seen from Germany

seen from Italy
seen from Belgium

seen from United States

seen from Singapore
seen from Germany

seen from United States

seen from Denmark
seen from Canada

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United Kingdom
seen from United States
#CollegiumMinus #UMK #JerzyWierzbicki #Harmonijka #modernizm #modernism #Modernismus #modernarchitecture #interwarmodernism #architektura #architecture #Architektur #architecturelovers #historiaarchitektury #historyofarchitecture #GeschichtederArchitektur #architecturelovers #archdaily #instaarch #instamoment #instadaily #picoftheday #Toruń (w: Toruń, Stare Miasto) https://www.instagram.com/p/BzqDqNWoQnm/?igshid=vsm5ulmg8hai
Nie znam się na: muzyce. Pseudo-relacja z koncertu finałowego festiwalu Harmonica Bridge 2013 (Joe Powers z USA)
Zanim usiadłem w sali koncertowej
Kiedy zobaczyłem plakaty festiwalu Harmonica Bridge byłem dość sceptyczny. Słyszałem, że muzycznie jest to bardzo dobry festiwal, jednak projekt plakatów pozostawiał wiele do życzenia. Źle rozplanowany tekst, ohydne kolory, nieładnie zdjęcie. Tak, czepiam się – zajmuję się trochę projektowaniem i potrafię ocenić, kiedy plakat jest kiepski. Ten był okropny. Starałem się jednak nie zrażać. Niestety, kiedy wszedłem na stronę festiwalu zrobiło mi się gorzej. Strona wygląda jak z lat 90-tych, była tragicznie rozplanowana i nic na niej nie można było znaleźć. Jakieś 15 minut szukałem wzmianki o tym gdzie można kupić bilety. Poddałem się w końcu i zadzwoniłem do Dworu Artusa, gdyż tam odbywał się koncert finałowy festiwalu (Joe Powers z USA) – jedyny punkt programu, w którym mogłem i bardzo chciałem uczestniczyć. Kasa była nieczynna. Telefon odebrał ochroniarz i poinformował mnie, iż oni się tym nie zajmują i nie sprzedają biletów. Zasugerował mi, abym udał się do Domu Muz na podmurnej – bo to oni są organizatorami festiwalu. Wszedłem ponownie na staroświecką stronę festiwalu i szukałem, choć wzmianki sugerującej, że to w Domu Muz można nabyć bilety. Znalazłem. Nie na stronie, lecz na plakacie. I ktoś mógłby rzec „Przecież na stronie wyraźnie jest napisane, że organizuje to Dom Muz. Przecież to oczywiste, że tam można kupić bilety”. Nie. To nie jest oczywiste, oczekuję, że ktoś napisze czarno na białym „BILETY DO KUPIENIA W DOMU MUZ”. Na plakacie taka informacja była: „Bilety do nabycia w Domu Muz, Podmurna 1/3 i na godzinę przed koncertem”.
Udałem się więc do Domu Muz na godzinę przed koncertem. Niedziela, godzina 11. Zamknięte. Niech to szlag! Próbuję się dodzwonić do biura festiwalowego. Zero odpowiedzi. W takim razie zostało tylko jedno miejsce, w które mogę się udać. Dwór Artusa. Wchodzę, niepewnie się rozglądam. Nikogo, poza ochroniarzem w kasie biletowej. Chwilę się waham. W końcu podchodzę do niego i pytam, czy można kupić bilety na koncert Joe Powersa. Ochroniarz odpowiada, że „podobno sprzedają je u góry”. Aaa, podobno sprzedają, czyli niewiadomo. Mogłem w tym momencie wrócić sfrustrowany do domu, ale powstrzymałem się i poszedłem na górę. Na górze faktycznie sprzedawali bilety. Stał tam stolik z kasą, a przy nim dwie panie. Obok inna pani sprawdzająca bilety przy schodach do sali koncertowej. Aż dziwne, że nie poinformowały ochroniarza, że będą sprzedawać bilety i są tu tylko „podobno”. Kupiłem bilet i udałem się do Sali Wielkiej. Zapytałem jedną z pań, czy można fotografować. Odpowiedziała, że nie wie i jeśli nie można, to ktoś po prostu każe mi schować aparat. Ech. Po raz kolejny zawiodłem się na organizatorze.
Relacja z koncertu
Nie widziałem dokładnie ilu ludzi było na sali, ponieważ usiadłem w pierwszym rzędzie, aby mieć możliwość pstrykania zdjęć (niestety jestem marnym fotografem i nie wyszły zbyt dobre). Nie był to najlepszy pomysł, gdyż przez resztę koncertu musiałem się wyginać, aby oglądać muzyków i trochę po wszystkim bolała mnie szyja. Ale nic nie szkodzi, naprawdę było warto. Wszelkie niedogodności zostały przytłumione muzyką.
Jeszcze muszę wspomnieć, że przed rozpoczęciem koncertu po sali chodziła pani, która prosiła każdy rząd z osobna o wyciszenie telefonów komórkowych. Bardzo mi się to podobało i tym organizator u mnie mocno zaplusował.
W końcu na scenie pojawił się ów organizator – Sławomir Wierzcholski. Wysoki, osobliwy gość w złotych okularach. Poinformował nas, iż Joe Powers gra na harmonijce chromatycznej. Takiej, która (jak wskazuje nazwa) potrafi grać pełną skalę chromatyczną, dzięki przyciskowi (zwanemu registrem), który zmienia skalę o pół tonu. Po tej informacji, pan Sławek zaprosił nas do słuchania.
Gdy zniknął, na deski sceny wszedł szeroko uśmiechnięty Joe Powers wraz z pianistą (niestety przedstawiał go Joe, który niezbyt potrafił wymieniać polskie nazwiska, a na stronie nie ma informacji jak się ów pan nazywał, pamiętam tylko, że na imię miał Radek). Joe powiedział po polsku „Dzień dobry”, co spowodowało burzę oklasków i przełamało „pierwsze lody” z publiką. Panowie się ukłonili i zaczęli grać. Zagrali Andalouse Emile Pessard’a. Z tego, co się dowiedziałem, jest to utwór klasycznie grany na pianino i flet. Na harmonijce brzmiał niesamowicie. Od razu było słychać, czym się harmonijka chromatyczna różni od klasycznych – diatonicznych. Mimo informacyjnego wstępu pana Sławka, nikt się chyba nie spodziewał takiej skali dźwięków. Instrument brzmiał w utworze bardzo kojąco, natomiast pan Powers ruszał się tak, jakby go ujarzmiał i zmuszał do posłuszeństwa. Harmonijka wręcz wyrywała się z jego rąk, grając jednak cały czas doskonale. Na pierwszy rzut oka można było zlokalizować położenie registra, gdyż Joe, co chwila przyciskał prawy bok harmonijki. Skończył. Publiczność zaklaskała gromko. Joe wyraźnie rozluźniony powiedział, iż pierwszy raz jest w Polsce i bardzo cieszy się, że może grać w tak pięknej sali, na tak świetnym festiwalu. Biła od niego fala pozytywnej energii, nie w sposób można było się nie uśmiechać. Następnym utworem było Rondo alla Turca Mozarta. Dobrze znany utwór brzmiał zupełnie inaczej dzięki harmonijce. Świeżo, skocznie, wręcz zabawnie. Harmonijka się poddała i już nie wierzgała tak bardzo. Ten utwór także został nagrodzony hucznymi oklaskami. Teraz już nieklasycznie, lecz tanecznie. Indifference Joseph’a Colombo. Grany oryginalnie na akordeonie, na harmonijce brzmiał bardzo podobnie. Noga mi podrygiwała, a ciało chciało tańczyć. Kolejny utwór także nam nie pomógł usiedzieć w miejscu. Zagrali Libertango Piazolli. Doskonale znany słuchaczom RMF Classic, tym razem w wersji harmonijkowej. Nic dodać nic ująć. Akordeon można łatwo zastąpić harmonijką, więc wszystko brzmi tak jak powinno. Przyszła pora na chwilę wytchnienia. Ponownie Piazolla, tym razem Ave Maria: Tanti Anne Prima. Publika zrelaksowana, trochę zadumana. Nie zapomniała jednak głośno zaklaskać po zagraniu utworu. Joe opowiada, że bardzo mu się w Polsce podoba i zjadł masę pierogów, a także toruńskich pierników. Jest zawiedziony, że nie może zabrać całego sklepu ze sobą, co spowodowało naturalnie chichoty na sali i kolejną falę oklasków. Następnie nie lada wyczyn. Węgierski taniec Czardasz w wersji Vittorio Montiego. Nadstawiłem uszy. Czardasz na harmonijce? Niemożliwe! W pełnym skupieniu czekałem aż Joe wyda pierwszy dźwięk. Powolny spokojny początek. Czekam z niecierpliwością, aż zacznie się szybki fragment. Powers z nadludzką szybkością przesuwa harmonijką to w jedną to drugą stronę, błyskawicznie w nią dmuchając. Oczy otwierają mi się szerzej. Czardasz na harmonijce! A to ci wyczyn! Chwila wytchnienia, wolniejszy fragment. Znowu przyspiesza, rany jak on pędzi! Harmonijka wierzga się jak nigdy wcześniej. Prawa ręka Powersa dociska i odsuwa się od registra. Ostatnie dźwięki i… koniec. Fala oklasków! „Dziękuję, dziękuję bardzo!” mówi Joe kłaniając się nisko. Dodaje, że dużo łatwiej grać rękami niż ustami.
Chwila przerwy. Ze sceny schodzi pan Radek – panista, a zamiast niego na scenie pojawia się zespół smyczkowy (bardzo możliwe, że sam kontrabas pojawił się na Czardaszu, pamięć mnie zawodzi). Teraz grają Por una cabeza Carlos’a Gardel’a, utwórznany z filmu „Zapach kobiety”. To jest to! Smyczki i harmonijka to naprawdę świetne połączenie. Instrument Powersa zastępował pierwsze skrzypce, jeśli się nie mylę. Teraz brzmi dużo poważniej. Mniej humoru i skoczności, a więcej klasy i porządku. Dźwięku unoszą się i płyną po sali. Widownia rozmarzona. Atmosfera jest bardzo ciepła i przyjemna. Utwór się kończy i tradycyjnie słyszę ochocze oklaski. Pora na koncert i to nie byle jaki! Wiosna Vivaldiego. Publika tak rozkojarzona, że klaszcze między częściami, ale nikt się tym nie przejmuje. Smyczki i Joe uśmiechnięci, czekają cierpliwie aż oklaski wygasną i grają dalej. Trochę to klaskanie nie na miejscu, ale cóż poradzić. A teraz znów Piazolla! Oblivion. Jeśli dobrze pamiętam, to tutaj pianista wrócił na scenę. I znów spokojnie, wręcz romantycznie. A na koniec Mała Fuga w g-moll Bacha. Harmonijka jak zwykle prowadzi. Reszta instrumentów nie jest w stanie przyćmić Joe i jego niewielkiego cuda. Jak to u Bacha, sporo wariacji i biegania po dźwiękach. Harmonijka wykręca się wierci, a wszystko brzmi tak jak powinno. Szorstko, ale czysto. Myślę, że każdy podczas koncertu zapomniał jak w oryginale brzmiały te utwory. Harmonijka brzmi na tyle unikatowo i tak dobrze, że każdy jest przekonany, iż Bach również na niej to grał! Publika klaszcze i klaszcze. Wszyscy wstają i klaszczą dalej. Muzycy kłaniają się, wychodzą i wracają, by znów się ukłonić. W końcu wychodzi sam Joe. Dziękuje wszystkim serdecznie za tak miłe przyjęcie i chce nam podziękować bisem.
Czym nas zaskoczy? Preludium a-dur Chopina! Domyślam się, że niejeden sympatyk muzyki Chopina przewróci się na samą myśl o graniu jego utworów na harmonijce, jednak mogę was zapewnić, że Preludium brzmiało równie słodko i pięknie na niej. Nie szkodzi, jeśli mi nie uwierzycie. Znów fala oklasków, wszyscy stoją. Joe wychodzi po raz kolejny, mówi, żebyśmy się nie ruszali z sali. Skoczy tylko po drugą harmonijkę i zagra nam coś jeszcze. Na scenę wchodzi organizator – pan Sławek. Myśląc, że koncert się zakończył zaczyna dziękować publice za przyjście, jednak zanim zdążył dokończyć zdanie wszyscy krzyknęli „Jeszcze się nie skończyło! Jeszcze jeden utwór!”. Pan Sławek mocno zmieszany zszedł ze sceny, na której po chwili pojawił się nie kto inny jak Joe, tym razem z mniejszą, klasyczną harmonijką. Zagrał I can’t helping falling in love with you Elvis’a Presley’a. Cudowne zakończenie, genialnego koncertu. Gdy skończył, Joe zeskoczył ze sceny na widownię i przybijał w biegu piątki. Co za showman! Skręcił w prawo do korytarza i machnął publice ręką, aby poszli za nim. Organizator, chyba zbyt zmieszany całą sytuacją, już się na scenie nie pojawił, ale nikt się tym nie przejmował. Wszyscy poszli za Joe, który w korytarzu wypisywał autografy, a pomocnica sprzedawała płyty z jego muzyką. Bardzo chciałem kupić jedną z nich, jednak 60 zł to był w tym miesiącu zbyt duży dla mnie wydatek (owszem, jestem biedny). Z tego, co widziałem, reszta publiczności nie miała problemów finansowych i żwawo rzuciła się na płyty. Następnie każdy podchodził po autograf, uścisk ręki Joe i pamiątkowe zdjęcie. Powers z radością podpisywał albumy i rozmawiał z goścmi. Byłem na jednym z najbardziej energetyzujących i relaksujących koncertów. Czułem się świetnie. Nie mogłem, więc nie napisać relacji. Zapomniałem nawet o niedogodnościach na początku i poszedłem spokojnym krokiem do domu, słysząc w głowie piękne dźwięki harmonijki…
Jeśli popełniłem w tym tekście jakąś straszną gafę, to poprawcie mnie w komentarzu i wybaczcie mi. W końcu się nie znam.
PS. Oczywiście komuś podczas koncertu zadźwięczał telefon. Dziwnym trafem nie zabrałem ze sobą rewolweru tego dnia, więc zignorowałem to.
Dla G.
Środa! Dzień dobrej muzyki, bo wczoraj przypomniałem sobie o takim zacnym artyście, który dziś obchodzi urodziny: Jean Jacques Milteau - przekozacki harmonijkarz-harmonijkowiec-harmonista (kij wie, jak to się pisze). Blue 3rd to mój ulubiony album, którego możecie posłuchać w całości za darmo w Spotify: klik klik!
Zobaczcie też inny bluesowy plakat na Dobrze skrojone, a jeśli się wam podoba na tyle, żeby za niego zapłacić, to tutaj możecie kupić go w sklepie Poster Plate.
#harmonijka kupiona :) #longboard #wiosna #wckj #lodz #piotrkowska #wloczykij
O mamo
Chodzę z Kaśką po sklepach (moja mama, wiesz?). Faza znudzenia jest już tak wielka, że gram na pudełkach na buty, jak na djembe (takie bębny, wiesz?). Bo mierzy kolejny raz tę samą parę. Bo ma 39, a tutaj 38 są dobre, więc na pewno noga jej schudła (tylko noga, wiesz?). Te tak trochę odstają. A ta sprzączka nie tak fajna, jak tamta klamerka (okazało się, że sprzączka a klamerka to dwie różne rzeczy, wiesz?). A ten brąz nie taki. Czarne? Znowu Czarne? To już lepiej camel, tylko jej się z szarym gryzie. Sweter ma szary (pewnie tylko jeden, wiesz?). Ale jej się gryzie niemiłosiernie. No i Justyśka, słuchaj. Ja nie mam czasu dzisiaj chodzić. Skoczymy na szybko... I tak łażę już za nią drugą godzinę. Tragarz własnych betów, które kupił w pięć minut (maksymalnie w piętnaście, wiesz?). No, bo "Justyśka, słuchaj". No, bo wiesz. I nagle coś mi się przypomina. Ożywia twarz. Wywołuję dziecięcy, naiwny uśmiech. Ej, właśnie. Nauczę się grać na harmonijce, wiesz? (no, bo się nauczę). Na co słyszę: a trzydziestka dziewiątka z tych drugich... O mamo, czemu mnie nigdy nie słuchasz?