Polecam wszystkim ćwiczenie wysławiania się w formie nocnika (dziennika snów), w którym wywiesisz swoją własną listę słów zakazanych, takich jak “jakiś”, “potem”, “chyba”, “ten” i innych, które sądzisz że nadużywasz, albo które sprawiają, że opowiadając swoje senne historie brzmisz jak majaczące dziecko we mgle.
Nie żebym ja była w tym dobra, ale skutecznie łapię się na złych nawykach pisząc tutaj i nawet z pewnym stopniem skuteczności przenoszę to na codzienne wypowiedzi. Tutaj efekt jest absurdalny, bo ucinam wszelkie zbędne opisy scen, bo w moim odczuciu tylko nudzą i mieszają w głowie odbiorcy. Wolę od razu powiedzieć, że “bazyliszek wgramolił się na wieżę po jajecznicę” niż opisywać, że “był sobie stwór, wyglądał trochę jak bazyliszek ale nie jestem pewna, za to wiedziałam, że ktoś robił jajecznicę na szczycie wieży bo tak pachniało, bazyliszek to poczuł i zaczął iść w stronę wieży. Potem zaczął się wspinać po schodach bo chciał ją zjeść, a tam leżał jakiś talerz. Potem wchodzi jakiś człowiek ...” itd!
Tak naprawdę nie jest powiedziane, że któryś sposób opowiadania jest lepszy. Po prostu chciałam poeksperymentować z formą zakładając ten blog i poprawić to, czego w sobie nie lubię - rozlazłości. Skupiam się na faktach i jestem z siebie zadowolona! Zachęcam więc do stawiania sobie wyzwań, a opisywanie snów jest moim zdaniem fajną do tego okazją.
Z innych ciekawostek, dzisiaj śniłam o rzucaniu czarów teleportacji. Niestety wypowiedziałam słowa zaklęcia bez skupienia, wskutek czego moje klucze zniknęły, a ja nie wiedziałam gdzie. Miotając się po okolicy opowiedziałam co zrobiłam, tym razem w dodatku bez różdżki wypowiadając inkantację i jeszcze myląc pierwsze słowo. W efekcie magicznie podpaliłam kartkę, która leżała obok. Magicznie, bo nie mogłam zgasić ognia - kartka po prostu jaśniała i zwęglała się stopniowo, a ja nie mogłam na to nic poradzić. Drugie słowo inkantacji brzmiało “senpai”.









