Obudziłem się dziś o 5 rano i nie mogłem zasnąć. Wstałem więc i podłubałem trochę w komputerze, a z powodu różnicy czasu złapałem koleżankę Ankę z Kanady. Pogadaliśmy chwilę i postanowiłem wrócić jeszcze do łóżka. Spałem do 10, ale nie powiem, abym był jakoś bardzo wypoczęty. Za to dzień znowu był słoneczny, a ponadto udało mi się zrealizować wszystkie założone wcześniej prace. Zrobiłem poprawki malarskie w łazience, domalowałem dziury w salce w piwnicy, pomierzyłem wymiary do remontu i wygrzebałem dokumenty potrzebne do rejestracji w urzędzie pracy. Niby niewiele, ale wierzcie mi, jak się ma tyle czasu, to człowiek pokręci się tu i tam, i już dzień zlatuje. Zrobiłem też barszcz.
Buraki najpierw gotuję, schładzam i ścieram na grubych ząbkach tarki. W wywarze z buraków gotuję włoszczyznę, dodaję starte buraki, gotuję chwilę. Potem dorzucam pokrojone w kostkę ziemniaki, doprawiam i gotuję, aż ziemniaki zmiękną. Lubię też zaprawić potem taki barszcz kwaśną śmietaną, wtedy fajnie się równoważy kwaśny smak z ostrym smakiem papryczki chili, którą uwielbiam.
Po południu instalowałem trochę softu w nowym systemie, pogadałem z Natu (swoją drogą miała pretensje, że tak zdawkowo ją opisuję, obiecuję nadrobić), a późnym wieczorem byłem pograć w piłkę przy sztucznym oświetleniu. Zaliczyłem asystę 1. stopnia (otwierającą drogę do bramki) i huknąłem dwa przepiękne gole: z dystansu lewą nogą w samo okienko i ozdobę meczu, bezpośredni gol z rzutu rożnego! Pogoda jeszcze dopisuje, więc trzeba wykorzystywać te ostatnie ciepłe dni na aktywność fizyczną, a i forma jest całkiem niezła. A wiecie, co jest najciekawsze? W ogóle nie myślę, że oni tam, w Mordorze zapieprzają. Całkowicie odciąłem się od myśli zawodowych i na razie dobrze mi z tym.