zwinięta jak precel patrzę co mam na plecach: skrzydła oczy dookoła głowy nóż na karku duszę na ramieniu
drżę w skupieniu, jest cięższa niż cała reszta
duszę się, wydłużam, splatam, spalam
ciała płoną zawstydzone, kiedy zdążyłaś wpełznąć tak głęboko, żmijo?
ciała płoną ze wstydu przy duszy, przyduże, za luźne, za ludzkie
kocham cię ze wszystkimi głupimi problemami i niezainteresowaną niczym poza sobą samą
stygnę z tym uczuciem/zasypię swoje rany solą, a twoje bizmutem
sny z tym, stygnę, chcę zasypiać bezpiecznie ale pozwalam ci się sączyć obok, zassam to lub zgasnę, albo wyważę drzwi i zrobię miejsce na scenie dla trzeciej siebie: nieswojej, niejasnej
wpuszczam ją pomału, ale między tak i nie wiem zieje przeciąg co czasem przewiewa cię we mnie całą a czasem rozszarpuje na strzępy i rozrzuca po powierzchni
nie boję się samotności jak boję się krwawiącego serca
gra w ciepło-zimno, co tam jest, a co się nam wydaje?
myślę o tobie wprost a mówię metaforą
boję się świecić za słabo, zbyt krzykliwie i odbijać
boję się bezpośrednio i wolę nie wiedzieć, co jest dla mnie niebezpieczne
hamak wisi między moim tak proszę a twoim tak sądzę
motyle fruwają wokół nie wiadomo czego
nie wiem, czy to motyle, mam zamknięte oczy zawsze kiedy cię nie całuję
trzepot skrzydeł szarańczy, trzepot skrzydeł nietoperzy, ptaki, motyle albo białe flagi
pachniesz mineralnie i jak pestka moreli po dniu w lipcowym słońcu
blednę przy tobie jak spragnione korzenie
kwitnę przy tobie jak malwa