Dzwonek jest owinięty wełnianym kordonkiem i zanurzony w wodzie. Dzwonek powoli odwija się z przędzy i wynurza na powierzchnię.
Otwieranie oczu to tak, jakby wyciąć z filmu pojedyncze klatki. Więc otwarcie pierwsze. To niemożliwe, żeby dzwonek już się wynurzył. Ciemność nie może być taka głośna. Ciemność jest przecież ciszą, ciemność jest łagodnością. Pierwsze zamknienie.
Drugie otwarcie. Postać przed lustrem jest płaska. Ma tył i przód na kartce papieru. Pokolorowane kredkami starannie, bez wyjeżdżania za linie. Tylko oczy dwuwypukłe jak taka soczewka. I dziwne są te oczy. Ale jak to? Ale jak to? Ale co?, pytają. Ale po co pytają? Drugie zamknienie.
Trzecie otwarcie. Szósta dwadzieścia. Niebo mleczne, bardzo jasne, razi. Babcia odjeżdża ubrana na czarno. Niech nie jedzie. Nie może wiedzieć, że umarł. I ta cisza całkiem bez ptaków. Niby się ptaków nie słyszy, ale to niewyobrażalne, żeby przestały śpiewać. Trzecie zamknienie.
Czwarte otwarcie. Za mostem samochód w slow motion. Rzeka wylała na pole za wałem. To wygląda jak akwarium, woda przejrzysta jak na obrazie Rossetti’ego. Z jabłoni wyrosły gruszki wielkości dyni. Takie ciężkie, że spadły do wody. Parują, ale na biało. Ktoś wyprowadza krowę. A czym ona będzie się pasła w tej wodzie? Czwarte zamknienie.
Piąte otwarcie. Nie ma czarnych nóg. Jest różowa piżama i kapcie. Włosy rozpuszczone, o nie, włosy rozpuszczone. I niepokój. W nocy, na ulicy, w piżamie z rozpuszczonymi włosami. Psów należy szukać w języku kreskówek. Róże na chodniku jak grzyby. Deszcz dziesięć razy głośniejszy. Noc, piżama i róże. Coś podobnego. Piąte zamknienie.
Dzień dobry, pani profesor. Ósma trzydzieści. Zaczyna się. Po powrocie będę musiała zapisać wszystkie te sny.








