, ale jednak dopłynęły do uszu Harry’ego. - Tak.
- Dlaczego, Harry? - Zarzut był czystym kontrastem tonu Louisa, odstającym od słów.
Harry przygryzł swoje wargi; odpowiedź utknęła w jego gardle.
- Chciałeś, żebym zapomniał?
Harry potrząsnął swoją głową, sfatygowany, zmęczony powstrzymywaniem się. - Kazałeś mi, Lou - wyszeptał.
- Co? - zapytał Louis sceptycznie. - Nigdy bym tego nie zrobił.
- Ale zrobiłeś. - Jego fasada legła pod smutkiem i żalem. - Powiedziałeś, że chcesz się sprawdzić. Chciałeś zobaczyć, czy przypomnisz sobie moją twarz bez pomocy tych notatek.
- Ale ja... - Louis zamilknął. Był pewien, że byłby zdolny do czegoś takiego.
- Pewnego dnia, powiedziałeś... - głos Harry’ego załamał się na sekundę, więc przerwał i ścisnął czubek swojego nosa, a następnie spróbował jeszcze raz. - Powiedziałeś, że jeśli nie przypomnisz sobie mojej twarzy następnego ranka, to powinniśmy przestać się widywać, bo im dalej to będziemy ciągnąć, tym bardziej to będzie bolało. Powiedziałeś, że powinienem odejść, jeśli nie będziesz mnie pamiętał.
A Louis znienawidził siebie. Brzydził się siebie tak mocno - bo zranił Harry’ego każąc mu odejść, praktycznie zrywając jedyny związek, który kiedykolwiek miał.
- Więc odszedłem - kontynuował Harry, tym razem z bardziej neutralną miną. Spokojny, opanowany, jakby ćwiczył te zdanie w głowie w kółko i w kółko. - I przez te parę ostatnich tygodni, trzymałem się z dala. Więc proszę, nie każ mi złamać obietnicę, którą ci złożyłem.
- Haz, ale ja nie chcę zapomnieć - powiedział Louis, zraniony tak, że nie da się go naprawić. - Chcę pamiętać, proszę, pozwól mi pamiętać.
Pomimo iż Harry’ego również to bolało, pomimo iż to rozcięło go i krwawił na śmierć, został nieugięty, trzymał się swojej obietnicy.
- I powiedziałeś, - kontynuował Harry, tak bardzo starając się być silnym - żebym wyrzucił te twoje wszystkie notatki o mnie. Ale nie zrobiłem tego, bo chciałem je zatrzymać, Lou. - Zabrał Louisowi kawałki papieru, przycisnął je do swojej piersi, trzymając je kurczowo, ażeby nie obróciły się w popiół i odpłynęły na lekkim wietrze. - Tak bardzo je chciałem, ale miałeś rację. - I odwrócił się jeszcze raz, ruszając w kierunku fal odbijających się od lśniącego piasku.
Mężczyzna wchodził głębiej w wodę, pozwolił jej połknąć swoje nogi aż do kolan, rozbryzgiwać się na jego torsie i wszystkim innym, sprawić, że jego włosy były mokre i lśniły od kropli, które załamywały delikatne światło księżyca. Zgniótł papier, uformował go w małą kulkę, uniósł swoją dłoń i...
- Harry, czekaj!
... rzucił daleko, daleko. Papierowa kulka została wystrzelona w kierunku horyzontu i zniknęła pośród ciemnych fal, zapadając się w nieznane. Kiedy odwrócił się, księżyc był za nim i oświetlał jego sylwetkę, tę, którą Louis znał tak dobrze. Wpatrywał się w zielone, zielone oczy, które skrywały taką odwagę, siłę i zjadający go żal.
Przed końcem nocy nie zostały żadne notatki na temat Harry’ego, nawet te, które Louis napisał poprzedniego dnia, bo Harry znalazł je i się ich pozbył.
Minuty stały się godzinami, te zmieniły się w dni, a niedługo później w tygodnie.
W przypadku Louisa, czas nie leczy. Nie ulecza jego ran, ani nie pozwala im się zabliźnić - otwiera je na nowo, za każdym razem, kiedy spotyka osobę, którą myśli, że powinien znać, ale nie udaje mu się jej rozpoznać. Nie wiedział, czy to paranoja, czy nie, ale czuł, że ludzie zaczynali go unikać, nawet nie starali się go poznać, bo wiedzieli, że on i tak o nich zapomni. I nie, nie czuł się z tego powodu smutno; może tylko trochę samotnie, ale jeśli unikanie ludzi sprawi, że nie zrani nikogo innego niż siebie, to wszystko w porządku. Mógł sobie sam poradzić.
Oglądanie filmów było bez sensu, bo Louis miał trudność z rozpoznawaniem bohaterów, więc spędzał swój czas tworząc muzykę, śpiewając, ucząc się grać na gitarze i słuchając radio, dzwoneczków wietrznych i wszystkiego innego, co nie było związane z rozpoznawaniem twarzy. Och, ale oglądanie bajek było w porządku, bo o wiele łatwiej odróżnić mu postać bajkową niż tą prawdziwą - one zawsze miały tę cechę charakterystyczną, a niektóre części ich twarzy były tak nieproporcjonalne, że łatwo było Louisowi je rozpoznać.
Czasami żałował, że ludzie nie są jak postaci z bajek; żałował, że nie noszą codziennie tych samych ubrań i nie mają rozdmuchanych do granic możliwości rysów twarzy, to tylko jego pobożne życzenia.
W Louisie zawsze jest te uczucie rozpaczy, ale nie może do końca odgadnąć, co je wywołuje. Nachodzi go tak często, że bezczelnie nazywa je “codzienną depresją”, bo tak, nachodziło go codziennie i niszczyło jego humor. Czy to dlatego, że nie tworzył wystarczająco dobrej muzyki? Czy może dlatego, że nie miał kogoś, z kim mógłby dzielić się swoją muzyką? Czy może to dlatego, że pragnął pewnej osoby, na której mógłby polegać, pewnej stałej w swoim życiu?
Zauważył pewnego mężczyznę, który pracuje za ladą w ulubionej piekarni Louisa, Twisters. Zawsze ubrany był w kremowy uniform, nakładał czapkę, żeby zasłonić swoje ciemnobrązowe włosy, ale nie nosił plakietki z imieniem, która u pracownika powinna być obowiązkowa. Kiedy tylko Louis pyta go o to, staje się wredny, zdystansowany i odcina się od niego, i naprawdę, Louis nigdy wcześniej nie spotkał się z tak nielubianym pracownikiem. Myślał nad zgłoszeniem niestosownego zachowania mężczyzny do jego przełożonego, ale porzucił ten pomysł, gdy zauważył, że ten mężczyzna, z czarną czapką zasłaniającą większość jego włosów, byłcałkowicie czarujący w stosunku do każdego innego klienta niż on - więc nie zwracał na to zbyt wielkiej uwagi, jakoż mężczyzna widocznie żywił osobistą niechęć jedynie w kierunku Louisa.
Louis nigdy nie napisał niczego o mężczyźnie za ladą, bo nie lubił jego nastawienia i nie chciał marnować połowy strony, dedykując ją temu gderliwemu mężczyźnie.
Pomimo sztormu, który powodował spustoszenie w jego sercu, Louisowi udało się lekko zagłuszyć te uczucie; przyzwyczajał się do tego życia skąpanego w samotności i niezależności. Wiele ludzi pragnęło mieć dom dla siebie, pragnęło wolności, której podobno nie posiadali, ale Louis myślał, że brali wszystko za pewnik. Mieszkanie z kimś oznaczało to, że miało się kogoś, z kim mogło się dzielić historie, śmiać się i płakać, żartować i czasami nurkować w bardziej poważne rozmowy. Ma się kogoś, z kim można cieszyć się życiem, a to coś, co trzeba cenić tak długo, jak trwa.
Jednak w jego sercu nadal było te ciągłe kłucie, ten pasożyt zjadał go od środka aż w końcu nie zostało po nim nic oprócz kości - i nieważne jak bardzo Louisa starał się umniejszać znaczenie tego uczucia, żeby zapomnieć o nim tak samo jak zapomina ludzkie twarze, zapomina ich tożsamość, nie mógł. Każda próba zablokowania złowieszczego uczucia kończyła się fiaskiem i to, co go irytowało, to fakt, że nie wiedział skąd ono pochodzi.
Gdyby miał szansę stanąć do bitwy z tym nieustającym kłuciem wewnątrz niego, przyjąłby te wyzwanie bez wątpienia. Więc pewnego dnia, gdy szedł leniwie, zostawiając ślady w piasku, które szybko były zmywane przez wodę, gdy tylko je zrobił, spełniło się jego życzenie.
To może być dziwne, ale znalazł kawałek zżółkniętej kartki - porwanej z każdej strony, mokrej i na skraju rozpadu - do połowy zakopanej w piasku.
Pomimo iż to zaprzeczało wszelkim szansom i ogromnej mocy natury, którą był ocean sam w sobie, na kartce znajdowały się bardzo starannie napisane słowa, w stylu, który rozpoznał jako swój. Napisane było: “Harry, mężczyzna, pracownik Twisters“. Tyle. Przypuszczał, że to nie był koniec zdania, bo widział jakiś ogonek, który mógłby ujść za dwójkę, zaraz za słowem Twisters. Kiedy przeczytał te słowa i przeczytał je jeszcze raz, przejechał koniuszkiem palca po kartce i papier rozpadł się, zmienił w żółtawą miazgę pomiędzy jego palcem i kciukiem.
Louis był świadom, że zapisywał coś ekstra schludnie tylko wtedy, gdy te słowa były dla niego ważne, najważniejsze. Jednak imię “Harry” nic mu nie mówiło, nie pamiętał też notatek o męskim pracowniku z Twisters. Więc skierował się do piekarni na wywiady i pozwolił mijającej chwili rozkoszować się bardzo znajomym dźwiękiem dzwonka u drzwi i urzekającym aromatem świeżo upieczonego chleba.
Louis usłyszał automatyczne przywitanie zza lady i zdał sobie sprawę z tego, że w Twisters pracuje pewien mężczyzna. Widział niektóre rysy jego twarzy, ale tylko wtedy, gdy koncentrował się na jednym miejscu, bo gdy tylko próbował spojrzeć na całość, jego wzrok stawał się zamglony i rysy łączyły się w coś nie z tego świata, niepodobnego do jakiegokolwiek człowieka. W końcu przypomniał sobie, że ten facet to nikt inny niż ten zrzęda, który widocznie bardzo nienawidzi Louisa.
Podszedł do lady, wbił swój wzrok w zielone oczy pracownika i poczuł dziwne emocje kłębiące się wewnątrz niego, łączące się, aż w końcu nie mógł ich od siebie oddzielić i nazwać.
Mężczyzna odezwał się z wymuszonym, ochrypłym głosem: - Mogę w czymś pomóc?
- Uch, tak - powiedział Louis. - Czy pracuje tutaj może jakiś inny mężczyzna?
- Tylko ja - odpowiedział opryskliwie.
- Rozumiem. - Louis pomyślał, że nie chciał, aby jego podejrzenia się sprawdziły, skoro ten mężczyzna tak go traktował, ale i tak zapytał: - Zastanawiałem się... masz na imię Harry?
Ręka mężczyzny instynktownie uniosła się do jego piersi, jakby chciał sprawdzić czy znajdował się tam identyfikator, pomimo tego, że był pewien, iż nie nałożył go tego ranka. Louis może i był ślepy na twarze, ale widział uczucia, widział je oddalony o parę mil, i mógł bez wątpienia powiedzieć, że panika przeleciała przez oczy Harry’ego, została tam na chwilę, ale nie utrzymała się.
- Nie - odpowiedział mężczyzna z neutralną miną.
Louis nie mógł wyjaśnić, dlaczego jego serce zleciało do brzucha, nie mógł wyjaśnić tego pustego uczucia w jego sercu, jakby na środku jego piersi znajdowała się pusta dziura. Więc podziękował mężczyźnie i odwrócił się, żeby wyjść, przygotował się na to, żeby zapomnieć, że kiedykolwiek widział ten pogięty kawałek papieru... aż nieznana siła pociągnęła za niego, sprawiła, że odwrócił głowę, spojrzał nad swoim ramieniem. Zobaczył jak fasady mężczyzny runęły, zobaczył jak jego ramiona opadły, a gęste powietrze zawisło nad jego sflaczałym ciałem, a czyste, mocne pragnienie wewnątrz jego, połączone z odrobiną żalu, nadziei i desperacji - nagle wszystko połączyło się w głowie Louisa.
To był mężczyzna, w którym Louis się zakochał, mężczyzna, który sprawił, że Louis czuł się kochany i chciany. Tym mężczyzną był Harry; zawsze nim był i zawsze nim będzie.
- Ty cioto - powiedział Louis. - Ty kłamliwa cioto.
I Harry znowu zobaczył Louisa; swojego Louisa, a żelazny mur, który otaczał jego serce, rozpadł się na miejscu, sprawił, że poczuł się nagi, surowy i bezbronny. Ale tym razem nie przełknął swojego pragnienia. Zamiast tego, podbiegł do boku Louisa, objął mniejszego mężczyznę swoimi ramionami, przytulił go mocniej niż kiedykolwiek tulił jakiegokolwiek człowieka.
Ciał Harry’ego wydzielało ciepło, które sączyło się do Louisa, gdy ten napawał się chwilą, wysyłał ją do wspomnień, przysięgając na własne życie, że nigdy tego nie zapomni - wagi ramion Harry’ego dookoła jego pasa, gorącego oddechu na swojej skórze, nosa trącającego jego szyję, zmierzwione brązowe loki gilgoczące jego policzek.
- Przepraszam, Lou - wychrypiał Harry, nawet nie starając się poprawić swój głos. - Nie mogę trzymać się z daleka. Nie wiem jak. I na pewno nie chcę, do cholery.
- Ja też przepraszam, Haz. - Louis zacisnął swój uchwyt dookoła Harry’ego. - Kurwa, nie chcę, żebyś odchodził. Byłem głupi, okej? Byłem pijany, kiedy kazałem ci to zrobić?
- Może odrobinkę - droczył się Harry, aczkolwiek było to żartobliwe, bo był zbyt zajęty uśmiechaniem się i tuleniem, i pamiętaniem jak się oddycha.
- Nie słuchaj mnie, gdy jestem pijany, okej, Haz. - Louis wciągnął zapach Harry’ego, wypełniając swoje płuca po brzegi Harrym, Harrym i niczym innym.
- Okej - wymamrotał Harry w skórę Louisa.
Kiedy Louis odsunął się, Harry już za nim tęsknił. Jednak te uczucie mijało i nie było go już, gdy wargi Louisa zetknęły się z jego wargami, a ich istoty stopiły się, połączyły ze sobą aż nie można było ich od siebie rozróżnić - już nie unosili się w samotnej, nieskończonej przestrzeni. Ta bezgraniczna odległość pomiędzy nimi natychmiastowo zamknęła się w tej sekundzie, gdy zapalili się niczym dwie galaktyki zderzające ze sobą.
Kiedy w końcu przestali się całować, jednak ich wargi nadal się stykały, Louis zapytał delikatnie, jakby bał się usłyszeć odpowiedź Harry’ego:
- Będziesz mnie nadal kochać, nawet gdy nie będę cię pamiętał?
Harry nie zawahał się; pochylił się bliżej, starając się wyeliminować tę nieistniejącą odległość pomiędzy ich podnieconymi ciałami.
- Oczywiście, ty cioto. Znajdę moją drogę z powrotem do twojego serca. Zawsze ją znajduję.
Obiecują, że będą silni. Obiecują, że zawsze będą u swojego boku, że będą trzymać się za ręce, gdy jeden z nich potknie się i upadnie - trzymając się kurczowo jak ostatniej deski ratunku.
Próbują coś innego każdego dnia, popełniają wiele błędów, starając się odnaleźć strefę komfortu Louisa.
- Wszystko ma czuły punkt - powiedział Harry. - Musimy po prostu być wystarczająco uparci, żeby go znaleźć.
Więc podejmują ten cel znalezienia sposobu, żeby pokonać chorobę Louisa, żeby przechytrzyć nawet chorobę, która uważana jest za “nieuleczalną”.
Pewnego dnia, Louis obudził się z zimnym miejscem obok siebie.
Ogromne gorąco słońca przelatywało przez okna, oznajmiając, że było południe, a Louis powinien wstać i się ubrać. Po konsultacjach ze swoim skórzanym zeszytem i poznaniem własnej twarzy - znowu - w lustrze, zszedł na dół po schodach i znalazł mężczyznę skulonego na kanapie z nosem głęboko zanurzonym w książce. Po bliższej inspekcji, Louis zauważył loki i zidentyfikował mężczyznę.
- Miło widzieć, że w końcu zainteresowałeś się czytaniem - droczył się z nim Louis, podchodząc do niego, bardzo przejętego książką w jego rękach.
Kiedy Harry zauważył Louisa, pospiesznie zamknął książkę i ułożył swoje dłonie na okładce, na próżno starając się ukryć ją od widoku Louisa. - Och, cześć, Lou.
- Co czytasz? - zapytał Louis, marszcząc swoje brwi i starając się odciągnąć dłonie Harry’ego od okładki.
- Nic - powiedział Harry, trzymając książkę mocniej.
- Pozwól mi zobaczyć, H. - Harry nie poddał się pod uporem Louisa, ale w końcu nie udało mu się powstrzymać Louisa od przejęcia książki.
Okładka była biała, oprócz grubych, złotych słów, które dekorowały ją napisem: “Życie bez znania twarzy” Chucka Lee.
- Co to? - zapytał Louis, odwracając książkę i czytając streszczenie.
- Autobiografia - powiedział zrezygnowany Harry.
- “To historia tego, jak nauczyłem się...” - Louis cytował słowa autora, - “żyć z prozopagnozją, “nieuleczalną” chorobą, która sprawiła, że moja umiejętność rozpoznawania twarzy stała się bezwartościowa”.
Louis podniósł wzrok, żeby spotkać wzrok Harry’ego, w tym samym czasie pod wrażeniem, rozbawiony i zdezorientowany. - Mogę się w niego wczuć.
- Chcę się dowiedzieć jak sobie z tym radził - wyznał Harry. - I może uda mi się nauczyć od niego rzeczy lub dwóch, żebym mógł ci pomóc.
- To słodkie, Hazza - powiedział Louis, ukazując swoje zęby w uśmiechu. - Ale czemu to ukrywałeś?
Harry opuścił wzrok, zawstydzony, i powiedział: - Chciałem cię zaskoczyć. Chciałem, żebym myślał, że to ja na to wpadłem, gdy już nauczę się jak mógłbyś rozpoznać moją twarz.
Louis pochylił się i złożył pocałunek na czole Harry’ego. - To świetne, ale trochę niefair w stosunku do tego Chucka Lee, nie sądzisz? Tak ukraść jego pomysł jako twój.
- Hej - zaprotestował Harry. - Chciałem to pożyczyć.
- Obojętnie. - Louis usiadł obok Harry’ego. - Znalazłeś coś wartego “pożyczenia”?
- Jeszcze nie. - Harry zabrał książkę z dłoni Louisa i otworzył ją na stronie, na której był wcześniej. - Jeszcze nie dotarłem do interesującej części.
Czułość wypełniła serce Louisa, załatała każdą dziurę spowodowaną smutkiem, i nie sądził, że jego żal mógłby wrócić w najbliższym czasie... aż do czasu, gdy jego telefon zadzwonił i aura pilności owinęła wszystko dookoła.
Kiedy Louis podniósł słuchawkę i powitał rozmówcę, zaskoczony był znajomym głosem po drugiej stronie. Ale ten głos był złamany, zachrypnięty od łkania.
- Louis - powiedział głos.
Nie potrzeba było długiego czasu, żeby Louis odpowiedział. - Tak?
- To ja, Lottie - powiedziała jego mała siostra. Chociaż był pewien, że nie była już taka mała.
- Jak się masz, Lots? - zapytał lekko Louis, chociaż niecierpliwił się, żeby poznać powód jej łkania.
- Przyjedź do domu - błagała, ignorując pytanie swojego brata. - Po prostu przyjedź do domu.
To było jak uderzenie w pierś, mocne i bezwzględne. - Teraz?
- Tak, tylko na jeden dzień - powiedziała, wyczuwając dyskomfort Louisa wywołany przez jej prośbę o powrót do domu po takim czasie trzymania się od niego z daleka, po tym jak został pośrednio z niego wywalony. - Potem możesz wyjechać, jeśli będziesz chciał.
Louis potrzebował chwili, aby wydusić pytanie ze swojego gardła. - Dlaczego?
Gdy tylko usłyszał zduszoną odpowiedź, zakończył rozmowę krótkim “Już jadę” i wyszedł na zewnątrz, ciągnąc za sobą Harry’ego.
Gdy tam jechali, a jego dom rodzinny znajdował się trzy godziny samochodem od jego nowego domu, Harry starał się namówić Louisa, żeby z nim porozmawiał, bo całkowicie wpadł on w najgorszy trans, w jakim kiedykolwiek był, chociaż wydawało się to jasne. Nie przyniosło to żadnego skutku, bo Louis ignorował go, udając, że śpi. Harry był tego całkowicie świadom, ale również zadecydował patrzeć prosto na drogę, pozwalając Louisowi na odrobinę spokoju, której desperacko potrzebował, ale nie chciał przyjąć.
Ciemne, ciężkie powietrze wiszące nad domem Tomlinsonów przyciskało pierś Louisa, sprawiało, że trudno było mu oddychać, a samochody zaparkowane z przodu w ogóle nie pomagały. Dla Louisa wszystko było masą ruszających się ciał i nawet nie próbował odróżnić jednej osoby od drugiej, nie zauważył nawet niektórych z ich cech szczególnych. Pozwolił Harry’emu poprowadzić go przez morze ludzi, kiwających głów, skupisk gości szepczących do siebie, poklepujących plecy, całujących czoła.
Louis pamiętał sylwetkę Lottie jako małe dziecko, a teraz na pewno porzuciła ten wygląd i nie wiedział która z tych osób w tłumie to jego siostra, ale przypuszczał, że ta nastolatka stojąca po środku ludzi to ona.
Harry pomógł Louisowi przebrnąć przez tych ludzi, torując mu drogę do Lottie. I kiedy już stali u jej boku, zauważyła nie mężczyznę z lokami, ale tego obok niego, tego z niebieskimi, niebieskimi oczami, które były podobne do jej własnych.
- Lou - powiedziała, trzymając go w uścisku.
Louis był niezręczny, jego członki zdawały się nie być jego, ale i tak starał się odwzajemnić uścisk. - Zaczęliście beze mnie?
Lottie potrzebowała chwili, żeby odpowiedzieć, bo była zbyt ogarnięta żalem, ale i tak powiedziała: - Tak. I skończyliśmy godzinę temu.
Było pewne pytanie, które uderzało w tył głowy Louisa od kiedy opuścił swój dom, ale nie chciał tego wypowiedzieć, bo utknęło mu to w gardle. Jednak nawet nie musiał go zadawać, bo Lottie wiedziała, o co chciał zapytać i odpowiedziała na jego ciche pytanie.
- Możesz myśleć, że to samolubne z jej strony - powiedziała powoli Lottie. - Ale mama chciała oszczędzić ci patrzenia na nią na jej łożu śmierci.
- Nie rozumiem - powiedział, nie mogąc wymówić słów, które miały iść zaraz po tym. Nie rozumiem dlaczego nie chciała mnie widzieć nawet, gdy umierała.
- To skomplikowane - przyznała Lottie. - Nie chciała, żeby pierwszą i ostatnią rzeczą, którą o niej pamiętasz to jej śmierć, po tylu latach rozłąki.
- Po prostu nie chciała mnie widzieć - powiedział gorzko Louis, będąc nieświadomym, że może zdobyć się na taki ton. Prawdopodobnie tamy, które zbudował, żeby oddzielić nienawiść od samotności, smutku i rozczarowania w końcu nie wytrzymały, robiąc z niego skompilowany wrak emocji. - Nie chciała widzieć syna, który nie może rozpoznać twarzy swojej matki, racja?
- Lou! - zganiła do stanowczo Lottie, przyciągając spojrzenia paru gości. Uspokoiła się do czasu, gdy ich oczy odwróciły się od niej i kontynuowała: - Nie mów tak. To nieprawda, okej?
Harry ścisnął mocno ramię Louisa, ostrzegając go, żeby nic nie zaczynał, pomimo iż był po jego stronie. Więc Louis przygryzł swój język, postanowił nie zadawać tych pytań, które chodziły za nim przez te wszystkie lata, pytań, z których każde zaczynało się na słowo “dlaczego”.
- Proszę. - Lottie podała swojemu bratu list i kawałek papieru. - Idź na jej grób i otwórz list, gdy już tam będziesz.
Louis już miał zaprotestować, ale przerwano mu, gdy Lottie kontynuowała:
- To było jej ostatnie życzenie.
Harry był cicho podczas krótkiej, dziesięciominutowej jazdy na cmentarz, nienawidząc te depresyjne powietrze, które dusiło ich obu, ale którego nie mógł unieść. Pierwsze słowo, które wypowiedział Louis, które nie było odpowiedzią na nic, wydusił z siebie dopiero gdy przybyli na miejsce i Louis stał nad lśniącym marmurem, na którym wyryte było imię jego matki.
- Niewiarygodne - powiedział mętnie Louis jakby do nikogo.
Harry również przyglądał się pomnikowi i nie wypowiedział ani jednego słowa.
Z westchnięciem, starszy mężczyzna otworzył list i przeczytał go cicho z przybitym sercem. Z każdym przeczytanym słowem chwytał kartkę mocniej i mocniej, i wydał z siebie oddech, który nie wiedział, że trzymał, gdy skończył czytać. Louis starał się ukryć swoje uczucia, starał się ugasić żal, złość i rozczarowanie, które topiły jego niebieskie niczym niebo oczy, ale Harry zauważył; on zawsze zauważa.
Harry był ciekawy, bardzo ciekawy słów, które napisała matka Louisa, skoro wyglądał na tak rozdartego, ale nie chciał przeczytać listu, gdy Louis mu go podał. Harry uważał, że ostatnie życzenie matki było czymś osobistym i prywatnym, godnym jedynie oczu Louisa.
Louis wsadził list do kieszeni swojej kurtki i pozwolił paru chwilom minąć zanim powiedział:
- Nie wiem, co czuć.
Harry był cicho i wpatrywał się w Louisa, pokazując, że słuchał i to uważnie.
- Przez lata myślałem, że mnie nienawidziła - kontynuował Louis, a jego oczy były wyzute z uczuć, nie tak jak jego zmęczony głos. - Byłem tego pewien, gdy lata mijały bez słowa zamienionego pomiędzy nami. Nie wiem dlaczego nigdy nie zadzwoniła albo dlaczego ja nigdy nie zadzwoniłem. Może minęło za dużo czasu bez żadnego słowa, że to byłoby dziwne i wymuszone, by nagle do siebie zadzwonić. Albo może oboje baliśmy się przyznać, że staliśmy się sobie obcy. Ale było parę spraw, które zawsze mnie męczyły.
Louis zacisnął dłonie w pięści i powiedział: - Kiedy powiedziała, że powinienem się przeprowadzić, czy powiedziała to, żebym nauczył się być niezależnym, czy może nie chciała mnie już nigdy więcej widzieć? Czy to dlatego, że myślała, że byłem... nienormalny? Wstydziła się mnie?
Harry desperacko chciał pocieszyć Louisa; pragnął przytulić go, żeby upewnić go w tym, że nieważne co, nadal ma kogoś, kto go kocha, bardziej niż może to sobie wyobrazić, ale nie ruszył się. Potem, Louis powiedział:
- Do tego dnia nadal nie wiem. Ale czego jestem już pewien to to, że bardzo żałowała tego, co zrobiła, tego, że nie była dobrą matką.
Uśmiechnął się, pomimo faktu, że w środku był połamany. - Pomyślałbyś, że słabo napisane przeprosiny tego nie załatwią, ale nie wiem. Przyjmuję je. Wybaczam jej i mam nadzieję, że ona również mi wybacza, bo nie starałem się wystarczająco mocno, żeby zostać.
- Jednak, co mnie martwi... - kontynuował, - to fakt, że nie rozpoznam jej twarzy na zdjęciach, nie będę pamiętał jak wyglądała, tak jak pamiętam Lottie. Nienawidzę tego, Haz...
Na wspomnienie swojego imienia, Harry podniósł wzrok i spotkał oczy Louisa, nie odrywał od nich spojrzenia, gdy Louis kontynuował:
-... bo ludzie, którzy umierają żyją we wspomnieniach swoich ukochanych. Nie umrą tak długo, jak się o nich pamięta, więc czy to nie robi ze mnie pewnego rodzaju mordercy?
Gdy skończyli pożegnania i uściski, słońce zachodziło już za horyzont.
Podczas trzygodzinnej jazdy byli skąpani w napiętej ciszy, więc Harry zadecydował, że potrzebują odrobiny czasu, dlatego też zatrzymał się na plaży, która jest miejscem wielu cenionych wspomnień Harry’ego i Louisa: ich pierwsza randka, ich pierwszy pocałunek... to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło.
Louis nadal był cicho, gdy siedział na złotym piasku, nie chcąc wydusić z siebie słowa, pomimo iż Harry nie miał na sobie koszulki i biegł w stronę fal z głośnym okrzykiem.
Zamiast tego oglądał; obserwował to, jak Harry beztrosko zanurkował w błyszczącym błękicie i załamał powierzchnię, a woda wytrysnęła z jego ust jak fontanna, gdy on machał dookoła swoimi rękoma, chlapiąc, uderzając w wodę, starając się zmyć z siebie smutek i żal otulający go cały dzień. Przywołał Louisa do siebie, ale mężczyzna uprzejmie odmówił z uśmiechem i delikatnym potrząśnięciem głową, udając, że nie widział wydętych warg Harry’ego. Tak mijały minuty, Harry starał się namówić Louisa, żeby wszedł do lodowatej wody, a Louis za każdym razem potrząsał głową.
Harry szybko potem poddał się i wrócił do Louisa, usiadł obok niego, kapiąc wodą. W końcu, zadał pytanie, które chodziło mu po głowie odkąd wrócili z cmentarza: - Wszystko w porządku?
Louis bez przekonania kiwnął głową, na co Harry odpowiedział z wielkim zmartwieniem w swoim głosie: - Lou, wypluj to. O co chodzi?
Wizja tak pasywnego Louisa przerażała Harry’ego; zwiększała jego determinację, żeby dowiedzieć się, co martwiło Louisa, więc pocałował jego czoło, powieki, nos i wargi. Odsypywał Louisa delikatnymi całusami, całował go pomimo iż nie bardzo odpowiadał, dopóki nie popchnął go ostrożnie do tyłu, obejmując jego głowę swoimi dłońmi. Teraz to umierające słońce oświetlało ciało Harry’ego zamiast lekkiego blasku księżyca, sprawiając, że jego mokre włosy wyglądały jak aureola, i dokładnie w tym momencie niebezpieczny miks uczuć przejął kontrolę nad Louisem - strach, żałoba i, dziwnie, miłość. Jego oczy zaszkliły się, tylko trochę.
- Hej, hej, Lou. - Harry przestał bombardować mężczyznę pod sobą kochającymi pocałunkami.
- Rozmyślałem - przyznał Louis. - Sylwetka mojej matki jest niewyraźna i niedługo zniknie, jestem tego świadom. Nie chcę jej zapomnieć. Co jeśli nadejdzie czas, gdy nie będę pamiętał, że w ogóle miałem matkę?
- Będziesz pamiętał - pocieszył Harry. - Nieważne jak rozmyta będzie w twojej głowie, zawsze tam będzie.
Louis potrząsnął swoją głową, jakby mówiąc “nie rozumiesz”, usiadł prosto i spojrzał w jedyną rzecz, na której mógł się wtedy skupić: głębokie, szmaragdowe oczy. Powiedział:
- Jeśli nie mogę jej dotknąć i usłyszeć jej głosu, jej obraz zaniknie. A to oznacza, że umrze podwójnie. Nie chcę być...
- Przestań - przerwał Harry, a jego oczy stały się twarde jak kamień, gdy słowa wypadły z jego ust. - Nie zapomnisz o niej.
Harry wpatrywał się w oczy Louisa i miał na myśli każde słowo, gdy mówił: - Upewnię się, że to nigdy się nie wydarzy.
Louis rozpadł się w tamtym momencie, rozerwany, bo była też kolejna śmiertelna myśl, która zabijała go od wewnątrz, ale bał się ją wypowiedzieć, ażeby nie dawać jej więcej siły niż już posiada.
- O co chodzi? - zapytał Harry, wyczuwając niewypowiedziane słowa Louisa.
Ale Louis bardziej bał się tworzenia dystansu, kolejnego niekończącego się rowu pomiędzy Harrym i nim, niż tej złowieszczej myśli, więc i powiedział: - Co się stanie, gdy umrzesz, Harry?
Te zdanie zaskoczyło Harry’ego.
- Nie będę cię pamiętał - kontynuował Louis, a słowa smakowały jak trucizna na czubku jego języka. - Zostanę jedynie z twoim duchem - niewidocznym, nie możliwym do dotknięcia. Co wtedy zrobię?
Umysł Harry’ego zawirował, przetworzył własne myśli, żeby móc stworzyć jasne zdanie, ale brakło mu słów. Nie chciał, żeby to się wydarzyło, nie chciał, żeby Louis o nim zapomniał, bo jeśli tak się stanie będzie jakby Harry nigdy nie istniał. Zaprzeczył istnienie takiej myśli, ale jej prawdopodobieństwo wydawało się takie naglące i możliwe. Tak, Harry, co się stanie, gdy miłość twojego życia całkiem o tobie zapomni? Co wtedy?
Ale Harry przełknął swoje łzy, rzucił swoje zmartwienia na ziemię i spalił je tak, żeby cały świat widział - przysiągł na swoje życie, że nigdy nie pozwoli Louisowi zapomnieć, nieważne co. I wierzył w Louisa z całego serca, wierzył, że nie zrobiłby czegoś takiego.
- Będziesz pamiętał - powiedział Harry z takim pewnym tonem, że na chwilę przestraszył i siebie, i Louisa. - Ufam ci.
- Starałem się latami - powiedział Louis, pomimo iż desperacko chciał uwierzyć w słowa Harry’ego. - Nadal nawet nie mogę rozpoznać własnej twarzy w lustrze.
- Nie martw się, Lou. Jedną rzeczą, którą wiem na pewno jest to, że najlepiej pracujesz pod presją.
- Co to ma znaczyć? - zapytał Louis, a zdezorientowanie kapało z jego głosu.
- To znaczy, - powiedział Harry, powoli, nie będąc pewien tego, co wychodzi z jego ust, ale i tak całkowicie ufając swoim słowom - że kiedy nadejdzie czas, będziesz pamiętał.
Louis załapał ukrytą wiadomość, natychmiastowo zauważając niebezpieczeństwo i lekkomyślność tego zdania. Odpowiedział z o wiele bardziej ostrożnym tonem. - ...Więc nie chcę pamiętać, bo musiałbyś umrzeć przede mną. I wtedy będzie już za późno.
- Nie umrę. - Oczy Harry’ego błyszczały od pewności. - Zawsze tu będę. Obiecuję, Lou. Będę tu, kiedy będziesz o mnie pamiętał. Dlaczego miałbym ominąć najszczęśliwszy moment mojego życia?
W oczach Louisa nadal widać było zwątpienie i słychać było zawahanie w jego głosie, gdy powiedział: - Nie ufam sobie, Harry.
Harry potrzebował chwili, żeby wymyślić słowa, które powinien wypowiedzieć. - Pamiętasz ten czas, kiedy wrzuciłem do morza notatki, które o mnie napisałeś?
Louis kiwnął głową, gdy wizja pleców Harry’ego oświetlonych blaskiem księżyca skierowanych w stronę niekończącego się morza przeleciała przez jego myśli.
- Cóż, nie wyrzuciłem ich wszystkich - przyznał otwarcie. - Zachowałem parę, pomimo iż kazałeś mi się ich pozbyć, pomimo iż musiałem wyrzucić parę, żeby odsunąć cię ode mnie, bo w ciebie wierzyłem, wierzyłem, że sobie przypomnisz.
- Więc to w porządku, jeśli sobie nie ufasz - dokończył Harry. - Bo ja ci ufam. Zawsze będę ci ufał.
- Zawsze? - zapytał Louis, żeby uspokoić siebie bardziej niż kogokolwiek innego.
- Zawsze.
- Jednak to takie mocne słowo, Harry - powiedział Louis.
- Nie tylko mocne. “Zawsze” jest dla nas świętym słowem - odpowiedział Harry, a jego wiara wzmocniła jego istnienie. - Nigdy nie wymawiamy tego słowa, jeśli nie mówimy tego naprawdę. A zawsze mówimy to naprawdę.
Epilog; Sing It When You’re Winning; polskie tłumaczenie
Harry spóźnił się do biura o piętnaście minut w dzień, w którym Louis Tomlinson wyjawił, że jest gejem.
Albo, innymi słowy, opowiadanie, w którym Harry jest stale źle wynagradzanym stażystą w redakcji magazynu, a Louis pierwszym piłkarzem gejem w Premier League, i wygląda na to, że wcale się nie potrzebują.
Notka od tłumaczki: Wiem, że minęło trochę czasu od ostatniego rozdziału, ale starałam się wstrzymać publikację epilogu do czasu, gdy znajdę sobie coś nowego do tłumaczenia. Niestety, na razie nic nie mam, a nie chcę trzymać tego ff niedokończonego w nieskończoność. Także oto epilog Sing It When You’re Winning, mam nadzieję, że Wam się podobało. :) Przepraszam za wszelkie błędy. Enjoy. ;) xx
Epilog:
- Wróciiiiiiiliśmy!
Harry podskoczył przestraszony, odciągając się od ogromnego kartonowego pudła - który podpisany był jako “Rzeczy Harry’ego”, jednak zdecydowanie nie było tam rzeczy Harry’ego - i wyszedł z pokoju. Prawie potknął się o piłkę pozostawioną w labiryncie jeszcze większej ilości pudeł i usłyszał donośny dźwięk pazurów odbijających się o drewniane panele i podekscytowane ujadanie, gdy Stella podbiegła, aby przywitać ich gości.
Pochylił się nad balustradą, kładąc dłonie na wypolerowanym drewnie. - Jak tutaj weszliście?
- Zostawiłeś otwartą bramę, ty durniu - powiedział Zayn, uśmiechając się, a Harry zeskoczył ze schodów, żeby go przytulić, bo Perrie aktualnie była zajęta podekscytowanym owczarkiem szkockim, który starał się zlizać jej twarz.
- Ej, Stella. Siad. Siad. Zostaw ją - powiedział Harry, starając się o swój najbardziej stanowczy głos, ale ten pies i tak nigdy go nie słuchał - Stella była całkowicie oddana Louisowi - i odwróciła się w ramionach Perrie, z wywieszonym językiem i uśmiechem na pysku. Cóż. Harry wiedział, że psy nie mogły uśmiechać się od ucha do ucha, ale czuł się, jakby się z niego śmiała.
- Och, jest słodka, zostaw ją - powiedziała Perrie, składając pocałunki na czubku jej głowy. - Więc jeszcze się nie rozpakowaliście?
- Próbuję to zrobić. Nie mogę znaleźć żadnych moich rzeczy. Wiedziałem, że nie powinienem był pozwolić Louisowi cokolwiek pakować - powiedział Harry, chwytając obrożę Stelli, gdy ta starała się złapać odrobinę wolności, wylatując przez otwarte drzwi frontowe, i przytulił ją mocno. - Swoją drogą, jak się macie? Mam nadzieję, że targ weselny nie był zbyt szalony.
- Było tak świetnie. Tak świetnie. Mam tyle pomysłów - powiedziała Perrie, prostując się i chwytając rękę Zayna, który starał się wyglądać na wkurzonego, ale nigdy mu się to nie udawało, gdy była obok niego, więc Harry uśmiechnął się do nich. - Gadałam z Amy w tamtym tygodniu, o tym co ona i Niall zrobili na ich ślub i dała mi numer do takiej pani, która robi najlepsze torty...
- Kochanie, Harry’ego nie obchodzą torty - powiedział Zayn, całując ją w czubek głowy, a ona zmarszczyła brwi i Harry tylko bezgłośnie powiedział jej “później”. - Swoją drogą. Zabukowaliśmy już też miesiąc miodowy, więc podziękuj od nas Louisowi. W życiu nie moglibyśmy sobie na to pozwolić, gdyby nie on.
- Nadal nie mogę uwierzyć w to, że on zna tylu ludzi - powiedział Harry, podchodząc do drzwi i zamykając je, a potem wypuszczając Stellę ze swoich objęć; pies spojrzał oczekująco na zamknięte drzwi, a potem zaczął biec wzdłuż korytarza do kuchni. Mieszkali tu trzy dni, a Stella nadal nie znudziła się nowymi widokami i zapachami. Samo patrzenie na nią było męczące.
- Pieprzony Richard Branson*, stary - powiedział Zayn, chichocząc. - Nie wiem. Moja mama jest taka zazdrosna, że czasami zapomina wspomnieć o ślubie więcej niż trzy razy dziennie.
Harry wywrócił oczami. - Dobry Boże.
- Swo-ją dro-gą, - powiedziała Perrie, wbijając ostre paznokcie w jego ramię - tu jest przepięknie! Absolutnie zachwycająco. Nie mogę uwierzyć, że po tym całym czasie w końcu pozwoliłeś Louisowi kupić dom pasujący do piłkarza.
Harry miał ochotę wywrócić oczami, bo w ciągu trochę ponad dwóch lat, kiedy on i Louis byli ze sobą, jedyną rzeczą, o którą naprawdę się pokłócili były pieniądze (oprócz tego jednego razu, kiedy Harry pojechał do Londynu, żeby spotkać się z Nickiem, co doprowadziło do tego, że Harry przespał się na kanapie Zayna i Perrie, a Louis kupił Stellę). Ale po niekomfortowym roku życia w wielkiej rezydencji Louisa bez żadnych opłat, nareszcie usiedli z księgowym Louisa i ustalili: jaka była pensja Louisa po odliczeniu podatku, jaka część tego szła do jego agenta, jaka do El, ile oddawał swojej mamie i siostrom, ile odkładał na swoje konto emerytalne, w co ma zainwestować jego księgowy - aktualnie w nieruchomości - i ile z tego wszystkiego zostaje Louisowi. Co, i można to powiedzieć bez wahania, było więcej niż pensja Harry’ego, ale po osiemnastu miesiącach od tego spotkania i nieustannych sugestiach Louisa dotyczących kupienia razem nowego domu, wpadli na pewien plan. Louis miał spłacić hipotekę, Harry rachunki i abonament, i ubezpieczenie swojego samochodu, no i miał kupować sobie większość ubrań, a jeśli Louis zadecydowałby, że chciał kupić Harry’emu jakiś prezent, chłopak miał się przez to nie wkurzać. Mógł utrzymać się bez pomocy Louisa, ale nauczył się być wdzięcznym za to, że chciał dzielić z nim swoje pieniądze.
- Co mogę powiedzieć, - powiedział Harry, prowadząc ich do kuchni, która nadal w większości zastawiona była pudłami - poddałem się życiu WAG.
- Hej, myślałam, że ustaliliśmy, że jesteś mężem i chłopakiem - odezwała się Perrie, siadając na blacie, gdy Zayn podszedł do przeszklonych drzwi, przyglądając się czerwcowemu słońcu odbijającemu się od powierzchni basenu. Harry pochylił głowę, a ona położyła swoją brodę na dłoniach i zapytała: - Więc, jak idzie ta sprawa z mężem?
- Um. - Harry odruchowo podrapał się w nos. - Nie... bardzo... miałem kiedy.
Perrie westchnęła. - Jak długo nosisz ten pierścionek w kieszeni?
- Er. - Harry zakaszlał, a już znajomy ciężar złota w jego kieszeni zdawał się być większy niż zwykle. - Wydaje mi się, że dwa miesiące.
Perrie zamrugała, a Zayn cmoknął, otwierając drzwi i powiedział: - No weź, stary. Wiesz, że ci nie odmówi. Po co to przedłużać?
- Czy tak samo myślałeś przed tym jak oświadczyłeś się Perrie? - spytał Harry, robiąc kwaśną minę pomimo swoich starań. Zayn tylko zaśmiał się, wychodząc na patio, a za nim wybiegła Stella i zrobiła parę kółek dookoła basenu, dopóki Zayn poddał się i rzucił jej patyk.
- Kochanie. Wiem, że się martwisz. Ale on tak bardzo cię kocha. Spędził prawie półtora roku starając się namówić cię, żebyś kupił z nim dom, na pewno chce cię przy sobie na długi czas. Długi, długi czas.
Chodziło o to, że Harry był tego świadom. Naprawdę. Wiedział, że gdyby spytał Louisa, gdy wróci z meczu towarzyskiego Anglii z Czarnogórą dzisiaj przy kolacji w ich nowym domu z rozpakowanym jedynie łóżkiem i telewizją, pewnie by się zgodził. Po prostu chciał, żeby ta chwila była idealna. Chciał, żeby było perfekcyjnie.
Był tak blisko w ostatni mecz sezonu: gracze Liverpoolu robili typowe kółko po zakończeniu meczu, kończąc sezon drugim najlepszym wynikiem od sezonu 2008-2009, wszystkie inne żony i dzieci reszty graczy stały na boisku, machając do kibiców. Harry stał tam, za linią boczną, w towarzystwie Liama, Zayna i Perrie, i to jego chłopak był odpowiedzialny za prawie cały sukces, to on był tym z opaską kapitana, tym, który był wielką nadzieją Anglii na nadchodzący Puchar Świata: chciał wyjść tam i opaść na jedno kolano, i oświadczyć się, ale stchórzył. Przez ostatnie parę lat starał się trzymać z dala od świateł reflektorów, a świetną sprawą było to, że jeśli nie dawało się mediom powodu, żeby o tobie pisali, zwykle o tobie nie pisali: jego nowe konto na Twitterze było prywatne, tak jak jego Instagram, a Louis też starał się nie pisać o swoich osobistych sprawach na Twitterze, bo pomimo tego, jak wszystko się dla niego skończyło, na świecie nadal były homofobiczne chuje, a on nie potrzebował dodatkowego dramatu przez publiczne gadanie o Harrym. Więc pomimo tego, jak wielki byłby to gest, Harry nie chciał tego zainteresowania, więc tygodnie ciągnęły się i teraz był środek czerwca, i jeśli nie zdecyduje się na ruch już niedługo, Louis wyjedzie do Brazylii na Puchar Świata, a on nie chciał rozpraszać go w kluczowym punkcie jego kariery czymś takim jak oświadczyny.
- Harry. Spójrz na mnie, kochanie. - Perrie uśmiechnęła się delikatnie w jego stronę, a mały diament na jej palcu błyszczał oskarżycielsko w jego stronę. - Zrób to przed Pucharem Świata, dobra? Obiecaj mi. On ci nie odmówi.
- Nie możesz być tego pewna - powiedział Harry i nagle poczuł się przygnębiony.
- Mogę, kochanie. Swoją drogą, w ten sposób oboje będziemy mogli gadać o wiązankach kwiatów i miejscach na wesele przez cały czas, a Zayn nie będzie mógł narzekać!
Harry jęknął, ale Perrie chwyciła jego ramię i powiedziała: - No dalej, i tak muszę pokazać ci te ciasta...
* brytyjski przedsiębiorca, miliarder, twórca obejmującej ponad 400 firm Virgin Group.
- A co sądzisz o tym?
- Nie. Nie. Co to jest? Czy to serce ze strasu?
- To nie jest stras - zadrwił Louis, przyglądając się pierścionkom przez szybę, gdy sprzedawca obserwował ich ostrożnie - jakby byli parą oszustów planujących uciec z całym asortymentem. Co, no cóż, Eleanor przymierzyła absurdalną ilość biżuterii i wszystko było całkowicie niestosowne, więc Louis mógł w pewien sposób zrozumieć skąd pojawiło się te podejrzenie. - Spójrz na cenę, to na pewno jest diament. Swoją drogą, to nie jest serce... nie?
- No jest. Nie? - Eleanor spytała sprzedawcę, który krótko kiwnął głową.
- Tak, proszę pani, to dwudziestoczterokaratowy inkrustowany złotem pierścionek z trzema małymi południowoafrykańskimi diamentami wyciętymi w serce, z niesamowitym kolorem, wycięciem i czystością...
- Zdecydowanie zbyt dziewczęce - skwitowała Eleanor. Nawet nie wiem jak mamy to zrobić. Czy faceci noszą pierścionki zaręczynowe?
- Nie wiem - powiedział Louis z lekkim przygnębieniem. - Może nie? Po prostu to wydaje mi się być głupie, żeby oświadczać mu się bez pierścionka, to tyle.
- Nosimy - powiedział sprzedawca, spoglądając na ich dwójkę, jakby byli najdziwniejszymi okazami ludzi, na które natknął się w swoim życiu. - Mamy małą kolekcję pierścionków zaręczynowych dla mężczyzn, jeśli chcieliby ją państwo zobaczyć.
- Czym one się różnią? - zapytał Louis, przygryzając paznokieć u kciuka.
- Są zwykle trochę prostsze, proszę pana, z mniej dyskretnymi diamentami. Mamy również proste pierścionki z platyny, białego złota i tytanu, które podobno są również akceptowalne na zaręczyny.
- Okej, zobaczmy je. Proszę - dodał po chwil Louis. To śmieszne, że trzy lata temu wymykał się tylnymi drzwiami z gejowskich klubów i przedstawiał się swoim szybkim numerkom fałszywym imieniem, a prasa pisała o tym, że chodził z aktorkami “Życia w Hollyoaks” (byli przyjaciółmi) i “piękną brunetką” (którą była Eleanor, z czego oboje się śmiali); teraz był u jubilera i szukał pierścionka zaręczynowego dla jego niesamowitego, wspaniałego chłopaka, którego kochał z całych swoich sił. Trzy lata temu powiedziałby, że jego mama miała rację, gdy mówiła: “Nigdy nie weźmiesz ślubu, kochanie, jeśli nie zaczniesz bardziej ufać ludziom”, i trzy lata temu pewnie dostałby ataku paniki, gdyby ktoś mu się oświadczył. To już nie było prawdą.
- Och, te są ładne - zagruchała Eleanor, gdy sprzedawca - Jeremy, jak głosiła jego plakietka - wyciągnął szufladę pełną subtelnych pierścionków. Louis przyjrzał się każdemu z nich i uderzyła go trochę spanikowana myśl, że one wszystkie wyglądają tak samo o Boże o Boże jak ja mam wybrać, a Eleanor poklepała się w brodę i powiedziała: - To wszystkie?
- Tak, proszę pani - powiedział Jeremy, jakby to były złe wieści wyciśnięte z niego siłą. Louis napotkał wzrok Eleanor, starając się nie panikować.
- Nie wiem - powiedział powoli, chcąc powstrzymać panikę. - One nie są bardzo... cóż, nie mówią Harry, nie?
- Zgadzam się - powiedziała Eleanor i odwróciła się do Jeremy’ego, żeby zapytać: - Macie jakieś... nie wiem, jakieś pierścionki w stylu vintage? Takie, których nikt by nie miał, coś w tym stylu?
Wzrok Jeremy’ego mógłby wysuszyć ich skórę. - Rozważali państwo udanie się do sklepu z antykami zamiast jubilera?
Po tym ewakuowali się szybko, a Eleanor śmiała się o wiele za głośno, gdy Louis wymamrotał jej do ucha: “Coś mu weszło w dupę, serio”. Przeszli się jeszcze chwilę po Londynie, ale dopiero kiedy usiedli w Starbucksie uderzyło go jego przygnębienie: Louis postawił na te popołudnie, żeby znaleźć idealny pierścionek, mówiąc Harry’emu malutkie, niewinne kłamstewko, że jego lot z Czarnogóry nie wyląduje do popołudnia. Miał to wszystko zaplanowane: za trzy dni leciał do Hiszpanii na obóz treningowy drużyny angielskiej przed Pucharem Świata, potem leciał do Brazylii na dwa do czterech tygodni - wszystko zależało od tego, jak Anglii będzie się powodzić - a potem on i Harry lecieli na Necker Island na dwa tygodnie, jeden tydzień będą sami, a drugi poświęcają na pewnego typu spajanie więzi z ich rodzinami - na szczęście Jay i Anne już się kochały, więc nie było o co się martwić. Miał oświadczyć się Harry’emu dwie noce przed przyjazdem ich rodzin (w ten sposób będzie mógł otrzymać maksymalną liczbę dopiero-co-się-zaręczyliśmy seksu) podczas kolacji. Będzie idealnie. Ale tylko wtedy, gdy znajdzie idealny pierścionek.
- To wszystko spieprza - wymamrotał w swoją słomkę - nie ważne jak bardzo starała się to zmienić w ciągu ostatnich sześciu lat, on nadal nienawidził kawy. - Nie mam czasu, żeby kupić go innego dnia. Cholera, cholera, kurwa.
Eleanor popijała swoją latte, przeglądając swój telefon. - Kto wiedział, że w Londynie jest tyle sklepów z antykami? Nie mamy czasu, żeby zajść do każdego z nich, jeśli chcesz, żebym odwiozła cię do Liverpoolu na czas.
- Musimy. Powiem Harry’emu, że lot został opóźniony, czy coś.
- Świetny pomysł - powiedziała Eleanor, mrugając w jego stronę. - Oprzyj swoje oświadczyny na lawinie kłamstw.
- Zamknij się - warknął, wyciągając własny telefon. Przeglądał Twittera bez entuzjazmu, gdy zauważył, że @grimmers napisał do Harry’ego: hej stary kiedy znowu będziesz na południu? Oczywko tym razem za pozwoleniem męża.
Louis zrobił kwaśną minę, a potem uniósł brwi, bo kto inny z całego Londynu znałby hipsterskie sklepy z antykami jak własną kieszeń niż wkurzająco odnoszący same sukcesy DJ Radio 1 i były redaktor magazynu Xpose, Nick Grimshaw?
- Tak myślę. Dlaczego pytasz? - Jej agencja rozrosła się, żeby objąć opieką więcej osobowości medialnych, a Nick był jedną z nich.
- Zadzwoń do niego. On będzie wiedział, gdzie iść.
- No tak, bo Nick, spośród wszystkich ludzi w mieście, będzie taki chętny pomóc ci znaleźć pierścionek zaręczynowy dla Harry’ego - powiedziała, ale Louis uszczypnął ją w udo pod stołem, więc po prostu wybrała jego numer. - Dobra, serio, au, to naprawdę bolało..
Zajął się napisaniem do Harry’ego smsa: cześć kochanie będę w domu niedługo tak bardzo za tobą tęskniłem :) xxx, i starał się nie podsłuchiwać rozmowy Eleanor. Był całkiem dumny z siebie i też wkurzony, kiedy powiedziała: - W porządku, spotkamy go w Camden za pół godziny - bo to oczywiście oznaczało, że będzie musiał spędzić czas z Nickiem, który był absolutnie jego najmniej lubianym znajomym Harry’ego. Ale musiał przyznać, że chociaż było to wkurzające, Nick widocznie bardzo martwił się o Harry’ego i przez to był w osiemdziesięciu procentach pewien, że będzie chętny pomóc mu dzisiaj, a nie będzie starał się go sabotować.
Nick wyglądał tak samo agresywnie jak Louis, gdy się spotkali: jego włosy miały już absurdalną długość i miał na sobie wielkie okulary przeciwsłoneczne, ale zebrał się w sobie i ścisnął dłoń Louisa na powitanie.
- Wszystko w porządku? - zapytał sztywno Louis.
- W porządku - odpowiedział Nick, nie patrząc na niego. - Czego chcieliście, że musiałem tutaj przyjść?
- Pomyśleliśmy, że mógłbyś wiedzieć jakie sklepy lubi odwiedzać Harry, gdy tu przyjeżdża - powiedziała Eleanor, dobrze wyczuwając to, że Louis niczego nie pragnął mniej od nawiązania bezpośredniej rozmowy z Nickiem. - No wiesz. W twoim stylu.
- To musi być poważne - powiedział Nick, rzucając okiem na Louisa. - Co zrobiłeś?
Eleanor nie zdążyła nawet otworzyć swoich ust, gdy Louis rzucił: - Zamierzam mu się oświadczyć.
Efekt, jaki te słowa wywarły na Nicku był całkiem zabawny i byłby lekko tragiczny, gdyby Louis był bardziej przychylny, żeby czuć do niego współczucie: prawie się wzdrygnął, mocno marszcząc brwi i ścisnął swoje dłonie, a potem położył je na swoich biodrach i powiedział: - Och.
- Nie musisz zostawać - powiedział Louis, kiedy sprawy zrobiły się prawie niezręczne, bo w końcu on i Nick mieli jedną wspólną rzecz, - i był tego całkiem pewien - którą była miłość do Harry’ego. A on nie był tak wredny.
- Nie, nie, to... śmieszne, właściwie. On... och, nieważne - przerwał gwałtownie Nick, a potem odwrócił się i odszedł. - Tędy. Ten jest jego ulubiony.
Wylądowali w malutkim, pomalowanym na czarno jubilerze z antykami, a Louis nie miał głowy, żeby zapytać dlaczego Nick wiedział, że to był ulubiony sklep Harry’ego - serio, na miłość boską, co oni robili, gdy Harry przyjeżdżał do Londynu? - ale był zadowolony, gdy zauważył rzędy pierścionków i wiedział, że to było te miejsce.
- Tak - powiedział delikatnie, bardziej do siebie, i poczuł Eleanor ściskającą jego ramię. Nick stał trochę dalej od nich, jednak nadal ich obserwował, jakby czekał na swój moment, by zaatakować i powiedzieć “sprzeciw!”.
Starsza pani za ladą uśmiechnęła się w ich stronę i zapytała: - Jak mogę ci pomóc, mój drogi?
- Cześć, tak. Ja tylko szukam pierścionka. Dla mojego, er, chłopaka. - Oczy Louisa powędrowały w stronę kobiety, żeby zobaczyć jej reakcję: nadal nie był pewien jak o tym mówić, ciągle ujawniając się przez nowymi ludźmi, wiedząc, jak mogą zareagować. Ona jedynie uśmiechnęła się i zapytała: - Szukasz czegoś konkretnego?
- Nie wiem, tylko czegoś... tylko czegoś w pewnym stopniu oryginalnego i unikalnego, tak mi się wydaje - powiedział, a jego oczy przejechały po wystawach i prawie wzdrygnął się, gdy Nick poklepał go w ramię.
- Nie jestem tutaj, żeby radzić ci, co robić, - powiedział, a jego głos był całkowicie szczery - ale pewnie powinieneś wiedzieć, że kiedy ostatnim razem byłem tu z Harrym, był naprawdę zainteresowany właśnie tym.
Louis podążył za wzrokiem Nicka w stronę prostego pierścionka, który wyglądał niesamowicie znajomo. Louis zmarszczył brwi.
- Dokładnie tak jak...
- ...jego tatuaż, wiem - powiedział Nick, a kobieta podbiegła do nich, uśmiechając się.
- Och, ten jest bardzo ładny, mamy go już od jakiegoś czasu. Prawdziwy antyk. Oczywiście, nie w finansowym zasięgu większości ludzi.
- W porządku - powiedział Nick, a w jego głosie wróciło trochę jego starego rozgoryczenia. - Jestem pewien, że to nie będzie problem dla Jego Wysokości.
Louis zignorował go, delikatnie chwytając pierścionek, który podała mu kobieta: był złoty, trochę podrapany i zmatowiały, pomimo faktu, że pewnie był polerowany miliony razy. Dwie ściśnięte dłonie były trochę toporne i coś czuł, że zapłaci przynajmniej dwadzieścia procent więcej teraz, gdy Nick już powiedział, że miał nielimitowany budżet, ale... Jezu, nie mógł uwierzyć, że w ogóle o tym myślał... - To to, to ten, jest idealny.
Kobieta uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Wspaniale. Bardzo dobry wybór.
- Mówi to tylko dlatego, że wie, że wyciągnie z ciebie półtorej tysięcy - wymamrotała w jego ramię dyskretnie Eleanor, a Louis zauważył etykietkę z ceną. Cholera.
- W pakiecie jest mała broszurka historyczna - powiedziała kobieta, gdy Louis podał jej swoją kartę, a ona zaczęła pakować pierścionek. - To bardzo stary pierścionek, więc widział całkiem dużo. Osoba, która ją sprzedała była bardzo zapalona, żeby zachować jego historię.
- Racja, racja - rzucił Louis, nadal myśląc o pieniądzach, bo Harry pewnie oszaleje, kiedy dowie się ile go to kosztowało. Jeśli. Jeśli się dowie. Odwrócił się do Nicka.
- Ani słowa o tym do niego, zrozumiano? - powiedział ostro. Nick miał na twarzy tę jego dziwną minę, jedną rękę przyciskał do piersi i wzruszył lekko ramionami.
- Nie, nie martw się. Usta zamknięte na klucz, wyrzucam klucz, i takie tam.
- Mówię serio.
- Wiem, widocznie serio chcesz mieć Harry’ego jako swojego męża.
Ach, no i jasne. Nick zmieniał swoją taktykę - zachowywał się, jakby nigdy nie chciał Harry’ego, jakby to Louis spośród ich dwóch był tym ze złym gustem. Naprawdę uśmiechnął się w stronę Nicka.
- Dobra, w porządku, skoro tak mówisz. No dalej, El, powinniśmy się zbierać.
- Wielkie dzięki - powiedziała Eleanor, i do Nicka, i do kobiety za ladą, a potem szczęśliwie wzięła Louisa pod rękę, gdy ten odebrał swoją kartę i pierścionek. - Naprawdę jesteś całkiem dobrym chłopakiem, wiesz - odezwała się, gdy zmierzali z powrotem do miasta, gdzie El zostawiła swój samochód.
- Uczyłem się od najlepszych - powiedział z uśmiechem, myśląc o Harrym - zawsze myśląc o Harrym - bezpieczny w wiedzy, że miał idealny plan i nic się nie zmieni.
Harry nie mógł tego zrobić.
Na początek, nie było odpowiedniego czasu: to nigdy nie był właściwy czas, bo on był zawsze w biurze w Manchesterze i wracał do domu późno, a wtedy Louis miał już na sobie swoje luźne ubrania i grał w gry na XBOXie albo oglądał telewizję, albo był u Nialla i Amy, żeby zobaczyć dziecko. A kiedy już byli w domu, rozpakowywali się albo pilnowali, żeby Stella niczego nie zniszczyła, albo siedzieli na łóżku i oglądali razem nagrane odcinki w telewizji, a Harry zastanawiał się jaki był cel w pytaniu go? I tak praktycznie byli już małżeństwem. To tylko kawałek papieru.
Ale był to kawałek papieru, którego pragnął, bardzo, a kiedy Louis wyjechał na obóz treningowy, pogodził się z faktem, że będzie musiał poczekać. Będzie z nim w Brazylii - jako część jego pracy w BBC, oczywiście, ale nadal tam będzie - a po tym jadą na wakacje, tylko ich dwójka. Może to będzie odpowiedni czas. Może.
To był dzień, w który Louis wyjeżdżał do Hiszpanii, a Harry obudził się pierwszy: Louis chrapał w poduszkę obok niego, z jedną ręką troskliwie obejmującą biceps Harry’ego i musiał delikatnie rozplątać się z jego objęć, żeby wyjść z łóżka. Skorzystał z łazienki i z przyzwyczajenia sprawdził swój najnowszy tatuaż w lustrze: wyglądało na to, jakby dobrze się goił, 17BLACK odstawało na jego skórze, a małe L pomiędzy jego wróblami, żeby pasowało go G i A na jego ramionach, prawie już nie bolało.
Zszedł na dół, wypuszczając podekscytowaną Stellę z kuchni do ogrodu, gdzie jak zwykle biegała w kółko i sikała na wszystko, a on zrobił sobie kubek herbaty oraz jajka, bekon i tosty na śniadanie. Włączył radio: to była pora audycji Nicka, gadał właśnie o “Ekipie z Newcastle”. Słuchał go przez chwilę, prychając - nadal dziwnie było mieć kolegę-ukośnik-wcześniejszego-pracodawcę w państwowym radio - skwierczące śniadanie sprawiło, że zaburczało mu w brzuchu.
- Dobry - powiedział Louis, skradając się do niego i całując go pomiędzy łopatkami. - Mm, zrobiłeś mi bekon w mój ostatni dzień. Naprawdę jesteś idealnym człowiekiem.
- Zamknij się - powiedział Harry, wyciągając swoją wolną dłoń do tyłu, żeby ścisnąć tyłek Louisa. - Wiem, że nie będziesz mógł go jeść, gdy cię nie będzie, więc proszę bardzo.
- Idealny człowiek - Louis westchnął w jego plecy, całując go szybko i opadając na stołek. Na ladzie znajdował się dzisiejszy numer Daily Mail i parę innych szmatławców - Harry mówił Louisowi, że musi przeczytać je do pracy, ale szczerze mówiąc lubił czytać plotki. Właśnie przewracał jajka, kiedy Louis wydał z siebie zaskoczone sapnięcie i powiedział: - No nie.
- Co się dzieje, kochanie?
- Wygląda na to, że ktoś nareszcie wykorzystał te cytaty z naszego wywiadu sprzed paru lat.
- Żartujesz? - Harry odwrócił się w miejscu, a Louis otworzył Daily Mail na artykule, który zajmował dwie strony, zatytułowanym:
EKSKLUZYWNE: Jest największą nadzieją Anglii na Puchar Świata - ale jak zmieniło się życie Louisa Tomlinsona, który z łobuza z nadwagą zmienił się w jedną z najjaśniejszych gwiazd brytyjskiej piłki nożnej
- Jak uroczo - powiedział z kamienną twarzą Harry. Zdjęcie po środku było porównaniem Louisa przed spotkaniem Harry’ego: nie najlepsze zdjęcie z czasu, kiedy fan zauważył go kupującego przekąskę w Tesco, ubranego w stare ubrania i czapkę, a obok znajdowało się zdjęcie jego i Louisa na tegorocznym rozdaniu nagród dla najlepszych graczy, obaj ubrani w garnitury, a włosy Louisa wystylizowane były w ten zawijas, który tak podobał się Harry’emu. Obiektywnie, to całkiem duży kontrast.
Louis skrzywił się, odwracając gazetę. - Mam ci to przeczytać? To nie jest... jeśli zignorować fakt, że to the Mail, nie jest takie złe, tak sądzę.
- Dawaj.
Słyszał śmiech Louisa, gdy tost wyskoczył z tostera, a uszy Stelli uniosły się w zainteresowaniu z jej psiego łóżka przy drzwiach, gdzie drzemała.
- Najpierw podpis zdjęć. Po lewej: Louis w 2010 roku, zanim ujawnił się jako gej, a po prawej Louis w tym roku ze swoim chłopakiem Harrym Stilesem. Źle napisali twoje nazwisko. Serio.
Harry parsknął śmiechem. - Cieszę się, że nie piszą o mnie tak często, żeby znać moje nazwisko.
Louis uniósł swoje brwi. - Cóż, to tyle, tak mi się wydaje. Przeczytam to. - Odchrząknął dramatycznie, a Harry uważnie przysłuchiwał się w serię nieco pochlebnych rozważań, które na pewno nie były w tym samym tonie, co artykuł z the Mail o Louisie prawie trzy lata temu, kiedy się ujawnił. Wywiad Harry’ego z Louisem nigdy nie został opublikowany, w dużej mierze przez niezręczność, która pojawiła się pomiędzy nim a Nickiem, kiedy nie wziął pracy w Radio 1, ale wykorzystali parę cytatów, które Louis podrzucił Nickowi do wywiadu.
- No cóż, to było miłe - powiedział Harry, gdy Louis już skończył. I nie kłamał: to było właściwie całkiem miłe podsumowanie ostatnich dwóch lat życia Louisa i prawdopodobnie był to pierwszy wywiad, który dotykał jego przeszłości jako zamkniętego w szafie piłkarza. Harry został wspomniany w jednym zdaniu: Louis jest w trwałym związku z Harrym, 25, który pracuje w BBC i pomimo iż para traktuje swój związek całkiem prywatnie, Harry jest widziany na prawie każdym jego meczu. Był wdzięczny, że to tylko tyle.
- Potrzebowali do tego jedynie prawie trzech lat - powiedział Louis, gdy Harry rozłożył śniadanie i postawił je na ladzie. Ku jego zaskoczeniu, zanim usiadł, Louis pochylił się do przodu i złożył delikatny pocałunek na jego wargach.
- Mm. Za co to było?
- Czasami zapominam jakim jestem szczęściarzem, że w ogóle się spotkaliśmy. Więc dziękuję. Dziękuję, że zrobiłeś ten wywiad. Jestem taki szczęśliwy, że cię mam.
- Przestań - powiedział z uśmiechem Harry, nie siadając, ale tuląc Louisa tam, gdzie siedział. Złożył pocałunki na czubku jego głowy i pomyślał: dlaczego nie zrobisz tego teraz?, zanim przypomniał sobie, że kurwa, pierścionek był na górze, w kieszeni jego spodni. A jakie to byłyby oświadczyny bez pierścionka?
Pieprzony tchórz, krzyczał na siebie w myślach, gdy całował kark Louisa i wyszeptał: - Ja tak samo. Jestem takim szczęściarzem, że cię mam.
- Zejdź ze mnie, ty gigancie - zachichotał Louis, a potem jedni śniadanie, robiąc w swoją stronę głupie miny, jakby nie mieli dwudziestu siedmiu i dwudziestu pięciu lat.
Brazylia nadeszła zbyt szybko: Harry ledwo znalazł czas na jedna szybką podróż do Londynu, żeby odwiedzić Liama w jego nowym mieszkaniu i przelotnie przywitać się z Nickiem - który był w dziwnym humorze, rzucał aluzjami do rzeczy, których Harry nie miał czasu ani energii, żeby zrozumieć - i już pakował się i spotykał z Benem i resztą zespołu w Londyńskim Heathrow. Louis już tam był: rozmawiali przez Skype’a i Harry nienawidził to, jak olśniewający był jego pokój w hotelu, z idealnym widokiem na plażę Copacabana. Powiedział, że nie odwiedzi go z zasady (co było kłamstwem i obaj byli tego świadomi, ale skoro Louis dzielił pokój z kimś innym, pewnie i tak to Louis odwiedzi Harry’ego).
Czekał na lotnisku, mając jeszcze piętnaście minut w zapasie i siedząc na swojej walizce, kiedy zadzwonił do niego Louis.
- Hej, kochanie - powiedział, sprawdzając ponownie swój zegarek. - Nie jesteś zajęty?
- Nie, mam parę minut przed treningiem, później mamy jakąś konferencję prasową czy coś. Kiedy odlatujesz?
- Um, za dwadzieścia trzecia, tak myślę. Przyszedłem szybciej.
- Jak tam Londyn?
Harry skubał luźny rękaw swojej koszuli i przystawił telefon do prawego ucha. - Dobrze, dobrze, Liam ma nowe luksusowe mieszkanie, cholera jasna. Nie uwierzysz ile dostaje pieniędzy w tej nowej robocie.
- Mam nadzieję, że nie więcej niż ja?
Harry zaśmiał się. - Nie, kochanie, myślę, że to może być niemożliwe. Czterdzieści tysięcy na początek! Wiem, że dla ciebie to pewnie nic...
Harry prawie czuł ból, tak bardzo chciał usłyszeć przez telefon statyczny chichot Louisa: przypomniał sobie, że już za trochę ponad dwanaście godzin znowu będą w tej samej strefie czasowej, w tym samym mieście. Tak bardzo tęsknił za Louisem, że czasami go to bolało, a nawet przerażało.
- Wiem, że to dużo, ty ciulu. Liam będzie zarabiał więcej ode mnie za pięć lat, mówię ci.
- Tak, pewnie masz rację. - Harry podniósł wzrok i zobaczył Bena machającego do niego z taksówki na zewnątrz, niechętnie kończąc rozmowę. - Przepraszam, kochanie, ale Ben już tu jest. Muszę iść.
- Och, kurcze. Okej. Cóż, wyślij mi smsa, gdy wylądujesz.
- Tak zrobię. Perrie wysyła ci buziaki, swoją drogą, i mówi, że nie ma mowy, żebyśmy odzyskali Stellę, gdy wrócimy do domu.
- Ha ha - powiedział oschle Louis. - Kocham cię.
- Też cię kocham. Do zobaczenia wkrótce.
- Nie mogę się doczekać - powiedział Louis i rozłączył się.
Pierwszą rzeczą, o którą zapytał go Ben, gdy podszedł do niego było: - Spytałeś go już?
Harry jęknął. To będzie długi lot.
Rio było piękne i zadziwiająco zimne - “Tutaj jest zima, nie zdałeś sobie z tego sprawy?”, powiedział Louis, rozciągnięty na jego łóżku hotelowym, rechocząc, gdy Harry bezowocnie przeszukiwał swoją walizkę pełną letnich ubrań w poszukiwaniu swetra - a Harry był bardzo zajęty. Bardzo, bardzo zajęty. To było wspaniałe znajdować się w kraju, w którym rozgrywał się Puchar Świata, szczególnie w Brazylii: on i Ben siedzieli w jakimś barze na dachu pewnego budynku w ich wolną noc, kiedy Brazylia wygrała z Holandią i dostała się do kolejnej rundy, i obserwowali pod wrażeniem, jak ludzie na ulicach zaczęli wypuszczać fajerwerki, a uderzenia w bębny towarzyszyły im w drodze do hotelu.
Pracował w każdy mecz Anglii, kręcąc się z Benem przy kamerach, reżyserując ujęcia i załatwiając różne sprawy - bycie asystentem Bena (jego nowa pozycja) na pewno wymagało, aby był ciągle w gotowości - i był pod wrażeniem, kiedy Anglia wygrała wszystkie mecze i dostała się do najlepszej 16 bez pomruku niezadowolenia. Louis był w świetnej formie, strzelił trzy gole i asystował w dwóch kolejnych, a w rzadkiej chwili, kiedy Harry go widział, mógł jedynie uśmiechać się z dumą przez to, jaki jego chłopak był wspaniały, i jak dziwnie było kibicować drużynie, w której grał.
Ben nie pozwolił mu założyć jego koszulki z “TOMLINSON 7″ na mecz z Francją, ale Anglia i tak wygrała dzięki zuchwałemu 1 - 0 w dogrywce.
Harry był całkiem pewien, że odgryzł całe swoje paznokcie z tego nerwowego oczekiwania, kiedy nadszedł czas na rzuty karne w ćwierćfinałach: Anglia i Urugwaj, a Louis miał pierwszy wykonać swój rzut. Musiał pójść i ukryć się w rogu, a Ben był zbyt skupiony na meczu, by go wyśmiać, jak robił to zazwyczaj, i kiedy Louis strzelił swojego gola, poczuł się jakby ktoś ściągnął ciężar świata z jego ramion, a jego kolana lekko się trzęsły. Pięć rzutów karnych później Anglia była w półfinałach, a Harry dołączył do Louisa na radosne drinki w jego hotelu, które przemieniły się w radosny seks w hotelu Harry’ego, pierwszy w ciągu paru tygodni, co było najdłuższym czasem bez seksu od kiedy byli razem.
- Myślałem, że będę już w domu - wymamrotał Louis w jego skórę, kiedy Harry miał już zasnąć. - Nie mogę uwierzyć, że możemy dostać się do finałów. Jednak to Brazylia.
- Będziesz świetny. Jestem z ciebie bardzo dumny, cokolwiek się wydarzy. Do tego czasu byłeś taki, taki niezwykły.
- Nie będziesz taki szczęśliwy, kiedy Barcelona zaoferuje za mnie taką sumę, jaką obiecują wszystkie gazety - powiedział Louis, całując Harry’ego w ramię.
- No nie wiem. Mogłoby być miło pożyć gdzieś, gdzie jest słonecznie.
- Haroldzie - powiedział Louis, ziewając. - Właśnie kupiliśmy razem dom. Nie chcę, żebyś w myślach dekorował żaden inny dom niż nasz aktualny.
Harry jedynie objął go swoimi ramionami, ściskając go mocniej, i jeśli oboje będą w tarapatach przez spóźnienie się następnego poranka, to cóż, w życiu działy się gorsze rzeczy.
Harry przyjął to jako znak tego, jak bardzo przejęte były kulisy zespołu BBC postępem Anglii, kiedy Ben zażądał, żeby wszyscy założyli swoje koszulki na półfinał przeciwko Brazylii. Harry czuł te dręczące zwątpienie, które dokuczało mu, że to przecież była Brazylia grająca w Brazylii i nie było mowy, żadnej szansy, żeby największy piłkarski naród na świecie przegrał z Anglią, spośród wszystkich narodów, ale nie odzywał się. Robił to, co kazał mu Ben, starał się nie krzywić, gdy Anglia traciła piłkę na własnej połowie, starał się nie czuć zbyt upewnionym w swoim, gdy Neymar okrążył z łatwością Terry’ego i Cahilla i strzelił 1 - i dla Brazylii. 2 - 0 było tylko trochę bardziej bolesne: błąd Harta w polu karnym pozwolił, żeby ten sukinsyn Neymar znowu się wślizgnął w akcję i cały stadion stanął w płomieniach - niektóre części całkiem dosłownie, race przynosiły żółty i niebieski dym na boisko - a w studio wszyscy byli bardzo cicho. Nawet zespół analityczny nie prowadził ze sobą rozmów, tylko siedzieli z krzesłami skierowanymi w stronę boiska, ze ściśniętymi rękami i czołami zmarszczonymi w koncentracji.
Przerwa w połowie meczu była krótkim wytchnieniem: miał trochę do roboty, musiał nakierować kamery i zorganizować przegląd największych wydarzeń pierwszej połowy i interaktywne ekrany. Ben poklepał go w plecy i wyszeptał mu do ucha: - Zrelaksuj się, stary. On sobie poradzi. Ufam mu.
- Nie pozwól, żeby on to usłyszał, bo eksploduje mu głowa - powiedział Harry, zbyt zdenerwowany, by mu uwierzyć.
Obserwował, jak Anglia wyszła na drugą połowę, uderzając paznokciami o zęby, gdy starał się dojrzeć Louisa, duchowo starając się mu przekazać, że wszystko okej wszystko w porządku, bądź spokojny, wiesz, co powiedziałby Niall. Niall prawdopodobnie krzyczał na telewizor w domu - albo, cóż, krzyczał pod nosem, żeby nie obudzić dziecka. Ta wizja przyniosła Harry’emu krótką chwilę rozbawienia, a potem rozległ się dźwięk gwizdka i rozpoczął się mecz.
2 - 1 nadeszło nieoczekiwanie: piłka od Walcotta do Rooneya, do Tomlinsona w trzech krótkich śmignięciach, i z powrotem do Ronneya, który wstrzelił ją pomiędzy nogi bramkarza i w róg bramki. Radosne okrzyki były ciche, ale były: Harry wyrzucił pięść do góry i wymamrotał “dawajcie” pod nosem, gdy całe studio wypuściło powietrze z płuc w tym samym czasie. 2 - 2 było nawet lepsze: Anglia zyskała pewność siebie, kopiąc trochę piłkę, co przerodziło się w długi łańcuch podań, który skończył się na Louisie i zuchwałym skrócie nad bramkarzem. Pięknie. Harry poczuł jak jego serce puchło z dumy i radości, i przez następne piętnaście minut naprawdę wierzył w to, że Anglia może to zrobić - grali pięknie, mocno naciskając, z taką pewnością, której nie widział w ich drużynie od wielu, wielu, wielu lat.
Potem, gdy została jedna minuta meczu, Neymar wykorzystał ostatki swoich sił i okrążył wykończonego Johna Terry’ego, minął machającego rękami Harta i właściwie zaprowadził piłkę do linii, doprowadzając do 3 - 2.
Harry czuł, jakby jego serce się zatrzymało, eksplozja krzyków ze stadionu była ogłuszająca: potrzeba było całych dwóch minut, żeby doprowadzić wszystkich do porządku, a tylko dwie sekundy po wznowieniu meczu sędzia odgwizdał koniec meczu i to był koniec. Harry nie mógł powstrzymać paru łez staczających się po jego twarzy, starając się utrzymać spokój, gdy przygotowywali się na pomeczową relację, a wszyscy byli pewnego rodzaju otępiali, gdy wracali do swoich pozycji. Harry chciał tylko wybiec na boisko i pocieszyć Louisa, ale to była długa droga od studia, więc wykonał swoją pracę tak dobrze, jak mógł i wyczekał chwilę, w której będzie mógł go spotkać.
Gdy tylko skończyli, zadzwonił do Louisa, który nie odebrał. Poszedł do hotelu Anglii, ale drużyna jeszcze nie wróciła, więc stał przez chwilę na zewnątrz dopóki wrócił do własnego; prawie nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczył Louisa siedzącego przed drzwiami do jego pokoju, z plamami na twarzy i oczami czerwonymi od płaczu.
- Lou - powiedział Harry, wydychając powietrze, a potem podbiegł do niego i objął go swoimi ramionami; tulili się tak mocno, że prawie nie mógł oddychać, szepcząc delikatne banały w jego ucho, jak: jesteś taki dobry taki dobry jestem z ciebie dumny tak bardzo cię kocham. - Byłeś świetny. Taki świetny. Należało ci się o wiele więcej za ten mecz.
- Wiem - wymamrotał Louis.
- To był najlepszy mecz Anglii od wielu lat. Serio. - Przytulił go mocniej, chciał wciągnąć go prosto do swojej klatki piersiowej i nigdy nie wypuszczać.
- Jednak przegraliśmy.
- Wiem, kochanie. Ale byłeś taki dobry. Anglia zwykle szybko się poddaje, a to był prawdziwy huk.
- Następnym razem. Przysięgam. Wiedziałem, że w tym roku... wiedziałem, że to było trochę zbyt duże pragnienie. Ale następnym razem to zrobimy, przysięgam - wymamrotał w jego ramię Louis. Tulili się jeszcze trochę, a ręce Harry’ego były mocno zaciśnięte dookoła jego piersi i jego wargi przyciśnięte były do boku głowy Louisa, którego włosy nadal były mokre i pachniały trawą i perfumami.
- Wszystko w porządku? - Głupie pytanie, serio, skoro przed chwilą przegrali półfinał Pucharu Świata. Louis przywarł do niego jeszcze mocniej.
- Nie. Ale ty tu jesteś. A to wszystko, czego potrzebuję, serio. - Jego serce boleśnie ścisnęło się na te słowa, jego miłość była tak głęboka, że czasami czuł się, jakby mógł w niej utonąć; Louis lekko się odsunął, a Harry puścił go po długim całusie w jego policzek, gdy starszy chłopak spytał: - Możemy pójść do twojego pokoju?
Harry otworzył drzwi, czując lekkie zaniepokojenie, gdy Louis jeszcze raz wytarł swoje oczy i podążył za nim do chłodnego, klimatyzowanego kokonu jego pokoju hotelowego. Włączył światło i zatrzymał Louisa, który szedł w stronę jego łóżka, kładąc dłoń na jego biodrze, delikatnie odwracając go do siebie.
- Hej.
- Cześć - powiedział cicho Louis. Byli bardzo blisko. Ten moment był dziwny, dziwnie intensywny, jakby coś gdzieś poszło nie tak i w innym wszechświecie ludzie cieszyli się, bo Anglia wygrała. Ale tak nie było.
Harry wyciągnął dłoń, żeby pogłaskać Louisa po policzku. - Jesteś najlepszy. Po prostu najlepszy.
Louis uśmiechnął się słabo. - Musisz przestać...
- Wyjdź za mnie.
Nastąpiła chwila ciszy. Harry miał pustkę w mózgu, ale był szczery: to było w porządku. Spontaniczne, tak, ale zdawało się być w porządku.
- Czy ty? - zapytał Louis, a jego głos utknął gdzieś w jego strunach głosowych. - Czy ty...
- Wyjdziesz za mnie, Louis?
Jego oczy były spuchnięte i czerwone, a jego włosy były oklapnięte i mokre, i miał plamy od trawy na kolanach i skarpetkach, i nie miał na sobie butów, i nigdy, przenigdy nie wyglądał piękniej w oczach Harry’ego. I wtedy powiedział: - Żartujesz sobie!
Serce Harry’ego runęło gdzieś w okolice jego butów. - Ty... co?
- Żartujesz? - spytał Louis, wciskając mu palec w pierś, ale śmiał się, co było dziwne, a Harry pomyślał sobie kurwa mać co się dzieje, kiedy kontynuował: - Nie mogę w to uwierzyć, do cholery. Oto jestem, czekam, mam pieprzony pierścionek w Liverpoolu i proszę bardzo...
- Ty masz... ty masz pierścionek? - pisnął Harry.
- Tak, ty niewiarygodny, gigantyczny, ogromny idioto, kupiłem ci pierścionek w stylu vintage i czekałem na wyjazd na Necker Island, ale...
- Czy to znaczy, że mówisz “tak”? - zapytał Harry, bo to zdawało się być tutaj najważniejszą sprawą. Louis spojrzał na niego, jakby był obcym, a potem uśmiechnął się i chwycił twarz Harry’ego w swoje dłonie.
- Och. Racja. Tak, oczywiście, ty cholerny idioto. Oczywiście.
Ich pocałunek był krótki i słodki, a Harry wyszeptał w jego wargi: - Miesiącami czekałem na idealny moment, wiesz. - Przez chwilę grzebał w kieszeni swoich spodni w poszukiwaniu złotej obrączki, którą kupił w tym pięknym sklepie z antykami z Nickiem w Londynie podczas Wielkanocy. - Czekałem na idealny moment. Czekałem.
- O mój Boże - powiedział Louis, tłumiąc śmiech swoją dłonią. - Nosiłeś to ze sobą cały ten czas? Ty kompletna cioto, Haroldzie. Dlaczego po prostu mnie nie spytałeś? Powiedziałbym “tak”, nawet gdybyś spytał mnie, gdy siedziałem na kanapie i grałem w FIFĘ...
- To nie o to chodzi - przerwał Harry, a jego próby bycia lekko podenerwowanym okazały się wielkim fiaskiem, gdy włożył obrączkę na palec Louisa, będąc pod wrażeniem jak pięknie to wszystko wyglądało, nawet jeśli pierścionek był trochę za duży. Louis przyłożył drugą dłoń do swojej twarzy, potrząsając głową i śmiejąc się.
- Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę uwierzyć, że to ty pierwszy mi się oświadczyłeś. To takie... to takie w twoim stylu, Harry, serio...
Harry nie był pewien, czy chciał usłyszeć resztę, bo na pewno nie wyobrażał sobie, żeby Louis miał się z niego śmiać w takiej chwili, więc zamiast tego zdecydował się ukarać Louisa robiąc dużą, fioletową malinkę z boku jego szyi, potem na jego szczęce, potem na jego obojczyku, i w tym momencie byli już na łóżku, a lewa dłoń Louisa znajdowała się pomiędzy jego dłońmi, gdzie palec Harry’ego bawił się obrączką na jednym z palców chłopaka.
- A można by pomyśleć, - Louis westchnął z zadowoleniem, gdy Harry znalazł się nad nim, delikatnie całując jego policzek, jego nos, jego czoło, a cały pozór kary już dawno zniknął - że po tak długim czasie, jaki potrzebowałem, żeby namówić cię na kupno domu, myślałem, że potrzebowałbym przynajmniej pięciu lat oświadczania ci się i parę wycieczek do Paryża...
Przerwał, gdy Harry delikatnie ugryzł go w szczękę, wydając z siebie cichy jęk, kiedy jego zęby przejechały po malince, która się tam znajdowała.
- Może w takim razie nie znasz mnie tak dobrze, jak myślisz, panie Wkurzająco Perfekcyjny.
- Hmm. Wydaje mi się, że mam resztę życia, żeby się tego dowiedzieć, co?
Jego uśmiech był delikatny i piękny, i troszkę nieśmiały - jakby odrobinę starego Louisa wychodziło na powierzchnię, ten tak bardzo przerażony związkami i zobowiązaniami, że poświęciłby prawie wszystko, żeby nie znaleźć się w takiej sytuacji. Był tak niesamowicie szczęśliwy, że Louis dopuścił go do siebie. Harry pocałował go w nos i kiwnął głową.