niazkilam wszystkiego najlepszego dla mojej ulubionej osoby @isabella 🌹
#birthdaygirl #bestfriends
zobacz wszystkie komentarze: 40
tommo myślałem, że to ja jestem twoją ulubioną osobą 🤡
tommo ps: wszystkiego najlepszego @isabella 🤪💐
horan będzie imprezka 🎉🎊🎁
leighanne nie będę ukrywała, że też myślałam, że to ja jestem twoją ulubioną osobą 🤡
|
isabella na bycie ulubioną osobą trzeba sobie najwyraźniej zasłużyć 🤪
|
leighanne napisał tak tylko dlatego, żeby zrobiło ci się miło w urodziny 😋
|
isabella nienawidzę cię 👊
|
leighanne kochasz mnie 😽
waliyha wszystkiego najlepszego @isabella ❤️
rkhamkaew mam nadzieje, że niedługo znów się zobaczymy @niazkilam
|
mammamalik zawsze jesteś u nas mile widziany, robert 😘
ritaora dwoje pięknych ludzi 🤗
ljp if you wanna hit the road then let's go then, let's just go and see the world and just show them, what it really means to live life golden 🏆
gratulacje za nominacje i wygraną w kategorii „najlepsza choreografia" dla wspaniałej tancerki, nauczycielki, choreografki i przyjaciółki @ritaora (byłem dumny mogąc towarzyszyć ci tego wieczoru i patrzeć, jak odbierasz zasłużoną nagrodę za swoją ciężka pracę i wszystkie projekty, w których brałaś udział w ciągu ostatniego roku) 💛 #lastnight #danceawards
zobacz wszystkie komentarze: 320
ritaora byłeś najlepszą osobą towarzyszącą, jaką mogłam sobie wymarzyć 💛
horan gratulacje @ritaora 😚
leighanne wspaniałe wyróżnienie, teraz będę szczyciła się tym, że chodziłam do ciebie na lekcje tańca @ritaora
isabella nie chcę wyjść na szaloną dziewczynę, naprawdę nie chcę, ale myśle, że wyglądalibyśmy naprawdę dobrze razem @ljp
harrystyles powinieneś podziękować za to, że pomogłem ci w wyborze tego garnituru, bo wyglądasz całkiem przyzwoicie @ljp
matthew gratulacje @ritaora
Malik opadł na drewniane krzesełko, które znajdowało się tuż przy oknie na samym końcu klasy, przesuwając wzrokiem po ekranie swojego telefonu. Chciał sprawdzić po raz ostatni, czy Liam napisał do niego jakąś wiadomość; zwykle jego telefon był wyciszony, więc bardzo łatwo było mu coś przegapić, ale tym razem skrzynka odbiorcza okazała się być pusta, więc z powrotem wsunął telefon do kieszeni swoich spodni.
Poprawił okulary, które zsunęły się na jego nosie, po czym sięgnął w stronę plecaka; wyciągnął kilka podręczników i zeszyt z historii, przygotowując się do następnej lekcji, podczas gdy reszta osób korzystała z przerwy. Klasa była wypełniona skandalicznym śmiechem uczniów, którzy zrezygnowali z wyjścia na zewnątrz z powodu chłodu, choć Malik był pewny, że pomimo tego, garstka z nich i tak opuściła szkolny gwar, a tytoniowy dym unosił się nad ich głowami za nieco podniszczonymi, ceglanymi murami szkoły.
Niall grał z Manu w kółko i krzyżyk, co chwilę wzdychając ciężko i marudząc pod nosem o tym, jak bardzo nie miał ochoty spędzić kolejnej godziny, słuchając pani Quirrell. Leigh-Anne opierała głowę na ramieniu Manu, z pewnym znużeniem przysłuchując się rozmowie, którą Perrie prowadziła z kilkoma dziewczynami z klasy na temat kółka wokalnego.
Malik wyciągnął złożony kawałek papieru z zeszytu, przesuwając po nim swoim wzrokiem, ale niekoniecznie potrafił odczytać tych kilka zdań, które wcześniej tam nabazgrał.
Skrzyżował nogi pod siedziskiem, a dłonie oparł o brzeg ławki, kładąc na nich głowę, aby swobodnie móc pogrążyć się we własnych myślach. Przypomniał sobie to, gdy ostatnim razem on i Liam wybrali się do jego pracowni na Serendipity Street tuż po zakupach, gdy mleczno-lawendowe niebo okryło się bladą poświatą i gęstą mgłą, a on zarzucił swoją nogę na jego talię, chowają swoją twarz w jego szyi, gdy opadli na sofę. Oddech mężczyzny na jego skórze pozostawiał uczucie płynącego ciepła promieni słonecznych rozlewających się po całym ciele, gdy przez jakiś czas leżeli po prostu w ciszy, w błogim spokoju, który ich otulił. Malik uwielbiał wszystkie te chwile, które mógł z nim spędzić i pozwalał na to, aby wiły się one wokół jego serca i tworzyły dom w jego tętnicach. Malik wciąż wracał myślami do dźwięku deszczu oblewającego szybę, szmeru kartek, który unosił się w pomieszczeniu, kiedy Liam przewracał kolejne strony książki w poszukiwaniu tej odpowiedniej, a potem po prostu zaczął czytać głosem, który przypomniał szept, z gęstym akcentem nad słowami, a jego język łagodził słowa i ten głos był tak aksamitny i ciepły, jak wełniany koc.
Czas, który spędzili kilka dni temu na Serendipity Street uświadomił mu dwie rzeczy; że był naprawdę zakochany w Liamie i bardziej niż samolubny, nie mówiąc mu o tych wszystkich rzeczach, które powinien był powiedzieć mu tamtego dnia, kiedy Liam znalazł go na chodniku, roztrzęsionego i przemokniętego.
— Co myślicie o tym, abyśmy spędzili razem sobotę, skoro Bella nie chce organizować niczego na swoje urodziny, to równie dobrze my możemy zrobić coś dla niej? — Odezwał się Louis, zwracając na siebie uwagę; opierał swoją brodę na blacie ławki i wyglądał na niemal znudzonego.
Niall uniósł swój wzrok znad zamazanej kartki papieru, posyłając w jego stronę zaciekawione spojrzenie.
— Noc filmowa? Przyjęcie niespodzianka? Wspólne wyjście do klubu? Może po prostu załatwię trochę zioła i alkoholu i zaszyjemy się w domku na drzewie?
— Takie atrakcje, jak domek na drzewie, czy biwakowanie nad jeziorem zostawmy na wiosnę — Wtrącił Manu — Nie zamierzam odmrozić sobie tyłka — Dodał, mając w planach odrobinę dąsania się i marudzenia, jeśli ktoś zechciałby spędzić sobotni wieczór w nieludzkich warunkach — Chodźmy po prostu na imprezę, może uda mi się w końcu upić was tak solidnie, że zgodzicie się zrobić sobie ze mną identyczne tatuaże, żeby przypieczętować naszą przyjaźń.
— Identyczne tatuaże? — Prychnęła Leigh-Anne, marszcząc swoje brwi, gdy odwróciła się w jego stronę — Nie zamierzam wyglądać jak brudnopis sześciolatka.
Malik parsknął śmiechem, podczas gdy Manu spojrzał w jej stronę z oburzeniem.
— Brudnopis sześciolatka? — Żachnął się z krzywą miną, przypominając obrażone dziecko — Sądzisz, że przypominam brudnopis sześciolatka? — Burknął, spoglądając na swoje owinięte bandażem przedramię, pod którym krył się jego najnowszy tatuaż.
— Nie powiedziałam, że wyglądasz, jak brudnopis sześciolatka, a tylko tyle, że ja nie zamierzam wyglądać w ten sposób, bo myślę, że nie wszystkim pasuje...
— Czy możemy wrócić do pierwotnego tematu naszej rozmowy? — Wtrącił pośpiesznie Louis.
Manu westchnął ciężko, przewracając swoimi oczami i przez krótką chwilę miał ochotę skarcić swojego przyjaciela za to, iż zechciał wetknąć się w połowę wypowiedzi Leigh-Anne, ale nie dostał takiej szansy, ponieważ dziewczyna najwyraźniej i tak nie zamierzała ciągnąć dłużej tematu, który dotyczył tatuaży.
— Okej, więc wracając do pierwotnego tematu rozmowy, to naprawdę nie mam ochoty na imprezę — Odparła Leigh-Anne, po czym podciągnęła jedną nogę do klatki piersiowej, opierając brodę na kolanie.
— Jest coś, a właściwie ktoś, kto bardzo szybko może sprawić, że będziesz miała ochotę — Wtrącił żartobliwie Manu, przygryzając wewnętrzną stronę swojego policzka, gdy pochylił się w jej stronę — Pomyśl tylko o tym, że jeśli pójdziemy do klubu, to istnieje bardzo duża szansa na to, że znów zobaczymy tego tancerzyka.
Malik wyprostował swoje plecy, słysząc te słowa, po czym odłożył długopis na blat ławki, zwracając na nich całą swoją uwagę.
Leigh-Anne zachichotała, przewracając swoimi oczami, po czym delikatnie i dość ostrożnie pchnęła ramię Manu. Chłopak zacisnął swoje palce na krawędzi ławki, przygryzając dolną wargę w oczekiwaniu na jej odpowiedź, a jego oczy lśniły czymś, co Zayn mógł odczytać jako podekscytowanie.
— Okej, może to wcale nie taki zły pomysł, żeby pójść do klubu — Odparła w tym samym momencie, w którym Malik powiedział:
— Nie, to nie jest najlepszy pomysł, powinniśmy wymyślić coś innego.
— Coś innego? — Wtrącił Niall, a cień czegoś apodyktycznego opadło na rysy jego twarzy, gdy pochylił nieco swoją głowę w prawą stronę.
— Tak, może po prostu powinniśmy zostać w domu i obejrzeć kilka filmów przy dobrym jedzeniu, a jeśli tak bardzo chcecie pójść do klubu, to dlaczego nie pójdziemy do innego?
— Dlaczego mięlibyśmy pójść do innego? — Odparł Niall, zwracając na niego całą swoją uwagę.
Malik oparł się na krześle, z dłońmi płasko położonymi na blacie szkolnej ławki, podczas gdy cała grupa jego przyjaciół przyglądała mu się z zainteresowaniem i oczekiwaniem.
— Dlatego, że imprezowanie w tym samym klubie może stać się nudne i monotonne.
Niall rozchylił usta, wyglądając w taki sposób, jakby chciał coś jeszcze dodać, odpowiedzieć, spróbować ich przekonać, ale nie dostał takiej szansy, ponieważ Louis okazał się być szybszy.
— Myślę, że Zayn ma trochę racji.
— Tak, coś w tym jest, ale weźmy pod uwagę to, że Liam nie występuje w żadnym innym klubie, co automatycznie zaniża ich atrakcyjność.
Malik przewrócił oczami, nieco podirytowany, wbijając swoje plecy w oparcie krzesła, po czym skrzyżował ramiona na wysokości własnej klatki piersiowej.
— Nie chcę iść do klubu — Nadąsał się.
Louis westchnął ciężko, spoglądając w stronę Leigh-Anne, która jedynie wzruszyła swoimi ramionami, wydymając nieco swoje wargi, co było jasnym znakiem tego, iż zrzuciła decyzję na nich.
— Mamy jeszcze trochę czasu, więc może zastanówmy się nad tym do jutra i wtedy każdy przedstawi swój pomysł na wspólny wieczór?
— Okej — Zgodził się Manu — Musicie tylko pamiętać, że mój plan na nasz idealny wieczór obejmuje tatuaże — Dodał, uśmiechając się szeroko, gdy dźgnął palcem żebra Leigh-Anne.
— No dobrze — Odpowiedział niechętnie Malik, odchylając się nieco na krześle, gdy spojrzał w ich stronę z żałosną akceptacją i zaczął skubać palcami ciepłą bluzę, która leżała na jego kolanach.
— Świetnie! — Zawołał Louis, klaszcząc w swoje dłonie, gdy uznał, iż zakończyli tę sprawę.
Malik wrócił do przeglądania swojego zeszytu, podczas gdy Louis sięgnął do kieszeni swoich spodni, wyciągając telefon komórkowy, aby się czymś zająć; zaczął przeglądać internetowe strony sklepów w poszukiwaniu jakiś nowych butów.
Manu przyczepił się do Leigh-Anne, odrobinę ją drażniąc, podczas gdy Niall uniósł się ze swojego miejsca. Zsunął marynarkę z ramion, odrzucając ją na oparcie swojego krzesełka, po czym przygryzł dolną wargę, wahając się odrobinę, aż w końcu zrobił kilka kroków w stronę ławki, przy której siedział Zayn.
Malik uniósł swój wzrok, gdy Niall podszedł do niego z termosem w dłoni i niepewnym uśmiechem. Horan usiadł tuż obok, praktycznie opierając się o jego prawy bok i nieco łaskocząc swoim ciepłym oddechem jego policzek.
— Potrzebujesz czegoś? — Odezwał się Malik.
— Dawno nie spędzaliśmy czasu tylko we dwójkę i szczerze mówiąc, to naprawdę mi tego brakuje, Zee — Mruknął, opierając swoją brodę na jego ramieniu — Pomyślałem, że może moglibyśmy gdzieś wyskoczyć.
Malik przygryzł dolną wargę, delikatnie marszcząc swoje brwi, gdy usłyszał te słowa. Niall miał rację; rzeczywiście już od dawna nie spędzali czasu jedynie we dwójkę, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu mięli zarezerwowany dla siebie każdy jeden poniedziałek. Mięli swoją rutynę, jeżdżąc zwykle na deskorolkach po całym miasteczku w poszukiwaniu antykwariatów, w których mogliby dostać jakieś winylowe płyty, które kolekcjonował Niall lub stare książki, których Zayn był fanem. Potem spędzali około godziny nad jeziorem tuż obok podniszczonych i pustych budynków, na których ścianach Malik rysował graffiti, a Niall leżał na trawie, zajadając się watą cukrową i opowiadał o swoich najskrytszych marzeniach, co było w pewien sposób odprężające.
Zayn przygryzł końcówkę ołówka, decydując, że dobrze byłoby wrócić do tych beztroskich czasów choć na krótką chwilę.
— Masz dla nas jakieś konkretne plany?
— Otworzyli nowy skatepark pod dachem na Rainberry Street, więc pomyślałem, że może moglibyśmy trochę odkurzyć nasze deskorolki.
— Okej — Zgodził się, czując podekscytowanie, które niemal natychmiast rozlało się w jego żyłach na myśl o tym, iż znów mogliby spędzić czas w ten sposób — Ale nie dziś — Dodał, przypominając sobie, iż Yaser poprosił o to, aby pojawił się w domu od razu po szkole, ponieważ potrzebował w czymś pomocy.
— Hm — Odetchnął, przez chwilę się nad tym zastanawiając, ponieważ w pozostałe dni to on nie miał wystarczająco dużo czasu — Jutro nie mogę, ale czwartek mógłby być odpowiednim dniem, jeśli tylko trochę wcześniej skończę korepetycje. Co ty na to?
— Czwartek? — Mruknął, przygryzając wewnętrzną stronę swojego policzka; doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby się zgodził, musiałby odwołać swoje spotkanie z Liamem.
— Jeśli nie możesz, to moglibyśmy spotkać się w piątek, ale wtedy musiałbym odwołać...
— Nie, w porządku, czwartek jest w porządku — Wtrącił, nie chcąc, aby Niall rezygnował z czegoś ważnego.
— Świetnie — Odpowiedział, odsuwając się odrobinę, aby spojrzeć w jego oczy — W takim razie jesteśmy umówieni. Spotkajmy się w parku o siedemnastej.
Malik skinął głową, pozwalając na to, aby niepewny uśmiech szarpnął kąciki jego ust.
— Louis, pan Rodenmaar prosi, abyś się do niego zgłosił. Jest w swojej klasie — Odezwał się Toni, a jego głos dobiegł ich od progu klasy; opierał się o framugę drzwi z rękoma skrzyżowanymi na wysokości własnej klatki piersiowej — Myślę, że może chodzić o ten sprawdzian, którą ostatnio pisaliśmy. O ten, na którym ściągałeś.
Tomlinson wzruszył ramionami, dość beztrosko, unosząc się ze swojego miejsca w taki sposób, jakby wcale nie przejmował się tym, iż prawdopodobnie miał kłopoty. Chwycił swoją granatową marynarkę z oparcia krzesełka, zarzucając ją na ramię, po czym ruszył w stronę drzwi, ignorując zaciekawione spojrzenia kilku uczniów.
— Słyszeliście już o nowej nauczycielce? — Mruknęła Perrie, odchylając się nieco do tyłu w stronę Ester, która usiadła za jej plecami, bawiąc się kosmykami jej włosów.
Niall zmarszczył swoje brwi, odwracając się w jej stronę; prawdą było to, iż to on zwykle był pierwszym źródłem informacji, dowiadując się o pewnych rzeczach wcześniej niż inni i zbierając to wszystko jako najnowsze plotki, co było zasługą jego matki, więc był odrobinę zaskoczony tym, iż dowiedział się czegoś takiego od Perrie.
— Będziemy mięli nową nauczycielkę?
— Od przyszłego miesiąca.
— To nie ma żadnego sensu, zostało nam niewiele czasu do egzaminów, więc dlaczego mięliby zmieniać nam nauczycielkę? — Wtrąciła Leigh-Anne.
— Prawdopodobnie dlatego, że nie mają innego wyboru, ponieważ pan Lloyd dostał lepszą propozycję pracy i przeprowadza się do innego kraju.
— Wiecie coś o tej nowej? — Zagaił Manu — Albo chociaż orientujecie się, jak się nazywa? Gdybym wiedział, popytałbym znajomych z innej szkoły, może będą wiedzieli, czy powinniśmy się obawiać.
Perrie rozejrzała się po klasie w poszukiwaniu swojego przyjaciela. Samuel siedział na blacie ławki tuż przy tablicy, machając swoimi stopami w powietrzu i żywo gestykulował, podczas rozmowy z kilkoma innymi chłopakami.
— Ej, Samu, jak nazywa się nasza nowa nauczycielka?! — Zawołała, natychmiast zwracając na siebie jego uwagę.
Samuel spojrzał w ich stronę, marszcząc swoje brwi w zastanowieniu, gdy Leigh-Anne oparła brodę na swojej dłoni, przyglądając mu się z oczekiwaniem i czymś, co mogło być zniecierpliwieniem.
— Wydaje mi się, że nazywa się Anne Styles — Rzucił swobodnie, powracając do swojej rozmowy, gdy uznał, iż zaspokoił ich ciekawość.
Niall zamarł w bezruchu, zatrzymują swoją dłoń z kubeczkiem z termosu w połowie drogi do ust, a drobna zmarszczka pojawiła się na jego czole, gdy usłyszał te słowa. Malik uniósł swój wzrok, marszcząc brwi, gdy spojrzał w stronę Leigh-Anne w sposób, który mógł świadczyć o tym, iż był odrobinę zaskoczony i zdezorientowany.
Leigh-Anne pochyliła się w ich stronę, przesuwając swoim wzrokiem po pozostałych osobach, aby upewnić się, iż wszyscy byli zajęci sobą i nie zwracali na nich zbytniej uwagi.
— Annie Styles jest matką Harry'ego? — Szepnęła, chcąc się upewnić, iż dobrze zapamiętała.
— Chyba tak — Odpowiedział Malik.
Leigh-Anne skinęła głową, przygryzając wewnętrzną stronę swojego policzka w zastanowieniu.
— To nic — Mruknął w końcu Niall — To po prostu matka Harry'ego. To nie tak, że powinniśmy się o coś martwić.
harry: jak bardzo zajęty jutro jesteś?
harry: zrobię sobie małą wycieczkę po kilku kamienicach, żeby obejrzeć mieszkania i kilka domów na przedmieściach i pomyślałem, że może moglibyśmy potem zjeść razem obiad na mieście.
louis: właściwie, to może mógłbym obejrzeć te mieszkania z tobą?
louis: myślę, że to mogłaby być całkiem dobra zabawa.
harry: okej, byłoby świetnie.
harry: prawdopobnie będę potrzebował kogoś, kto mógłby mi doradzić.
harry: powinienem po ciebie przyjechać?
louis: nie, wezmę taksówkę lub coś, po prostu spotkajmy się na miejscu. wyślij mi adres pierwszego mieszkania, a potem się już dogadamy 😁
harry: okej, wyślę ci go wieczorem.
Dzień był wietrzny i zimny, ale przy tym powietrze wydawało się być rześkie i świeże. Wszystko było wypłukane z matowego zimowego nieba, które wyglądało, jak rozmyty szary gazetowy papier.
Louis urwał się z ostatniej lekcji, spędzając kilka kolejnych godzin w towarzystwie Harry'ego.
Krążyli po okolicy, oglądając mieszkanie po mieszkaniu, co zajęło im o wiele więcej czasu niż oboje sądzili, że mogłoby zająć. Niemal natychmiast po tym, gdy przekroczyli próg pierwszego mieszkania, zgodnie stwierdzili, iż było ono katastrofą. Drugie mieszkanie okazało się zbyt
małe, a trzecie miało piękną kuchnię, ale dość nastrojowych sąsiadów. Podczas oglądania kuchni, Louis przypomniał sobie o tym, jak Harry czasem dla nich gotował, kiedy był jeszcze z Lottie i mieszkali razem; zawsze był skoncentrowany na tym, co robił, nawet jeśli była to najprostsza sałatka, ale zwykle i tak przygotowywał dania, które trudno było zjeść. Louis doskonale pamiętał, jak udawał wraz ze swoimi siostrami, że wszystko smakowało wyśmienicie, a kiedy tylko Harry kładł się wcześniej, zamawiali coś na wynos z najbliższej restauracji. Wszystko się zmieniło, kiedy chciał nakarmić Doris. Wszyscy krzyknęli w tym samym czasie, aby tego nie robił i nie mięli wyjścia, jak powiedzieć prawdę.
Podczas oglądania czwartego mieszkania, Harry postanowił ukazać swoją zabawną i towarzyską stronę, opowiadając kilka swoich popisowych żartów. Jeden z nich zaczynał się od słynnego puk puk, a kiedy Harry w końcu go skończył, mężczyzna, który oprowadzał ich po mieszkaniu, zmarszczył swoje brwi w niezrozumieniu, podczas gdy Louis po prostu roześmiał się dość histerycznie i trącił Harry'ego w ramię w żartobliwie karcącym geście, by dać mu w ten sposób do zrozumienia, że powinien był przestać. Kiedy w końcu znaleźli się w samochodzie, Louis odetchnął z ulgą, chichocząc pod nosem, gdy Harry wcisnął kluczki do stacyjki, mamrocząc pod nosem myślę, że ten facet nie znał się na żartach, trzeba mieć naprawdę dobry gust, aby poznać się na moim poczuciu humoru, które swoją drogą jest całkiem niezłe, a chwilę później podirytowany, machnął ręką w powietrzu i ruszył w drogę.
Gdzieś pomiędzy oglądaniem czwartego mieszkania, a wyprawą na przedmieścia, Louis zaczął narzekać na to, jak głodny był, co zmusiło Harry'ego do tego, aby zatrzymali się w najbliższej restauracji i zamówili coś na wynos.
Louis grzebał w papierowym kubełku wypełnionym kawałkami kurczaka, gdy w końcu dotarli do jednego z domów, które Styles chciał obejrzeć.
— Co o tym myślisz? — Odezwał się Harry, wsuwając dłonie do kieszeni swojego płaszcza, gdy Louis przerzucił ciężar swojego ciała z jednej nogi na drugą, wyraźnie zmęczony.
— Jest piękny, myślę, że ma potencjał — Stwierdził, przesuwając kciukiem po dolnej wardze, aby ją otrzeć — Mógłby być naprawdę przytulny, gdybyś urządził go we właściwy sposób, ale czy nie jest zbyt duży?
Prawdą było to, iż był odrobinę ciekawy, skąd Harry miał wystarczającą ilość pieniędzy, aby mógł pozwolić sobie na taki dom; nie był luksusowy ani nawet wystarczająco zadbany, ale ilość metrów kwadratowych z pewnością trzymała cenę dość wysoko.
Harry wzruszył swoimi ramionami, gdy Louis oparł się o framugę drzwi, które prowadziły do salonu.
— Jest dość duży, ale jeśli mam już coś kupić, to myślę o przyszłości — Odpowiedział, spoglądając w jego stronę, co było wystarczające, aby Louis był w stanie dostrzec coś nostalgicznego, co utkwiło w kącikach oczu Harry'ego, błyszcząc delikatnie.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Harry myślał o przyszłości, o dzieleniu z kimś swojego życia i za każdym razem, gdy coś planował, legło to w gruzach.
— Jeśli myślisz o przyszłości, to uważam, że ten dom jest odpowiedni.
Harry przygryzł dolną wargę, lustrując wzrokiem przestronny salon, który kiedyś musiał być imponujący, ale miesiące zaniedbania dało się we znaki. Długi stół, wykonany z litego drewna, zajmował większość ogromnej przestrzeni oferowanej przez ciemne pomieszczenie. Jeśli tylko odsunąłby ciężkie zasłony, odsłoniłby ogromne okno i był niemal pewny, iż białe pianino w rogu salonu wyglądałoby pięknie, skąpane w jasnych i ciepłych promieniach słońca. Dom wymagał wiele pracy, pozostawiony bez obrusu, ozdób i śmiałych gości, którzy dawno temu zrujnowali perfekcyjnie lakierowany połysk mebli odciskami palców.
Dwa wysokie, srebrne świeczniki, trzymające gładkie białe świece, zwracały uwagę na środek stołu. Niegdyś krucha złota tapeta była podarta w niektórych miejscach. Na ścianach wisiały złocone lustra, ale ramy były zakurzone, a światło, które od nich odbijało, ukazywało plamki. Na pierwszy rzut oka podłoga wyglądała na błotnistą, ale wykonano ją z dużych płyt terakotowych, które były pokryte miesiącami brudu.
Harry westchnął ciężko, kierując się w stronę kuchni, która wymagała jeszcze więcej pracy. Miał jednak czas, miał również pieniądze, aby móc się temu poświęcić.
— Kuchnia jest świetna. Mógłbym zmieści w niej całkiem sporą ilość półek, na których ustawiłbym książki kucharskie i jakieś różne bzdety, żeby uczynić ją bardziej domową.
— Przez chwilę pomyślałem, że w końcu chcesz nauczyć się gotować — Mruknął Louis — Nie sądziłem, że weźmiesz książki kucharskie za ozdobę.
— Może się nauczę — Uśmiechnął się — Jeśli już je kupię, głupio byłoby dać im się zakurzyć. Chyba, że ty zechciałbyś mnie nauczyć, a wtedy nie potrzebowałbym żadnych książek.
Louis przygryzł dolną wargę, przechylając swoją głowę nieco w prawą stronę, gdy Harry oparł swoje dłonie na kuchennym blacie, wyglądając w zamyśleniu na krajobraz, który rozciągał się za oknem.
— Gotowanie nie jest moją najlepszą stroną — Odparł, przegryzając frytki, które chwilę wcześniej polał sosem.
Nie był najgorszy, jeśli chodziło o gotowanie; potrafił przyrządzić kilka niezłych dań, niczego przy tym nie przypalając, ale nie sądził, iż mógłby być dobrym nauczycielem.
— Więc nauczymy się razem.
Louis spuścił swój wzrok, gdy delikatny uśmiech szarpnął kąciki jego ust na uczucie lekkości i trzepotania gdzieś w okolicach żołądka, gdy usłyszał te słowa, ponieważ oznaczały one, iż Harry najwyraźniej brał go pod uwagę w swojej przyszłości, że widział go w swoim życiu, że mogliby robić razem coś tak codzienne, zwykłego, a zarazem w jakiś sposób znaczącego.
Harry przesunął swoim wzrokiem po laminowanych panelach w kolorze gorzkiej czekolady, decydując, iż pomarańczowy kolor ścian nie był najlepszym wyborem i ktokolwiek wcześniej mieszkał w tym domu, nie miał najlepszego gustu.
— Zmiana koloru ścian będzie konieczna — Rzucił miękko, brzmiąc w taki sposób, jakby mówił do siebie, jakby miało być to jedynie lekką myślą, która po prostu wymknęła się spomiędzy jego ust.
— Jeśli tylko zrobisz dla mnie taką czapeczkę z gazety, jaką widziałem w kilku reklamach, w których malowali ściany, reklamując jakąś farbę, to jestem skłonny ci pomóc.
Harry odwrócił się w jego stronę, uśmiechając się miękko i delikatnie, ale wystarczająco szczerze, aby drobne dołeczki pojawiły się w jego policzkach.
— Trzymam cię za słowo — Odparł, odwracając się na pięcie wokół własnej osi, aby po raz ostatni przesunąć wzrokiem po zaniedbanym pomieszczeniu — Myślę, że jestem zdecydowany, aby go kupić i zacząć wszystko od nowa. Znów.
Kiedy Harry w końcu podpisał wstępną umowę z agentem nieruchomości, który przez cały ten czas czekał na nich w korytarzu, wyszli na ganek. Mężczyzna jeszcze przez chwilę mówił coś o tym, jak piękna była okolica, a także o tym, iż Harry podjął świetny wybór, decydując się na zakup tego domu, a potem uścisnęli sobie dłonie i już go nie było, gdy jego ciemny Land Rover zniknął za zakrętem ulicy.
Louis usiadł na pierwszym stopniu schodków, które prowadziły na werandę, gdy Harry sięgnął do kieszeni swojego płaszcza, wyciągając czerwono-białą paczkę Marlboro.
— Cieszę się, że spędziliśmy ten czas razem — Odezwał się Harry, podsuwając paczkę w stronę chłopaka, ale Louis przecząco skinął swoją głową, odrzucając propozycję.
— Ja też — Odpowiedział, przyjmując delikatny uśmiech, który Harry posłał w jego stronę, marszcząc swój nos — Dobrze było spędzić z tobą czas w ten sposób.
Harry również usiadł na schodku, z papierosem, który wisiał pomiędzy jego ustami i wciągnął jaskrawą zapalniczkę, aby go odpalić. Jego pierwszy wydech był długi i gładki, a szary dym uniósł się ponad ich głowami, rozpływając się w powietrzu.
Harry westchnął, mając nadzieję, że może w końcu mógłby ułożyć sobie życie. W wieku piętnastu lat sądził, iż odnalazł swoją prawdziwą miłość, swoją bratnią duszę, więc nie wahał się odpowiedzieć tak dwa lata później, kiedy Liam poprosił go o rękę, gdy znajdowali się na samej górze koła młyńskiego w wesołym miasteczku. To miało być jego życie, ale wszystko runęło w gruzach, a kiedy się rozstali, Harry odnalazł się w kilku nieudanych związkach, które nie przetrwały nawet pół roku, aż w końcu pojawiła się Lottie.
Teraz był tam Louis; siedział na schodkach werandy, które była własnością Harry'ego i wyglądał w taki sposób, jakby tam należał.
To, jak łatwo obrazy ich wspólnego życia były w stanie powstać w jego głowie, było niemal niecodzienne, ale był w stanie wyobrazić sobie wszystko bardzo wyraźnie; sposób, w jaki Louis pomagał mu zawiązać krawat albo chłodne wieczory, podczas których leżeli na miękkim dywanie tuż obok kominka i rozmawiali o czymś codziennym.
Może wszystko rzeczywiście powinno było potoczyć się właśnie w ten sposób; może Liam rzeczywiście powinien był go zostawić i może Lottie również nie była dla niego odpowiednia, zupełnie tak, jak tych kilka pozostałych i najwyraźniej nic nieznaczących związków. Może chodziło właśnie o tego osiemnastoletniego chłopca o pięknych błękitnych oczach; początek ich znajomości był szalony, pełen nieczystych zagrywek, głupich szantaży i Harry nie był nawet w stanie przypomnieć sobie tego, w jaki sposób się tam dostali. Bez względu na to, co się wydarzyło, spotkali się i doszli do tego momentu w życiu, w którym siedzieli na schodkach werandy domu, Louis był w nim zakochany i wszystko wydawało się być spokojne. Bez zbędnego bagażu kłamstw na ich ramionach. Dojście do tego momentu wydawało się chaotyczne, ale po drodze w całym tym bałaganie wydarzyło się coś jeszcze; cicho i niespodziewanie i Harry nawet tego nie poczuł, nie wiedział, kiedy przestrzeń pomiędzy nimi zaczęła maleć i maleć aż w pewnym sensie w końcu nie zostało pomiędzy nimi niczego, wytworzyła się pomiędzy nimi jakaś więź i byli bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej i to nie w sposób cielesny.
Louis westchnął ciężko, zupełnie w taki sposób, jakby się czymś zmartwił, gdy jego frytki się skończyły; przygryzł dolną wargę, wpatrując się w głąb kubełka w poszukiwaniu czegoś, co mógłby jeszcze zjeść aż w końcu sięgnął po kawałek kurczaka.
— Może to trochę głupie, ale podczas tych kilku godzin, które spędziliśmy razem, poczułem się w taki sposób, jakbyśmy byli razem w zupełnie innym życiu, wiesz? Jakbyśmy nie przeszli przez to wszystko, jakbyśmy nikogo nie skrzywdzili, jakbyśmy nie skrzywdzili siebie. Codzienne sprawy, proste życie, wiesz? — Odezwał się Louis.
Harry przechylił głowę, aby spojrzeć w jego stronę, z papierosem wyważonym pomiędzy drugą, a trzecią kostką.
— To nie głupie — Odparł — To jest dokładnie to, co poczułem.
— Myślisz, że się nam uda, Harry? — Zaryzykował, brzmiąc niemal niepewnie, zupełnie w taki sposób, jakby wahał się, czy w ogóle powinien był pytać o coś takiego.
— Myślę, że nam się uda, Lou — Odpowiedział, uderzając swoim kolanem w jego kolano, co sprawiło, że Louis uśmiechnął się szeroko.
Tomlinson spuścił wzrok i spojrzał na ekran swojego telefonu, przypominając sobie o tym, iż obiecał Phoebe, że pomoże odrobić jej prace domową. Wciąż jeszcze musiał wstąpić do swojego przyjaciela w drodze powrotnej do domu, ponieważ Niall najwyraźniej przez przypadek zabrał z ławki jego książkę z historii, której Louis naprawdę potrzebował, aby zrobić notatki na najbliższą kartkówkę.
— Chyba muszę już iść — Odezwał się, wzdychając ciężko i powoli, zupełnie w taki sposób, jakby chciał pozbawić swoje płuca całego tlenu.
Harry podsunął nieco rękaw swojego płaszcza, spoglądając w stronę srebrnego zegarka, który zdobił jego nadgarstek, aby sprawdzić godzinę. Było znacznie później niż sądził i prawdopodobnie powinien był zacząć szykować się już do pracy.
Louis pokręcił przecząco głową, chwytając swój plecak, który wcześniej odrzucił tuż pod nogi.
— Myślę, że spacer dobrze mi zrobi — Stwierdził, pocierając dłonią swój kark, gdy uniósł się ku górze ze schodków — Po drodze muszę wstąpić jeszcze po swoją książkę, a nie chciałbym, abyś spóźnił się do pracy.
— Okej — Odparł miękko — Mam nadzieję, że niedługo tutaj zajrzysz.
— Jasne, ktoś przecież powinien pomóc ci ze wszystkimi pudłami, Harry.
Louis zrobił krok do tyłu, wycofując się, gdy Harry sięgnął w jego stronę, zaplatając swoje szczupłe palce wokół jego nadgarstka, aby zatrzymać go jeszcze na krótką chwilę. Louis wziął głęboki oddech, by uspokoić nagły podmuch motyli w jelitach, a jego serce zadrżało z powodu miękkości jego skóry.
— Poczekaj — Mruknął Harry, rzucając niedopałek papierosa w mokrą ściółkę, gdy Louis zatrzymał się w pół kolejnego kroku, marszcząc swoje brwi w zaciekawieniu i delikatnie pochylając swoją głowę w bok — Pogoda jest okropna.
Styles uniósł się ze swojego miejsca i zdjął swój długi płaszcz, po czym zarzucił go na jego ramiona. Louis spuścił swój wzrok, a delikatny uśmiech szarpnął kąciki jego ust, gdy owinął materiał luźno wokół swoich ramion, wdychając intensywny zapach jego perfum.
tommo nie potrafię wyjaśnić swojej miłości do jedzenia 🍟❤️
zobacz wszystkie komentarze: 12
niazkilam nie musisz jej wyjaśniać, doskonale potrafię ją zrozumieć 🤪
anwarpeltz dlaczego mnie ze sobą nie zabrałeś? 😞🥺
leighanne teraz już naprawdę nie muszę zastanawiać się nad tym, dlaczego masz tak duży tyłek 😅😏🤭
louis: myślę, że przez przypadek zgarnąłeś mój podręcznik z matematyki do swojego plecaka.
niall: rzeczywiście go mam.
louis: mógłbym po niego wstąpić?
niall: jestem poza domem, ale zadzwonię do mamy i uprzedzę ją, że wpadniesz.
Louis ruszył wzdłuż żwirowej ścieżki, która prowadziła do głównych drzwi.
Dom otaczały czerwone klony. Gałęzie w żywych odcieniach czerwieni, pomarańczy i złota rozciągały się przez większą część roku na rozległym niebie, nieskażonym wysokimi drapaczami chmur i mglistym smogiem miasta. Dom stał na obrzeżach miasta tuż przy drodze dojazdowej do rozciągającego się w oddali liściastego lasu, a szeroka zadaszona weranda biegła przed pięknym budynkiem, jakby owijała się wokół niego. Urocze bujane fotele i wiklinowe sofy zostały rozmieszczone tak, aby zapraszać na kameralne spotkania i rozmowy, a kosze kwiatów późnego sezonu i bluszczu zwykle wisiały w łukach, oferując spokojną atmosferę, choć teraz wszystko zostało po prostu przykryte, otulone do zimowego snu.
Drewniane drzwi z owalnym witrażem lśniły w słońcu, gdy w końcu pokonał kilka schodów i uniósł swoją dłoń, aby zapukać. Przerzucił ciężar swojego ciała z jednej nogi na drugą w oczekiwani na odpowiedź i przysunął swoje dłonie do ust, chuchając w nie delikatnie, aby odrobinę je rozgrzać.
Chwilę później Maura pojawiła się w progu.
— Louis — Odezwała się natychmiast, witając się w ten prosty sposób, a kąciki jej ust dość subtelnie uniosły się ku górze, tworząc ciepły uśmiech.
Pani Horan wyglądał tak życzliwie i przyjaźnie, iż natychmiast zapragnął przeprosić ją za to, w jak podły sposób kolacja, którą przygotowała została zniszczona, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie byłoby to najlepszym tematem do rozpoczęcia rozmowy.
— Dzień dobry — Odpowiedział, oczyszczając swoje gardło, po czym poprawił swoją czerwoną czapkę, która zsunęła się nieco zbyt nisko — Niall przez przypadek wziął ze sobą moją książkę i bardzo...
— O wszystkim mnie już poinformował — Przerwała, uchylając drzwi nieco szerzej w zapraszający sposób i wycofała się w głąb korytarza, aby zrobić dla niego odrobinę miejsca — Napijesz się herbaty?
— Nie — Odpowiedział, robiąc kilka kroków do przodu, a domowe ciepło natychmiast utuliło jego ciało — Prawda jest taka, że trochę się śpieszę, ale naprawdę dziękuję za propozycję.
— W porządku, więc pójdę do jego pokoju i przyniosę twoją książkę, a ty poczekaj tutaj lub w salonie — Odparła, wycofując się w stronę schodów podczas swojej wypowiedzi, po czym zniknęła w mroku domu.
Louis westchnął ciężko, przygryzając dolną wargę, gdy przesunął swoim wzrokiem po dobrze znanych obrazach, które zdobiły ściany korytarza. Dwa lata temu Maura zawiesiła tam nawet taki, który narysował Zayn, co było dla niego naprawdę znaczące.
Tomlinson ruszył wzdłuż korytarza, kierując się w stronę salonu, gdy doszedł do wniosku, iż mógłby na chwilę usiąść i odrobinę ogrzać swoje dłonie; krzesła w głębokim odcieniu wina otaczały kamienny kominek z grubym czereśniowym płaszczem, a ryk ognia zawarty był w pogoni za chłodem. Odwrócił się powoli, pochłaniając subtelną elegancję pokoju i to, jak bardzo odzwierciedlał nienaganny smak Horanów.
Przygryzł dolną wargę, przesuwając swoim wzrokiem w stronę uchylonych drzwi do gabinetu pani Horan, a powietrze natychmiast opuściło jego płuca i serce skręciło się w jego klatce piersiowej, gdy go dostrzegł.
Matthew opierał się o mahoniowe biurko, tak nonszalancko i dumnie, jakby wszystko to, co go otaczało, należało do niego; zdawał się zajmować o wiele więcej miejsca niż na to zasługiwał, ale było coś, co sprawiało, iż jednocześnie wyglądał bardzo miękko i łagodnie. Oliwkowy kolor jego skóry był otulony sztucznym światłem ulicznych latarni, które wpadało przez ogromne okno. Miał na sobie koszulę podobną do tej, którą nosił, kiedy spotkali się po raz pierwszy; długie rękawy zakończone mankietem z regulowanym zapięciem, tkaninowa koszula z mieszanki lnu i bawełny o bladym odcieniu żółci, który podkreślał jego jasne zielone oczy.
Pewna gorycz spłynęła w dół jego gardła, tworząc okropną melancholię, która rozlała się głęboko w jego żyłach, gdy uświadomił sobie to, iż to właśnie Matthew był pierwszym mężczyzną, który tak naprawdę go onieśmielił; Louis wciąż pamiętał, jakby to było wczoraj, kiedy zobaczył go w kawiarni, a potem spędził pół godziny, czytając książkę, a mówiąc ściślej, ponownie czytając ten sam akapit, dopóki nie zapamiętał go z roztargnieniem, kiedy zbierał w sobie odwagę, aby się do niego odezwać. Był nim kompletnie oczarowany, boleśnie zauroczony, ale nie zakochany, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż był na dobrej drodze do tego, aby to się stało. Może właśnie dlatego miał wrażenie, iż ból w jego sercu nigdy nie ustąpi, kiedy Matthew go uderzył i może właśnie dlatego winił siebie za to, że mu na to pozwolił.
Louis przełknął głośno ślinę, zaciskając palce na pasku swojego plecaka tak silnie, iż jego kostki pobielały, ponieważ Matthew był ostatnią osobą, którą spodziewał się znaleźć w domu swojego przyjaciela tak późnym popołudniem.
Wziął głęboki oddech, zbierając w sobie odwagę, aby się odezwać; w jego obecności czuł się tak płochliwy, bezradny i kruchy, jakby miał się rozsypać, co było niemal irytujące.
— Co ty tutaj robisz? — Szepnął głosem słabym, drżącym, ale natarczywym; wokół było jednak tak cicho, iż słowa wydały się wyraźnie rozbrzmieć wokół nich, a on niemal natychmiast skarcił się w duchu za to, iż jego głos zawiódł.
Matthew natychmiast odwrócił swój wzrok w jego stronę, a wyraźne zaskoczenie przemknęło przez jego twarz i jego oczy stały się poważne, co było oznaką tego, iż najwyraźniej nie dostrzegł wcześniej jego obecności. Louis znów poczuł ten nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, jak wtedy, gdy zobaczył go po raz pierwszy od tak dawna, a coś zimnego i twardego osiadło na dnie jego żołądka, gdy zdał sobie sprawę z tego, że tym razem zostali zupełnie sami. Natychmiast odwrócił swój wzrok.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Matthew nie skrzywdziłby go w żaden sposób w obecnej sytuacji, a zwłaszcza w miejscu, w którym się znajdowali, ale ta świadomość okazała się nie być wystarczająca. Matthew westchnął ciężko, zaciskając palce jednej z dłoni na krawędzi biurka, gdy oparł się o nie nieco wygodniej. Jego uwadze nie umknęło to, iż Louis zmarszczył swoje brwi w sposób, w jaki robił to zawsze wtedy, kiedy czymś się denerwował; wbił swój wzrok w drewnianą podłogę, a kilka kosmyków jego karmelowej grzywki opadło na czoło, co sprawiło, iż Matthew poczuł cielesne zainteresowanie, palącą potrzebę przesunięcia opuszkami swoich palców po jego skórze, by odgarnąć na bok tych kilka niesfornych kosmyków.
— Dlaczego na mnie nie spojrzysz? Nienawidzisz mnie aż tak bardzo?
Louis wziął głęboki, uspokajający oddech, zbierając w sobie odwagę, aby unieść swój wzrok, co było po prostu irracjonalne, ale udało mu się.
— Nie o to chodzi — Odpowiedział — Po prostu wiem, czego się spodziewać i jestem tym zmęczony, Matthew. Mam już dość wszystkich twoich pytań, które wciąż sprowadzają się do mojej jednej i jedynej odpowiedzi, której wciąż nie potrafisz zrozumieć. Poddałem się, mając nadzieję, że zrozumiesz swój błąd, ale mam dość patrzenia na to, jak chodzisz po tym mieście, grając jakiegoś bożka i dajesz wszystkim do zrozumienia, że...
— Oh — Odetchnął — Więc to jest to, co o mnie myślisz, że gram jakieś bóstwo i narzucam się wszystkim? — Odparł, a jego głos był twardy, wymagający uwagi tego drugiego, a to sprawiło, iż Louis naprawdę nie potrafiłby wskazać tego, w jaki sposób to wszystko miało się potoczyć — Nie jesteś lepszy ode mnie.
Louis zmarszczył brwi, nie mając zbyt wiele czasu na to, aby zastanowić się nad tymi słowami, ponieważ poczuł niepokój ogarniający jego całe ciało, gdy Matthew odepchnął się od krawędzi biurka, zbliżając się w jego stronę.
— Czegokolwiek ode mnie chcesz, to musisz wiedzieć, że...
Louis przechylił swoją głowę nieco w prawą stronę w niezrozumieniu, gdy zaczął wycofywać się do tyłu, robiąc ostrożne kroki, aż w końcu wpadł na twardą ścianę, uderzając o nią plecami.
— Czegokolwiek ode mnie chcesz, cokolwiek to jest, nie chcę grać w tę grę, Matthew — Spróbował, biorąc głęboki oddech i przesunął wzrokiem po własnych dłoniach, gdy jego palce zaczęły drżeć; miał wrażenie, iż mężczyzna zaczął zajmować całą jego przestrzeń, zbliżając się coraz bardziej.
— Nie jestem tobą — Mruknął Matthew — Nie gram z nikim w żadne gry.
— Louis, dlaczego wciąż nie potrafisz dostrzec tego, że wina nie leży tylko i wyłącznie po mojej stronie? — Rzucił gładko — Stoisz tutaj, mając czelność zarzucać mi, iż pogrywam z tobą w jakieś gierki, podczas gdy to ty byłeś pierwszym, który zaproponował coś takiego. Wtargnąłeś do mojego życia i wciągnąłeś mnie do swojego. To ty rozpocząłeś pomiędzy nami grę. To ty jesteś tym, który nie przejmował się, iż mógłby zrujnować życie kogoś innego i to ty starałeś się wybudować swoje szczęście na nieszczęściu kogoś innego, czyli mojej żony, mojego małżeństwa, dobrze się przy tym bawiąc, a potem...
Louis go uderzył, czując natychmiast, jak jego serce zatrzymało się na sekundę, a potem zaczęło galopować z podwójną prędkością; poczucie winy spłynęło w dół jego gardła, zatrzymując się głęboko na dnie jego żołądka, gdy jego dłoń zaczęła płonąć, jakby ogień zaczął lizać jego skórę.
Matthew zacisnął szczękę, przesuwając opuszkami palców po swoim policzku; wyraz jego twarzy stał się lodowaty, niemal przerażający i niewytłumaczalny i Louis nie odważył się nawet go zinterpretować, gdy przełknął głośno ślinę.
Matthew był od niego starszy o czternaście lat i w tamtej chwili po raz pierwszy mógł wyczuć, jak przygniatało go każde z tych lat.
— Nigdy nie powiedziałem, że wina leży tylko i wyłącznie po twojej stronie, Matthew. Naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem, wiem w jaki sposób postępowałem...
— Dobrze się ze mną bawiłeś, Louis — Warknął, unosząc swoją dłoń ku górze, aby go uciszyć — Lubiłeś być moją dziwką i nie miałeś problemu z tym, gdy dostałeś w tyłek, kiedy cię pieprzyłem, ale poczułeś się urażony, kiedy dostałeś w twarz?
Louis prychnął, czując gniew wzbierający na sile, kiedy usłyszał te słowa.
— To ogromna różnica i jeśli nie potrafisz tego zrozumieć, to jesteś po prostu głupi. Godziłem się na to, co robiliśmy w łóżku i jeśli kiedykolwiek przekroczyłbyś moje limity, to zwróciłbym ci uwagę, więc nie porównuj tych dwóch rzeczy. Czego oczekiwałeś, kiedy uderzyłeś mnie w twarz tylko i wyłącznie dlatego, że nie odebrałem od ciebie telefonu? Myślałeś, że pozwolę na to, abyś kontrolował moje życie? Myślałeś, że będę oszukiwał samego siebie, wmawiając sobie, że się zmienisz? Myślałeś, że będę prosił cię o więcej? Nie musiałem cierpieć w ten sposób. Nie miałbym wystarczająco dużo siły, aby poradzić sobie z takim związkiem i tak naprawdę nie chciałem szukać tej siły, wolałem po prostu zmienić...
— No właśnie, co wolałeś zmienić, Louis? — Wycedził przez zaciśnięte zęby — Wolałeś zmienić miłość, prawda? Jest ktoś, kto traktuje cię lepiej? — Dodał, tworząc palcami w powietrzu niewidzialny cudzysłów przy ostatnim słowie.
Louis pokręcił głową w geście niedowierzania. Nie sądził, iż powiedzenie tego, że tak naprawdę wcale go nie kochał, byłoby najlepszą decyzją w tamtym momencie, więc po prostu spojrzał w jego oczy. Po raz pierwszy to Louis triumfował; ekscytującym było wiedzieć, że mógł go zranić, mówiąc po prostu, iż tak, miał kogoś innego, kogoś lepszego, ale to również byłoby złym posunięciem, może nawet najgorszym.
— Nie mogę pogodzić się z tym, że mnie zostawiłeś. Z tym, że teraz masz prawdopodobnie kogoś innego — Warknął, czując gniew, który zaczął wypełniać jego ciało; nie był osobą, którą można było tak po prostu porzucić — Masz kogoś? — Zażądał, łapiąc go za łokieć i szarpiąc w swoją stronę.
Louis syknął na ten nagły kontakt, czując suchość w gardle.
— Ranisz mnie — Rzucił, mając pewność, iż drobne sinikami rozkwitną na jego skórze, gdy poczuł, jak Matthew zacisnął swoje palce.
— Naprawdę? — Odparł — Myślałem, że to jest właśnie tym, co uwielbiałeś.
— Nie mam nikogo — Wykrztusił po prostu, mając nadzieję, iż te słowa nieco poprawią sytuację, w jakiej się znaleźli — Czego jeszcze chcesz się dowiedzieć?
Matthew pochylił się do przodu, a Louis prawie sapnął z zaskoczenia, gdy poczuł oddech mężczyzny unoszący się nad jego ustami.
— Kłamiesz — Warknął nieco chrapliwie.
Louis zamrugał, starając się odeprzeć łzy, które zebrały się w kącikach jego oczu, gdy Matthew nieświadomie zacisnął swoje palce na jego szyi; Tomlinson czuł nieznośny i ciężki opór za każdym razem, gdy przełykał swoją ślinę.
Niczego nie pragnął bardziej niż znaleźć się w domu; bezpiecznym, suchym, ciepłym, w otoczeniu znanych przedmiotów.
— Nie kłamię — Odpowiedział głosem zdławionym i ciężkim — Jeśli chcesz mnie udusić, śmiało, zrób to, dobrze wiesz, że nie mam siły, aby cię powstrzymać.
Matthew odsunął się nieznacznie, a zaskoczenie odbiło się na jego twarzy, gdy usłyszał te słowa i zdał sobie sprawę z tego, gdzie tak naprawdę umieścił swoje dłonie; powoli wycofał swoje ramiona, a Louis rozchylił usta, oddychając z ulgą.
Tomlinson pokiwał głową na boki, patrząc na niego z wyrzutem, gdy ułożył jedną ze swoich dłoni na własnej szyi.
— Mam cię dość. Jesteś szalony.
Matthew zrobił krok w jego stronę, chcąc naprawić to w jakikolwiek sposób, a Louis ułożył swoją dłoń na jego klatce piersiowej, chcąc go odepchnąć, ale nie miał wystarczająco siły; był zbyt roztrzęsiony.
— Przepraszam, naprawdę nie chciałem tego zrobić, kochanie — Szepnął, obejmując go ramieniem i Louis naprawdę nie był w stanie zaprotestować.
Louis oparł swoje czoło o jego prawą skroń, zdając sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się wydarzyło; chciał się czegoś podeprzeć, gdy ogarnęła go raptowna niemoc, a Matthew skorzystał z okazji i ułożył jedną ze swoich dłoni na jego biodrze, gładząc je delikatnie, jakby miał w ogóle prawo, aby to zrobić.
— Naprawdę chciałem tego zrobić, po prostu oddychaj, musisz się uspokoić, w porządku?
Louis wziął głęboki oddech, gdy kolejne wspomnienia zalały jego głowę; kiedy Matthew go uderzył, starał się pocieszyć go w ten sam sposób, zatrzymując go przy sobie i tworząc fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
Zebrał w sobie resztki siły i odepchnął go od swojego ciała. Matthew uniósł brew, chcąc zaprotestować, ale nie dostał takiej szansy.
— Jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, to przysięgam, że zniszczę twoje życie, rozpowiadając o tym, jak to komendant policji pieprzył nieletniego — Odezwał się, czując nagły przypływ odwagi — I gwarantuję ci, że nie zrobisz nic poza spoglądaniem na to, jak twoje życie popada w ruinę.
Matthew wycofał się o krok w taki sposób, jakby został kolejny raz uderzony; był kompletnie zaskoczony, a kiedy w końcu sens tych słów do niego dotarł, rumieniec gniewu rozlał się na jego twarzy.
— Twoja książka jest tutaj — Odezwała się Maura, wchodząc do gabinetu i uśmiechając się w sposób, który był kompletnym kontrastem do napięcia, które unosiło się w powietrzu i było wynikiem wydarzeń, o których nie miała pojęcia.
— Ah, tak, dziękuję — Wykrztusił, siląc się na delikatny uśmiech, który załamał się wraz z pierwszym drgnięciem kącika ust — Pójdę już — Dodał, chwytając książkę.
Maura uchylił swoje usta, aby odpowiedzieć, ale Louis wycofał się w pośpiechu do korytarza, niemal potykając się o krawędź dywanu, gdy przycisnął książkę do swojej klatki piersiowej, która wydawała się być ciężka w jego ramionach.
Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, kiedy w końcu znalazł się na zewnątrz, przyciskając swoje plecy do drzwi wejściowych, aby odrobinę się uspokoić. Uderzył tyłem swojej głowy w twarde drewno, przeklinając pod nosem, a gdy przez chwilę zyskał fałszywe wrażenie, iż mógłby dojść do siebie, zdał sobie sprawę z tego, co tak naprawę się wydarzyło. Zamknął oczy, zaciskając twardo powieki, gdy oszołomienie, smutek i zmartwienie opadło na jego barki, a jego nogi niemal odmówiły posłuszeństwa, ale nie chciał dłużej pozostać w tamtym miejscu. Wziął głęboki oddech, poprawiając pasek swojego plecaka na ramieniu, po czym ruszył przed siebie, czując się kompletnie wyczerpany.
Harry odetchnął z ulgą, upijając łyk gorzkiej cytrusowej herbaty, którą zostawił na biurku przed rozpoczęciem swojej kilkugodzinnej zmiany. Odłożył długopis, zamykając teczkę z ukończonym raportem, po czym przeczesał palcami swoje włosy. Miał ciężką zmianę, kilka wyjątkowo nieprzyjemnych aresztowań, więc był naprawdę zmęczony; niczego nie pragnął bardziej niż gorącej kąpieli i porządnej kolacji, jeśli w ogóle mógłby nazwać kolacją posiłek o tak późnej porze.
Styles uniósł swój wzrok, natychmiast prostując plecy; Matthew opierał się o framugę drzwi, z ramionami skrzyżowanymi na wysokości własnej klatki piersiowej. Jego ostre, przeszywające spojrzenie, silne ramiona i liczne odznaczenia, które zdobiły błękitną koszulę budziły coś w rodzaju podziwu i respektu, które od razu wypełniły klatkę piersiową Harry'ego.
— Komendancie Winston — Odpowiedział, przygryzając wewnętrzną stronę swojego policzka, gdy Matthew westchnął ciężko, kierując się w stronę biurka.
— Słyszałem, że ty i Liam znów ze sobą mieszkacie — Odparł, a jego głos zabrzmiał nieco surowo, gdy zatrzymał się tuż przed krzesłem, zaciskając swoje palce na jego oparciu.
Harry uchylił swoje usta, odrobinę zaskoczony, ponieważ nie tego się spodziewał, a na pewno nie w obecnej sytuacji, choć było to dość prawdopodobne. Matthew zawsze interesował się życiem swojego brata. Lata temu Liam był jego jedynym zmartwieniem i z upływem czasu najwyraźniej wciąż pozostał kimś, o kogo Matthew troszczył się w swój własny, specyficzny sposób.
Harry zsunął się nieco na krześle, dokładnie się mu przyglądając; mężczyzna zawsze taki był, twardy i zimny, ale było w nim coś, co czyniło go miękkim, niemal tkliwym, czego sam prawdopodobnie nie potrafił zaakceptować i tylko dwie osoby potrafiły w nim to odblokować. Liam i Nicola. Jego rodzeństwo.
— To tylko przejściowe — Wyjaśnił, nie potrafiąc odczytać, czy Winston był zadowolony z tego powodu, czy też nie — Właściwie, to podpisałem już wstępną umowę o zakup domu, więc nie potrwa to zbyt długo.
Matthew skinął głową, wyglądając przez chwilę w taki sposób, jakby się nad czymś zastanawiał, podczas gdy Harry zaczął wystukiwać jakiś cichy rytm, pukając opuszkami swoich palców w blat biurka w oczekiwaniu na jakiekolwiek słowa z jego strony.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż Liam nie byłby zadowolony, gdyby dowiedział się o tej rozmowie; w przeszłości bardzo drażniło go to, w jaki sposób Matthew czasami zachowywał się względem niego. To nie tak, iż Matthew kiedykolwiek chciał go sobie podporządkować, ale jego obawy były niemal niezdrowe i Liam czasami wspominał, iż miał wrażenie, że momentami nie mógł po prostu oddychać, jakby powietrze było ciężkie od co jeśli albo może, a nawet gdybym tylko mógł.
— Czy Liam jest jedynym powodem tej rozmowy? — Odważył się Harry — Wiesz, że zawsze trochę się wściekał, gdy ktoś rozmawiał o nim za jego plecami.
Matthew uśmiechnął się subtelnie w sposób dość nieodgadniony, przygryzając dolną wargę, gdy usłyszał te słowa.
— Mówiąc ktoś masz oczywiście na myśli mnie — Odparł, a w jego głosie rozlało się coś zadziornego, co niekoniecznie było czymś negatywnym — Dobrze wiesz, że zawsze miałem swoje powody, choć nie jest to teraz ważne. Odpowiadając na twoje pytanie, to Liam rzeczywiście jest głównym powodem naszej rozmowy, ale nie jedynym. Pomyślałem, że ze względu na stare czasy, ale też dlatego, że zaczęliśmy razem pracować, powinniśmy wyskoczyć razem do jakieś baru i czegoś się napić.
Harry delikatnie skinął swoją głową, przysłuchując się jego słowom i zmarszczył swoje brwi przy końcu wypowiedzi. Nie chciałby spotykać się z nim właśnie ze względu na stare czasy. Miał również wrażenie, iż Matthew miał po prostu jakąś ukrytą intencję. Był również fakt, iż sama obecność mężczyzny czyniła go odrobinę niewygodnym, ale nie chciał odmówić ze względu na to, iż zaczęli razem pracować, a Matthew był jego przełożonym.
A może rzeczywiście nie był to taki najgorszy pomysł; może Harry był po prostu odrobinę przewrażliwiony i tak naprawdę przydałby mu się taki wypad, by mógł się odrobinę rozerwać i zrelaksować.
— Świetnie — Mruknął — Może wyciągnę z ciebie więcej niż zdawkowe odpowiedzi, kiedy trochę wypijemy — Zażartował, choć Harry wyczuł w tym coś znacznie więcej niż tylko żart.
— Mam tylko nadzieję, że ta propozycja nie obejmuje dzisiejszej nocy.
— Oczywiście, że nie — Odparł, wydając się być odrobinę bardziej zrelaksowany, gdy usłyszał tę zgodę; napięcie jego szczęki znacznie złagodniało, a oczy wydawały się być mniej lodowate — Zdaję sobie sprawę z tego, że jesteś zmęczony. Słyszałem od chłopaków, że ta zmiana była dość intensywna. Może w takim razie spotkamy się jutro?
— Okej, myślę, że jutro, to idealny czas na spotkanie — Mruknął, wyciągając telefon z tylnej kieszeni swoich spodni, aby zapisać sobie to w kalendarzu — Kilka ulic stąd znajduje się lokal, który jest czymś w rodzaju baru połączonego z klubem. Nazywa się Borderz, więc możemy spotkać się na miejscu. O dziewiętnastej?
— Brzmi dobrze — Zgodził się Matthew, wkładając dłonie do kieszeni swoich spodni, gdy zrobił krok do tyłu — W takim razie, widzimy się na miejscu, Harry.
Harry skinął swoją głową.