Mistrzyni w krzyku, płaczu i śmiechu xD
seen from United States
seen from Germany
seen from United Kingdom

seen from United Kingdom
seen from Russia
seen from China
seen from United Kingdom

seen from Germany

seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from Australia

seen from United States

seen from Brazil

seen from United Kingdom

seen from Australia
seen from China
seen from China
seen from United States
Mistrzyni w krzyku, płaczu i śmiechu xD
Fryt(k)ownica
Dzisiaj w biuletynie* poradni językowej PWN prof. K. Kłosińska wypowiedziała się bardzo kategorycznie na temat leksemu frytownica:
A zatem frytownica nie ma racji bytu, bo w języku polskim nie ma wyrazów, od których miałaby powstać: bezpośrednio (frytować) i pośrednio (fryta). [link]
Tylko że ja znam słowo frytować i frytowanie. Nie należy ono do języka ogólnego, ale w gastronomii się go używa. Właściwie frytowanie to termin; zamiast stosować długi opis, używa się jednego leksemu (możliwe, że to zapożyczenie z francuskiego, bo bardzo dużo wyrazów dotyczących jedzenia i jego przygotowywania pochodzi właśnie z tego języka). O znaczeniu leksemu frytowanie napisał Łukasz Rokicki:
Jest jednak inny rzeczownik, chociaż nienotowany w wielu źródłach — frytowanie, czyli smażenie w głębokim i gorącym płynnym tłuszczu (chociaż nazywa się w ten sposób również przetapianie szkliwa — wspomnianej fryty). [link]
Czyli może jednak frytownica ma rację bytu?
Nie chodzi mi o krytykowanie autorki porady – nie ma ludzi nieomylnych. Całą sytuację traktuję przede wszystkim jako przestrogę dla siebie: semantyk musi odwoływać się do rzeczywistości, bo język służy m.in. do jej opisywania, a trudno być ekspertem w każdej dziedzinie (dlatego są specjaliści od języka prawnego, języka medycznego – bo to są właściwie całe podsystemy, głównie leksykalne). Konieczna jest więc nieustanna czujność, ale nawet ona nie gwarantuje, że nie popełni się błędu, bo źródła mogą być nierzetelne albo trudno dostępne.
Można też wpaść w skrajność i sprawdzać wszystko, wszędzie i przynajmniej 5 razy**. Tylko że takie podejście niekiedy paraliżuje: w pewnym momencie byłam gotowa sprawdzać każdy wyraz we wszystkich dostępnych słownikach (także tych z XIX wieku). Bo czy na pewno wiem, co znaczy leksem wenflon? Albo kubek? Albo drzwi? Albo kaloryfer? Albo deoksyrybonukleinowy? Co więc zrobić? Można rzucić semantykę i zająć się jakąś sensowną robotą (informatyką? budowaniem mostów? księgowością?) albo pogodzić się z tym, że czasem jest się mniej znawcą, a bardziej laikiem.
Warto pamiętać, że poradnie językowe to jednak nie wyrocznie. Jestem zdania, że język będzie szedł w tę stronę, w którą pokieruje go większość jego użytkowników. Rolę językoznawców widziałabym tak, jak głosi 2 tradycja AA:
[...] Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą. [link]
* Najpierw napisałam newsletterze. Potem skonsultowałam się z Cambridge Dictionaries Online.
** Błogosławieństwo i przekleństwo Google’a: 300 artykułów na dany temat (hurra!), przy 15. zaczynam wątpić we własne istnienie, bo każdy autor stosuje inną metodologię i w związku z tym wyniki/wnioski są skrajnie różne (buu!).