U knows I loves u cause I fucks u and I buys u chips...
Louis and Harry have 30 mins to meet their fans at Larry!Monument, but they can’t keep their hands off each other. Management allows them to do this under the condition that they never loose eye contact and that at some point they Body Swap. There is constant petting throughout.
Or the one where Louis goes all alpha caveman over Harry and Harry announces he’s pregnant again.
Prompt Bonus
At some point Harry serenades Louis
Bonus Bonus
Louis is obsessed with Harry’s armpits
Tags: #Harry!Top #Louis!Bottom #Harry!controlling #Harry!Possessive #Fluff #Bodyswap #Performance AU
Opis: Louis jest następcą tronu, a Harry żołnierzem w Gwardii Królewskiej. Połączyło ich coś więcej niż przyjaźń, ale czy przetrwają w świecie pełnym wojen i nienawiści?
AU - One Direction nie istnieje
Paring: Louis + Harry
Inspiracja: Cała Gra o Tron, a w szczególności ta scena
Ilość słów: 11 097
Od autorki: Tada! Oto mój pierwszy shot mam nadzieję, że wam się spodoba :D
Szedłem szybko korytarzem do pokoju księcia. Miała się zmienić moja warta, a zresztą jako najwyższy gwardzista byłem w szczególności odpowiedzialny za bezpieczeństwo księcia.
Mieszkałem na kontynencie zwanym Nesteros. Była to rozległa ziemia,którą z każdej strony otaczały rozległe wody. Jednak wszystkiego było nam poddostatkiem. Jedzenia, bogactw i wojen. Moimi panami byli władcy z rodu Tomlinsonów, herbu orła. Odznaczali się nadzwyczajnym męstwem i odwagą. Nigdy nie mogłem wyjść z podziwu, jacy byli konsekwentni i honorowi. Władali w końcu całym Nesteros. Wówczas jednak nastały ciężkie czasy, ponieważ ród Grimshawów posądził ród mych władców o nieumiejętne władanie krajem i wszczęli wojnę. Król Swen Tomlinson był genialnym strategiem, więc królewskie wojska odnosiły duże sukcesy. Potrzebował jednak zaufanego wysłannika na linii frontu. Miał nim zostać jego najstarszy syn, Louis. Właśnie jego ochroną się zajmowałem.
Mijałem z prawej strony kolejne drzwi, a z lewej widziałem wspaniały widok na królewski ogród. Zawsze było w nim kolorowo i wręcz bajecznie. Królowa Jay Tomlinson uwielbiała w nich przebywać, a kiedy byłem jeszcze szarym gwardzistą często jej tam towarzyszyłem. Zostałem oddany pod opiekę rodziny królewskiej przez mojego ojca, gdy miałem 4 lata. Mój ród, ród Stylesów miał dobre stosunki z Tomlinsonami, a rodzice woleli, abym wychował się w stolicy niż na samym krańcu kraju, z dala od jakichkolwiek wydarzeń.
Dwójka gwardzistów stanęła na baczność, gdy mnie zobaczyła. Minąłem ich, żeby zapukać do drzwi komnaty księcia. Usłyszałem donośne "wejść" i znalazłem się w środku.
Sypialnia miała wspaniały widok na ogrody. W dodatku było tam bardzo jasno, bo słońce wpadało przez wielkie okna do środka. Wszędzie obecne były orły, które miały na każdym kroku przypominać o potężnym rodzie. Trofea z polowań w postaci wypchanych ptaków były na każdej ścianie. Książę uwielbiał podkreślać swoją niesamowitość.
Louis stał po środku w otoczeniu służby, która starała się go ubrać. On wyglądał na wyraźnie niezadowolonego z tego, co mu robili. On miał już czasem takie humory. Książę był stworzony do wojen, rządzenia państwem, a nie do reprezentacyjnych bali albo parad. Nienawidził się stroić, więc gdy służba ubierała go dłużej niż 10 minut to dostawał szału.
Jego twarz lekko się rozpromieniła, gdy mnie zobaczył.
- Nareszcie – mruknął z niezadowoleniem. Wiedziałem, że był bardzo niecierpliwy. W dodatku nie widzieliśmy się od blisko trzech tygodni, ponieważ byłem z młodszą siostrą księcia Felicite w podróży do księcia Irwina, którego miała poślubić. Miałem za zadanie reprezentować własny ród, a do tego dbać w trakcie drogi o księżniczkę.
- Wybacz mi książę – powiedziałem, a on podniósł jedną brew. Potem spojrzał na służących i głośno westchnął.
- Czy możecie przestać mnie już stroić jak księżniczkę? – zapytał z sarkazmem, a służba spuściła głowę w dół. Kochałem patrzeć, jak Louis był zdenerwowany, bo wyglądał wówczas tak dostojnie i dumnie.
- Możecie już wyjść – oznajmił i służba skierowała się w stronę wyjścia. Gdy zobaczyłem księcia w pełnej okazałości, musiałem przyznać, że wyglądał nieziemsko.
Był ubrany w ciemno czerwoną koszulę z kwiatami zrobionymi ze złotej nici. Rękawy nakrycia lekko rozszerzały się przy końcach, dzięki czemu nie było księciu tak gorąco. Spodnie były koloru brązowego, niemal czarnego ze złotym pasem na biodrach. Książę wyglądał tak jak na księcia przystało. W dodatku jego kasztanowe włosy były zaczesane do tyłu, a to nadawało mu większej dostojności. Służba zadbała, żeby idealnie go ogolić, dzięki czemu doskonale wyeksponowali jego ostre rysy kości policzkowych. Surowości dodawały księciu jego niebieskie oczy, cecha charakterystyczna wszystkich Tomlinsonów. W dodatku wszystko idealnie leżało na dosyć niskim i szczupłym księciu. Całość prezentowała się niesamowicie, że musiałem uważać, aby nie zapatrzeć się przy służbie na księcia.
Kiedy drzwi od komnaty się zamknęły, zacząłem iść w stronę Louisa. On zrobił to samo, po czym zarzucił mi ręce na szyję, a ja od razu go przyciągnąłem, aby złączyć nasze wargi. Tak bardzo mi go przez ten czas brakowało.
Książę Tomlinson był ode mnie 2 lata straszy. Kiedy przybyłem na Kapitol, to właśnie on zaczął się mną zajmować. Był bardzo podekscytowany moim przybyciem, ponieważ wreszcie mógł odnaleźć we mnie bratnią duszę. Na zamku nie było żadnego chłopca w jego wieku. Jego mama urodziła tylko 2 córki, więc o młodszym bracie nie było mowy. Louis czuł się samotny, więc gdy przybyłem od razy się zaprzyjaźniliśmy. Chodziliśmy po ogrodach, uciekaliśmy strażnikom, wpadaliśmy w tarapaty. A to wszystko robiliśmy razem przez ponad 18 lat. Z czasem zauważyliśmy, że zaczęła nas łączyć większa więź niż przyjaźń. To było coś silniejszego, nie umieliśmy bez siebie wytrzymać kilku godzin. Nie protestowałem, kiedy on mówił do mnie czule, a on się nie sprzeciwiał, gdy ja go przytulałem. Zobaczyliśmy, że zachowywaliśmy się, jakby łączyło nas jakieś głębsze uczucie, bo tak właśnie było. Pewnego razu opiekunka Felicite zobaczyła, jak szliśmy razem po ogrodach za rękę. Tylko ona wiedziała o tym, co nas łączyło i zawsze nas kryła. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że przyszły władca kochał ze wzajemnością królewskiego gwardzistę. To był nasz słodki sekret.
- Tęskniłem za tobą Harry – powiedział Louis, gdy zaczął się ode mnie oddalać. Cicho się zaśmiałem i pogładziłem go dłonią po policzki.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo nie chciałem jechać – oznajmiłem, a Louis się uśmiechnął.
- Ktoś musiał się zająć moją małą siostrzyczką – odparł i przybliżył się do mnie. Zaczął składać drobne pocałunki na mojej szyi, a dobrze wiedział, że doprowadzało mnie to do szaleństwa.
- Kto zrobiłby to lepiej niż ty? – zapytał nieco retorycznie, a ja przymknąłem oczy. Tak bardzo stęskniłem się za moim pięknym brunetem, ale wiedziałem, że nie mogliśmy wtedy nic zrobić. Król wzywał Louisa na nadzwyczajne posiedzenie rady, a jego syn nie mógł wówczas zabawiać się w łóżku z jego adoratorem.
- Nie teraz kochanie – mruknąłem i odsunąłem się od Louisa, a na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Louis lubił dostawać to, co chciał jak najszybciej. Nie należał do ludzi cierpliwych.
- Masz dzisiaj nocną wartę? – zapytał zawadiacko, a ja oblizałem usta.
- Oczywiście kochanie – powiedziałem, a on się uśmiechnął.
- W takim razie możemy pójść teraz do mojego ojca – oznajmił i złożył drobny pocałunek na moim policzku.
~*~
Szedłem obok Louisa, a za nami szli gwardziści. Nie miałem tak jak oni założonej zbroi, ponieważ jej nie lubiłem. Mimo iż wychowałem się w stolicy to wolałem walczyć stylem walki moich przodków. Był on lekki i przypominał nieco taniec. Niekiedy walczyłem pokazowo, ponieważ wszyscy zachwycali się, że można pojedynkować się z taką gracją. Louis chciał kiedyś, żebym go tego nauczył, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Pewniej czuł się w standardowym stylu walki. Specjalnie dla mnie wykuto miecz z antagińskiej, rzadkiej stali. Nie nosiłem zbroi, bo krępowała moje ruchy. Niektórzy uważali to za głupotę, ale jakimś cudem byłem najlepszym wojownikiem w gwardii królewskiej.
Louis dumnie kroczył równo ze mną i co jakoś czas spoglądał na mnie kątem oka. Tak samo jak ja nie mógł doczekać się nadejścia nocy. Tak bardzo go kochałem i chciałem mieć go całego dla siebie. Był moim największym i jedynym skarbem. Nie wyobrażałem sobie życia bez niego, bo to co złączyło przez te wszystkie lata stworzyło z nas jedność. Ja bez niego nie byłem sobą, a on beze mnie nie potrafił normalnie funkcjonować.
Weszliśmy do ogromnej sali tronowej. Miała długość ponad 40 metrów i stało w niej 8 filarów, po cztery na każdą stronę. Ozdobione były stalowymi zdobieniami, które przedstawiały różne zwierzęta. W większości pochodziły one z herbów najważniejszych rodów w królestwie. Całą salę idealnie oświetlało słońce akurat wtedy ze wschodniej części, bo było dość wcześnie. Kroczyłem z Louisem po marmurowej posadce, która miała imitować piasek. Chłopak zaczynał być lekko zdenerwowany. W końcu jego ojciec chciał go wysłać na front. Takie głosy chodziły już od dawna, ale oficjalnie król Swen nic nie ogłosił. Wówczas miało to wreszcie nastąpić, a Louis czuł dużą presję. Zawsze chciał dorównać ojcu, a nawet być lepszym od niego. Wiedział, że pokładano w nim ogromne nadzieję, a on nikogo nie chciał zawieść. Szczególnie ludzi, na których mu zależało.
Stanęliśmy przed tronem. Wyglądał jakby wyrastał spod ziemi. Był tego samego koloru co podłoga i wydawało się, że to z niego powstała posadzka. Miał symbolizować potęgę i status władzy króla, że to właśnie od był centrum królestwa. Na tronie siedział Swen Tomlinson, pierwszy tego imienia, pan Nesteros, król sprawiedliwy i potężny, syn Jona Tomlinsona, poddany Pani Ziemi i jej najwierniejszych sługa. Mężczyzna był wysoki i dobrze zbudowany. Tutaj był przeciwieństwem Louisa, ale oczy i włosy mieli identyczne. W dodatku mój ukochany odziedziczył po ojcu chłodny wyraz twarzy i ostre rysy. Król wyglądał od stóp do głów jak prawdziwy władca. Jednak starość odbiła na nim swe piętno. Na kasztanowych włosach pojawiło się kilka srebrnych nici, a na twarzy dostrzec można było trochę zmarszczek. Widać było, że musiał zacząć przekazywać władzę swojemu pierworodnemu, czyli mojemu wspaniałemu księciowi.
Gdy stanęliśmy tuż przed królem, uklęknąłem, a Louis zrobił to samo.
- Witaj ojcze – powiedział i podniósł pewnie głowę. Widziałem, że starał się dorównać królowi, ale z umiarem. Wiedziałem, że musiał zostać wspaniałym władcą, po prostu to czułem.
- Witaj mój synu – oznajmił mocnym głosem król Swen. Podniosłem się mniej pewnie niż książę i odsunąłem się na bok. Wiedziałem, że miała to być bardzo poważna rozmowa i tym bardziej chciałem być blisko ukochanego, bo to było dla niego ważne.
- Nadszedł najwyższy czas, abyś zobaczył, co to jest wojna. Za kilka, bądź kilkanaście lat zostaniesz władcą Nesteros, nie chcę przekazać władzy strachliwemu nieumiejącemu nic zrobić chłopcu. Chcę powierzyć królestwo silnemu i odważnemu mężowi. Dlatego też pojedziesz zarządzać manewrami bojowymi w okolicach Red River. Chcę abyś doglądał posunięć wroga, planował taktykę pod okiem moich najlepszych generałów – powiedział król, a ja cały czas patrzyłem na Louisa. Ani razu nie wyjawił żadnej emocji. Jego wyraz twarzy był tak samo obojętny jak w momencie, w którym zjawiliśmy się w sali tronowej. Nawet nie drgnął. To było dla mnie nie do pojęcia, jak mógł tak wytrzymać. To tym bardziej umacniało mnie w przekonaniu, że poradzi sobie z powierzonym przez króla Swena zadaniem.
- To dla mnie wielki zaszczyt ojcze. Wypełnię moje obowiązki najlepiej, jak tylko mogę. Nie zawiedziesz się – powiedział pewnie, bo nie usłyszałem w jego głosie chociażby lekkiego załamania. Był urodzonym władcą i przywódcą.
- Mam taką nadzieję. W podróży będzie ci towarzyszyć Sir Harry Styles. Jest perfekcyjnym gwardzistą i nie pozwoli, aby chociażby włos spadł ci z głowy – powiedział król, wyraźnie kierując do mnie te słowa. Wówczas starałem się zachować kamienną twarz, żeby nie zobaczył mojej radości. Obawiałem się, że podczas gdy Louis będzie nad Red River, ja zostanę w stolicy, ale na szczęście tak się nie stało. W końcu można było mnie nazwać osobistym gwardzistą księcia.
- To dla mnie wielki zaszczyt panie – oznajmiłem z szacunkiem i skinąłem głową. Spojrzałem niepewnie na Louis i tak jak myślałem nadal wyglądał obojętnie, ale zdradziły go oczy. Dostrzegłem w nich figlarne promyki, które zwiastowały zadowolenie księcia. W końcu mogliśmy być ze sobą przez cały czas przebywania poza stolicą.
~*~
Przeczesałem kasztanowe włosy mojego księcia. Leżeliśmy wtuleni w siebie na łożu w sypialni Louisa. Wokół nas panowała ciemność, ale księżyc był wówczas w pełni, więc jego słabe, blade światło wpadało przez okna do komnaty. Oświetlało ono subtelnie niebieskookiego tworząc wokół niego niesamowitą poświatę. Wyglądał wtedy tak pięknie i delikatnie, jak nie on. W dodatku na jego twarzy gościł szeroki uśmiech. Nareszcie mogliśmy się sobą nacieszyć od blisko trzech tygodni rozłąki. To było dla nas naprawdę bardzo dużo i stawało się to nie do zniesienia. Jednak kiedy wreszcie poczułem dłonie Louisa na moimi ciele, wszystkie moje troski zniknęły.
- Kocham cię, wiesz? – zapytał książę, a ja cicho się zaśmiałem.
- Ja ciebie też kochanie – wyszeptałem, a on odgarnął włosy z mojej twarzy. Zaczął przejeżdżać palcem po moim czole, potem policzku, a następnie zaczął gładzić moje usta. Czułem miły dreszcz przechodzący przez moje ciało. Takie rzeczy potrafił robić ze mną tylko Louis. To było niedorzeczne, ale tak się działo. Nawet kurtyzany w barach na mnie tak nie działały. To umiał robić tylko i wyłącznie mój kochany brunet.
- Kiedy wyjeżdżamy? – spytał z lekkim wahaniem niebieskooki. Złapałem go za dłoń i przyciągnąłem ją do serca.
- Za tydzień - powiedziałem, a on nadal wyglądała na zaniepokojonego. Dziwiło mnie jego zachowanie, bo nie spodziewałem się tego po nim.
- Co się dzieje skarbie? – zapytałem i przyciągnąłem go do siebie. On cicho westchnął i spojrzał na mój tors.
- Boję się – wyszeptał, a ja lekko otworzyłem buzię. Nigdy nie podejrzewałem, że takie słowa opuszczą jego usta. Stało się to tylko raz.
- Harry chodź! – krzyknął Louis i pobiegł w stronę urwiska. Uciekliśmy strażnikom i postanowiliśmy popatrzeć na morze ze zbocza klifu. Miałem wówczas 13 lat, a Louis 15. Już wtedy przestaliśmy zachowywać się jak zwykli przyjaciele, ale nie było tego aż tak bardzo widać. Chcieliśmy zobaczyć zachód słońca nad bezkresnym morzem. Dawało ono krwistoczerwoną poświatę i wyglądało to magicznie. Nie mogliśmy ominąć takiego widoku.
Louis chciał podejść do samej krawędzi klifu, żeby pokazać mi swoją męskość. Wolałem użyć zdrowego rozsądku i nie ryzykować.
- No proszę Harry, chodź tu – mruknął z niezadowoleniem książę, gdy znalazł się tuż nad przepaścią. Naprawdę nie miałem ochoty stać tam koło niego, ale nie mógł uznać mnie za tchórza. Zaczął iść jakby od niechcenia w jego stronę, a on wyczuł, że odczuwałem lekki strach.
- No chodź tu Harry, nic ci się przy mnie nie stanie – powiedział spokojnym głosem i wyciągnął w moją stronę rękę. Nagle usłyszałem pęknięcie ziemi. Grunt pod nogami Louisa zaczął się osuwać, a on nie zdążył skoczyć. Jednak ja szybko podbiegłem i rzuciłem się na ziemię, żeby go złapać. W ostatniej chwili złapałem jego dłoń, a on dołożył drugą rękę, żeby się lepiej trzymać. Książę wisiał nad przepaścią, a w jego oczach pierwszy raz dostrzegłem przerażenie.
- Harry nie puszczaj mnie – powiedział w desperacji. Ja mocno zacisnąłem usta, bo ciężko było mi go utrzymać.
- Nie puszczę – obiecałem, a on patrzył na mnie z coraz większym strachem. Zacząłem go wciągać, ale było to trudniejsze niż myślałem. Jednak nie mogłem pozwolić, żeby mój przyjaciel runął do morza.
Nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Jęknąłem z powodu ogromnego wysiłku, jaki musiałem włożyć, żeby wciągnąć Louisa. Jednak szło mi to bardzo opornie, a ja przeraźliwie się bałem, żeby go nie puścić.
- Harry boję się! – krzyknął rozpaczliwe książę, a ja nie chciałem tego nawet słuchać. Jedyne o czym myślałem, to wciągnięcie bruneta na górę. Krzyknąłem, bo wysiłek był jak na 13-latka niewyobrażalny, ale nie wiedziałem, jakim cudem Louis nagle się na mnie znalazł.
Otworzyłem oczy i dyszałem ze zmęczenia, a on ledwo oddychał z przerażenia. Usiadłem i zaczęliśmy jak najdalej odsuwać się od przepaści. Louis nadal był przerażony, ale bezpieczny. Moje serce nie biło, kiedy on wisiał nad tą przepaścią. Kiedy spojrzał na mnie, a ja ledwo mogłem oddychać, to delikatnie się uśmiechnąłem. Mojemu przyjacielowi nic nie groziło.
- Dziękuję – wyszeptał i mocno mnie przytulił.
- Czego się boisz? – zapytałem, a on cicho westchnął.
- Tego że coś ci się może stać. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby ktoś cię skrzywdził – powiedział, a ja delikatnie się uśmiechnąłem. Uwielbiałem to, jak się o mnie martwił. Wydawało mi się to nie podobne do jego chłodnego wizerunku, ale dla mnie taki był.
- Kochanie nic mi się nie stanie, nie pozbędziesz się mnie tak szybko – oznajmiłem, a on cicho się zaśmiał. Przybliżyłem się do niego i zacząłem go powoli całować. Jednak niebieskooki był bardzo niecierpliwy, a do tego pobudzony po ostatnim stosunku. Przytoczył się na mój brzuch tak, że musiałem położyć się na plecach. Składał coraz bardziej niechlujne pocałunki na moich ustach. Czułem, że zaczęły mnie przechodzić ciepłe dreszcze, a mój umysł mógł myśleć tylko jedno. Louis.
Podniosłem się lekko tak, że siedziałem oparty o ścianę, a Louis usiadł na moich nogach. Wyglądał tak pięknie w tej blado-srebrnej poświacie, którą rzucał księżyc.
- Jesteś moim największym – zaczął mówić i wziął moją dłoń, żeby nakierować ją na jego pośladki – i najcenniejszym – położyłem dłoń na jego tyłku, po czym włożyłem w niego palec wskazujący, na co Louis cicho jęknął. – Skarbem jaki kiedykolwiek – mówił coraz bardziej niezrozumiale, bo przyspieszyłem moje ruchy i dodałem drugi palec. Uwielbiałem doprowadzać go na skraj szaleństwa. To było dla mnie coś wspaniałego. Kochałem mojego księcia i chciałem sprawiać mu jak największą przyjemność z naszej miłości – miałem...o Bogini – jęknął, gdy zacząłem poruszać jeszcze 3 palcem. Przyciągnąłem go do siebie, bo tak bardzo potrzebowałem jego bliskości. Był wszystkim, co miałem i to właśnie dzięki niemu moje życie było tak wspaniałe. On był źródłem mojej radości i szczęścia, więc chciałem być dla niego jak najlepszym.
Zacząłem całować Louisa, a on dodatkowo poruszał biodrami, żeby sprawić sobie jeszcze większą przyjemność. Jemu zawsze było mało, ale taki już był mój książę. Poczułem wzrastające w podbrzuszu ciepło i nie mogłem dłużej ignorować pragnienia „czucia” Louisa. Wyjąłem palce, a brunet lekko się oddalił.
- Jesteś taki piękny – powiedziałem z trudem łapiąc oddech. On uśmiechnął się tajemniczo i zaczął kreślić kółka na moim brzuchu. Widziałem, że lubił mieć nad wszystkim kontrolę, ale wtedy chciałem, żeby było inaczej. Odwróciłem go gwałtownie pod siebie, ale z jego twarzy nadal nie schodził uśmiech.
- Uwielbiam, kiedy taki jesteś– powiedział, a ja zbliżyłem się, żeby go pocałować. Złapałem moje bolące już przyrodzenie i złączyłem mnie i Louisa. On głośno westchnął, a ja uciszyłem go pocałunkiem. Zacząłem powoli poruszać biodrami, a Louis położył ręce na moich placach.
Chciałem, żeby te chwile trwały wiecznie. Kiedy ja i Louis zamykaliśmy się w naszym małym świecie i nie było nic poza nami. Liczyliśmy się tylko my i nasza miłość. Nie wierzyłem kiedyś, że można kochać mężczyznę, ale mój książę to zmienił. Był dla mnie moją największą i jedyną miłością, która trwała nieprzerwanie od wielu lat. Niewiele ludzi miało to szczęście, aby doświadczyć tego, co my. To było najpiękniejsze ze wszystkich możliwych uczuć.
Gdy było po wszystkim, położyłem się obok Louisa, który bardzo ciężko oddychał. Resztkami sił odwrócił się w moją stronę i złapał mnie za policzek.
- Kocham cię – wyszeptał i delikatnie pocałował.
- Ja ciebie też – dodałem.
~*~
Zacząłem poprawiać strzemię przy moim siodle. Czekała nas dość długa droga z Kapitolu nad Red River. Wszyscy wokoło byli zaabsorbowani przygotowaniami, a ja wolałem być z dala od wszelkiego zgiełku i wrzawy. Musiałem wewnętrznie przygotować się na wyprawę. Miałem się opiekować Louisem, który nieraz był lekkomyślny. Jego poczynania często przekraczały ciekną linię pomiędzy odwagą, a szaleństwem. Tym bardziej martwiłem się o ukochanego, bo nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś mu się stało.
Nagle obok mnie pojawił się książę. Ubrany był w złocistą, odbijającą światło zbroję. Została wykonana na specjalne zamówienie króla z okazji obchodów dwudziestych urodzin młodzieńca. Brunet nie posiadał się ze szczęścia, kiedy przymierzył zbroję. Czuł się w niej wówczas doroślej i dumnie. W dodatku na ramionach przyczepione był pozłacane pióra orła, które miały symbolizować wspaniałość rodu Tomlinsonów, a w dodatku służyły do przestraszenia wrogów w czasie bitwy.
Brunet stanął przy mnie i zaczął uważnie przypatrywać się moim poczynaniom. Uwielbiał to robić, ale mnie to dekoncentrowało. Zwłaszcza kiedy robił to w tłumie ludzi, gdzie nie mogliśmy normalnie rozmawiać. Wszystko wówczas było między nami bardzo sztuczne i na pokaz. Bardzo dobrze zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że musieliśmy się ukrywać. Nikt nie miał prawa się niczego zacząć domyślać, bo taki obrót spraw mógł przynieść nam feralne skutki. Mimo to z trudem powstrzymywałem chęć pocałowania Louisa. Wyglądał tak dumnie i pewnie, a ja nie mogłem się w niego wpatrywać. To było dla mnie potworne uczucie, które budowało we mnie coraz większą frustrację.
- Czy wszystko jest gotowe do wyjazdu Sir? – zapytał nienaturalnie. Dla żołnierzy którzy patrzyli na nas z boku wydawało się to czymś normalnym, ale nie dla nas.
- Oczywiście mój książę – powiedziałem i delikatnie się uśmiechnąłem. Spojrzałem na księcia, a na jego twarzy również wdarł się nieśmiały uśmiech. Niby nic niezwykłego, ale te małe gesty podnosiły mnie zawsze na duchu.
- Nie zakładasz zbroi Sir Stylesie? Nie chciałbym, aby mojemu najlepszemu gwardziście coś się stało – oznajmił, a ja odszedłem od konia. Louis nieraz za bardzo się o mnie zamartwiał, ale mnie to zadawalało. Wydawał się wówczas taki opiekuńczy i w żaden sposób nie przypominał księcia Louisa Tomlinsona. To była moja ulubiona wersja bruneta.
- Niech się książę nie martwi, poradzę sobie – uspokoiłem go, a on się lekko uśmiechnął.
- Jak zwykle Sir – dodał i oddalił się ode mnie. Zauważyłem w oddali króla Swena, najwyraźniej chciał dać synowi ostatnie wskazówki. Wyraźnie kładł duży nacisk na rozwój przyszłego króla, co nie było niczym nadzwyczajnym. Chciał, aby po śmierci królestwo przejął silny i zdecydowany człowiek. Co prawda Louis miał jeszcze trójkę braci, ale w o nich tak nie dbano. Liczył się tylko pierworodny.
Poklepałem konia po szyi i wskoczyłem na jego grzbiet. Złapałem za wodze i podjechałem do generała Payna, który zarządzał wojskiem.
- Ludzie mają być gotowi za pięć minut do wyjazdu – oznajmiłem, a mężczyzna skinął głową. Usłyszałem jak zaczął wydawać komendy do żołnierzy. Wraz z przybyciem księcia Louisa na front, król miał zasilić wojska 2 tysiącami wojowników. Byli oni potrzebni, żeby przypieczętować ostateczne zwycięstwo Tomlinsonów.
Pojechałem pod schody prowadzące do zamku. To właśnie na nich stał król wraz z jego synem. Louis patrzył na mnie uważnie i delikatnie się uśmiechnął. Obydwoje stanowiliśmy jedność, a połączenie ambitnego księcia i najlepszego gwardzisty wróżyło tylko zwycięstwo.
- Sir Stylesie czy jesteście gotowi do wyjazdu? – zapytał król Swen, a ja obróciłem głowę. Żołnierze byli już ustawieni, wystarczyło tylko dać im rozkaz.
- Tak królu – przytaknąłem i skinąłem. Władca zwrócił się w stronę syna i złapał go za ramiona. Poruszył ustami, ale niestety nie usłyszałem, co mu powiedział. Zobaczyłem tylko, że Louis mu przytaknął i odwrócił się w stronę reszty rodziny królewskiej, która stała przy wejściu. Widziałem surowy wzrok jego matki, bo była niezadowolona, że jej syn w tak młodym wieku jechał na front. W dodatku na zamku zostawała 3 braci księcia i 2 siostry. Nie lubili się z nim rozstawać, bo stał się dla nich wzorem, w końcu był najstarszy z chłopców, a to u nich budziło respekt. W końcu to brunet miał zostać królem.
Książę zszedł po schodach i szybko wskoczył na swojego wierzchowca, który stał niedaleko mnie. Spojrzał na mnie nieco chłodnym wzrokiem, który szybko przeniósł na wojsko.
- Chyba możemy ruszać – zasugerował, a ja odwróciłem konia w stronę Złotej Bramy, którą mieliśmy wyjechać z miasta.
- W takim razie jedźmy wasza wysokość – oznajmiłem i pojechałem z Louisem na czoło wojska.
~*~
Po tygodniu jazdy dotarliśmy nad Red River. Nazywał się tak sama rzeka, jak i dolina, w której się znajdowała. Swą nazwę zawdzięczała czerwonym kamieniom, które leżały na dnie i wokół rzeki. Dawało to złudzenie, iż potok był zalany krwią. Często też ziemie w obrębie doliny przybierały tę barwę, ponieważ często odbywały się tam różne bitwy. Przybyliśmy do obozowiska pod wieczór, ale mimo wszystko mieliśmy się jeszcze udać na naradę. Louis okazał lekkie rozczarowanie, gdy się o tym dowiedział. Wolał udać się do swojego namiotu, by po tygodniu ciężkiej jazdy nareszcie odpocząć. Książę należał do osób, które bardzo lubiły wygodę, ale nigdy nie dopuścił do tego, żeby ktoś oprócz mnie o tym wiedział. Gdy rozmawiał z generałami, zawsze wyglądał na rześkiego i niczym niewzruszonego.
- Wolałbym już znaleźć się w łóżku, najlepiej z tobą – mruknął mi do ucha, kiedy przechodziliśmy przez obóz. Delikatnie się uśmiechnąłem, bo książę musiał być w dość dużej desperacji, że powiedział mi to wtedy. Nadal nie mógł się mną nacieszyć, bo jak zwykle zawsze mu było mało.
- Cierpliwości wasza wysokość – powiedziałem oficjalnym tonem, a on spojrzał przed siebie. Nie mógł u siebie wyćwiczyć cierpliwości.
Wszedłem z nim do głównego namiotu, gdzie miało odbyć się spotkanie. Ja również byłem zaproszony zważywszy na moje umiejętności i dokonania. Walczyłem w kilku bitwach, w których się wykazałem, a jeden z lordów widział we mnie swojego następcę. Jednak ja wolałem pozostać w gwardii królewskiej, bo bycie w niej, oznaczało bycie przy Louisie.
- Wasza miłość – powiedział jeden z czterech mężczyzn stających w namiocie. Wszyscy skinęli w stronę Louisa, a on napawał się tym widokiem. Uwielbiał czuć władzę, chociaż jego ojciec mówił, że mogło to być zgubne. Tutaj bezdyskusyjnie zgadzałem się z królem i starałem się wyplenić z księcia takie zachowanie.
- Witajcie – odparł Louis, a jeden z lordów wskazał na dwa krzesła przy stole. Usiedliśmy na nich z Tomlinsonem, a on uważnie przypatrywał się mężczyzną siedzącym przy stole.
- Niechaj wasza miłość wybaczy to nagłe spotkanie, ale chcieliśmy cię wtajemniczyć w nasze plany – oznajmił masywny mężczyzna, a mój ukochany delikatnie się uśmiechnął.
- Nic się nie stało lordzie – powiedział łagodnie.
Spotkanie nie trwało długo. Lordowie przedstawili nam aktualne położenie wojsk nieprzyjaciela i podzielili się z nami planami. Nie byłem nimi usatysfakcjonowany, bo sądziłem, że były nieco niemoralne. Jednak mój książę nie dostrzegł w tym nic złego. Nieraz przerażała mnie jego obojętność i skłonności do tyrani, ale wiedziałem, że nieraz trzeba było coś poświęcić.
~*~
Położyłem się na łóżku obok bruneta, który wtulił się w mój brzuch. Zaczął delikatnie gładzić moje blizny, których się nabawiłem podczas walk. Lubił ich dotykać, sam nie wiedziałem dlaczego.
- Dlaczego tak się buntowałeś na radzie? – zapytał nagle mój ukochany. Głośno westchnąłem, ponieważ mężczyzna nadal nie zauważył paru istotnych rzeczy.
- Mamy wysłać na bazę, w której znajduje się Robert Grimshaw 1000 ludzi na pewną śmierć, żeby odciągnąć go od obozu jego syna. Potem mamy go zaatakować pełną siłą, nie uważasz, że to jest nie etyczne? – zapytałem, a on przybliżył się do mnie. Wyraźnie wyglądał na lekko przejętego moim wahaniem. W końcu lubił, gdy mieliśmy wszystko między sobą wyjaśnione.
- Cel uświęca środki kochanie, musimy to zrobić – powiedział spokojnie, po czym zaczął mnie delikatnie całować. Doskonale znałem powtarzane jak mantrę powiedzenie, ale nie zawsze się z nim zgadzałem.
- To w takim razie będę dowodził tym 1000 – oznajmiłem niepewnie. Chciałem poznać reakcję Louisa, na moje słowa. On podniósł się gwałtownie i popatrzył na mnie z lekkim przerażeniem. Martwił się o mnie na każdym kroku, a moja propozycja wydała się szalona.
- Nigdy ci na to nie pozwolę – oświadczył, po czym złapał mnie delikatnie za policzek.
- Widzisz, mnie byś nie wysłał, ale 1000 nieznanych ci ludzi już tak. Musisz czasem nad takimi rzeczami bardziej się zastanowić – zauważyłem, a on zmarszczył brwi w zastanowieniu. Położył się z powrotem obok mnie, a ja objąłem go ramieniem.
- I tak nie podoba mi się to, że chcesz być jutro obecny przy ataku na obóz Nicka – wymamrotał brunet. Zacząłem delikatnie gładzić go po plecach, żeby jakoś go uspokoić. Wiedziałem, że omal nie wpadł w szał, gdy Lord Turner zaproponował, abym towarzyszył mu przy dowodzeniu wojskiem. Louis był zbyt przewrażliwiony, że najlepiej trzymałby mnie pod kloszem, a ja tego nie chciałem. Pragnąłem się rozwijać, a nie nakładać sobie klapki na oczy. Zresztą lekko się zirytowałem, gdy w dość perfidny sposób oznajmił lordom, że mogę tylko doglądać bitwę. Za to on zostawał w podobozie, aby później do nas dołączyć. Taka była taktyka, aby wróg nie poznał od razu całej naszej liczby.
- Ty też tam będziesz – powiedziałem, a on pocałował delikatnie mój tors.
- Ale później, ty też tak możesz – zauważył, a ja nieznacznie się uśmiechnąłem.
- Wolę patrzeć na to od początku – oznajmiłem, ale książę nie zwracał już uwagi na moje słowa. Był zbyt zajęty obcałowywaniem mnie, jakby zapomniał o całym bożym świecie. Położył się na mnie i zaczął składać pocałunki na mojej szyi.
- Kochaj się ze mną – wyszeptał, gdy położyłem ręce na jego plecach.
- Kochaj się ze mną tak, jakby jutro miałby być koniec świata – dodał, a ja przyciągnąłem go, żeby móc złączyć nasze wargi.
- Będę cię kochał nawet po końcu świata – wyszeptałem.
~*~
Wyjechaliśmy na wzgórze, a pod nami rozpętała się bitwa. Lord Turner siedział obok mnie na swym wierzchowcu i bacznie obserwował poczynania wroga. Zdziwiła nas nieco ich mała liczebność, ale nie przejąłem się tym zbytnio. Mogliśmy liczyć na szybkie i pewne zwycięstwo, a tego właśnie chcieliśmy. W dodatku wojsko Grimshawów walczyło chaotycznie i niepewnie. Nie widzieliśmy nigdzie posiłków od Roberta, więc plan ze zmyleniem go zadziałał. Byłem zadowolony z takiego obrotu spraw, bo było duże prawdopodobieństwo, że szybko wrócimy do stolicy. Chociaż mojego ukochanego ten fakt by nie zadowolił, ale nie przejmowałem się tym. Chciałem dla niego jak najlepiej, więc oczywistym było, że wolałem, aby siedział w zamku. Pamiętałem jak byliśmy młodsi i bawiliśmy się w „bitwę”.
Pchnąłem drewnianym mieczem przed siebie i ugodziłem Louisa w żebra. On syknął z bólu i złapał się za miejsce, w które go trafiłem. Oparłem się o moją broń i z dumą przyglądałem się mojemu dokonaniu. Miałem wówczas 14 lat, a wygranie z 16-latkiem to był nie lada wyczyn.
- Przestanę ci już dawać fory – mruknął z niezadowoleniem książę, a ja się zaśmiałem.
- Powiedz po prostu, że jestem od ciebie lepszy – oznajmiłem z dumą, a on popatrzył na mnie swoim chłodnym wzrokiem. Już wtedy mnie lekko przerażał, bo to nie było normalne. Przypominał mi wówczas surowe potwory z opowiadań niań. Wydawało mi się, gdy byłem młodszy, że w Louisa wstępował demon.
- Nie jesteś lepszy – burknął i gwałtownie podniósł miecz do góry, po czym się zamachnął. Ja zablokowałem jego cios i uderzyłem moim mieczem o jego. Co chwilę po ogrodzie rozbrzmiewały głuche odgłosy walki. Wówczas Louis był bardzo zdeterminowany, bo nie lubił przegrywać. W pewnym momencie skrzyżowaliśmy miecze, a brunet przybliżył się w moją stronę. Odczuwałem coraz większy nacisk i musiałem stawiać opór. W pewnym momencie książę mocno przeciągnął miecz, tak że mój wypadł, ale niebieskooki zrobił coś niespodziewanego. Podszedł i mnie przytulił. Zaśmiałem się na jego gest, bo robił to często, gdy już nie chciał ze mną walczyć. Wtedy dla nas to nie był ruch, którym ukazywaliśmy sobie miłość. Należało ono wówczas do takich specjalnych zachowań, które mogliśmy tylko i wyłącznie sobie nawzajem okazywać.
- Nienawidzę cię – mruknąłem przez śmiech, a książę się oddalił. Jednak przyłożył miecz do mojego policzka, a potem przejechał nim przez moją szyję, aż do serca.
- Umarłeś – oznajmił, a ja podniosłem pytająco jedną brew.
- Zabiłbyś mnie? – zapytałem, a na jego twarz wkradł się nieśmiały uśmiech. Przesunął się do mnie i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Tak bardzo lubiłem, gdy to robił. Nawet nie wiedziałem, od kiedy to się zaczęło, ale nie przejmowałem się tym. Tak traktował tylko mnie, a ja nie posiadałem się z radości.
- Nigdy – wyszeptał.
Szala zwycięstwa wyraźnie przekładała się na naszą stronę. Na moją twarz wkradł się drobny uśmiech, który nie uszedł uwadze lorda Aidana.
- Ciekaw jestem, jak wyglądałbyś na polu bitwy, jako jedyny bez zbroi – powiedział nieco szyderczo, a ja się zaśmiałem. Ciężko było ludziom pojąć mój styl walki, ale moja rodzina praktykowała ją od pokoleń.
- Zapewne powalałbym wrogów lordzie – zapewniłem go, a on pokręcił głową.
- To jest deliniacki styl, mam rację? – zapytał, a ja przytaknąłem.
- Zgadza się – odparłem. Nagle usłyszałem za sobą czyjś zrozpaczony głos. Odwróciłem się i ujrzałem jakiegoś rycerza. Jego twarz była brudna i cała we krwi. Zdziwiłem się, jakim cudem zjawił się przy dowódcach, ale nie wróżyło to nic dobrego.
- Mój panie, zaatakowani nas, zaatakowani obóz – wydukał na jednym wdechu żołnierz, a mi serce stanęło. Nagle mój umysł ogarnęło przerażenie i strach. Dlatego na polu bitwy było tak mało ludzi. To oni zastawili na nas pułapkę. W dodatku zrobiło mi się słabo, gdy uświadomiłem sobie, kto został w obozie. Mój najdroższy książę.
Spojrzałem na lorda, który również nie krył osłupienia.
- Lordzie daj mi oddział, pojadę tam – powiedziałem błagalnym głosem, a on spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Może i postępowałem wtedy zbyt pochopnie, ale musiałem ratować ukochanego.
- Nie jesteś doświadczony – zaczął, a ja spojrzałem na niego błagalnie.
- Proszę, dam radę – oznajmiłem, a i tak wiedziałem, że nie miał wyjścia. Reszta Lordów walczyła w bitwie i nie było czas na szukanie ich.
- Panie to nic nie da – usłyszałem zrozpaczony głos żołnierza. Spojrzałem na niego z przerażeniem, bo w ogóle nie chciałem słyszeć tych słów.
- Jak to? – zapytałem z niedowierzaniem.
- Zaatakowali nas niedługo po waszym odjeździe. Nie mieliśmy żadnych szans, wybili nas jak muchy, a książę Louis – powiedział i jego głos się załamał. Moja szczęka zaczęła się lekko trząść, bo nie mogłem w to wszystko uwierzyć. To musiał być jakiś zły koszmar, ale to wszystko było prawdą.
- Co z księciem? – dopytałem.
- Pojmali go – odparł, a mnie stanęło serce. Nie mogło do mnie dotrzeć to, o czym mówił żołnierz. Wszystko wydarzyło się za szybko.
Spojrzałem na lorda Turnera, który wyglądał na równie poruszonego.
- Jadę na zwiad – oznajmiłem i złapałem za wodze. Nie czekałem nawet na odpowiedź. Ruszyłem galopem w stronę naszego obozowiska. To o czym powiedział mi żołnierz, kompletnie mną wstrząsnęło. Lordowie myśleli, że to my byliśmy o krok przed wrogami, a okazało się, że to my wpadliśmy w ich sidła. W dodatku zabrali mojego księcia, a tego w ogóle nie mogłem przyswoić. Przecież jeszcze tamtego ranka żegnałem się z moim ukochanym, on nie mógł tak zwyczajnie zniknąć.
Pędziłem przez leśną drogę i co chwilę popędzałem konia, mimo że nie mógł jechać szybciej. Serce waliło mi niemiłosiernie. Chciałem jak najszybciej znaleźć się na terenie obozu i modliłem się w duchu do Bogini, żeby to wszystko okazało się nieprawdą. Jednak gdy dotarłem na miejsce, omal nie spadłem z mojego wierzchowca.
Wokoło było widać śmierć. Martwi żołnierze, którzy leżeli na ziemi, zabite konie i poprzewracane namioty. Czułem odór palonego ciała, a to był najgorszy z możliwych zapachów. Podłoże było rozorane, więc musiała się tu pojawić kawaleria naszego wroga. Zszedłem z mojego wierzchowca i zacząłem kroczyć przez obozowisku. Przerażało mnie to, że ziemia była w niektórych miejscach przesiąknięta krwią. Niektórzy z żołnierzy nie byli ubrani nawet w zbroję. Zostali zaatakowani z zaskoczenia i nie mieli szansy się bronić.
Dostrzegłem namiot mojego ukochanego, który jako jedyny nie wyglądał z zewnątrz na uszkodzonego. Zacisnąłem mocno szczękę i ruszyłem w jego stronę. Mijałem coraz więcej ciał i tak bardzo się bałem, że znajdę wśród nich Louisa. Mimo tego, że żołnierz powiedział, że został pojmany, to nadal się bałem, że brunet nie żył.
Odchyliłem klapę od namiotu. W środku ujrzałem istne pobojowisko. Postawiłem nogę do przodu i poczułem pod moją stopą coś miękkiego. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że było to ciało gwardzisty. Normalnie nie powinien był mnie zszokować taki widok, ale to był człowiek, z którym jeszcze tamtego ranka żartowałem. Nie wytrzymałem i zwymiotowałem za namiot. Wróciłem do niego i wszedłem w jego głąb. Biurko było przecięte na pół, a wszędzie porozrzucane były ubrania. Dookoła było pełno puchu z poduszek, bo łóżko było całe zniszczone. W dodatku było tam dużo krwi. Wyraźnie mój książę starał się bronić, ale nie mógł pokonać całego wojska.
Obróciłem się po namiocie i dostrzegłem w rogu medalion Louisa. Podszedłem po niego i zobaczyłem, że cały był ubrudzony krwią. Spojrzałem na niego i wziąłem głęboki wdech. Będąc gwardzistą nie mogłem okazywać słabości. Szczególnie w takiej sytuacji. Musiałem zachować zimną krew, a wówczas w głowie miałem jedno. „Znaleźć mojego ukochanego”. Zacisnąłem mocno medalion w pięści, po czym wyszedłem z namiotu.
~*~
Stałem w wielkiej komnacie i nerwowo chodziłem w kółko. Czekałem na posiedzenie rady, a miał na nią przybyć Zayn Malik. Nie ufałem mu w żadnym stopniu, bo był eunuchem, czyli szpiegiem. Jednak chciał się ze mną nagle spotkać, więc zaaranżowałem jego przyjazd do Dragon Eye. Od blisko dwóch tygodni przebywałem w jednym z zamków Tomlinsonów. Udostępnili mi go, ponieważ dowodziłem oddziałami wojska mego ojca. Bardzo się zmieniłem przez ostatni miesiąc, ponieważ nadal nie odnaleziono księcia. Z dnia na dzień popadałem w coraz większe szaleństwo. Ludzie mówili, że to już przestała być determinacja, tylko żądza krwi. Może i tak było, ponieważ odebrano mi najważniejszą osobę w moim życiu. W dodatku nie wiedziałem, co się działo z moim pięknym brunetem. Obawiałem się najgorszego, ale starałem się wyrzucić tę myśl z głowy. Wolałem wspominać wszystkie te wspaniałe chwilę z Louisem.
Leżeliśmy w ogrodzie pod ogromnym drzewem. Wymknęliśmy się w nocy z naszych komnat, bo pragnęliśmy pooglądać gwiazdy. Wówczas między nami coraz bardziej iskrzyło. Ukończyłem 15 lat, więc traktowano mnie jak dorosłego. Jedynie Louis nie zmienił do mnie stosunku. Nadal był blisko mnie i traktował jak najbliższą mu w życiu osobę.
- Niania opowiadała mi kiedyś, że gwiazdy to dusze zmarłych demonów, które nareszcie zaznały spokoju – odezwał się książę. Spojrzałem na niego z drobnym rozbawieniem, bo nieraz mówił dziwne rzeczy. Chociaż ja wcale nie byłem gorszy.
- A moja mama mi mówiła, że gwiazdy pojawiają się, gdy rodzi się miłość – powiedziałem, a brunet zaczął wpatrywać się we mnie swoimi niebieskimi oczami.
- Czyli jak dwoje ludzi się pokocha, to rodzi się nowa gwiazda? – dopytał, a ja pokiwałem twierdząco głową.
- Tak, bo gwiazdy symbolizują radość, a miłość jest najpiękniejszą rzeczą na świecie – wyjaśniłem, a Louis nadal nie oderwał ode mnie swojego wzroku. Jednak wówczas nie patrzył na mnie jak na przyjaciela, tylko jakbym był dla niego kimś więcej.
- Z kim chciałbyś mieć taką gwiazdę? – zapytał ściszonym głosem. Zacząłem wpatrywać się w niego uważnie i poczułem przyjemny dreszcz, który przeszył moja ciało.
- A ty? – odpowiedziałem pytaniem, a on położył swoją dłoń na moim policzku. Zaczął go delikatnie głaskać i lekko się do mnie przybliżył.
- Z tobą – wyszeptał, a ja spojrzałem mu na usta. Tak bardzo chciałem mu pokazać, że też pragnąłem mieć z nim gwiazdę. Przybliżyłem się do niego i złączyliśmy nasze wargi.
Nagle drzwi do komnaty się otworzyły i wszedł przez nie Zayn Malik. Był on wysoki i szczupły. Odznaczał się ciepło brązowym kolorem skóry, które wskazywały, że pochodził z wysp Solrand. Szedł przesadnie wyprostowanymi, z głową podniesioną do góry. Posiadał lekki zarost i dość długie czarne włosy. Patrzył na mnie uważnie swoimi oczami w odcieniu ciemnej czekolady. Strój miał lekko podobny do mnie, ponieważ ubrany był w granatową tunikę i czarne spodnie. Wyglądał co najmniej jak solrandzki książę, a nie szpieg.
- Witaj Sir – powiedział i skinął głową. Powtórzyłem gest i podszedłem bliżej niego.
- Witam Sir Maliku – oznajmiłem, a on zaśmiał się cicho.
- Nie jestem żadnym Sir, jestem tylko nędznym służącym królestwa – odparł, a ja lekko się uśmiechnąłem.
- Oczywiście panie – powiedziałem, a on lekko podniósł głowę. Wyraźnie ten zwrot go zadowolił. Chwilę później jego uśmiech zastąpił smutek.
- Niezmiernie mi przykro, że poznajemy się w takich okoliczność. Podczas gdy toczy się niesłuszna wojna, a promyk królestwa, nasz wspaniały książę został porwany – odparł, a ja byłem lekko zmieszany. Ciężko przychodziło mi mówienie o moim ukochanym, a w dodatku tamten mężczyzna był eunuchem. Tacy ludzie potrafili wyczuwać niepokój i niepewność. Byli genialnymi obserwatorami i to nieraz prowadziło wielu do zguby.
- Rzeczywiście, nastały złe czasy – zauważyłem, a mężczyzna podszedł bliżej mnie. Nie podobało mi się to, ponieważ czuć było w nim coś złego.
- Byłeś gwardzistą księcia? – zapytał Malik, a ja skinąłem głową.
- Zgadza się – odpowiedziałem, a on zmarszczył brwi.
- Jak dużo jesteś w stanie dla niego zrobić? – spytał, a ja musiałem zachować kamienną twarz.
- Wiele, jesteśmy przyjaciółmi – oznajmiłem, a on delikatnie się uśmiechnął.
- Taki przyjaciel jak Sir, to prawdziwy skarb, ale nie w tym rzecz. Moja ptaszki zaczęły ćwierkać bardzo ciekawą rzecz – powiedział, a ja uważniej mu się przyjrzałem. Kiedy eunuch tak mówił, to mogło to wróżyć kłopoty albo coś przeciwnego.
- Śpiewają, że książęce krzyki słychać na zamku, który znajduje się na jednej z Żółwich Wysp – dodał, a ja wstrzymałem oddech. Mój ukochany mógł żyć, jednak cierpiał. Nie wiedziałem, jak miałem się wówczas zachować. Przecież to stało się tak nagle, nie byłem na to gotów. Chciałem natychmiast wziąć wojsko i odbić Louisa z rąk wroga. Jednak wiedziałem, że eunuchom nie można bezgranicznie ufać.
- Czy twe ptaszki aby na pewno dobrze słyszą? – zapytałem, a on delikatnie się uśmiechnął.
- Słyszą wyśmienicie. Nie dość, że na własne uszy to jeszcze potwierdził to ktoś ważny ze stada naszego wroga – odparł, a ja lekko się spiąłem. To oznaczało, że wymienił się z kimś informacjami.
- Za jaką cenę? – zapytałem oschle, a on podniósł głowę do góry.
- Chciał wiedzieć, czy krzyki księcia nie dochodzą nieraz z sypialni pewnego przystojnego, gwardzisty z kręconymi włosami o zielonych oczach – powiedział niemal szeptem, a mnie przeszedł dreszcz. Jak ktoś w ogóle to zauważył. Bardzo uważaliśmy i kryliśmy się niemal na każdym kroku.
- Jednak jestem służącym królestwa i powiedziałem, że nic takiego nie ma miejsca – uspokoił mnie, a ja odetchnąłem z ulgą. Chociaż nie mogłem być w pełni spokojnym, bo ktoś podejrzewał, że między mną a Louisem coś było.
- Przyszedłem do ciebie, bo wiem, że ty go ocalisz – powiedział mniej oficjalnym tonem. Wpatrywał się we mnie wówczas intensywnie, jakby pokładał we mnie wielkie nadzieje.
- Zresztą nie mogłem skłamać króla, gdyby mnie zapytał, skąd wiem o tym, gdzie przebywa książę, a prawdy powiedzieć bym nie śmiał – oznajmił, a ja spojrzałem na niego.
- Dobrze myślisz, sprowadzę go do zamku. Na której z wysp przebywa? – zapytałem, a mężczyzna się wyprostował.
- Na najmniejszej, najdalej od brzegu. Podobno przebywa w lochach, ale tego nie jestem pewien – oznajmił. Przytaknąłem głową i miałem zamiar wyjść z pomieszczenia. Musiałem powiadomić lorda, że planowałem odbić księcia. Nawet gdyby się nie zgodził i tak dysponowałem własnym oddziałem i mogłem zrobić, co mi tylko wpadło do głowy.
- Pan wybaczy, ale muszę iść – powiedziałem, a mężczyzna złapał mnie mocno za ramię.
- Nie zrób nic głupiego, bo z miłości ludzie robią różne rzeczy – ostrzegł mnie.
~*~
Moja włosy falowały pod wpływem morskiej bryzy. Płynąłem tylko na jednym statku, bo tylko tyle udostępnił mi lord, bo uznał, że do końca postradałem zmysły. Jednak nie przejąłem się jego oskarżeniami. Wziąłem ze sobą 40 najlepszych ludzi, bo w końcu nie miałem zdobyć zamku, tylko odbić księcia.
Patrzyłem surowym wzrokiem na skały. Nie mogłem popełnić żadnego błędu. Mój ukochany mnie potrzebował, a ja musiałem go uratować.
Przycumowaliśmy statek do skupiska kamieni i spuściliśmy szalupy na wodę. Nie mogli nas wcześnie zauważyć, a my musieliśmy sprawnie wszystko przeprowadzić.
Najmniejsza z Żółwich Wysp była najbardziej oddalona od reszty. Blisko dwie mile od najbliższej wyspy, a w dodatku miała najsłabszą obronę. W życiu nie pomyślałabym, że tam będą przetrzymywać przyszłego króla. Chociaż było to dobre posunięcie, bo nikt się tego nie spodziewał. Jednak gdy już wiedziałem, gdzie był Louis, to chciałem go jak najszybciej odbić.
Dopłynęliśmy do wyspy i szybko wysiedliśmy z łodzi. Znajdowaliśmy się od strony skał, więc musieliśmy pokonać kawałek lądu. Od razu jednak dostrzegłem zamek. Rzeczywiście był mały, a jego mury nie wyglądały na solidne. Podbiegliśmy pod same mury, a jeden z żołnierzy zarzucił hak na mur. Usłyszeliśmy cichy jęk i wiedziałem, że najwyraźniej kogoś trafił. Sprawdziłem czy wszystko było stabilne i zacząłem się wspinać. Dokładnie wyjaśniłem żołnierzom, dlaczego się tam zjawiliśmy i co mieliśmy zrobić. Doskonale to zrozumieli, a dodatkowo była to grupa ludzi, na których w walce mogłem polegać.
Gdy wspiąłem się na szczyt, od razu wyjąłem miecz. Z prawej strony nadbiegł do mnie rycerz, a ja ugodziłem go w brzuch. Jego krew trysnęłam na mnie, ale nie przejąłem się tym, bo w moją stronę biegli kolejni żołnierze. Nie zbliżyli się jednak do mnie, bo za moimi plecami stał mój łucznik i zdążył ich zatrzymać. Ruszyłem przed siebie, a ludzie podążyli za mną. Otworzyłem drzwi prowadzące w głąb zamku. Za nimi stało dwóch strażników. Jednego zabiłem, a drugiego obezwładniłem i przystawiłem miecz do gardła.
- Gdzie jest książę Louis? – zapytałem ostro, a on patrzył na mnie z przerażeniem.
- W lochach – wyjąkał, a ja złapałem go za włosy i obróciłem.
- Prowadź – nakazałem, a on zaczął iść. Za mną podążali moi ludzie, bo mieli mnie kryć.
Szliśmy korytarzem, a przede mnie wyszli moi żołnierze, żeby pozbywać się z drogi wrogów. Szybko znaleźliśmy się na dole.
- To tutaj – wyjąkał mężczyzna, a ja poderżnąłem mu gardło. Wszedłem do lochów i od razu zobaczyłem strażnika. Stoczyłem z nim krótką potyczkę zanim zginął. Niestety zdołał zapewnić mi kolejną bliznę na torsie. Zabrałem mu klucze od cele i ruszyłem korytarzem. Zacząłem rozpaczliwie szukać mojego ukochanego. Koło mnie podążał żołnierz z pochodnią, bo było tam bardzo ciemno.
Gdy ujrzałem cele ogarnęło mnie przerażanie. Znajdowały się w nich rozkładające się ludzkie ciała. Fetor był nie do zniesienia, ale ja się nim nie przejąłem. Musiałem odnaleźć mojego księcia.
Mijałem kolejne cele i w coraz większą rozpacz wpadałem. Nigdzie nie widziałem żyjącego człowieka, w celach leżały same trupy. To było odrażające, jak ktoś się tego dopuścił. Ciała zmarłych należało traktować z szacunkiem, a nie pozwolić im gnić w zatęchłym lochu.
Nagle dostrzegłem kogoś w ostatniej celi. Ten ktoś na pewno żył.
- Louis! – krzyknąłem i nie obchodziło mnie to, że obok mnie stał żołnierz.
- Harry? – usłyszałem niepewny głos. To na pewno był mój ukochany. Podbiegłem do celi i mimo trzęsących się rąk otworzyłem drzwi. Wszedłem szybko do środka i klęknąłem obok Louisa.
Miał na sobie jakieś łachmany zamiast ubrań. Cały był brudny i widziałem krew na jego ciele. Miał na twarzy zarost, a jego włosy urosły. Oczy miał zamglone, jakby przed chwilą został obudzony. Wyglądał na potwornie zmęczonego i zniszczonego. Słowa Malika o krzyku księcia się sprawdziły. Musieli go skrzywdzić.
- Jestem już kochanie, już wszystko będzie dobrze – wyszeptałem, a ona nadal wyglądał tak samo. Zero jakiejkolwiek emocji, jakby miał wszystkiego dość. W pewnym momencie spojrzałem w dół i omal nie krzyknąłem z przerażenia. Louis stracił prawą nogę. Musieli mu ją odciąć ponad kolanem. W dodatku rana była cala brudna i pachniała rozkładem. Mój piękny książę okropnie cierpiał, a to wszystko przez to, że nie odnalazłem go wcześniej. Spojrzałem mu w oczy, a w nich pojawiły się łzy. Zobaczyłem je pierwszy raz w życiu. Mój ukochany płakał.
- Proszę zabierz mnie stąd – wyszeptał przez szloch, a ja go podniosłem. Syknął z bólu, gdy to zrobiłem, ale nie mogłem się tym zająć. Mieliśmy bardzo mało czasu i musieliśmy szybko zniknąć.
Wyszedłem z Louisem na rękach z celi. Rycerz popatrzył na nas ze zdziwieniem, ale nie było czasu na wyjaśnienia.
Gdy ludzie zobaczyli księcia, to był dla nich sygnał do odwrotu. Znaleźliśmy się na plaży, a potem szybko w łodziach. Usiadłem z Louisem pośrodku, a on wtulił się we mnie. Wydał mi się wtedy taki mały i bezbronny, niczym nie przypominał mojego surowego księcia. Żołnierz przed nami patrzył na nas ze zdziwieniem i smutkiem. Spojrzałem na miejsce, w które był skierowany jego wzrok. Oczywiście było to miejsce, gdzie powinna być noga bruneta. Jak on mogli zrobić to mojemu ukochanemu.
- Znasz się na medycynie? – zapytałem, chociaż znałem odpowiedź. Tylko się łudziłem.
- Niestety nie Sir – odparł, a ja pokiwałem głową. Spojrzałem na Louisa. Leżał wtulony we mnie, bo nie chciał, żeby ludzie dostrzegli jego słabość, chociaż nie było to coś złego. Cicho szlochał w moje ubranie, a ja głaskałem go dyskretnie po plecach. Nikt nie mógł nic zobaczyć. Nawet po tym wszystkim musiałem grać.
~*~
Chodziłem wzdłuż korytarza ze zdenerwowania. Nadworny lekarz i nauczyciel, maester Lorip wziął pod swe skrzydła Louisa. Wysłaliśmy gołębia do stolicy, żeby królowa i król jak najszybciej się o tym dowiedzieli. Nie było na co czekać. Kiedy wróciłem do zamku, wszyscy podziwiali mój wyczyn. Jednak ja nie przejmowałem się tymi wszystkimi pochlebstwami. Chciałem zostać sam na sam z Louisem, bo wiedziałem, że bardzo ciężko to znosił. Nie mogłem okazać mu żadnych uczuć w obecności kogokolwiek. Czekałem więc na maestra, który mógł mi cokolwiek powiedzieć.
Nagle drzwi do jednego z pokoi otworzyły się i wyszedł z nich mężczyzna. Miał około 80 lat i starość odbiła na nim swe piętno. Pokazywały to chociażby siwa brodą i włosy. Dodatkowo staruszek wolno się poruszał i chodził lekko przygarbiony. Jednak doskonale wiedziałem, że był to jeden z najlepiej wykształconych ludzi w całym Nesteros. Louis był pod dobrą opieką.
- Co z nim? – zapytałem żywo, a mina maestra Loripa ostudziła mój zapał.
- Nie będę cię oszukiwać. Jest bardzo źle, ale zabronił mi mówić czegoś więcej – powiedział, a ja nie mogłem tego zrozumieć. Dlaczego Louis tak postanowił? Musiałem znaleźć odpowiedź na to pytanie.
- Wystąpił jeszcze jeden problem - zaczął maester, a ja podniosłem głowę.
- Rana księcia zaczęła gnić. Na ten czas nie mogę nic z tym zrobić. Jednak odór rozkładających się tkanek jest tak silny, że służba nie może z nim wytrzymać w jednym pomieszczeniu – oznajmił mężczyzna, a ja zacisnąłem mocno szczękę. Jak oni śmieli. Przecież Louis był ich księciem, należał mu się szacunek. W dodatku po tym, co przeszedł.
- Nie zdołali go umyć, ani przebrać – zaczął maester, a ja wolałem, aby nie kończył.
- Ja to zrobię – powiedziałem pewnie, a mężczyzna się uśmiechnął.
- Książę ma w tobie prawdziwego przyjaciela – odparł z uśmiechem mężczyzna. Wówczas mocno się spiąłem, bo Louis był dla mnie kimś więcej.
~*~
Trzymałem mojego księcia na rękach, bo nadal był zbyt słaby, żeby iść. Nie odezwał się do mnie odkąd go zabrałem do łazienki. Wiedziałem, że bardzo źle przechodził przez to wszystko, co mu się stało. Dopiero w świetle dziennym dostrzegłem, że na niektórych palcach miał pozrywane paznokcie. W dodatku czuć był rozkładającą się tkankę na jego nodze. Fetor należał do jednych z najgorszych na świecie, ale nie baczyłem na niego. Liczył się wówczas tylko Louis i tylko on.
Wszedłem do niedużej sali, w której znajdowała się wanna. Służba zadbała o to, żeby przygotować ubranie dla księcia i wszystkie przybory potrzebne do mycia. Podszedłem do stolika i posadziłem na nim księcia. On wpatrywał się obojętnym wzrokiem w miejsce, gdzie powinna być jego noga. Tak bardzo pragnąłem, aby całe jego cierpienie przeszło na mnie. Fakt że mój ukochany przechodził przez ten czas katusze, niszczyło mnie od środka.
Chciałem zdjąć mu koszulkę, ale on odtrącił moją dłoń. Spojrzałem na niego z zdziwieniem, a on nadal patrzył na mnie swoimi przekrwionymi oczami.
- Poradzę sobie – powiedział krótko i zaczął ściągać koszulę. Patrzyłem na jego niezgrabne ruchy i dostrzegłem mnóstwo ran, które pokrywały jego ciało. Zacisnąłem mocno szczękę, bo ciężko było to oglądać. Mój ukochany cierpiał, a ja nie potrafiłem się z tym pogodzić.
Louis przeszedł do ściągania spodni, ale nie zdjął nogawki, która zakrywał resztę jego prawej nogi. Podszedłem do niego i położyłem dłoń na jego policzku. On podniósł głowę, a jego oczy były przeszklone. Za wiele razy w ciągu jednej doby widziałem płaczącego Louisa.
- Kocham cię – powiedziałem, aby dodać mu otuchy.
- To wygląda okropnie – zaszlochał, a ja go przytuliłem. Złapał się mocno mojej koszulki, a ja zacząłem go gładzić po plecach. Jednak nie płakał tak jak się spodziewałem, musiał poczuć moją bliskość, a ja jego.
- Jesteś już przy mnie kochanie, nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić – wyszeptałem, a on się ode mnie oddalił. Ściągnął wówczas z siebie spodnie i zobaczyłem, że wokół uda bandaż. Jednak maester kazał mi go zmienić, a wcześniej umyć nogę.
Zacząłem ściągać bandaż i wówczas widziałem, co się stało z jego kończyną. Udo było całe czarne, jakby obumarło. Chciałem myśleć, że oczy mnie myliły i to nie było zakażenie. Z rany wydobywała się ropa i gęsta, brudnoczerwona krew.
- Nic nie mów, błagam – poprosił mnie Louis, a ja przybliżyłem się do niego. Złożyłem delikatny pocałunek na jego wargach, a on spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.
- Nie obchodzi mnie, jak wyglądasz, rozumiesz? Dla mnie i tak jesteś piękny – powiedziałem, ale jego wyraz twarzy nadal nie uległ zmianie.
- Kocham cię – odparł, a ja złapałem go za rękę. Książę zaczął przesuwać się do krawędzi stołu, a ja starałem się mu pomóc.
- Dam radę kochanie – oznajmił, ale nie uwierzyłem mu. Był na to wszystko zbyt słaby, a ja nie mogłem dopuścić do tego, żeby się przemęczał.
Stanąłem obok niego, gdy postawił stopę na ziemi. Starał się zacząć skakać na tej nodze, jednak był zbyt słaby, żeby to zrobić. Bez słowa go podniosłem i przeniosłem do wanny. Powoli włożyłem go do ciepłej wody, a on syknął z bólu, gdy ciecz zakryła jego ranę.
- Jest dobrze – powiedział, a ja pogładziłem go po głowie. Oddaliłem się, aby wziąć przygotowane wcześniej przybory. Zabrałem ze stolika żyletkę i specjalny krem. Nałożyłem kosmetyk na dłoń i rozprowadziłem go na twarzy Louisa. Miał dosyć dużą brodę, a ja naprawdę nie wiedziałem, od czego zacząć. Gdy go ogoliłem dostrzegłem, że schudł z twarzy i to dużo. Po jego ciele nie widać aż tak było utraty wagi, bo od zawsze należał do grona szczupłych ludzi.
Wziąłem ze stolika nożyczki i podszedłem, żeby obciąć trochę mu włosy. Gdy to robiłem, zobaczyłem, że miał pełno kleszczy i wesz na głowie. To było okropne, że to wszystko przydarzyło się mojemu ukochanemu.
Gdy skończyłem odrobaczanie jego głowy, wziąłem się za mycie Louisa. On nadal wpatrywał się tępym wzrokiem w swoją uszkodzoną kończynę. Wiedziałem, że to był dla niego ogromny cios i czuł się nikim. Wpłynęło to niesamowicie na jego ego, zazwyczaj był zimnym i pewnym siebie księciem, a wtedy? Siedział przerażony w wannie z uciętą nogą i potwornymi ranami.
Kiedy w końcu go wyczyściłem jego skóra wyglądała tak jak dawniej, a nie była pokryta warstwą lepkiego brudu. Wygląd mojego Louisa powracał, ale na pewno w środku nic nie uszło zmianie.
- Kochanie – wyszeptałem i się do niego zbliżyłem. On spojrzał na mnie ze smutkiem w oczach. To było naprawdę okropne uczucie.
- Jesteś moim największym skarbem, wiesz o tym, prawda? – zapytałem, a jego warga lekko zadrżała.
- Jak mogę być twoim skarbem? – spytał, a ja go szybko zacząłem całować. Tak bardzo tęskniłem za nim, a w dodatku chciałem dać mu chwilę ukojenia. Bardzo dużo przeszedł i bardzo dużo wycierpiał.
Louis włożył dłonie w moje włosy i lekko przyciągnął do siebie. Złapałem go za plecy i zacząłem po nich gładzić. Nie wiedziałem, jak długo się całowaliśmy, jednak nie potrafiłem tego przerwać. Zrobił to książę, a gdy się oddalił zobaczyłem łzy spływające po jego policzkach. Szybko je wytarłem, a on przytrzymał moją dłoń przy policzku.
- Kocham cię – wyszeptał, a ja delikatnie się uśmiechnąłem.
~*~
Zacząłem wspinać się po murze. Musiałem jakoś wejść do komnaty Louisa niezauważonym. Bardzo nalegał na spotkanie w nocy, bo chciał ze mną pobyć, bo fakt że nie widziałem go tak długo, bardzo mnie przytłaczał.
Kiedy wszedłem przez okno, książę natychmiast podniósł się na łóżku. Oświetlał go jedynie słaby promyk świecy, ale nadal wyglądał cudownie. Moja miłość do niego prawdziwa, więc moje myślenie nie było żadnym oszustwem.
- Witaj kochanie – powiedziałem, a na jego twarz pierwszy raz od bardzo dawna wkradł się delikatny uśmiech. Uradował mnie ten fakt, bo zrozumiałem, że powoli odzyskiwał siły. Usiadłem obok łóżka na taborecie, a Louis szybko przysunął się do mnie, aby mnie pocałować. Nie protestowałem, tylko odwzajemniłem pocałunek. Nie trwał on jednak długo i książę oddalił się powoli.
- Widziałem się z matką – oznajmił, a skinąłem głową. Królowa Jay zjawiła się bardzo szybko i poinformowała mnie, że król toczy ważne bitwy i nie mógł przybyć do syna. Matka księcia była bardzo tym wszystkim wstrząśnięta.
- Tylko ty i ona wytrzymaliście ze mną dłużej niż kilkanaście minut. Reszta ucieka, bo tak śmierdzi moja noga – zauważył ze smutkiem Louis, a ja złapałem cię za rękę.
- Niedługo to minie – pocieszyłem go, chociaż nie miałem pojęcia, w jakim stanie była jego noga. Maester nic mi na ten temat nie powiedział, bo twierdził, iż książę mnie o wszystkim poinformuje.
Na moje słowa Louis lekko się spiął i zaczął ciężej oddychać. Nie zwiastowało to nic dobrego, a ja musiałem się dowiedzieć, co złego się stało.
- Kochanie, coś nie tak? – zapytałem, a brunet spojrzał na mnie ze smutkiem. Ścisnął mocniej moją rękę, a ja patrzyłem na niego nadal zdezorientowanie.
- Louis powiedz mi, co się dzieje – poprosiłem, a on zaczął głaskać moją dłoń kciukiem.
- Bardzo cię kocham, wiesz? – zapytał, a ja pokiwałem głową. Nie mogłem być dłużej trzymany w niewiedzy.
- Maester powiedział, że do rany wdało się duże zakażenie. Mógłby usunąć fragment tkanek, ale w moim przypadku jest to niemożliwe. Infekcja zaczęła się rozprzestrzeniać, a maester nie może tego powstrzymać. Powiedział, że przy pomyślności Bogini będę jeszcze żyć tydzień – oznajmił ze spokojem w głosie. Mnie wówczas zrobiło się słabo. To wszystko nie mogło okazać się prawdą, musiała zajść okropna pomyłka. Czułem jak moje ciało rozpadało się na kawałki, bo tamta informacja nie mogła do mnie dojść.
- Nie – wyszeptałem, a on pokręcił przecząco głową.
- To prawda Harry, umieram – powiedział, a mi zaczęły napływać do oczu łzy. Mój ukochany książę nie mógł umrzeć, przecież miał zostać wspaniałym królem. Miał być do końca moich dni moim ukochanym. On nie mógł odejść, nie mój cudowny książę.
- To nie może być prawda – oznajmiłem łamiącym się głosem, a on złapał mnie mocniej za rękę. Spojrzałem na niego, a po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Przesiadłem się na łoże i przyciągnąłem go do siebie. Zacząłem głaskać go po plechach, ale on szybko się oddalił. Nawet wtedy musiał zacząć grać twardego.
- Harry nic mi nie jest kochanie. Pogodziłem się z tym. Pogodziłem się z tym w momencie, gdy mnie porwali. To ty musisz się trzymać, rozumiesz? Nie masz prawa się załamać, bo jesteś moim najdzielniejszym i najwspanialszym wojownikiem na świecie. Musisz pozostać silnym, jasne? – zapytał, a ja pokręciłem przecząco głową. Nie mógł tego ode mnie wymagać. Miałem go stracić, a ja na to nie byłem przygotowany. Przecież mieliśmy ze sobą być bez względu na wszystko. Nienawidziłem wtedy tak bardzo Grimshawów. Mój piękny brunet przez nich umierał, a oni pławili się w zabawach i luksusie. Dlaczego złe rzeczy spotykały takich wspaniałych ludzi jak Louisa.
- Ja nie wiem, ja…kocham cię i nie chce cię stracić – zacząłem się jąkać, a on pogładził mój policzek.
- Wszystko przemija kochanie, niania zawsze tak mówiła, bo tak zawsze jest. Musisz się z tym pogodzić – wyszeptał i zobaczyłem, że jego warga się trzęsła.
- Jest jeszcze jedna rzecz, o którą chcę cię prosić przed śmiercią. Tylko jedna – powiedział, a ja zamarłem. On mówił o jego odejściu, a ja nie mogłem tego przyjąć do wiadomości. Jeszcze niedawno kochałem się z nim w stolicy i mówiłem mu, że na zawsze będziemy razem. A wtedy Bogini wydała na niego wyrok.
- Nie widzisz tego, ale nie mam już siły na krzyk i płacz. Ta noga piekielnie boli, w życiu nie czułem większego bólu. W dodatku promieniuje to na całe moje ciało, czuję, jakby się rozkładał, bo tak się dzieje. Chciałbym – zawiesił się niepewnie, a ja patrzyłem na niego z szeroko rozszerzonymi oczami. – Chciałbym, żebyś to zakończył – dokończył, a ja przeżyłem szok. Pokręciłem przecząco głową i zrobiło mi się niedobrze.
- Nie ma mowy – oznajmiłem i wstałem z łóżka. On nie mógł mnie o to poprosić, musiałem się przesłyszeć. Przecież on kochał życie, nie mógł chcieć go zakończyć tak szybko.
- Harry błagam! – krzyknął rozpaczliwie i oparł się o krawędź łóżka. Po jego policzkach zaczęły ponownie płynąć łzy, tak samo jak po moich. To było dla mnie zdecydowanie za dużo.
- Nie zrobię tego. Nie zabiję cię – powiedziałem desperacko, a on popatrzył na mnie błagalnie. Nie mogłem tego wszystkiego znieść.
- Proszę cię, wystarczy, że gdy zasnę, to nałożysz mi poduszkę na twarz – zaczął mówić, a ja już popadłem w histerię.
- Nie zabiję cię, nie zabiję – wyszeptałem i ukląkłem przy łóżku. On przycisnął moją głowę do jego piersi i zaczął mnie głaskać po włosach. Starał się mnie uspokoić, ale ja nie mogłem. To było za dużo dla mojego biednego już serca.
- Nie zabiję cię – mówiłem jak mantrę, bo nie mogłem podnieść ręki na ukochanego, a co dopiero pozbawić go życia.
- Nie zabijesz, dasz mi ukojenie – poprawił mnie Louis, a ja się od niego oddaliłem. Patrzyłem z dołu na jego piękne, niebieskie oczy, a on pogładził mnie po policzku. W moim umyśle panował istny chaos. Nie mogłem zabić mojego księcia, ale on mnie błagał. Jednak wiedziałem, ze nie byłby w stanie odebrać mu życia.
- Zaczekasz dopóki nie przestanę się trząść, dobrze? – zapytał, jakby wiedział, że się zgodziłem. Zacząłem kręcić przecząco głową, bo nie miałem zamiaru tego zrobić.
- Nie zrobię tego, nie zabiję cię – wyszeptałem, a on delikatnie pocałował mnie w usta.
- I tak umrę, za kilka dni. Ty po prostu zakończysz moje męki w mniej inwazyjny sposób – zaczął mnie przekonywać, ale ja nadal uparcie stałem przy swoim.
- Możesz jeszcze – zacząłem, żeby zacząć argumentować, że jego późniejsze odejście będzie lepsze.
- Nic nie mogę, nic nie zrobię. Mogę tylko umrzeć w męczarniach albo umrzeć szybko – oznajmił i popatrzyłem na niego. W jego oczach widziałem cierpienie. Wiedziałem, że bardzo cierpiał, a śmierć naprawdę mogła dać mu ukojenie. Spojrzałem obojętnie na pościel. Czy zacząłem uważać, że śmierć byłaby dla niego najlepszym rozwiązaniem? Może i tak, sam o nią prosił. Maester nie mógł się pomylić, co do jego przyszłości.
Popatrzyłem szklistymi oczami na księcia.
- Będzie cię boleć – powiedziałem, a on z lekkim uśmiechem pogładził mój policzek. Wiedział, że i tak to zrobię, bo chciałem dla niego być jak najlepszym człowiekiem.
- Na pewno nie tak jak rana. Zresztą to potrwa tylko chwilę – powiedział, a ja uroniłem kilka łez.
- Kiedy zaśniesz? – dopytałem, a on pogładził moje usta.
- Tak kochanie, wiesz, że mam dość głęboki sen – oznajmił, a moja szczęka zaczęła drżeć. Czułem się tak podle, ale mój książę tego chciał.
- Zrobisz to? – zapytał, a ja wziąłem głęboki wdech.
- A mam inne wyjście? – odpowiedziałem pytaniem, a on przybliżył się i mnie pocałował.
- Kocham cię – wyszeptał, po czym odsunął się i zrobił mi miejsce na łóżku. Położyłem się obok niego, a on wtulił się w mój bok. Zaczął delikatnie gładzić mój brzuch, a ja byłem załamany. W momencie w którym Louis miał zamknąć oczy, to musiałem to wszystko skończyć. To mnie przerastało, ale mój książę nie mógł dłużej cierpieć. Chciałem jak najlepiej spędzić z nim czas, który nam pozostał, a było go naprawdę niewiele.
- Nie zrób nic głupiego – powiedział, a ja mocniej go do siebie przycisnąłem.
- Obiecuję – oznajmiłem, a on na mnie spojrzał.
- Zawsze zastanawiała mnie jedna rzecz. Kiedy uświadomiłeś sobie, że mnie kochasz? – zapytał, a ja cicho westchnąłem.
- Kiedy mnie pocałowałeś. Wtedy byłem pewien, że się w tobie zakochałem – powiedziałem, a Louis przesunął się nieco wyżej.
- Chciałbym zostać wtedy w tym ogrodzie i nigdy z niego nie wyjść – wyszeptał, po czym mnie pocałował.
Resztę czasu wspominaliśmy czasy, gdy byliśmy młodsi. Czułem się wówczas bardzo dziwnie. Nie mogłem trzeźwo myśleć, ale spędziłem wtedy wspaniały czas z moim ukochanym. Wydawał mi się piękniejszy niż kiedykolwiek i chciałem zatrzymać go przy sobie na zawsze. Abyśmy zestarzeli się przy sobie w jakimś odelgnął miejscu, z dala od wojen i cierpienia. Żeby mój książę mógł żyć, a nie umierać tak przedwcześnie. Ogarniało mnie coraz większe przerażenie, kiedy Louis zaczynał przysypiać. Nie chciałem, żeby szedł spać, a on mimo zmęczenia nadal ze mną rozmawiał.
- Kochanie, pozwól mi spać – mruknął niczym śpiące dziecko, a mnie oblały zimne poty. On nie mógł ode mnie odejść. Byłem wówczas bardzo zdesperowany.
- Nie chcę, żebyś zasypiał – wyszeptałem, a on złożył delikatny pocałunek na moim policzku.
- Kocham cię najbardziej na świecie. Będę na ciebie patrzeć nawet, gdy mnie zabraknie – powiedział, a ja wziąłem głębszy wdech.
- Na zawsze będę u ciebie w sercu, rozumiesz? – zapytał, a ja pokręciłem twierdząco głową.
- Kocham cię – powiedziałem.
- Ja ciebie też – wyszeptał. Potem nastała długa, przerażająca cisza. Klatka piersiowa Louisa spokojnie się unosiła i opadała. Wiedziałem, że już nigdy nie usłyszę jego pięknego głosu, nigdy nie zobaczę niebieskich jak morze oczu. Usłyszałem ciche pochrapywanie księcia i miałem ochotę płakać. Louis zasnął, a ja miałem nie dopuścić do tego, aby kiedyś się jeszcze obudził.
Leżałem na łóżku bardzo długo, bo świeca zdążyła znaczenie stopnieć. W końcu wstałem i spojrzałem na księcia. Wyglądał tak spokojnie i błogo. Bardzo trzęsły mi się ręce, a oddech stał się nierównomierny. Nie chciałem go zabić, ale wiedziałem, że on tego pragnął.
Wziąłem jedną z poduszek, która leżała obok. Powoli nałożyłem ją na twarz Louisa i mocno ją docisnąłem. Nagle mężczyzna zaczął się trząść. Wówczas zacząłem płakać, mój ukochany się dusił, zabijałem go. Mój płacz był wręcz histeryczny. Czułem się jak najgorszy potwór. Poczułem w pewnym momencie jego malutką dłoń na moim udzie. Lekko ją ścisnął, a ja chciałem przestać, ale wiedziałem, że nie mogłem. Mój ukochany nadal się trząsł, a ja roniłem coraz więcej łez. To był niewyobrażalny ból, kiedy czułem, że to przeze mnie Louis umierał.
I nadszedł ten moment, kiedy zamarłem. Louis przestał się ruszać i rozluźnił uścisk. Powoli odsunąłem poduszkę i spojrzałem na bruneta. Wyglądał, jakby spał, ale się nie ruszał. Nie oddychał, nic. Wówczas pogładziłem go delikatnie po twarzy, bo nie wierzyłem w to, co zrobiłem.
- Louis – wyszeptałem i przejechałem po jego ustach.
- Louis kochanie – powiedziałem ponownie i nim lekko potrząsnąłem. On nie zareagował. Wtedy dotarło do mnie, że on nie żył. Mój ukochany umarł, a ja go zabiłem.
- O Bogini – wybełkotałem w rozpaczy i przytuliłem Louisa. Zacząłem histerycznie płakać i gładzić bruneta po twarzy. To przecież nic nie mogło dać, on się udusił. Jednak ja byłem w rozsypce i czułem się potwornie. Byłem wtedy jak jakaś nędzna masa. Ktoś kto nie był nic wart. To uczucie mnie dobijało, a w dodatku odczuwałem ogromną pustkę w moim życiu. Bo właśnie zniknęła ta najjaśniejsza część mojego serca. Mój najdroższy.
Siedziałem tam bardzo długo, dopóki nie przestałem płakać, bo nie miałem czym. Moja największa miłość odeszła. Nie mogłem się z tym pogodzić, ale wiedziałem, że musiałem stamtąd zniknąć. Nikt nie mógł mnie znaleźć jak przytulałem zwłoki księcia, to wydałoby się im niedorzeczne. Położyłem go na łóżku i przykryłem kołdrą. Spojrzałem po raz ostatni na Louisa i go pocałowałem. Jego wargi nadal były ciepłe.
Jeśli wam się spodobało, to możecie dać serduszko/reblog albo skomentować :D
Chapters: 1/1
Fandom: One Direction (Band)
Rating: Not Rated
Warnings: Author Chose Not To Use Archive Warnings
Relationships: Harry Styles/Louis Tomlinson, Zayn Malik/Liam Payne
Characters: Harry Styles, Louis Tomlinson, Zayn Malik, Liam Payne, Niall Horan, Josh Devine
Additional Tags: Alternate Universe - Modern Setting, Punk Harry, there's quite a bit of teasing, louis isn't called Tommo the Tease for nothing, plus there's wall sex somewhere, and lots of tattoos and piercings, this was supposed to be 5k pwp but my feelings exploded and it turned into this oops
Summary:
Just because Harry is an indie rocker with countless tattoos, God knows what other body piercings, a feisty attitude, a renegade mindset – basically everything Louis sorta doesn’t care for – doesn’t mean that he doesn’t give excellent head and that Louis wouldn’t like to see what else he’s good at, okay? Because he does.
Plus, Harry isn’t that despicable, from what Louis is beginning to see. He might even say that he fancies him. A little.
Like, as much as an adolescent fancies spending Christmas knitting scarves with their nan.
Maybe a tad more.
(Okay, okay. A lot more.)
Or the one where Harry, Liam, Niall, and Josh are in a punk rock band and Zayn drags Louis along with him to watch them play at a pub. Louis pretty much wants nothing to do with the hooligans. That is before Harry pushes him into a bathroom stall and drops down to his knees in front of him after the gig.
Louis is more than persuaded to go back his flat for more.
What happens after isn't what he expected, but then again, Harry isn't at all what he expected either.
Chapters: 1/1
Fandom: One Direction (Band)
Rating: Mature
Warnings: No Archive Warnings Apply
Relationships: Harry Styles/Louis Tomlinson
Summary:
Louis never considers himself to be a person that needs taking care of, until he meets Harry, that is. He's willing to give up every part of himself, lay himself out-bare and vulnerable-for him; he doesn't fully understand what he's getting himself into; a love that is as hot as it is cold.